01-08-2025, 15:40
Byłem na szczycie turbiny wiatrowej, na jednym z wystających elementów konstrukcyjnych. Była absolutna, błoga cisza, żadnego wiatru. Pode mną, w odległości co najmniej kilometra, majaczyły pola, lasy i pojedyncze zabudowania. Miałem wrażenie patrzenia na podgląd satelitarny z map Google'a.
Sen usilnie napędzał mój lęk wysokości. Towarzyszyło mi dobrze znane uczucie miękkich nóg. Ręce jak z waty kurczowo trzymały się smukłych, białych paneli. Spoglądałem ukradkiem w dół w obawie o bolesny i długi upadek.
Był to już co najmniej sen o LD. Wiedziałem, że śnię i nie grozi mi nic złego, ale mając tak realne otoczenie i odwzorowanie odległości trudno oszukać instynkt. Zdecydowałem się mimo wszystko wziąć w garść i wykorzystać tą sytuację do eksperymentowania.
Konstrukcja była dziwna - sam wirnik był ustawiony poziomo, a więc rotował w osi słupa. Mogłem zatem swobodnie przemieścić się po jednej z łopatek na jej koniec i z powrotem. Lęk powoli ustępował adrenalinie. Bawiło mnie utrzymywanie balansu, mając na uwadze brak konsekwencji upadku. Objąłem nogami łopatkę i stopniowo poruszałem się do przodu. Trudności dodawał wirnik, który zaczynał stopniowo się obracać. Dodając do całego układu dodatkowe siły, próbował nieprzerwanie wytrącić mnie z równowagi.
W pewnym momencie stabilność otoczenia zaczęła się chwiać. Konstrukcja straciła sztywność, powoli uginając się pod moim ciężarem. Słup wydawał się być z gumy i stopniowo tracił swoją sprężystość. Spadałem swobodnie, trzymając się kurczowo któregoś z elementów wiatraka. Wreszcie, blisko powierzchni, lot zaczął wyhamowywać, usadawiając mnie bezpiecznie na powierzchni... która okazała się rozmytą, płaską teksturą widoku z samej góry.
Obudziłem się. Leżałem na łóżku. Otoczenie nie budziło moich wątpliwości, mimo że nic się nie zgadzało. Nie zwróciłem na to zbytniej uwagi i poszedłem znowu spać.
Obudziłem się. Fałszywe przebudzenie, ciekawie. Podniosłem się z łóżka uspokojony, ale coś przeszkadzało mi w otoczeniu. Po namyśle zaświtało mi, że to mieszkanie, z którego już dawno się wyprowadziłem. W pokoju było stosunkowo jasno. Przeszedłem się do sąsiedniego pomieszczenia - po braku godziny na zegarku stwierdziłem brak prądu, a wszechobecny półmrok przypominał klimatem horror. Uznałem, że nie będę w to brnąć - postanowiłem się obudzić.
Obudziłem się. Dziewczyna oglądała coś na telefonie. Byłem w swoim łóżku, nareszcie. Pocieszony wstałem, ale powoli zapał opadał. Jej ubranie się nie zgadzało. Ściana miała dziwnie wgłębienie. Im dłużej przypatrywałem się otoczeniu, tym coraz więcej elementów budziło moje wątpliwości. Westchnąłem i zdecydowałem się obudzić po raz kolejny.
Obudziłem się. Czułem się potwornie senny i lekko zdezorientowany. Moja pozycja na łóżku wydawała się prawdopodobna. Powoli podniosłem się i sprawdziłem najbliższe otoczenie. Przeczesując wzrokiem pokój, nie widziałem nic podejrzanego. Wszystkie znajome obiekty na swoim miejscu. Wstałem, przeszedłem się kawałek. Nadzieja wracała... do czasu, gdy nie stanąłem przed lustrem i spojrzałem w odbicie. Postać po drugiej stronie była opóźniona w naśladowaniu, po chwili zaczęła żyć własnym życiem. Będąc już zmęczonym ciągłym wstawaniem prosiłem o wyjście ze snu...
Obudziłem się. Identyczne miejsce co wcześniej. Identyczna pozycja. Ponownie uczucie zmęczenia i dezorientacji. Doszedłem do dziwnego wniosku - co jeśli budzę się naprawdę na jawie, ale moja senność bardzo szybko cofa mnie do snu? W tej sytuacji sen kontynuowałby motyw leżenia w łóżku, co mogłoby mi się zlewać w jedno doświadczenie. Wydawało mi się to wtedy niegłupie. Zdecydowałem się obudzić i tym razem wstać jak najszybciej, nie dając sobie szansy ponownie zasnąć.
Obudziłem się. Poderwałem się od razu z łóżka, aż obudziłem moją dziewczynę. Chwilę poświęciłem na obserwację otoczenia, żeby upewnić się do końca, że to już na pewno koniec. Wszystko było na swoim miejscu, odbicia w lustrze w porządku. Ściany w porządku. Absolutnie nic nie wskazywało na sen. Wytłumaczyłem się pokrótce z mojej gwałtownej pobudki. Zerknąłem kątem oka na cień wyłaniający się zza łóżka. Czarno-bury szczeniak. Nie mam psa. Zacząłem panikować. Traciłem grunt pod nogami.
Obudziłem się. Wszystko żywsze, jaśniejsze, ostrzejsze. Poczułem przyjemne osadzenie w rzeczywistości. Mimo tego byłem kompletnie zdezorientowany. Zmysły wyostrzone na wypadek bodźca, który mógł tą sielankę ukrócić. Powoli sięgnąłem po telefon i zacząłem spisywać klucze snu. Usłyszałem wtedy za oknem coś dziwnego - koty. Parę kotów. Miaucząco-syczące odgłosy. Identyczne, wybrzmiały chóralnie, lekko asynchronicznie. Zabrzmiało to tak nierealnie, że znowu zacząłem kwestionować swój zdrowy rozsądek.
Od tamtej pory nie zaliczyłem żadnej niespodziewanej pobudki. Jeśli to czytasz, to mam nadzieję, że wstałem, i nie będzie mi dane powtarzać tego dnia od początku.





