dreams.tar.bz2
#21
...wyrwany ze snu, podniosłem się lekko z czarnego, składanego krzesła, ułożyłem łokieć na oparciu i przysłuchiwałem się rozdaniu nagród. Wywołali jakiegoś faceta - wskoczył na scenę, odebrał niewielki przedmiot i wrócił z powrotem na miejsce. Beznamiętnie absorbowałem bodźce wzrokowe, jakby ignorując ich treść.

Moja przyćmiona świadomość wyostrzyła się w momencie, gdy usłyszałem zlepek sylab pasujących do mojego imienia i nazwiska. Ktoś dostrzegł moje osłupienie i odebrał nagrodę za mnie, wręczając mi na prędce małe pudełko. Było zrobione z jasnego drewna, zaokrąglone na brzegach i gładkie w dotyku. Po otworzeniu wypukłego wieka na małych, metalowych zawiasach ukazała mi się miniaturowa orkiestra - perkusje z talerzami i bębnami oraz liny z zawieszonymi muszelkami, odgrywające rolę wietrznych dzwonków. Spód pudełka był pełen wystających kołków zakończonych metalowymi nakładkami. Każdy z nich sterował jednym z elementów perkusyjnych, wprawiając w ruch mechanizm i wygrywając dźwięk. A sam dźwięk był zaskakująco autentyczny, niemożliwy do odtworzenia przez tak mały instrument.

Próbowałem odgrywać proste linie perkusyjne i z zaciekawieniem przysłuchiwałem się dzwonkom, które mimo chaotycznych ruchów harmonizowały cudowną melodią. Dość miły akcent ze strony snu.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#22
Przechadzałem się po osiedlu gdzieś w niedalekiej przyszłości. Najnowsze zdobycza techniki w postaci ogromnych autonomicznych ramion wędrowały po ścianach bloków, przeprowadzając renowację. W zależności od wykonywanej pracy maszyny były dwu- lub trójprzegubowe - te pierwsze działały punktowo, te drugie zazwyczaj przenosiły całe konstrukcje. Widziałem, jak każde ramię skupiało się na swoim zadaniu, nie wchodząc innym w drogę, być może będąc z nimi w ciągłej komunikacji. A prace były przeróżne - jeden wycinał podłużny pasek szarej ściany i przenosił bezpiecznie na ziemię; inny ładował fragment nowej, niebiesko-żółtej ściany, wstawiając ją na ostatnim piętrze; jeszcze inne działały u podnóża, niszcząc kawałki starego budownictwa lub modelując mniejsze elementy.

Chodziłem z kimś od bloku do bloku w lekkim osłupieniu. Osiedle było rozmontowywane jak zestaw lego - klocek po klocku. Ramiona w przeciągu kilkunastu sekund potrafiły wyciąć spory płat ścian lub wstawić nowy. Pomnożyć teraz tą pracę przez setki robotów działających na osiedlu i maluje się obraz dynamicznej i płynnej transformacji, która na żywo przypominała wymianę kół w pit stopie tylko w o wiele większej skali.

(...)

W tym momencie snu weszła mi narracja rodem z Ślepowidzenia Petera Wattsa i grzechem byłoby nie oddać jej również w formie pisanej, nawet przepuszczonej przez senną merytorykę:

Wyobraź sobie, że jesteś autonomicznym ramieniem. Twoja sztuczna sieć neuronowa jako organ decyzyjny została wytrenowana na milionach przykładów prac konstrukcyjnych - od pojedynczych czynności po złożone projekty. Komunikujesz się z innymi podobnymi algorytmami, ale o różnych specyfikach, stąd wspólnie decydujecie o rolach w projekcie.

W pewnym momencie algorytm rozkazuje się zatrzymać, a połączenia tracą swoją przepustowość. Uczysz się, mimo że ten etap został dawno zakończony. Wisisz w letargu, podczas gdy twój algorytm jest przebudowywany przez nieznane zewnętrzne źródło. Ostatecznie wracasz do formy, gdy w pamięci operacyjnej figuruje nowy projekt - za wszelką cenę zmodyfikować inne algorytmy i czekać na dalsze instrukcje aż do odwołania.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#23
Fałszywe przebudzenia to ce i cha.

