03-10-2020, 19:18
3 października 2020 - Teledysk symbolizujący cierpienia Polski
Jestem w domu, w kuchni. Jest jakaś rodzinna imprezka, są tu moje różne ciocie, wujkowie, kuzyni. Większość siedzi w salonie przy stole, ja wraz z kilkoma ciociami i mamą siedzę przy stole w kuchni. Jemy coś, co przypomina bochenek chleba wypełniony bitą śmietaną. Jest miękki i słodki. Podchodzi do nas wujek i mówi, że to się nazywa "babka kremowa". Niestety już się skończyła, a zjadłbym więcej.
Wstaję od stołu i razem z wujkiem przechodzimy do mojego pokoju. Wujek rozmawia ze mną o moim laptopie, czy dobry, od kiedy go mam - taka gadka szmatka. Odpowiadam, że kupiłem go jak jeszcze chodziłem do gimnazjum (co jest nieprawdą, ale nie zorientowałem się w czasie snu). Do pokoju wchodzą moi dwaj starsi bracia cioteczni, Łukasz i Wojtek. Łukasz i wujek siadają na sofie, ja siadam na fotelu, a Wojtek opiera się o szafki na przeciwko mnie.
Zaczynamy oglądać razem jakiś teledysk, wspólny projekt polskich artystów. Kamera wznosi się nad polami uprawnymi, gdzieś tam w oddali widać pojedyncze budynki, farmy, stodoły, młyny z wiatrakami. Tak właściwie to nie wygląda jak Polska, choć w założeniu jest. Słońce chyli się ku zachodowi, nadając całej okolicy ciepłego odcienia. Co by nie mówić, ładny widok.
Kamera powoli przelatuje przez krajobraz, jednocześnie słychać spokojną muzykę. Zaczyna śpiewać Ralph Kaminski tym swoim charakterystycznym głosem. Na chwilę przerywamy oglądanie. Łukasz cicho mówi, że za nim nie przepada. Wojtek odpowiada żartobliwie: "nawet tak nie mów". Wracamy do teledysku.
W rytm muzyki ogromna ręka pojawia się z lewej strony, łapie kolejne budynki i zabiera je poza kadr. (Wyobraźcie sobie, że liczycie w rytm muzyki 1...2...3...4...1... itd. to na każde "1" pojawia się ta ręka i cap! Kolejny budynek zabrany, wyrwany z fundamentów). Potem śpiewali jeszcze m.in. Kortez i Igor Walaszek. Ogólnie sami mężczyźni. Z tego co rozumiem, to teledysk miał być metaforą takich wydarzeń z polskiej historii jak np. zabory, gdy obce państwa zabierały to co polskie.
Więzienie na strychu
Jestem na strychu w swoim domu. Wygląda inaczej, jest przede wszystkim większy. Przy ścianie jest więzienie. Nie ma żadnych krat lub ścian - od świata zewnętrznego oddziela je magiczna bariera, przypominająca bańkę mydlaną. W środku siedzi jeden więzień, nie mam jednak pojęcia czym zawinił.
Patrzę w lewo i widzę tam jakąś dziwną dziewczynę z nadprzyrodzonymi zdolnościami. W nienaturalny sposób się porusza, wygina nogi, które zakończone są ostrzami. Chyba może być niebezpieczna, ale wydaje się, że nie muszę się jej obawiać. Chociaż zachowuje się jakoś tak passive aggressive, że tak to ujmę. Jest niepokojąca. Zamykam jakieś drzwi na klucz, a ona w odpowiedzi błyskawicznie zbiega na sam dół do piwnicy i z powrotem na górę.
Na strych przychodzi ciocia Bożena, razem przechodzimy przez magiczną barierę. W więzieniu nie ma więźnia! To znaczy, że musiał jakoś uciec. Przy ścianie znajdujemy małe przejście, które dalej zamienia się w wąską, lodową krawędź nad przepaścią. Wchodzimy na to i ostrożnie idziemy.
Ach, gdzieżeś ty mój ukochany?
W tym śnie mnie nie ma, można go porównać do oglądania filmu. Dziewczyna na rowerze. Blondynka, długie włosy, sukienka. Okolica przypomina park w mieście. Słoneczne lato. Bohaterka dowiaduje się czegoś o swoim ukochanym, a może po prostu go szuka. Wykrzykuje jego imię i zaczyna pędzić na rowerze. Jedzie jak szalona przez chodniki, łąki, trawniki, a kamera podąża za nią jak w filmie akcji - ciągle w efektowny sposób zmienia perspektywę. Dziewczyna tak się rozpędziła, że podniosła przednie koło roweru prawie do samej góry i jedzie na tylnym. Kuriozalnie to wygląda. Zastanawiam się po co, przecież w ten sposób nie będzie szybsza.
