07.01.2021
Dzisiejsza afirmacja znowu brzmiała: "Gdy się obudzę, będę pamiętał piękne sny". Zdaje się, że ta działa na mnie całkiem nieźle. Znowu wleciały 2 ciekawe (i całkiem ładne) sny
--- Ojtam, niższe od Giewontu ---
Pobudka: 4:24
Jedziemy z moją dziewczyną (Misią) przez las, szosą. Przypomina to jazdę samochodem, ale nie widać pojazdu, jakbyśmy jechali raczej na rowerach. Mijamy po prawej stronie stojący na poboczu stoliczek nakryty ceratą. Stoją na nim dwie butelki - ok. litrowa butla miodu pitnego i druga, mniejsza, soku. Jest to niby dokładnie ten sam alkohol, który mamy ze sobą (!).
Zatrzymujemy się, cofamy kawałek do stoliczka i podchodzimy do niego. Stwierdzam, że to wyjątkowo szczęśliwy traf i jak gdyby nigdy nic uzupełniam nasze drinki (w kubkach!), dolewając do nich odpowiednie proporcje miodu i soku.
Mam świadomość, że to miejsce jest przystankiem autobusowym. Nagle z lasu wychodzi koleżanka z liceum (Emilia), która wita się ze mną i moją dziewczyną. Jest zaskoczona, tak samo jak my (wyszło to całkiem naturalnie). Pytam, czy też idzie w góry, ale Emilia odpowiada, że już była na szlaku i teraz wraca, będzie czekać na autobus.
Rozmawiamy chwilę o jakichś głupotach, a ja patrzę ponad drzewa, gdzie widzę wśród gęstych chmur i przelatujących, szarych oparów porośnięte lasem łagodne zbocza gór. W pewnym momencie mgła i chmury nagle się rozwiewają i zamiast łagodnego zbocza widzę przed nami piękną panoramę na oświetlony słońcem szczyt górski. Przypomina niemalże warownię, o prostych, prawie pionowych ścianach. Widzę nawet coś jakby elementy architektury (przywodzące na myśl styl krasnoludów z Władcy Pierścieni). Szczyt góruje nad okolicznymi wzgórzami, dzieli nas od niego dość spora odległość.
Dziewczyny robią "Wooow!", Emilia pyta, czy naprawdę chcemy tam wejść. Ja odpowiadam: "Bez przesady, ta góra wcale nie jest taka wielka, wystarczą ze 2 godzinki by wejść na szczyt". Na pytanie o wysokość góry, odpowiadam: "Ma 3400 metrów n.p.m.. W sumie wyżej niż Giewont, ale wybitność jest mniejsza, więc można tam wejść szybko i łatwo" (!).
--- Łupki i inne kamienie ---
Pobudka: ok. 8:00
Jakiś obóz / wycieczka szkolna. Czekamy aktualnie całą grupą przed wejściem do czegoś, co przypomina podziemny bunkier o oszklonych drzwiach. Siedzimy pod wiatą i wspominamy nasze ostatnie przeżycia. Pamiętam, że zostaliśmy podzieleni na 2 ekipy, z czego jedna odbywała szkolenie z zawodowym Zwiadowcą za Murem z Gry o Tron (!), a druga miała szkolenie z mało rozgarniętym leśnikiem w jakimś parku. Mój kolega Mikołaj należał do pierwszej grupy. Strasznie mu zazdroszczę, bo my z Misią byliśmy w drugiej... Mikołaj opowiada, jakie to było niesamowite przeżycie, jak zwiadowca opowiadał im swoje sposoby na przetrwanie w głuszy, opowiadał o tym, jak życie w dziczy zmieniło jego percepcję i mentalność.
Czas wlecze się niemiłosiernie. Wpuszczają ludzi do środka "bunkra" pojedynczo lub parami, w dość długich odstępach czasu. Wiem, że to jakieś muzeum kamieni i minerałów, lub raczej ich wytwórnia (?).