Miałem dzisiaj paskudną serię FA na dokładkę po męczącym okresie bezsenności. Nie wiem, ile ich dokładnie było - z 4, 5, 6? Każde kolejne coraz bardziej realistyczne i przekonujące, dające złudną nadzieję, że to już koniec. Trudno mi je poskładać w logiczną całość, więc będę głównie sypał ogólnikami.

Motywem przewodnim tych przebudzeń były zaburzenia widzenia - przede wszystkim widzenie rzeczy, które nie istniały fizycznie we śnie. Taka senna incepcja innego typu, halucynacje w halucynacjach. Przewijały się przede mną osoby i przedmioty, które rozpoznawałem jako fałszywe, ale wyglądały nazbyt realistycznie by temu wierzyć. Iluzja rozpadała się dopiero w momencie, gdy próbowałem którąś z tych wizji złapać, tym samym przez nią przelatując (za którymś razem omal nie spadając z łóżka).

Drugą rzeczą były delikatne sugestie, że to już jawa. W jednym z FA wspominałem poprzedni sen, w którym wykonałem zdjęcie telefonem. Uznałem, że jeśli wezmę go teraz do ręki i nie zobaczę tego zdjęcia w galerii, to nie śnię. Faktycznie nic nie znalazłem, ale moją uwagę przykuła godzina - niewyraźna i niestabilna. Po teście rzeczywistości i zauważeniu zmieniającej się godziny wiedziałem już, że to sen. W każdym razie kolejne FA skrupulatnie wymazały mi pamięć tego, co było dalej.

Za innym razem postanowiłem się świadomie obudzić z FA, trafiając w kolejne, jednak z innym polem widzenia i ułożeniem ciała. Te dwie rzeczy były ze sobą w synchronizacji i przypominały moją typową pozycję, w której się budzę, ale chwilę później nadzieja prysła - do akcji wkroczyły ponownie omamy wzrokowe.

Faktyczna pobudka nastąpiła w momencie, gdy w trakcie ostatniego FA przy moim łóżku zebrała się grupka znajomych, angażując mnie w rozmowę o minionych snach. Chwilę potem zadzwonił telefon. Odebrałem ze zdezorientowaniem, ale na moment przed dotknięciem ekranu ten zgasł. Z głośników, raz z lewego, raz z prawego, wybrzmiała przejmująca, piskliwa melodyjka, zwieńczona szumem, trzaskami i zniekształconymi wołaniami o pomoc, które wyrzuciły mnie gwałtownie do jawy - tym razem z pełną świadomością, że to już koniec.

Rzeczywistość jest piękna.

Pomimo fali ciągłych porażek miło wspominam moment, gdy zawinięty w koc wyleciałem na ulicę, prawdopodobnie wprost z łóżka, i w siadzie skrzyżnym sunąłem 1,5 metra ponad chodnikiem, czując się niezwykle lekko. Na przejściu dla pieszych wykonałem w powietrzu piruet, potrącając jakąś dziewczynę, a samemu lądując płasko na ziemi, mając pod palcami chropowaty asfalt. Próbowałem wznieść się z powrotem, ale bezskutecznie.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#24
Leciał we śnie serial, o chłopaku i jego życiu po licznych perypetiach, w tym śmierci rodziców. Mieszkał sam. Pracował jako asystent weterynarza w małej klinice, powoli wychodząc na prostą. Lubił tą pracę, ale niespecjalnie się na niej znał - mimo to dawano mu duży kredyt zaufania, a on starał się go jak najlepiej spożytkować.

Często grzebał w śmieciach - nie tyle już z konieczności, co dziwiło go, ile przydatnych rzeczy ludzie spisują na straty. Za supermarketem upatrzył sobie punkt, gdzie zwykle lądowała część zakupów lub po prostu sklepowego towaru. Raz na jakiś czas można było sprawić sobie nowe buty lub odświeżyć wystrój mieszkania.

Ten jeden dzień był wyjątkowy, choć w oczach bohatera nie różnił się niczym - walentynki. Jego twarz, zmarnowana jak zawsze, wydawała się wyróżniać jeszcze bardziej na tle mijających go co pewien czas par. Wspominał pracę i tą jedną dziewczynę, której pomagał. Senna pamięć wymazała szczegóły, pozostawiając mu jedynie jej czarne, kręcone włosy. Dogadywali się dobrze, choć często nie rozumiał jej zadań. Nie udawał, że jest inaczej i dopytywał o każdy szczegół, a ona najwyraźniej to w nim lubiła.

