24-10-2022, 12:33
[...]
Plac roboczy mieścił się zaraz obok parkingu. Co chwilę przyjeżdżały ciężkie sprzęty budowlane - każdy z nich zanurzał swoje łyżki/widły/lemiesze w basenie z poszarzałą wodą i wstrząsał pozbywając się grudek piasku. Korzystałem z tej brei, tworząc własną zaprawę z owego piasku i kawałków brudu w dziecięcym wiadereczku. Majster instruował mnie dokładnie co gdzie wlewać i jak rozkładać wilgotną mieszankę, żeby "dobrze wyglądało, a było też tanio".
- Fajrant!
Weszliśmy do apteki i zaczęliśmy się rozglądać po asortymencie.
- Bierzesz hot doga? - spytał Majster.
- Nie... raczej nie.
- Bierzesz, nie będę sam jadł.
Farmaceutka wyciągnęła dwie zapiekanki i wpakowała je do mikrofali zaraz nad półką ze środkami nasennymi. Były zbyt długie, więc wyciągnęła nóż i zaczęła ciąć je na pół, próbując później powstałe kawałki dopchnąć drzwiczkami.
Wsiedliśmy z Majstrem do auta, ruszyliśmy przez labirynt robót drogowych i przechodniów stojących w losowych miejscach jezdni. Wymijaliśmy ich z taką gracją, jakby to były dziury na drodze.
Trafiliśmy nad sosnowieckie jezioro. Zeszliśmy stromą stroną, omal nie ześlizgując się z płyty ażurowej. Gdy usiedliśmy, miałem chwilę, żeby przyjrzeć się wodzie. Tafla falowała, ale w dwojaki sposób - drobny, lokalny i o wiele pokaźniejszy, globalny. Różnica wysokości między jednym a drugim końcem jeziora mogła wynosić ze dwa metry. Byłem zachwycony, ale Majster tylko rzucił, że to taki lokalny fenomen i przystąpił do konsumpcji kawałków zapiekanki.
Później przyszły jakieś dzieciaki kręcić teledysk do patotrapu, dostałem parę razy drewnianym bejsbolem po plecach, a jedno z nich omal nie zrzuciłem z góry do jeziora.