Wreszcie wchodzimy z Misią do środka. Znajdujemy się w dużym, białym, oświetlonym pomieszczeniu, wzdłuż którego biegnie długa lada. Przypomina to wnętrze jakiegoś banku lub urzędu. Podchodzimy do lady i dowiadujemy się, że swego rodzaju biletem wstępu są tutaj małe kawałki łupka (płaskie, przypominające 1-centymetrowe kostki do gitary). Każdy jest trochę inny i musi być dostosowany w pewien sposób do właściciela. W tym celu wybrany łupek najpierw się waży, następie sprawdza jego środek ciężkości, później poddaje jakiejś obróbce palnikiem, znowu waży... Przypomina to wręcz taśmę produkcyjną. Kolejne etapy procedury są wykonywane w kolejnych miejscach za ladą, przez inne 2-3 osobowe grupki młodych ludzi.
Wreszcie gotowy łupek zostaje wydany przy swego rodzaju kasie. Super, mamy wreszcie wstęp do wytwórni.
Cały obiekt sprawia wrażenie typowo turystycznego. Za "kasą łupków" znajduje się kolejna, gdzie dwóch studentów sprzedaje ładnie pakowane plastry różnych minerałów, o przeróżnych rozmiarach, kształtach i kolorach. Mają m.in. minerał, który po przekrojeniu wygląda jak plaster arbuza. Gdy do nich zagaduję, dają mi do degustacji jakiś alkohol i pijemy chwilę razem. Szybko się nim upijam, co strasznie ich rozbawia.
Nasza wycieczka idzie do przodu i gdy w kolejnym pomieszczeniu mamy pokazać kobiecie przy ladzie nasze łupki (w każdym jest taka kontrola!), z kieszeni wysypuje mi się garść przeróżnych małych kamyków. Lądują na podłodze, która... teraz też wygląda jak leśna gleba, pełna piasku i kamyczków. Ciężko cokolwiek znaleźć. Biorę jeden podobny do łupka i daję kobiecie, ale ona szybko ocenia, że to nie łupek tylko agat. Muszę cofnąć się do wejścia i załatwić sobie nowy łupek...
W pośpiechu zostawiam plecak na ziemi i biegnę z powrotem do pierwszej sali.
Teraz proces trwa naprawdę nieznośnie długo. Nawet wybieranie łupka trwa i trwa, bo kształtów i rozmiarów jest znacznie więcej niż na początku, a całość przypomina wręcz procedurę wyboru różdżki w Harrym Potterze. Kawałek, który wybrałem, ma problemy z równowagą (utrzymaniem się na poruszającym się w lewo i prawo kawałku mydła, który jest rodzajem wagi!). Trzeba go obrobić. Kawałek trafia do kolejnej ekipy - obróbka polega na opalaniu kawałka potężnym palnikiem gazowym. Tutaj widzę każdy detal i szczegół, pracownicy dodatkowo rozmawiają w trakcie obróbki, mają jakieś problemy techniczne... Czekam i czekam. Martwię się o Misię, która została sama i nie mam pojęcia, gdzie jest.
Wreszcie, gdy łupek zostaje zważony i przechodzi kilka kolejnych testów, mogę go odebrać. Wydają mi go moi znajomi, którzy zadowoleni ze wspólnego picia alkoholu, dają mi bonusowo foliówkę z kilkunastoma plasterkami minerałów, przeróżnych rozmiarów, od 15- do 1- centymetrowych. Malutki łupek ląduje gdzieś między nimi...
Biegnę do kolejnej sali i oczywiście z trudnościami, znajduję łupek w foliówce. Świetnie. Tyle że nigdzie nie ma mojej dziewczyny i mojego plecaka. Sala zakręca pod kątem prostym, na zgięciu stoi kolejna babka z obsługi. Pytam ją o plecak, a ona mówi, że gdzieś go widziała, ale nie wie gdzie... Na szczęście gdy odchodzi kawałek dalej, widzę go opartego o ścianę dosłownie metr od miejsca, gdzie przechodziła. Teraz pozostaje tylko znaleźć Misię.
Tu już nie będę się rozpisywał. Po odrobinie błądzenia i wejściu w oszklony, boczny korytarz, siadam na chwilę przy stoliczku i szukam czegoś w plecaku, przy okazji chowając foliówkę z minerałami. Wtedy też pojawia się moja dziewczyna

Okazuje się, że trochę się mijaliśmy, ale ona również mnie szukała i wreszcie znów jesteśmy razem...
Tutaj miłym akcentem sen się kończy.
Nie wiem w sumie czy ktokolwiek czyta te ściany tekstu, ale jeśli tak, to wielkie dzięki!
Zawsze lepsza motywacja, niż pisać tylko dla siebie...