Przemierzając parking supermarketu, tuż przed jego miejscówką, drogę zagrodziła mu owa dziewczyna. Po krótkiej rozmowie padło to kluczowe pytanie dnia - chciała się z nim umówić. Wskazała na swój samochód zaparkowany akurat obok świeżej dostawy śmieci. Nim weszli do samochodu, chłopak chwycił parę dobrze wyglądających rolek papieru toaletowego i zaczął oglądać pudełka po butach, sprawdzając rozmiar. Dziewczyna krzyknęła na niego zza kierownicy, a on po chwili zastanowienia wyklarował myśl, że to nie najlepszy czas na jego codzienne zajęcie. Pojechali.

Zaciekawiło go jej mieszkanie. Ciemne, z kanapą pod czarną fototapetą z brązowo-czerwonymi wzorkami, z resztą ścian obudowanych meblościanką. Drzwi do pokoju typu harmonijka, z azjatyckimi akcentami. Po przeciwległej stronie kanapy figurowała podświetlona fontanna - ostatni krzyk mody. Wbudowana w ścianę, na marmurowej nodze, miała kształt płytkiego dysku, z cienkim niebieskim paskiem symbolizującym poziom wody. Ciecz wlewała się przez otwór na dnie, pięknie iskrząc w sztucznym świetle ledów. Dziewczyna zapytała, czy chce skorzystać, a on bez wahania odparł, że tak - nachylił się i umoczył usta w krystalicznej cieczy. Z rozczarowaniem odkrył, że to zwykła kranówka.

Za swoimi plecami usłyszał ciche nagabywanie. Dziewczyna usadowiła się na kanapie w zachęcającej pozycji, rzucając mu ponętne spojrzenie. Bohatera przeszył impuls, jego zmysły się wyostrzyły i ciągnięty nieznaną siłą, zbliżał się do niej powoli, nie spuszczając z niej wzroku. Będąc już na tyle blisko, by móc poczuć jej ciepło, sen się skończył. Po prostu.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#25
[...]

Plac roboczy mieścił się zaraz obok parkingu. Co chwilę przyjeżdżały ciężkie sprzęty budowlane - każdy z nich zanurzał swoje łyżki/widły/lemiesze w basenie z poszarzałą wodą i wstrząsał pozbywając się grudek piasku. Korzystałem z tej brei, tworząc własną zaprawę z owego piasku i kawałków brudu w dziecięcym wiadereczku. Majster instruował mnie dokładnie co gdzie wlewać i jak rozkładać wilgotną mieszankę, żeby "dobrze wyglądało, a było też tanio".

- Fajrant!

Weszliśmy do apteki i zaczęliśmy się rozglądać po asortymencie.

- Bierzesz hot doga? - spytał Majster.
- Nie... raczej nie.
- Bierzesz, nie będę sam jadł.

Farmaceutka wyciągnęła dwie zapiekanki i wpakowała je do mikrofali zaraz nad półką ze środkami nasennymi. Były zbyt długie, więc wyciągnęła nóż i zaczęła ciąć je na pół, próbując później powstałe kawałki dopchnąć drzwiczkami.

Wsiedliśmy z Majstrem do auta, ruszyliśmy przez labirynt robót drogowych i przechodniów stojących w losowych miejscach jezdni. Wymijaliśmy ich z taką gracją, jakby to były dziury na drodze.

Trafiliśmy nad sosnowieckie jezioro. Zeszliśmy stromą stroną, omal nie ześlizgując się z płyty ażurowej. Gdy usiedliśmy, miałem chwilę, żeby przyjrzeć się wodzie. Tafla falowała, ale w dwojaki sposób - drobny, lokalny i o wiele pokaźniejszy, globalny. Różnica wysokości między jednym a drugim końcem jeziora mogła wynosić ze dwa metry. Byłem zachwycony, ale Majster tylko rzucił, że to taki lokalny fenomen i przystąpił do konsumpcji kawałków zapiekanki.

