Światy Avallac'ha
#11
24.03.2015


Ciekawa sprawa, bo przez pierwsze 10 - 15 minut po obudzeniu nie mogłem sobie przypomnieć absolutnie nic, aż nagle olśniło mnie w momencie, gdy już dawno powinienem być na nogach... No i musiałem zapisać, przez co o mało nie spóźniłem się do szkoły :P

--- Dziewczyna chora na niemiecką flagę ---

Byłem w jakieś małej, spokojnej mieścinie, na skraju lasu. Miasteczko miało tylko dwie ulice, które krzyżowały się w pobliżu niewielkiej kaplicy lub kościoła. Nie wiem, czy byłem tam jedynie na wakacjach, czy mieszkałem na stałe.
Poznałem dość ładną dziewczynę, z którą szybko się zaprzyjaźniliśmy. Pewnego dnia poszliśmy do tej kaplicy, okazało się, że w środku jest dużo ludzi i całość przypomina raczej przedszkole lub podstawówkę. Brzoskwiniowy kolor ścian, wszędzie wywieszone jakieś obrazki, plakaty... Dziewczyna nagle zasłabła, musiałem ją podtrzymać. Okazało się, że jest chora. Gdy spytałem ją o chorobę, przed oczami pojawiło mi się coś przypominającego do złudzenia niemiecką flagę, z tym, że kolory płynnie przechodziły jeden w drugi. Na żółtym tle zauważyłem wąski, poziomy pasek w kolorze blado niebieskim (siny). Bardzo mnie to zasmuciło, stwierdziłem, że choroba jest poważniejsza, niż mogłoby się wydawać.
Scena nagle się zmieniła, był kolejny dzień, wczesny ranek. Złapałem tę samą dziewczynę na ulicy, gdy niosła jakąś ogromną, papierową torbę. Zaproponowałem, że jej pomogę, co przyjęła z wyraźną ulgą. Jak się okazało, torba była wypełniona po brzegi świeżymi pączkami. Nagle, nie wiadomo skąd, przybiegł mój kolega, który zaczął mnie gonić, chcąc odebrać mi pączki :D

Jeśli chodzi o interpretację, to jest ona dość prosta. Pączki i flaga to nawiązanie do mojego ojca, który uwielbia jeść pączki i nienawidzi niczego, co ma związek z Niemcami. Sama zaś choroba ma pewnie związek z tym, że od wczoraj nie czuję się najlepiej.
LD - 14
FA - 20
Wszystkich zapisanych snów - 525
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#12
Wczoraj byłem cały dzień poza domem, więc nie miałem możliwości, by zapisać tu swój sen. Tak więc zapiszę naraz oba sny, wczorajszy i dzisiejszy.

