24-05-2021, 15:00
Dzisiaj senna ironia.
Akcja snu bazowała na potrzebie zaśnięcia, o której wspomnę jeszcze później. Siedziałem w ciemnym pokoju, lekko oświetlonym niebieskimi diodami z obudowy komputera. Szykowałem się do snu, jednak na każdym kroku napotykałem przeszkody...
Gra działająca w tle na komputerze wydawała dźwięk pomimo wyłączonych głośników i grzebania w ustawieniach audio.
Tłum ludzi przemknął przez pokój, zabierając mnie na salę, gdzie odbywał się standup. Zgromadzenie szybko się rozeszło, a mi rzucił się w oczy rząd ławek - ułożyłem się przy nim wygodnie, tuż przy scenie, o którą oparłem swoją głowę.
I wtedy pomieszczenie się rozjaśniło, a na scenę wybiegli tancerze ubrani w strój ludowy. Zanim uderzyłem w głową parkiet, chcąc odciąć się od tego wszystkiego, dostrzegłem jedną ciekawą sewkencję - obrót wokół własnej osi i wymach ręką. Resztkami uwagi skojarzyłem to z czarem Wingardium Leviosa, traktując ten występ jako jego swoistą taneczną interpretację.
W każdym razie skąd ta chęć szybkiego zaśnięcia? Z fałszywego przebudzenia po poprzednim śnie, który był dosyć inspirujący i chciałem do niego wrócić.
Ostatnio grywamy ze Sławkiem w Factorio, a dokładniej mod Warptorio. Budujemy się na platformie, którą potem przenosimy od planety do planety, po drodze zbierając surowce i wykonując zadania. Gra jest w perspektywie 2D, ale sen uznał, że przeniesie ją do trzech wymiarów w bardziej organicznym wydaniu.
Pamiętam planetę, której powierzchnia była skuta lodem twardym jak skała. Z ziemi wyrastały olbrzymie lodowe kryształy, głównie samotne, ale niektóre łączyły się w łuki i inne struktury. Atmosfera była rzadka, ale dość wyraźna. Jasnoniebieskie niebo podkreślało mroźny klimat tego krajobrazu.
Inna planeta przypominała księżyc, ale pokryty litą skałą i pojedynczymi większymi głazami. Nie było tutaj atmosfery, więc niebo pozostało czarne i gwieździste. Mimo wszystko trzeba było mieć się na baczności - w powietrzu lawirowały asteroidy, nienaturalnie okrągłe. Przesuwały się powoli w różnych kierunkach, ignorując grawitację. Czasem wpadały na siebie, czasem odbijały się od powierzchni planety jak kauczuki. Trochę jak ten wygaszacz w Windowsie z bąbelkami.
Pośród tego wszystkiego krzątał się golem wielkości dziesięciopiętrowego budynku. Składał się z ciosanych marmurowych bloków, spojonych ze sobą jakąś nieznaną siłą. Był dosyć smukły jak na swoją toporność, trochę jak połączenie tego robota z Interstellara i Siren Heada. Wyobrażam sobie, że mógł miotać tymi asteroidami jak piłeczkami tenisowymi.