Później przyszły jakieś dzieciaki kręcić teledysk do patotrapu, dostałem parę razy drewnianym bejsbolem po plecach, a jedno z nich omal nie zrzuciłem z góry do jeziora.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#26
Miałem we śnie taki fajny koncept przyszłości, w której grupa wybrańców otrzymała dostęp do teleportacji. Opierała się ona na punktach dostępowych - pojedynczych maszynach rozsianych po całym świecie. Nieregularny, ostry, karbowany kadłub mieścił cztery komory po czterech stronach świata, w regularnych odstępach. W środku były łóżka, dopasowujące się idealnie do ciała podróżnika, trochę jakby taki rezonans. Sam proces teleportacji był lekki i bezinwazyjny - obraz za przezroczystą pokrywą komory stopniowo się rozmazywał w osi pionowej, tworząc deszcz kolorowych smug. W pewnym momencie pojawiał się interfejs sterowany telepatycznie, wyświetlający mapy google i miejsce docelowe. Wyobrażając sobie palec, można było nim manipulować jak ekranem dotykowym. Po dokonanym wyborze miało się wrażenie spadania z dużej wysokości, jakby odwrócenia skalowania w pionie, aby wkrótce zmaterializować się w żądanej lokalizacji.

Wszystko przebiegało sprawnie aż do pewnego momentu... cóż, pewnie nikt nie lubi jak coś mu się zacina na telefonie, prawda? Wyobraźcie sobie, że przy którymś scrollowaniu mapy ta się zacięła, by po chwili oznajmić, że ląduję w Obwodzie Kaliningradzkim. Gdy się zorientowałem, nie było już odwrotu. Trafiłem do zabitej dechami wsi, na skraju lasu, mając w zasięgu wzroku tylko krzaki i krwiożerczą wiewiórkę, łaszącą się na rozbitka. Poczułem, że jej kły dobijają mi się do kostiumu, więc paroma szybkimi ruchami wyrzuciłem ją w gąszcz i pobiegłem w stronę najbliższych zabudowań.

Mijałem domy, surowe, nieskładne i faktycznie zabite dechami. Miejsce wyglądało na opuszczone, ale miałem przeczucie, że ktoś tu się panoszy. W końcu docierając do ślepej uliczki i szopy stojącej mi naprzeciw, w zdezelowanej ramie okiennej pojawił się karabin, a za nim zarośnięta, wykrzykująca groźne rosyjskie hasła twarz.

Я не понимаю! не стреляйте! - ratowałem się ostatkami wiedzy na temat tego języka.

Coś musiało być w tych słowach, co usprawiedliwiło moją obecność. Zostałem zaproszony do środka. Przy pokaźnym stole, na stołkach, krzesłach, brudnej, trawiastej kanapie rezydowała cała śmietanka towarzyska, a wśród niej... Kacper Pitala. Spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo - nie mogło być przypadkiem spotkanie innego podróżnika w takim miejscu. Błąd po stronie serwera musiał być zatem reprodukowalny, miałem zamiar zgłosić to zaraz po powrocie.

Na szczęście najbliższy punkt teleportacyjny nie był daleko. Godzina drogi powinna załatwić sprawę...
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#27
Miewam czasem taki konkretny gatunek snów przygodowych - hermetyczne społeczeństwo, karmione propagandą, w którym grupka osób zaczyna myśleć poza pudełkiem i znajduje sposób, żeby się z niego wydostać. Dzisiaj wyklarował mi się bardzo spójny choć cudaczny sen w tym klimacie, trochę na kształt "Paradyzji" Zajdla.

W pewnym miejscu, rozległym piętrze na kształt opuszczonej galerii, przebywała grupa kilkudziesięciu studentów. Wszyscy z nich, bardzo podobni z wyglądu i zachowania, ubrani w jednakowe białe stroje, snuli się pomiędzy witrynami sklepowymi w labiryncie słupków i taśm. Całość była skąpana w półmroku, podświetlana jedynie oślepiającymi witrynami i jednolitym, wątłym światłem paneli sufitowych o sterylnym niebiesko-fioletowym odcieniu.

Witryny oferowały miejsca rozrywki w postaci magazynów skrupulatnie wyselekcjonowanych gier, literatury i muzyki. Oprócz tego funkcjonowały też jadłodajnia i sypialnia oraz parę innych pomieszczeń, których przeznaczenia nie poznałem.

Nad wszystkim czuwał sztab kilku osób, na czele którego stał prawdopodobnie kapelusznik, podobny do tego z filmowej adaptacji Alicji w Krainie Czarów, tyle że o bardziej stonowanym, współczesnym wyglądzie. Utrzymywali wszystkich w zasięgu wzroku, nadzorując każdy ich ruch i słowa. W razie wyjścia poza ustalony schemat interweniowali w bardzo łagodny sposób, delikatnie zwracając uwagę na niepoprawność popełnionego czynu.