25.03.2015


--- Wycieczka autokarowa nad jezioro ---

Byłem na wycieczce klasowej, w jakiś letni dzień jechaliśmy autokarem przez bezludne tereny. Gdy nastała noc, teren zaczął robić się skalisty, a droga wiła się jak serpentyna. Minęliśmy jakiś okrągły, pusty plac, i wtedy wysiadłem z autokaru. Przeszedłem kawałek trasy w linii prostej, na skróty, wspinając się i schodząc po stromych kamienistych pagórkach. Dotarłem do drogi akurat na czas, by ponownie wsiąść do autokaru.
Kolejna scena, chyba to samo miejsce, ale tym razem za dnia. Była piękna pogoda, słońce grzało niemiłosiernie. Znalazłem trudne i strome podejście na skały, później zaś strome zejście w dół. Wokół było bardzo ładnie, wśród kamieni rosła świeża trawa, wokół rosły drzewa. Po zejściu podążałem długą i szeroką ścieżką w iglastym lesie. Dalej zszedłem po ogromnych, ceglanych schodach (stopnie o wiele za duże dla ludzi), które doprowadziły mnie ostatecznie nad wielkie, malownicze jezioro, położone wśród lasów. Poznałem, że byłem tu już kiedyś z rodzicami.
Dołączyli do mnie dwaj lub trzej koledzy z liceum. Chcieli iść dookoła jeziora, ale wytłumaczyłem im, że ścieżka z prawej strony jest mocno zarośnięta, a ta z lewej krótka i nieciekawa. Tak więc stwierdziliśmy, że nie ma sensu, by dłużej tu zostać.
Chcieliśmy wrócić na górę. Tym razem najpierw trzeba było podejść po podobnej jak wcześnie skarpie, a później po czymś w rodzaju szerokiego mostu wiszącego. Most był jednak straszliwie przegniły, poznałem to po jasnym, niemal kremowym kolorze desek (!). Na domiar złego, w pewnym momencie usłyszeliśmy trzask i zobaczyliśmy, jak konar drzewa stojącego na cyplu nad jeziorem łamie się i rozsypuje. To utwierdziło nas w przekonaniu, że nie można ufać tutejszemu drewnu. Jednak nie było wyboru. Znalazłem miejsce, w którym most był wzmocniony poprzeczną deską, i wbiegłem na niego. Koledzy podążyli tuż za mną, choć wbieganie na most we trzy osoby nie było rozsądnym pomysłem. Na szczęście nie stało się nic złego. Dalej były już tylko te gigantyczne schody z cegieł, a potem prosta, leśna ścieżka. Jeden z kolegów powiedział coś w stylu: "Dla jednych życie wygląda jak te schody, dla innych jak droga bez przeszkód".
Okazało się, że był wczesny ranek. Przed nami zobaczyłem rozległą, lekko pagórkowatą przestrzeń, ciągnące się jak okiem sięgnąć trawiaste pola i łąki. Stała tam jakaś duża chałupa, a obok niej nasz autokar.
Pojawiła się jedna z naszych nauczycielek. Na moje pytanie, jak długo tu zostaniemy, odparła, że dwa dni.
Zbliżał się już wieczór. Kolega szedł "granią" jednego z trawiastych pagórków w stronę stojącego na nim wiatraka. W pewnym momencie upadł, uderzając łokciem o leżący na ziemi kamień. Podszedłem i spytałem, czy wszystko w porządku. Kolega podniósł się, miał lekko zdartą skórę na łokciu. Nagle znikąd pojawiła się nauczycielka i drugi kolega. Stwierdzili, że to oparzenie, dopiero po chwili dotarło do nich, że są w błędzie. Rozwinęli grube zawiniątko, z którego wysypało się mnóstwo medykamentów, maści, kremów, balsamów i opatrunków. Nauczycielka dawała je koledze, który wyciskał je na ranę i wcierał mocno. Ja czułem się odepchnięty na bok i niepotrzebny. Nauczycielka zapytała mnie w pewnym momencie: "Czemu nic nie mówisz?", a ja odpowiedziałem (chyba przez Facebooka, na telefonie, który nagle pojawił mi się w dłoni), że "Odzywam się tylko wtedy, gdy się na czymś znam".

