Cześć,
Od blisko tygodnia stosuję się do reżimu tej metodologi. Czyli 3-4h sen w nocy i 3x20 minutowe drzemki w trakcie dnia.
Niestety, sen główny nie daje mi poczucia wyspania się. Oczekuję, że przynajmniej przez kilka godzin po jego zakończeniu będę rozbudzony i aktywny. Dzieje się na odwrót. Wystarczy odrobina braku aktywności fizycznej (podróż MPK, przystanek, spotkanie) i spadam w ramiona snu.
Dopiero drzemka ok 11 pozwala się zresetować i rozbudzić.
Próbowałem zmieniać długość snu głównego (3h,3h30m, 4h, 4h30m) tak wymierzone by obudzić się o 5:30. Praktycznie nic nie poprawiło się.
Doradźcie na co zwrócić uwagę lub co poprawić, by uzyskać lepsze efekty.
Nie wolno się bać, strach zabija duszę.
Strach to mała śmierć, a wielkie unicestwienie.
Stawię mu czoło.
Niech przejdzie po mnie i przeze mnie.
A kiedy przejdzie, odwrócę oko swej jaźni na jego drogę.
Którędy przeszedł strach, tam nie ma nic.
Jestem tylko ja.
Kiedyś czytałem o śnie wielofazowym, polifazowym itp.
Z tego co tam pisało, to organizm musi mieć więcej czasu na przystosowanie się do sytuacji.
Tydzień widocznie nie wystarcza.
Dzisiaj postanowiłem zmienić strategię. Dużo notatek (by mieć materiał porównawczy), a drzemki gdy organizm jest senny, bez rygorystycznego pilnowania harmonogramu.
Nie wolno się bać, strach zabija duszę.
Strach to mała śmierć, a wielkie unicestwienie.
Stawię mu czoło.
Niech przejdzie po mnie i przeze mnie.
A kiedy przejdzie, odwrócę oko swej jaźni na jego drogę.
Którędy przeszedł strach, tam nie ma nic.
Jestem tylko ja.
Aktualnie największym problemem dla mnie jest uzyskanie pełnej (lub wystarczająco wysokiej) świadomości i rozbudzenia po nocnym śnie. Po pierwszej drzemce nie ma już senności czy rozproszenia.
Spróbuje ustawić czas snu 3 lub 4,5h (dwa dni wcześniej spałem 4,5 i dobrze to wspominam).
Nie wolno się bać, strach zabija duszę.
Strach to mała śmierć, a wielkie unicestwienie.
Stawię mu czoło.
Niech przejdzie po mnie i przeze mnie.
A kiedy przejdzie, odwrócę oko swej jaźni na jego drogę.
Którędy przeszedł strach, tam nie ma nic.
Jestem tylko ja.
Ja stosowałem sen wielofazowy, niezapomniane gdy kładziesz koło północy uczucie gdy przed 5 rano wstajesz z wyspania . Okres adaptacyjny trwał nie pamiętam ale krótko tydzień może 2. Chyba robiłem 3 30min drzemki za dnia, odległości miedzy nimi nie pamiętam. Ale przestrzegałem ich [błąd ortograficzny] rygorystycznie. W nocy spałem 4,5 h. Nie bawiłem się w to długo bo tryb życia się zmienił i nie miałem czasu :/. W każdym bądź razie w której średniej perspektywie działa super ), NASA twierdzi ze na dłuższą mete jakieś zaburzenia koncentracji(nie wyspanie) występuje i astronauci śpią normalnie . Pewnie nic Ci nie pomogłem ale za to się pochwaliłem .
Co uznać za właściwą pozycję do drzemki?
Leżąca, czyli powtórzenie tradycyjnego spania, kończącą się dla mnie utratą świadomości bez snów na tym etapie? Na nią mogę sobie pozwolić w domu. Budzę się raczej zamulony i potrzebuję kilku minut by w pełni odzyskać rześkość i rozbudzenie.
Czy też siedząca - która właściwie wygląda jak medytacja (opaska do snu i zatyczki do uszu obowiązkowe) z wyrazistymi hipnagogami lub wizjami. W pracy tylko na taką mogę sobie pozwolić, cichy pokój z krzesełkami. Kończy się bardzo pozytywnie, pełen energii i rozbudzony. Właściwie jak po medytacji.