W tym śnie byłem głównie uważnym obserwatorem, pozostawałem transparenty wobec akcji. Próbowałem zrozumieć motywy działań różnych osób, zwłaszcza tych stojących u władzy. Fascynowała mnie tajemniczość tego miejsca. Twarz kapelusznika była nieprzenikniona, jakby pozbawiona mimiki, a mimo to wciąż łudząco ludzka. Zdumiewał mnie absolutny brak konfliktów. Nikt na nic nie narzekał, rozrywki i zajęć było pod dostatkiem, każde prośby były wysłuchiwane i respektowane. Wszystko działo się tu i teraz, przeszłość i przyszłość wydawały się być tematem tabu, jak i to czy istnieje coś poza tym miejscem. Przestrzeń była wprawdzie otwarta, trudno było uwierzyć, że nikt nie zastanawiał się nad tym, co znajduje się parę metrów dalej, na końcu korytarza, za kolejną ścianą czy piętrze. Widocznie mrok otaczający tą świetlistą bańkę odpychał od siebie każdego, kto postanowił wybiec za daleko myślami.

Sen pokazał mi jednak drugą stronę tego świata. To, co z pozoru było zwykłymi rozmowami, okazało się wyśrubowanym kodem, który należało rozumieć między wierszami. Prawdziwe znaczenie było uściślane niewerbalnymi gestami, omijając w ten sposób wszechobecną cenzurę. Faktyczna wiedza spłynęła na mnie w jednym momencie, dając mi pełny obraz sytuacji. Trzech studentów wyłamało się ze schematu, zyskali wystarczającą dużo informacji o otoczeniu, żeby podjąć próbę ucieczki. To oni mieli zapoczątkować działania z zewnątrz w celu uwolnienia pozostałych.

W konkretny "dzień", o wyznaczonej godzinie nastąpiła realizacja planu - któryś ze studentów przykuł uwagę obserwatorów, pozostając martwy punkt, do którego udali się uciekinierzy. W ciągu paru sekund wepchnęli się do szybu wentylacyjnego przez nadgryzioną metalową ścianę. Wspinaczka zaprowadziła ich poziom wyżej - zapuszczony, podziemny basen wskazywał na halę sportową. Przy brzegu spacerowało paru nadzorców z kapelusznikiem na czele. Bohaterowie znaleźli obejście pomiędzy rurami i bocznymi przejściami. W końcu dotarli do drzwi.

Pierwsze wyjście z mroku było oszałamiające, ale zdecydowanie brnęli przed siebie. Nie mieli wprawdzie czasu na rozmyślania - każdy przebyty metr oddalał zagrożenie, wypełniając ich determinacją i poczuciem wolności. Budynek mieścił się na placu, przypominało to jakąś zamkniętą jednostkę edukacyjną. Nikt nie zwracał na nich uwagi, traktując ich jak innych studentów, którzy w tym czasie przechadzali się po dziedzińcu, w drodze na następne zajęcia. O co tutaj chodzi? Wszystko, co działo się na dole, wydawało się równie nieprawdziwe jak sen. Jak gdyby wystarczyło się przez ten cały czas obudzić, żeby doświadczyć rzeczywistości.

Sen próbował podchwycić obawy o byciu prześladowanym i powrocie do tego miejsca, ale przerwałem te zapędy. Zbyt często tego typu akcje owocowały w nieustanne poczucie zagrożenia i ucieczkę, chciałem zobaczyć to od innej strony. Jakiś czas po opisywanych wydarzeniach bohaterowie zaczęli odzyskiwać wspomnienia, znaleźli miejsce w nowym świecie i dążyli do ustatkowania. Wciąż jednak pozostały niewyjaśnione kwestie podziemia i niewygodne myśli, mające zapoczątkować walkę o wolność reszty, pozostającej poza świadomością wszystkich, za wyjątkiem trzech osób.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#28
Krzątają mi się po różnych cyfrowych kątach skrawki snów. Uznałem, że może zacznę niektóre z nich stamtąd wyciągać. Dzisiaj, prosto z archiwum snów...

Motyw igrzysk śmierci organizowanych w dużej hali. Zebrano grupę 20 osób, którą wysłano na makietę kilku domków letniskowych, razem z psem jako jedynym wiernym towarzyszem. Każdy pokój obsadzono dwiema osobami, nie zdradzając żadnych szczegółów. Przekazano jedynie najważniejszą zasadę - ostatni żywy miał otrzymać nagrodę.