26.03.2015


--- Szkolna przerwa i sklepik ---

Byłem w starej szkole. Hol wydawał się większy i ciemniejszy niż w rzeczywistości. Razem z moim kolegą mieliśmy mieć jeszcze jedną lekcję, a bardzo chciało nam się pić. Poszliśmy do sklepiku. Sprzedawczynią była pani ze sklepiku w liceum. Uchyliłem drzwiczki na sklepowe zaplecze, żeby obejrzeć soki (!). Wszystkie kosztowały ponad 1 zł, co wydawało mi się bardzo dużą kwotą. Wreszcie zauważyłem "Witaminkę", kosztującą 0,64 zł. (Dziwne, nigdy w życiu nie piłem Witaminki...). Szklane butelki były prawie niewidoczne, bo stały w wielkich kartonach.
Poprosiłem o dwa soki. Okazało się, że butelki są zwrotne, i sprzedawczyni naleje nam do szklanek (?). Niestety, w tym momencie... odjechaliśmy. Wszyscy przy sklepiku stali bowiem na ruchomej platformie na kołach. Dowiedziałem się, że sterowała nią za pomocą tabletu jakaś dziewczyna z innej klasy. Jeździliśmy w lewo i prawo, a gdy wreszcie uderzyliśmy z całej siły w ścianę, nie wytrzymałem. Zeskoczyłem z platformy, znalazłem ww. dziewczynę i wyrwałem jej tablet z rąk. Nie oglądając się za siebie, odszedłem na drugi skraj holu i dałem go swojemu innemu koledze (takiemu pakerowi, którego się wszyscy bali :P ) i powiedziałem, żeby zatrzymał go do końca przerwy.
Wreszcie mogliśmy odebrać swój sok. Moja szklanka była pełna, ale ta kolegi wypełniona tylko do połowy. Sprzedawczyni powiedziała, że bardzo długo nie wracaliśmy, a jej chciało się pić. Cóż, kolega przyjął to ze stoickim spokojem.
Sok był zimny i prawie nie miał smaku. Mogłem się tego spodziewać za tak niską cenę.
Później siedzieliśmy na tej samej ruchomej platformie, oglądając film. To była niby jakaś część filmowego "Asteriksa". Pamiętam scenę, w której odbywała się jakaś walka w skalistym wąwozie. Rzymscy żołnierze, wyglądający jak plastikowe żołnierzyki (dosłownie), tłukli się z wielkimi robakami, wypełzającymi spod ziemi. Stosowali przy tym taktykę pozycyjną, mieli dwa fronty i atakowali falami, z zaskoczenia. W pewnym momencie film zmienił się na coś w rodzaju gry. Miałem nóż i musiałem łapać w palce każdego robaka którego zobaczę, by następnie kroić go na cienkie plasterki. Robiłem to przez dobre parę minut, aż do końca snu.
LD - 14
FA - 20
Wszystkich zapisanych snów - 525
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#13
27.03.2015


Z nocy nie pamiętam żadnego snu, jednak w czasie drzemki doświadczyłem dziwacznego snu z rodzaju BNN (Bliżej Nieokreślone Niewiadomoco). Nie mam pojęcia, czy to było LD, czy sen o LD, czy może jeszcze inne cudo. Może pomożecie w rozstrzygnięciu sprawy :P

--- Cofanie czasu i dwa ciała ---

Na początku była noc. Widziałem przez okno swojego pokoju wielkie morze na horyzoncie. Wody było z każdą chwilą coraz więcej, powoli, ale nieubłaganie zbliżała się do mnie. Widziałem mnóstwo samochodów na ulicach, wszyscy starali się uciec jak najdalej od powodzi...
Scena zmieniła się nadzwyczaj płynnie. Patrzyłem na stronę w jakimś podręczniku szkolnym. Fale morskie przybrały postać niebieskich, poziomych prostokątów. Samochody zmieniły się w kolorowy tekst dialogów. Papier przez chwilę falował, jakby był powierzchnią wody, a literki przez jakiś czas jeszcze poruszały się, układając w słowa.
Siedziałem w szkole, to był chyba pierwszy dzień gimnazjum (nie wiem, skąd u mnie ta wiedza), chociaż wszystkie osoby znałem dobrze, to byli ludzie z mojej klasy licealnej. Na mojej ławce dosłownie piętrzyły się stosy książek, zeszytów i podręczników, wokół latały wyrwane kartki (to było bezpośrednie odniesienie się snu do dzisiejszego dnia. Mianowicie, jestem chory i leżę w łóżku, a przy nim wala się mnóstwo zeszytów i książek właśnie, a na domiar złego chusteczki do nosa :P ). Nauczycielka wyznaczała kolejnych uczniów do czytania linijek dialogu (chyba po angielsku). Ja śledziłem czytanie, ale za każdym razem zamykałem podręcznik i następnie musiałem go szukać w tych wszystkich papierach. Gdy przyszła kolej na mnie, zacząłem przeszukiwać podręczniki, ale nie byłem w stanie znaleźć odpowiedniej strony. Trwało to bardzo długo, wszyscy wokół wyśmiewali się i ponaglali mnie. W pewnym momencie zirytowałem się do granic możliwości. Stwierdziłem, że to przecież sen, i mogę sobie cofnąć czas (w tym momencie poczułem uczucie "zasysania siebie przez słomkę" jak podczas pierwszego kontaktu z LD, ale uczucie było krótsze i jeszcze mniej przyjemne). Znalazłem na podręczniku szereg małych ikonek odtwarzacza, jak na ekranie smartfona, i przewinąłem trochę do tyłu, do pewnego momentu, gdy dopiero zaczynałem poszukiwania swojej kwestii w dialogu. Wiedziałem, że nie mogę cofać zbyt mocno, bo to spłyca sen (!). Stwierdziłem też, że szybciej będzie po prostu przypomnieć sobie swoją kwestię.
W tym momencie przeniosłem się do swojego pokoju, wszystko było tak, jak w "realu". Patrzyłem przez moment na ścianę, potem zamknąłem oczy. Chciałem dalej mieć LD. Po chwili siedziałem na łóżku... A obok mnie siedział DRUGI JA (!). Ja miałem obie ręce wolne, trzymałem je na kolanach, a on gniótł w dłoniach folię aluminiową. Wiedziałem, że to jest moja senna osobowość. Chciałem "wcielić się" w niego, prawie natychmiast faktycznie czułem to co on, ale wzrok wciąż jest połączony z moją osobowością siedzącą na łóżku. Uświadomiłem sobie, że słyszę swój prawdziwy oddech (miałem zatkany nos w realu), i to brzmi trochę jak właśnie gniecenie folii. Nie mogłem nic na to poradzić. Wykonałem parę idiotycznych prób latania, rzecz jasna bez żadnego skutku.

