21-04-2023, 00:44
Krzątają mi się po różnych cyfrowych kątach skrawki snów. Uznałem, że może zacznę niektóre z nich stamtąd wyciągać. Dzisiaj, prosto z archiwum snów...
Motyw igrzysk śmierci organizowanych w dużej hali. Zebrano grupę 20 osób, którą wysłano na makietę kilku domków letniskowych, razem z psem jako jedynym wiernym towarzyszem. Każdy pokój obsadzono dwiema osobami, nie zdradzając żadnych szczegółów. Przekazano jedynie najważniejszą zasadę - ostatni żywy miał otrzymać nagrodę.
Początek był względnie spokojny. Gracze obserwowali siebie z dużą dozą ostrożności, nieśmiale inicjowali krótkie kontakty. Niektórzy wykazywali przyjacielskie nastawienie, inni wprost podkreślali konkurencyjność sytuacji, wytyczając ostre granice. Pojawiały się pierwsze domysły reguł gry, podsycane strachem lub nadmierną pewnością siebie.
Pierwsze wyklarowanie zasad nastąpiło jeszcze tego samego dnia - podział ról na morderców i ofiary. Połowa uczestników (w tym ja) otrzymała mały pistolet z nieograniczoną amunicją, ale długim czasem przeładowania - nie stwierdzono, jakim dokładnie. Stanowiło to pewien rodzaj gry psychologicznej - morderca miał do oddania jeden strzał i musiał dobrze o nim zadecydować. Wykorzystanie go zbyt wcześnie zmieniało go tymczasowo w ofiarę, co musiał sprytnie zamaskować. Nie wspominając już o oddaniu ślepego strzału, który momentalnie demaskował uprzywilejowanego gracza.
Początki rozgrywki potoczyły się wedle założeń - pierwsze nieudane strzały zdradziły role, co wymusiło podziały. Mordercy byli graczami, a ofiary pionkami, ale sytuacja miała się niejednokrotnie zmienić w trakcie gry. Pojawili się pierwsi wykluczeni, których los miał niebawem niemile zaskoczyć.
Wraz z upływem czasu liczonym jako ilość ofiar krajobraz ulegał przemianie. Niektórzy barykadowali się w pokojach z pomocą mebli, inni toczyli otwartą wojnę na korytarzach. Domki niszczały, podobnie jak relacje między graczami. Mimo pozornej chaotyczności minionych wydarzeń zdawało się, że ktoś wyraźnie śledził nasze poczynania i starał się sugerować dalszy przebieg rozgrywki. Nieznaczne zmiany w otoczeniu i nas samych, mniej lub bardziej widoczne, propagowały przez pole bitwy.
Punktem zwrotnym było wydarzenie, które z niewiadomych przyczyn, biorąc pod uwagę dotychczasową liczbę ofiar, wstrząsnęło ostałą przy życiu grupą. Mastermind gry zaplanował upadek 4 osób do wyrwy w parkiecie na pierwszym piętrze domku, obsadzając ich wszystkich potłuczonych w betonowym dole zalanym benzyną. Samozapłon nastąpił niemal natychmiast, a ochlapane cieczą ciała zajęły płomienie. Chóralny krzyk błagań i rozpaczy przeszył nas na wylot, całkowicie paraliżując. Osmalone zlepki mięsa próbowały wykorzystać co sprawniejsze kończyny do chwycenia czegokolwiek, co wyrwałoby je z bezdennej agonii. Ta oczywiście ustała, gdy zwęglowana masa utraciła swą świadomość, a jej namiastka kołatała się w naszych głowach.
Nikt już nie myślał o wygranej. Jedno spojrzenie wystarczyło by wytyczyć nowy cel - wszyscy wspólnie udaliśmy się do głównej sali w przejawie niemej rezygnacji. Wrota hali rozwarły się, wpuszczając do ciemnicy oślepiający snop światła. Lekko zamigotały kształty, umysł wypełnił świeży, ale znajomy obraz, jak po kończącym się koszmarze.