Początek był względnie spokojny. Gracze obserwowali siebie z dużą dozą ostrożności, nieśmiale inicjowali krótkie kontakty. Niektórzy wykazywali przyjacielskie nastawienie, inni wprost podkreślali konkurencyjność sytuacji, wytyczając ostre granice. Pojawiały się pierwsze domysły reguł gry, podsycane strachem lub nadmierną pewnością siebie.

Pierwsze wyklarowanie zasad nastąpiło jeszcze tego samego dnia - podział ról na morderców i ofiary. Połowa uczestników (w tym ja) otrzymała mały pistolet z nieograniczoną amunicją, ale długim czasem przeładowania - nie stwierdzono, jakim dokładnie. Stanowiło to pewien rodzaj gry psychologicznej - morderca miał do oddania jeden strzał i musiał dobrze o nim zadecydować. Wykorzystanie go zbyt wcześnie zmieniało go tymczasowo w ofiarę, co musiał sprytnie zamaskować. Nie wspominając już o oddaniu ślepego strzału, który momentalnie demaskował uprzywilejowanego gracza.

Początki rozgrywki potoczyły się wedle założeń - pierwsze nieudane strzały zdradziły role, co wymusiło podziały. Mordercy byli graczami, a ofiary pionkami, ale sytuacja miała się niejednokrotnie zmienić w trakcie gry. Pojawili się pierwsi wykluczeni, których los miał niebawem niemile zaskoczyć.

Wraz z upływem czasu liczonym jako ilość ofiar krajobraz ulegał przemianie. Niektórzy barykadowali się w pokojach z pomocą mebli, inni toczyli otwartą wojnę na korytarzach. Domki niszczały, podobnie jak relacje między graczami. Mimo pozornej chaotyczności minionych wydarzeń zdawało się, że ktoś wyraźnie śledził nasze poczynania i starał się sugerować dalszy przebieg rozgrywki. Nieznaczne zmiany w otoczeniu i nas samych, mniej lub bardziej widoczne, propagowały przez pole bitwy.

Punktem zwrotnym było wydarzenie, które z niewiadomych przyczyn, biorąc pod uwagę dotychczasową liczbę ofiar, wstrząsnęło ostałą przy życiu grupą. Mastermind gry zaplanował upadek 4 osób do wyrwy w parkiecie na pierwszym piętrze domku, obsadzając ich wszystkich potłuczonych w betonowym dole zalanym benzyną. Samozapłon nastąpił niemal natychmiast, a ochlapane cieczą ciała zajęły płomienie. Chóralny krzyk błagań i rozpaczy przeszył nas na wylot, całkowicie paraliżując. Osmalone zlepki mięsa próbowały wykorzystać co sprawniejsze kończyny do chwycenia czegokolwiek, co wyrwałoby je z bezdennej agonii. Ta oczywiście ustała, gdy zwęglowana masa utraciła swą świadomość, a jej namiastka kołatała się w naszych głowach.

Nikt już nie myślał o wygranej. Jedno spojrzenie wystarczyło by wytyczyć nowy cel - wszyscy wspólnie udaliśmy się do głównej sali w przejawie niemej rezygnacji. Wrota hali rozwarły się, wpuszczając do ciemnicy oślepiający snop światła. Lekko zamigotały kształty, umysł wypełnił świeży, ale znajomy obraz, jak po kończącym się koszmarze.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#29
Dojechaliśmy pod blok i szybko zrozumiałem, na czym polega problem. Windy i schody były wyłączone z użytku ze względu na remont, więc jedynym sposobem dotarcia na 10 piętro było liche rusztowanie rozstawione przed balkonami. Sytuacji nie polepszał fakt, że wieźliśmy ze sobą torby pełne zakupów, które chcąc nie chcąc trzeba było wtargać na górę.

Na szczęście pojawił się wybawiciel. Jego maszyna, złożona z dwóch wysokich kijów na podestach z kółkami, połączonych sznurkiem, z którego zwisało coś na kształt beczki, mogła wynieść go wprost na samą górę, dzięki sile pneumatycznych ramion sterujących wysokością całej konstrukcji. Jakiś czas później pojawił się na balkonie, montując wiadro na linie i tworząc windę, za pomocą której dotransportowaliśmy zakupy na miejsce.