Po chwili wróciłem do swojego prawdziwego, leżącego ciała. Poczułem paraliż senny, momentalnie ścięło mnie tak, jakbym został zamieniony w kamień lub zamrożony. Niezbyt przyjemne uczucie, ale trwało krótko. Obudziłem się i wykonałem dla pewności TR z nosem.
LD - 14
FA - 20
Wszystkich zapisanych snów - 525
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#14
Zwykły sen zainspirowany treściowo zainteresowaniem LD ;) To i tak nieżle, wciąż jest to jakaś postawa, żeby się z takich snów uświadamiać :)
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#15
29.03.2015


Aż mi się nie chce zbytnio komentować. Rano obudziłem się, leżałem na łóżku i się nudziłem, co jakiś czas robiąc TR z nosem (wynik negatywny).

Tak, zgadza się. Piszę to na zielono. Bo potem obudziłem się po raz drugi, i okazało się, że leżenie w łóżku to był dość długi sen z rodzaju FA facepalmfacepalmfacepalmfacepalmfacepalm

Tylko czemu TR nie zadziałał tym razem? <ke>
LD - 14
FA - 20
Wszystkich zapisanych snów - 525
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#16
30.03.2015


Od teraz będę pisał relacje ze snów w czasie teraźniejszym, po prostu tak mi jest wygodniej i już nie mogę się dłużej zmuszać do formy przeszłej :P Po prostu prowadzę tak pozostałe dzienniki i trudno mi jest się co chwila przestawiać.

