Od zera do Dominika Cobba
27-28.07.2K19
Czas snu: niecałe 9 godzinek


1)  Jakiś duży budynek. Białe ściany. Miałem brata. przed nami były dwie pojedyncze toalety publiczne. Przepowiedziano nam albo po prostu to wiedzieliśmy, że po spędzeniu w nich 3 dni dowiemy się czegoś ważnego o naszym życiu. Ja chyba chciałem poznać swe przeznaczenie. 
  Weszliśmy. Byłem sam w niewielkiej toalecie, w której oprócz klozetu znajdowała się jedynie umywalka. Nie wiedziałem co mam robić więc chodziłem w kółko. Po kilku minutach, które we śnie były całym dniem wyszedłem z kibla. Brat zrobił to samo ale tylko na chwilę. Powiedział mi, że to działa i powoli ukazuje się mu jego przeznaczenie. Byłem zdruzgotany, bo mi nic się nie pokazało. Wróciliśmy do szaletów. 
  Spędziłem kolejny senny dzień załamany. Nic się nie działo. Gdy wyszedłem brat był jeszcze szczęśliwszy niż dni poprzedniego. Mówił mi, że kolejnego dnia ujrzy już wszystko. Widząc mnie zrozpaczonego powiedział mi żebym wszedł do muszli klozetowej i spuścił wodę. Już wiedziałem dlaczego ta magiczna toaleta niczego mi nie zdradza.    Wszedłem do toalety i już miałem zanurzyć się w porcelanowym tronie gdy zamki do drzwi zostały wyłamane i do pomieszczenia zaczęli wchodzić ludzie. Czułem się przez nich skrępowany przez co nie zrobiłem tego co chciałem...


2)  Akcja działa się w odległej historii. Wybrałem się wraz z przyjacielem oraz jakąś dziewczyną w podróż przez morze. Naszym środkiem transportu była niewielka tratwa napędzana siłą naszych mięśni. 
  Już na środku morza dostrzegliśmy stado wielorybów. Płynęły prosto na nas. Początkowo byliśmy przerażeni tym, że nas staranują ale udało nam się złapać grzbiet jednego z nich. Pociągnął nas kilka ładnych kilometrów w stronę brzegu. Było fajnie. Dopływając do brzegu kolega opowiedział nam historię jak to pewnego razu przez przypadek zabił wieloryba petardą, którego nie zauważył podczas łowienia ryb. Na potwierdzenie swych słów spytał mnie czy widzę jakiegoś wieloryba. Rozejrzałem się i powiedziałem, że nie. Ten zaś wrzucił do wody dużą petardę i rzekł "No to zabiłem kolejnego". 
  Dopłynęliśmy w końcu do niewielkiej plaży za którą stał domek ze strzechy a dalej rósł las. Dodam, że cały czas panowała noc. Ja i dziewczyna zostaliśmy przy tratwie, kolega natomiast poszedł do nieodległej wioski. 
  Wszedłem do wody pomimo, iż dziewczyna ostrzegała mnie, że to niebezpieczne. Chciałem tylko pomoczyć nogi. Gdy odszedłem od lądu na kilka metrów zauważyłem czającego się na mnie krokodyla. W napadzie furii zacząłem okładać go wielkim kamulcem dopóki nie odpadła mu głowa...


3)  Odbywał się właśnie siódmy wirtualny zjazd iSEN'u. Technologia była bardzo realistyczna. Nie ruszając się z domu można było poruszać każdą częścią wirtualnego ciała w wirtualnym świecie pełnym wirtualnych ludzi ale też niewirtualnych. Grafika była świetna. Zebranie początkowe odbyło się w sosnowym lesie. Na leśnej drodze stały pojazdy którymi mieliśmy dostać się do miejsca docelowego zjazdu. Były to w jednym rzędzie cztery amerykańskie, żółte autobusy szkolne połączone ze sobą liną. W drugim rzędzie również cztery, tym razem białe, także połączone busy. Wsiadłem do jednego z białych busów. Większość miejsc siedzących zapełniona była przez pijanych userów dlatego postanowiłem zająć miejsce obok kierowcy, którym okazała się Wampia. Wyglądała jak w rzeczywistości. Właściwie to widziałem tylko jej twarz spośród iSEN'owiczów. Na resztę albo nie patrzyłem albo im się nie przyglądałem. Chciałem zająć miejsce na fotelu obok niej ale nie było to takie proste. Konwój ruszył a ja nadal nie mogłem usadzić swojego dupska. Wciskałem wszystkie możliwe przyciski i wajchy na siedzeniu ale za cholerę nie mogłem znaleźć tego właściwego. W końcu mi się udało z tym, że dojechaliśmy już na miejsce i trzeba było wysiadać. Zauważyłem również, że mam na sobie aż dwie koszule i trzy kamizelki przez co było mi strasznie gorąco. Zacząłem się niezgrabnie rozbierać. W tym czasie pijany tłum userów wyskoczył z autobusów i pobiegł na pobliski plac zabaw aby pić dalej i zabawiać się ze sobą. Plac był pełen dzieci. Jedna z trzeźwiejszych osób powiedziała mi żebym się rozgościł i chwilę ze mną pogadała. Poszwendałem się chwilę po placu zabaw by wreszcie spocząć na jednej z ławek. 
  Prawie nad nami, na wysokości ok. pięćdziesięciu metrów przeleciały ociężale trzy Boeing'i B-17...
Nemo ante mortem beatus
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Plus za kabiny odosobnienia.
Waiting for extasy
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
29-30.07.2K19
Czas snu ok. 8h