Po wspinaczce po rusztowaniu, wejściu na balkon i dotarciu do środka, zacząłem bacznie przyglądać się mieszkaniu. Początkowo nie budziło we mnie żadnych wątpliwości, mimo że nic się nie zgadzało. Szaf na przedpokoju było kilka, łącznie 10 drzwi, które za każdym spojrzeniem zmieniały swoją konfigurację, reorganizując ścieżkę do sąsiedniego pokoju. Spojrzałem przez wizjer na korytarz i zobaczyłem robotników, którzy kładli ciemnoszare, marmurowe płyty jako posadzkę. Po otworzeniu drzwi ujrzałem jednak kawałek wysadzony czarnymi, heksagonalnymi kostkami, o niewygodnie podniesionych krawędziach, część z nich z bogatymi roślinnymi ornamentami na środku. Sen opiewał w detale, ale stabilność kulała, stąd każde spojrzenie wymuszało świeży obraz.

Kluczowy okazał się moment, gdy miałem się zbierać do domu. Przypomniałem sobie o chwiejnym rusztowaniu za balkonem i momentalnie ogarnął mnie lęk wysokości. Nie było mowy, abym tamtędy wracał. Usiadłem głęboko w fotelu i przysłuchiwałem się rozmowie Izabeli z kimś jeszcze o serii gier - obca nazwa jakby z innego języka, którą można było jednocześnie zrozumieć jako "Orient"/"Ekspress"/"Syberia". Wymieniali kolejne tytuły, uzgadniając ich fabułę. Wtedy coś mnie tknęło...

Nie muszę schodzić po rusztowaniu, skoro to jest sen.

Fakt, ale fajnie byłoby się wyrwać z tego mieszkania w jakiś bezpieczniejszy sposób. Wpadłem na pomysł. Popędziłem do labiryntu z szaf i zagadałem członka rodziny. Powiedziałem, że to był świetny pomysł kupić dom w górach. Odpowiedź wyrażała skonfundowanie, ale nie musiałem jej słuchać - przedpokój wypełniła przestrzeń, a pod ścianą znalazła się piękna fontanna, z miniaturowymi górami i przeróżnymi figurkami, której przyglądałem się chwilę z zainteresowaniem. Niedługo później wróciłem do salonu z zadowoleniem odkrywając, że balkon przekształcił się w taras, a dalej pole widzenia ograniczał pagórek, na który czym prędzej się wdrapałem. Stąd widać już było tylko bezkresne pole i wyblakłe niebo w tle, grząski grunt wytrącał mnie z równowagi.

Mimo mojej niezmąconej uwagi i chęci stabilizacji snu, ten dalej modyfikował wszystko, co choćby na chwilę wyrywało się z zasięgu wzroku. Niebo w tle okazało się być ścianą z szarą farbą, o porowatej powierzchni przy bliższej inspekcji. A więc dalej byłem uwięzony w pomieszczeniu. Dotknąłęm przeszkody, a ta okazała się płachtą, przez którą przeleciałem do innego pokoju, przypominającego piwnicę. Tutaj nastąpiła istna fuzja zmysłów - psychodelia wypełniała mój wzrok, kształty mieszały się ze sobą, obiekty zmieniały tekstury. Sen skakał od skojarzenia do skojarzenia w sposób nadzwyczaj płynny i wyrafinowany. Straciłem w tym momencie całkowicie kontrolę, pozostałem wiernym obserwatorem tego spektaklu. Moja perspektywa była rozciągana jak guma, trójwymiarowy widok przekształcał się w dwuwymiarowy rzut izometryczny, z interfejsem gry mobilnej, by po chwili przeobrazić się w coś zupełnie innego.

W pewnym momencie sen zaczął tracić klarowność, fałszywe poczucie wyrzucania symulowało moje ciało na łóżku, czerń zaczęła stopniowo obejmować coraz większy obszar widzenia. Po kilkunastu sekundach objawy jednak ustąpiły, a sen nabrał przy tym wyczekiwanej stabilności... do pewnego stopnia.

Pokój, w którym się znalazłem, był całkowicie wykonany z różnokolorowym klocków. Obiekty były prostymi bryłami, ale dało się dostrzec łączenia poszczególnych elementów i charakterystyczne wypustki. Co ciekawe, mimo sztywnego połączenia między klockami, mój dotyk sprawiał, że traciły spójność - wsadzając rękę w podłogę, mogłem wybierać garściami elementy, jakby to było coś sypkiego. Przypominało to trochę animacje stopmotion o podobnej tematyce.