--- Orły bieliki i 18-Latek ---


Jestem razem z ojcem w jakiejś dużej księgarni. Chodzimy jakiś czas między półkami, aż wreszcie ojciec woła mnie do mniejszego, ukrytego pomieszczenia, jakby magazynu. Gdy siadamy na wielkiej kanapie, wygrzebuje jakąś książkę ze stosu piętrzącego się na podłodze i pokazuje mi. Jest to jedna z tych starych gazetek z łamigłówkami (były chyba od 4-latka do 9-latka, choć nie dam głowy), tym razem w wersji specjalnej, "18-Latek". Ojciec twierdzi, że to będzie idealna pomoc do nauki przed maturą. Ja uważam to za idiotyzm i dziecinadę, ale do akcji wkracza sprzedawca i wspólnymi siłami udaje im się mnie przekonać do kupna gazetki.
Akcja przeskakuje do przodu. To nadal ten sam dzień i to samo miasteczko, ale trochę później. Wysiadamy z samochodu na skraju wielkich ogródków działkowych. Idziemy jakiś czas długą ścieżką wśród drzew i krzewów, aż w pewnym momencie widzę kątem oka ruch. Z pobliskich zarośli unosi się w powietrze najdziwniejsze zwierzę, jakie w życiu dane mi było oglądać - wygląda jak gruby kurczak z głową orła bielika, machający skrzydłami z owadzią prędkością. Porusza się bezszelestnie i potrafi zawisnąć w miejscu bez ruchu, jak muchówki. Razem z ojcem stwierdzamy, że orzeł bielik to znak, że najwyższy czas, by pojechać do Gniezna (faktycznie w realu planujemy to już od dość dawna). Potem widzę więcej ptaków biegających po ziemi. Są brązowo-szare i przypominają bażanty. Wiem, że to samice-nieloty orła bielika :P Biegam za nimi, otoczenie zmienia się, przypomina teraz ciągnący się bez końca las bambusów lub konopii. W pewnym momencie zauważam, że jedna z "orlic" biegnie za mną. Utrzymuje stały dystans, ale nie spuszcza mnie z oczu. Prowadzę ją tak przez jakiś czas, aż wreszcie wychodzimy z "lasu" do jakiegoś ogrodu. W tym momencie ptaszysko zmienia się w dużego psa i ucieka przez dziurę w płocie, a ja nagle orientuję się, że przebywam bezprawnie na czyjejś posesji. I nie mam jak wyjść, bo droga, którą przed chwilą tu przyszedłem, znikła.
LD - 14
FA - 20
Wszystkich zapisanych snów - 525
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#17
Korzystając z tego, że byłam w pracy na nocce, przeczytałam cały Notatnik (wow, ale wyczyn, 2 str :D) od deski do deski (wcześniej czytałam chyba tylko 3 pojedyncze wpisy)... i jestem zachwycona. Masz genialny styl, bardzo interesująco i barwnie opisujesz. Sny są naprawdę ciekawe! Zastanawiałeś się nad tym, czy aby Twoim znakiem sennym nie jest woda (jezioro, morze itp)? Nie wiem czy to uwzględniłeś w swoich tabelkach, ale jeśli nie, to zastanów się, bo "a nóż widelec" :D

Super piszesz jeśli chodzi o interpunkcję i składnię, tak że myślę, że część pisemna na maturze nie będzie stanowić problemu ;p

Keep going, mam nadzieję, że sobie nie odpuścisz ani ze snami ani z LD, bo by było strasznie szkoda. A Notatnik jest wzorcowy i ja od dziś jestem jego fanką :D
"Pomyliłeś niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu"
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#18
Heh, dzięki wampia :) Na pewno sobie nie odpuszczę, o to się nie martw ;)
A jeśli chodzi o styl, to od 12 roku życia piszę książki, więc jest wyrobiony, że tak powiem. Chociaż i tak nie uważam tego notatnika za jakiś specjalny wyczyn literacki, wszystko jest nieco chaotyczne. No, ale czego można się spodziewać po opisach snów, z których pamięta się z reguły jedynie strzępki i fragmenty nie powiązane ze sobą w żaden sposób...
A z tą wodą jako symbolem snu może i racja, chociaż w mojej tabelce przodują: Bliscy przyjaciele, Ruiny, Ciemne wnętrza i Gryzące owady :P

02.04.2015


Dzisiaj wreszcie wolne :D Postanowiłem wznowić próby WBTB. Alfa budzik na obudzenie się po 3 fazie REM, (wyszło około 4:16), potem wybudzanie i 2 drzemki po 30-40 minut. Łącznie pamiętam 3 sny.
I jeszcze gwoli wyjaśnienia. Wszystkie dzisiejsze sny, a szczególnie pierwszy, zawierają mnóstwo nawiązań do paru poprzednich dni. Nie będę się rozpisywał na temat tych skojarzeń i interpretacji, bo to i tak nie ma sensu, ale postaram się nakreślić chociaż ich ogólny sens.


--- Wycieczkowa mieszanka ---


Na początku jestem w luksusowym autokarze, jadę gdzieś z rodzicami i babcią. Kierowca w pewnym momencie włącza na telewizorze "Incepcję", zdaje się, że na moje życzenie. Początek filmu jest inny niż w rzeczywistości, strasznie się przedłuża i przynudza brakiem akcji. Po około 15 minutach oglądania babcia... zasypia.
Potem włączają się jakieś reklamy. Razem z ojcem stwierdzamy, że chcemy się nieco przewietrzyć i wychodzimy z autokaru. Wtedy sen gwałtownie się zmienia.