Jestem w domu, w kuchni. Jest jakaś rodzinna imprezka, są tu moje różne ciocie, wujkowie, kuzyni. Większość siedzi w salonie przy stole, ja wraz z kilkoma ciociami i mamą siedzę przy stole w kuchni. Jemy coś, co przypomina bochenek chleba wypełniony bitą śmietaną. Jest miękki i słodki. Podchodzi do nas wujek i mówi, że to się nazywa "babka kremowa". Niestety już się skończyła, a zjadłbym więcej.
Wstaję od stołu i razem z wujkiem przechodzimy do mojego pokoju. Wujek rozmawia ze mną o moim laptopie, czy dobry, od kiedy go mam - taka gadka szmatka. Odpowiadam, że kupiłem go jak jeszcze chodziłem do gimnazjum (co jest nieprawdą, ale nie zorientowałem się w czasie snu). Do pokoju wchodzą moi dwaj starsi bracia cioteczni, Łukasz i Wojtek. Łukasz i wujek siadają na sofie, ja siadam na fotelu, a Wojtek opiera się o szafki na przeciwko mnie.
Zaczynamy oglądać razem jakiś teledysk, wspólny projekt polskich artystów. Kamera wznosi się nad polami uprawnymi, gdzieś tam w oddali widać pojedyncze budynki, farmy, stodoły, młyny z wiatrakami. Tak właściwie to nie wygląda jak Polska, choć w założeniu jest. Słońce chyli się ku zachodowi, nadając całej okolicy ciepłego odcienia. Co by nie mówić, ładny widok.
Kamera powoli przelatuje przez krajobraz, jednocześnie słychać spokojną muzykę. Zaczyna śpiewać Ralph Kaminski tym swoim charakterystycznym głosem. Na chwilę przerywamy oglądanie. Łukasz cicho mówi, że za nim nie przepada. Wojtek odpowiada żartobliwie: "nawet tak nie mów". Wracamy do teledysku.
W rytm muzyki ogromna ręka pojawia się z lewej strony, łapie kolejne budynki i zabiera je poza kadr. (Wyobraźcie sobie, że liczycie w rytm muzyki 1...2...3...4...1... itd. to na każde "1" pojawia się ta ręka i cap! Kolejny budynek zabrany, wyrwany z fundamentów). Potem śpiewali jeszcze m.in. Kortez i Igor Walaszek. Ogólnie sami mężczyźni. Z tego co rozumiem, to teledysk miał być metaforą takich wydarzeń z polskiej historii jak np. zabory, gdy obce państwa zabierały to co polskie.
Więzienie na strychu
Jestem na strychu w swoim domu. Wygląda inaczej, jest przede wszystkim większy. Przy ścianie jest więzienie. Nie ma żadnych krat lub ścian - od świata zewnętrznego oddziela je magiczna bariera, przypominająca bańkę mydlaną. W środku siedzi jeden więzień, nie mam jednak pojęcia czym zawinił.
Patrzę w lewo i widzę tam jakąś dziwną dziewczynę z nadprzyrodzonymi zdolnościami. W nienaturalny sposób się porusza, wygina nogi, które zakończone są ostrzami. Chyba może być niebezpieczna, ale wydaje się, że nie muszę się jej obawiać. Chociaż zachowuje się jakoś tak passive aggressive, że tak to ujmę. Jest niepokojąca. Zamykam jakieś drzwi na klucz, a ona w odpowiedzi błyskawicznie zbiega na sam dół do piwnicy i z powrotem na górę.
Na strych przychodzi ciocia Bożena, razem przechodzimy przez magiczną barierę. W więzieniu nie ma więźnia! To znaczy, że musiał jakoś uciec. Przy ścianie znajdujemy małe przejście, które dalej zamienia się w wąską, lodową krawędź nad przepaścią. Wchodzimy na to i ostrożnie idziemy.
Ach, gdzieżeś ty mój ukochany?
W tym śnie mnie nie ma, można go porównać do oglądania filmu. Dziewczyna na rowerze. Blondynka, długie włosy, sukienka. Okolica przypomina park w mieście. Słoneczne lato. Bohaterka dowiaduje się czegoś o swoim ukochanym, a może po prostu go szuka. Wykrzykuje jego imię i zaczyna pędzić na rowerze. Jedzie jak szalona przez chodniki, łąki, trawniki, a kamera podąża za nią jak w filmie akcji - ciągle w efektowny sposób zmienia perspektywę. Dziewczyna tak się rozpędziła, że podniosła przednie koło roweru prawie do samej góry i jedzie na tylnym. Kuriozalnie to wygląda. Zastanawiam się po co, przecież w ten sposób nie będzie szybsza.