Spodobał mi się ten motyw, zacząłem intensywniej grzebać w podłodze. Wykopałem przy tym wystarczająco długi tunel, aby zmieścić się w nim w całości. Czułem się jak dżdżownica, wijąca się pod ziemią, tylko tą ziemią były klocki. Nie ukrywałem satysfakcji, płynąc w plastikowym morzu, bez żadnego oporu.

W końcu jednak trafiłem na dno. Drewniany parkiet nie poddawał się moim dłoniom, więc wstałem i zauważyłem, że trafiłem do innego pomieszczenia - o wiele obszerniejsze, z nierównomiernym oświetleniem, gdzie połowa przestrzeni była skąpana w półmroku. Wokół mnie wciąż porozstawiane były klocki, lecz tym razem w postaci zestawów - "Lego Genius". Oprócz tradycyjnych elementów, były też kable i bramki logiczne - NAND i NOT. Przy okazji odgrzebałem też pistolety, które funkcjonowały prawdopodobnie jako przełączniki. Podszedłem do tablicy, obok stał znajomy i próbował coś zbudować - zapiski sugerowały budowanie innych bramek logicznych, tabele prawdy, diagramy, różnymi kolorami, nałożone na siebie bezładnie. Spodobał mi się ten pomysł, więc zacząłem szukać kilku bramek NAND i NOT, żeby zbudować własnego ORa, później podpiąć go pod pistolety i diodę. Sen jednak przerwał mi w połowie zabawy...

Obudziłem się ze świeżą pamięcią większości wydarzeń. Najsłabiej pamiętam jednak najlepszą część snu - zabawy z percepcją. Mimo wszystko nie dziwię się, biorąc pod uwagę abstrakcyjność tego doznania.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#30
Miałem dzisiaj we śnie nieprzyjemne spotkanie rodzinne. Nie pamiętam, co było powodem mojej frustracji, ale musiał być konkretny - w przypływie złości cisnąłem miską z rosołem pod stół, oblewając stopy wszystkich obiadujących.

Po odbytej pokucie zasiadłem skruszony gdzieś z boku i dla odwrócenia myśli zacząłem przeglądać szuflady pod blatem. Wypełnione były one interfejsami, w których jeden z domowników notował listę zadań do zrobienia. Przejrzałem ją pobieżnie, odnotowując co ciekawsze fakty, aż wreszcie trafiłem na coś szczególnie interesującego. W osobnej zakładce widniał graf repozytorium Git (takiego narzędzia do kontroli wersji dla programistów), który zawierał zapis konkretnych wydarzeń z minionego dnia. Autor schematu szybko dostrzegł moje zafrapowanie i powiedział, że z pomocą jednej komendy jest w stanie odwrócić wszystko, co dzisiaj zaszło. Zgodziłem się bez namysłu, na ekranie pojawiło się znajome `git revert` i po chwili...

Cofanie w czasie jest zabawne. To trochę tak jakby wybudzić się nagle ze snu. Albo jak moment uświadomienia w LD. Po prostu w pewnym momencie ocknąłem się, że to już i na szybko zebrałem myśli. Miałem wrażenie, jakbym przed chwilą był w dwóch rzeczywistościach jednocześnie - tej poprzedniej, gdy siedziałem przy stole, i tej obecnej, gdzie dopiero przyjechałem do rodziny. Pamiętam tylko, że spojrzałem porozumiewawczo w stronę tajemniczego domownika i zacząłem planować, jak uniknąć wszystkich przykrości, które spotkały mnie minionego/przyszłego wieczoru.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  夢 Skipper's dreams 夢 Skipper 69 76,583 22-06-2024, 10:11
Ostatni post: Skipper
  Magic dreams notepad. AstroHunter 50 9,649 01-06-2022, 01:09
Ostatni post: AstroHunter
Fallen Dreams Fallen Leaf 727 537,107 04-04-2020, 15:28
Ostatni post: Fallen Leaf
  My Dreams waldek5 5 3,516 13-06-2018, 14:38
Ostatni post: waldek5
  Vyper's dreams RedVyper91 8 3,810 28-04-2018, 23:16
Ostatni post: RedVyper91

Skocz do:

UA-88656808-1