12-01-2023, 00:00
Miałem we śnie taki fajny koncept przyszłości, w której grupa wybrańców otrzymała dostęp do teleportacji. Opierała się ona na punktach dostępowych - pojedynczych maszynach rozsianych po całym świecie. Nieregularny, ostry, karbowany kadłub mieścił cztery komory po czterech stronach świata, w regularnych odstępach. W środku były łóżka, dopasowujące się idealnie do ciała podróżnika, trochę jakby taki rezonans. Sam proces teleportacji był lekki i bezinwazyjny - obraz za przezroczystą pokrywą komory stopniowo się rozmazywał w osi pionowej, tworząc deszcz kolorowych smug. W pewnym momencie pojawiał się interfejs sterowany telepatycznie, wyświetlający mapy google i miejsce docelowe. Wyobrażając sobie palec, można było nim manipulować jak ekranem dotykowym. Po dokonanym wyborze miało się wrażenie spadania z dużej wysokości, jakby odwrócenia skalowania w pionie, aby wkrótce zmaterializować się w żądanej lokalizacji.
Wszystko przebiegało sprawnie aż do pewnego momentu... cóż, pewnie nikt nie lubi jak coś mu się zacina na telefonie, prawda? Wyobraźcie sobie, że przy którymś scrollowaniu mapy ta się zacięła, by po chwili oznajmić, że ląduję w Obwodzie Kaliningradzkim. Gdy się zorientowałem, nie było już odwrotu. Trafiłem do zabitej dechami wsi, na skraju lasu, mając w zasięgu wzroku tylko krzaki i krwiożerczą wiewiórkę, łaszącą się na rozbitka. Poczułem, że jej kły dobijają mi się do kostiumu, więc paroma szybkimi ruchami wyrzuciłem ją w gąszcz i pobiegłem w stronę najbliższych zabudowań.
Mijałem domy, surowe, nieskładne i faktycznie zabite dechami. Miejsce wyglądało na opuszczone, ale miałem przeczucie, że ktoś tu się panoszy. W końcu docierając do ślepej uliczki i szopy stojącej mi naprzeciw, w zdezelowanej ramie okiennej pojawił się karabin, a za nim zarośnięta, wykrzykująca groźne rosyjskie hasła twarz.
Я не понимаю! не стреляйте! - ratowałem się ostatkami wiedzy na temat tego języka.
Coś musiało być w tych słowach, co usprawiedliwiło moją obecność. Zostałem zaproszony do środka. Przy pokaźnym stole, na stołkach, krzesłach, brudnej, trawiastej kanapie rezydowała cała śmietanka towarzyska, a wśród niej... Kacper Pitala. Spojrzeliśmy na siebie porozumiewawczo - nie mogło być przypadkiem spotkanie innego podróżnika w takim miejscu. Błąd po stronie serwera musiał być zatem reprodukowalny, miałem zamiar zgłosić to zaraz po powrocie.
Na szczęście najbliższy punkt teleportacyjny nie był daleko. Godzina drogi powinna załatwić sprawę...