Jestem na jakiejś szkolnej wycieczce. Miejsce jest dość dziwne, nie jestem w stanie dokładnie opisać "ośrodka" w którym mieszkamy. Na pewno znajduje się tam parę dużych budynków, oraz wąska ulica, po której i tak nie jeżdżą żadne samochody. I na pewno jest zima.
Na początku kieruję swoje kroki do kiosku za ulicą. Kupuję coś, i przy okazji zaznajamiam się z bardzo sympatycznym, łysym sklepikarzem. Informuje mnie on, że w jednym z tych wielkich budynków właśnie zaczyna się Pyrkon. (Pyrkon to wielki ogólnoświatowy konwent miłośników fantastyki, który odbywa się co roku w Poznaniu. Przypada na 24-26 kwietnia).
Wracam do "ośrodka". Jest tam gigantyczny budynek, którego jedna ściana jest całkowicie szklana. Wypisano na niej białymi literami wszystkie atrakcje, na które można sobie pozwolić podczas pobytu tutaj. Znajduję m.in. Muzeum. Postanawiam tam pójść.
Budynek Muzeum okazuje się tak naprawdę czymś w rodzaju składowiska przeróżnych instrumentów muzycznych (dla mnie prawdziwy raj, od paru lat gram na keyboardzie, gitarze i flecie, zamierzam też zostać kompozytorem muzycznym). W jednym z pomieszczeń, przypominającym komnatę zamkową, stoi na środku pianino. Na początku nie wierzę, że można tak po prostu usiąść i sobie grać, ale okazuje się, że można. Tak więc gram do późnej nocy.

Następnego ranka sypie śnieg. Idę z powrotem do kiosku, by oddać łysemu jakieś puste słoiki (?!), które niby pożyczyłem poprzedniego dnia. Stojąc przy kiosku, muszę trzymać się ścianki, żeby nie upaść. Mam na nogach łyżwy (!), a wszystko wokół jest straszliwie oblodzone, nogi ślizgają mi się i uciekają we wszystkie strony, gdy tylko udaje mi się wyprostować.
Potem podchodzę do samochodu należącego do sklepikarza. Otwieram bagażnik, z wnętrza wysypuje się mnóstwo śniegu, i... dwójka małych dzieci, które twierdzą, że się tam bawiły i się na mnie obrażają (!!!).
Otworzyłem bagażnik dlatego... Że wcześniej zostawiłem w nim swoje koszule, ponieważ traktuję go jak szafkę na ubrania (?!?!). Zdaję sobie sprawę, że to ostatni dzień naszego klasowego pobytu tutaj, dlatego przebieram się i zakładam biało-różową koszulę, w której, jak twierdzę, wyglądam najlepiej (nigdy w realu nie miałem na sobie czegoś takiego). Zostawiłem tę koszulę na specjalną okazję, teraz chcę ją wykorzystać, żeby zaimponować jakiejś dziewczynie, która bardzo mi się podoba i jest z nami na wycieczce :P
Wracam do "ośrodka", jakimś cudem jest już późny wieczór. Spotykam tą dziewczynę. Okazuje się, że moi dwaj koledzy, z którymi miałem iść na Pyrkon... Poszli sobie do pobliskiej restauracji, i powiadomili o tym dziewczynę sms-em. No nic. Stwierdzamy, że pójdziemy sami. Dziewczyna rozkłada na ziemi ogromny arkusz z planem konwentu, przeglądamy głównie blok "Manga i Anime" (Chore, nigdy nie lubiłem ani mangi ani anime).
Nie pamiętam, co się działo później, aż do momentu, gdy rankiem następnego dnia czekamy już przy autokarze i mamy wracać do domu. Nagle zjawiają się moi dwaj koledzy, ci, którzy w nocy poszli do restauracji. Widzę, że... Zmienili się w jakieś dzieciaki z Anime (!). Obaj są bardzo niscy i mają włosy w dziwnym kolorze, wyglądają jak wycięci żywcem z kreskówki. Wszyscy śmieją się z nich do rozpuku. I tak też kończy się ten dziwaczny sen.