PS. Chyba sam sobie odpowiedziałem. Drugie podejście daje dobre efekty, więc jego się trzymać.
Nie wolno się bać, strach zabija duszę.
Strach to mała śmierć, a wielkie unicestwienie.
Stawię mu czoło.
Niech przejdzie po mnie i przeze mnie.
A kiedy przejdzie, odwrócę oko swej jaźni na jego drogę.
Którędy przeszedł strach, tam nie ma nic.
Jestem tylko ja.
sen główny - 5 sekund po planowanym przebudzeniu jest kluczowe, jeśli pozwolę zwyciężyć uczuciu 'jest mi tak wygodnie i komfortowo, jeszcze tylko chwilę' to usnę, tutaj trzeba od razu wstać, poderwać się
Nie sprzyja to pamiętaniu snów. Prawdę mówiąc sny są mgliste, rwane, a ich treść trudna jeśli w ogóle możliwa do zapamiętania.
pobudka o 5:30 - gwarantuje to, że pomiędzy 7 a 9 będę miał kryzys, senność ciągnie do drzemki, a i skupienie trudno utrzymać. Aż korci by w tym okresie ustawić drzemkę. Ciekawe, czy pomoże.
Konsultowałem ideę snu wielofazowego z psychiatrą. Generalnie powiedział to samo co wszędzie słychać. Jednofazowy sen jest przyjętym standardem, 7-8h. Natomiast podała mi listę objawów, które mogą wskazywać na poważniejsze problemy (czyli właściwie to co kryje się pod hasłem deprywacja snu).
Faktem jest również, że marzenia senne w tym okresie (rozpatruję dwa tygodnie) właściwie nie występowały. Co najwyżej w trakcie drzemek - aczkolwiek tutaj bliżej im było do wizji (nawet o wysokim poziomie szczegółowości) jakich doświadczałem przy medytacji.
W weekendy pozwoliłem sobie pospać dłużej i od razu pojawiły się sny, dłuższe, fabularne i łatwe do zapamiętania.
Mam wątpliwości w którą stronę iść. Chcę kontynuować eksperyment, bo chcę uzyskać większą ilość czasu aktywności (nawet 2-3 godziny). Aczkolwiek utrata marzeń sennych jest dla mnie dość nieprzyjemna.
Na stronie http://www.supermemo.com/help/faq/polyphasic.htm oraz http://www.supermemo.com/articles/polyphasic.htm trafiłem na dość konkretne krytyczne uwagi odnośnie całej idei snu wielofazowego. Dało mi to mocno do myślenia - zwłaszcza zarzuty o skracaniu lub kompresji snu N-REM, który autorzy utożsamiają z funkcją akumulowania i integrowania doświadczeń z jawy.
Nie wolno się bać, strach zabija duszę.
Strach to mała śmierć, a wielkie unicestwienie.
Stawię mu czoło.
Niech przejdzie po mnie i przeze mnie.
A kiedy przejdzie, odwrócę oko swej jaźni na jego drogę.
Którędy przeszedł strach, tam nie ma nic.
Jestem tylko ja.
Kończę eksperyment.
Mam dość stale towarzyszącego mi uczucia braku snu, apetytu i wahań nastroju. Po ponad 3 tygodniach nie doczekałem magicznego momentu w którym nastąpić miał przełom przywracający równowagę.
Prawdę mówiąc najbardziej brakowało mi marzeń sennych. Obiecywane intensywne LD, które miało pojawić się w trakcie drzemek - nie doczekałem.
Pozostają pytania "Czy za mało konsekwentnie i zbyt krótko stosowałem się do założeń i wymagań procesu? Czy też cały proces był wątpliwy w swym założeniu?"
Nie wolno się bać, strach zabija duszę.
Strach to mała śmierć, a wielkie unicestwienie.
Stawię mu czoło.
Niech przejdzie po mnie i przeze mnie.
A kiedy przejdzie, odwrócę oko swej jaźni na jego drogę.
Którędy przeszedł strach, tam nie ma nic.
Jestem tylko ja.