--- Nerki Princessy ---


Na początku dzieją się różne, dziwne rzeczy, których dokładnie nie pamiętam. Moja babcia jest jedną z osób, które porywają bezpańskie koty i zamykają je w schronisku, które przypomina wielki zamek na szczycie stromej, skalistej góry. Zamykają tam między innymi jakąś kocią rodzinę, z którą bardzo się zżyłem. Oddzielili małe kociątka od rodziców, zamknęli każde w osobnej klatce. Co prawda klatki są wyposażone w różne kocie zabawki, pufy i inne pierdoły, ale za to małe i bardzo ciemne. Chodzę po schronisku, odwiedzam każdego kota w jego klatce i głaszczę uspokajająco. Jedne zdziczały, inne płaczą (dosłownie, jak ludzie), jeszcze inne popadły w depresję. W pewnym momencie spotykam babcię i wściekam się na nią, dochodzi do ostrej kłótni.
Potem jestem niby w tym samym miejscu, ale nie ma już kotów, budynek przypomina tym razem połączenie zamku na skale z moim domem. Jest tam oprócz mnie mój kuzyn (który we śnie gra rolę "Złego", chociaż w rzeczywistości jest spokojnym i sympatycznym człowiekiem), oraz jego koledzy. Kuzyn ma plan, żeby zabić twórcę batoników "Princessa" (!). Ściąga go podstępem w okolice domu. W pewnym momencie, gdy jestem w domu sam, widzę przez okno wspinającego się po skałach grubego mężczyznę. Uznaję, że to na pewno twórca "Princessy" i przywołuję go gestem przez szybę. Podchodzi. Chcę go ostrzec, ale jest już za późno. Kuzyn i jego koledzy wyskakują spomiędzy okolicznych skał i łapią grubasa. Następnie rozbijają mu głowę o kamienną ścianę domu. Kuzyn staje nad jego ciałem z tryumfalnym uśmieszkiem i mówi do mnie: "Brawo, zwabiłeś go w to miejsce dokładnie tak, jak chciałem". Następnie woła do kolegów: "Nereczki!"
Zamierzają zjeść nerki grubasa (!!!). Sen się kończy.

Trzeciego snu nie opisuję, bo był bardzo krótki i nieciekawy, dotyczył zwykłego dnia w liceum.
LD - 14
FA - 20
Wszystkich zapisanych snów - 525
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#19
04.04.2015


Spałem WBTB i z głównego, 4,5 godzinnego snu nie pamiętam nic, za to sprawę uratowały dwie godzinne drzemki.

--- Strajk Głodowy ---

Jest ładny i ciepły letni dzień. Razem z ojcem jedziemy gdzieś samochodem, przez właściwie opustoszały Poznań. Gdy dojeżdżamy do centrum miasta, zatrzymujemy się i zjeżdżamy na pobocze. Nie można jechać dalej, ponieważ na ulicy siedzi mnóstwo ludzi, niektórzy rozłożyli nawet śpiwory i karimaty. Domyślam się, że jest to strajk głodowy, który zapowiadano już jakiś czas temu (oczywiście bezpośrednie nawiązanie do wczorajszego postu i do pewnej rozmowy przy kolacji na temat strajków właśnie).
Wysiadamy z samochodu. Dość szybko odnajduję wśród strajkujących mojego najlepszego przyjaciela z czasów gimnazjum i razem z nim odchodzimy nieco na bok, z dala od reszty ludzi. Siadamy na jakimś murku na poboczu, przed wielką fontanną.
Kolega wdaje się z moim ojcem w jakąś długą i bardzo mądrą dysputę, a ja postanawiam, że pójdę się przejść po okolicy. Mówię im, że chcę rozprostować nogi, ale tak naprawdę zależy mi na znalezieniu jakiegoś sklepu i kupieniu sobie czegoś słodkiego, bo jestem straszliwie głodny :D
Wchodzę więc w wąską uliczkę, a następnie przez długi czas błądzę wśród kamienic. Nie spotykam żadnych ludzi, a ulice krzyżują się i rozwidlają, tworząc istny labirynt. Przez cały czas nucę sobie głośno staroszkocką pieśń Fear a'Bhata.
W pewnym momencie wychodzę w ślepy zaułek, na jakieś brudne podwórko otoczone budynkami ze wszystkich stron. Mijam tam jakąś wystraszoną kobietę. Gdy zawracam, widzę jak przede mną w wąską uliczkę wbiega małe, kilkuletnie dziecko i rozkłada rączki, krzycząc: "mama!". Kobieta podbiega do niego i chwyta go w objęcia. Ja idę dalej.

--- Park, Frytka i Baletnica ---

Sen podobny pod wieloma względami do poprzedniego, również jestem w Poznaniu, jest lato i ładna pogoda, i pojawia się mój ojciec, a nawet motyw postu i głodu. Gdy, jeszcze lekko zaspany, zacząłem go zapisywać, zacząłem słowami: "Kontynuacja poprzedniego, to samo miejsce i czas". Dopiero po chwili zorientowałem się, że to nieprawda, choć moja podświadomość własnie to mi dyktowała. Dziwne.
Jak wyżej, jest piękne lato. Razem z ojcem idziemy kamienistą alejką w stronę przejścia pod wiaduktem, za którym rozciąga się duży park. Widzę, że przed parkiem stoi duża tablica, informująca wchodzących o tym, że po przekroczeniu tej granicy zmienią się ze swojej normalnej postaci w postać wyglądającą jak zrobiona z gumy, lub wyjęta z jakiegoś Plastusia czy nowej Pszczółki Mai w 3D. Jest to ponoć atrakcja turystyczna dla zwiedzających. Tablica jest dwustronna, obrazek z jednej strony przedstawia zwykłych ludzi, chłopaka i dziewczynę, z drugiej zaś odmienionych, jakby gumowych, z wielkimi nosami. Przez chwilę bawię się pod zmienioną postacią (przy okazji urosły mi skrzydełka :P ), ale potem wracam do swojego zwykłego ciała.
Teraz sen jakby trochę się zmienia. Jestem w tym samym miejscu, ale słońce chyli się nisko nad horyzontem, zbliża się noc. Ojca nie ma, zamiast niego towarzyszy mi właśnie ta dwójka z plakatu, są to niby moi przyjaciele (!). Do tego jest Wielki Piątek, i co za tym idzie, post. Jestem bardzo głodny.
Wchodzimy do parku. Jest mały i przypomina bardziej coś w rodzaju ośrodka letniskowego, z jakimiś drewnianymi barakami, sklepikami i restauracjami. Wszędzie rośnie pełno drzew i panuje głęboka ciemność. Większość sklepów i restauracji zamknięto.
Dość długo włóczę się po terenie parku, nie rozstając się z ogromną, ponad metrową frytką (xD) którą trzymam w ręce i co jakiś czas odgryzam po kawałku.
MImo tego cały czas zastanawiam się, gdzie by tu kupić coś do jedzenia. Niestety wszystko jest już pozamykane. Dopiero po prawie godzinie błądzenia znajduję wąską, ukrytą uliczkę w centrum parku. Miejsce prezentuje się co najmniej podejrzanie, mijam czarny samochód, którego kierowca rozmawia z dwiema prostytutkami, oraz trzech zakapturzonych typków palących cygara pod jakimś murkiem. Ale przynajmniej znajduję tutaj dość porządną jadłodajnię, która oferuje między innymi zestawy obiadowe.
W tym momencie moja senna motywacja całkiem się zmienia. Okazuje się, że nie jestem tu po to, by jeść, ale żeby komponować muzykę (!). W tle leci jakiś utwór, a ja trzymam w dłoni krótkie czarne bokserki, które traktuję jako dziwaczny instrument muzyczny. Wybieram też opcje w menu jadłodajni tak, jak w panelu programu komputerowego do miksowania muzyki. Następnie pocieram i gniotę bokserki (jak przy praniu), żeby usłyszeć efekt. Chore.
Przy okazji wychodzi na jaw, że towarzysząca mi dziewczyna jest baletnicą. Zaczyna ze mną tańczyć. Ja kładę się na plecach i robię świecę (nogi do góry), a ona wskakuje mi na stopy i tańczy. Jest bardzo lekka, ale bardzo trudno jest ją utrzymać tak, żeby nie straciła równowagi. W końcu robi widowiskowe salto w przód i ląduje na ziemi.
LD - 14
FA - 20
Wszystkich zapisanych snów - 525
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#20
Haha :P Zasypiałeś może głodny? Bo wygląda na to, jakby się to przeniosło z realnego życia do snu :P
"Pomyliłeś niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu"
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post


Skocz do:

UA-88656808-1