1)  Wybrałem się wraz z ojcem i bratem na Wisłę w Warszawie. W tym miejscu miała trzy nurty. Największy w środku. Wszystkie za to były rwące. Usadowiliśmy się na zachodniej wyspie oddzielające oba nurty. Oprócz nas było sporo innych plażowiczów. Wskoczyłem do środkowej części rzeki i od razu zostałem szybko poniesiony z prądem kilkadziesiąt metrów. Było to fajne uczucie. Wyszedłem na końcu wyspy i wróciłem do punktu początkowego. Miałem już drugi raz przejechać się na falach ale jakieś dwa kilometry dalej na wschodnim brzegu dostrzegłem miasto Czarnobyl. Pobiegłem tam. Rzekę przekroczyłem na wąskim kamiennym mostku przeznaczonym jedynie do użytku pieszego.
   Szybko doszedłem do osławionego miasta. Nie wyglądało jak w rzeczywistości. Tam gdzie kończyły się zabudowania Wawy rozpoczynały się gruzy. Droga przez ich środek prowadziła do swoistej bramy (za którą znajdowała się elektrownia) złożonej z ruin trzech budynków/bloków. Te po bokach były zdezelowane ale jakoś się trzymały. Natomiast ze środkowego zostały jedynie dolne filary oraz trochę dachu na którym stała ciężarówka z przyczepą. Była to słynna ciężarówka, którą wywożono napromieniowane świeci dlatego sama stała się mocno radioaktywna. Postawiono ją w takim miejscu żeby nikt nie mógł się do niej dostać. Ja jednak miałem plan. Wszedłem na dach jednego z bocznych budynków, rozpędziłem się i ledwo, bo ledwo ale udało mi się dopaść dach środkowego piętrowca. Szczęśliwy obszedłem obskurny pojazd. Wszedłem do kabiny i postanowiłem zrobić sobie selfie a potem zdjęcie widoku z wnętrza kabiny. Jako, że było trochę ciemnawo w wozie to uznałem, iż dobrym pomysłem będzie odpalenie ciężarówki aby oświetlić i uświetnić zdjęcie palącymi się kontrolkami. O dziwo kluczyki były w stacyjce i o dziwo jeszcze bardziej grat zdołał odpalić natychmiastowo. Kadr do zdjęcia był epicki. Zardzewiałe i brudne wnętrze ciężarówki oraz świecące się lampki plus widok gruzów miasta za szybą był świetny. Postanowiłem jednak dodać coś jeszcze. Uznałem, że świetnym pomysłem będzie położenie nóg na desce rozdzielczej. Jak pomyślałem tak zrobiłem. Tylko, że pchając giry do przodu nieumyślnie wrzuciłem jedną z nich bieg. Tir ruszył do przodu. Nim się zorientowałem co się dzieje już leciałem w dół razem z pojazdem. Ten zamiast wbić się w glebę upadł na kołach i ruszył dalej przed siebie. Oszołomiony upadkiem nie zdążyłem w porę zapanować nad pojazdem a ten jechał coraz dalej i coraz szybciej. Minął gruzy i wjechał do Warszawy. Akurat odbywał się festyn w który wjechałem. Chyba przejechałem kilka osób. W końcu zatrzymałem ciężarówkę. Naiwnie sądziłem, uda mi się wycofać tam skąd przyjechałem. Niestety przyczepa o coś zahaczyła i przewróciła się razem z tirem. Wyskoczyłem z pojazdu i zacząłem uciekać spacerkiem żeby nie wzbudzać podejrzeń. Udało się. Nikt mnie nie zauważył. Tak mi się przynajmniej wydawało. Mijałem gapiów biegnących na miejsce wypadku. Miałem coraz większe wyrzuty sumienia mimo tego nie zamierzałem przestać uciekać. Szedłem dalej. 
  W końcu natrafiłem na kościół. Wszedłem. Odbywała się właśnie msza która mnie nie interesowała. Udałem się za ołtarz do pomieszczenia w którym modlił się ksiądz. Wstał z klęcznika, podszedł do mnie i zaczął coś do mnie mówić. Zapomniałem co dokładnie ale chyba wyczuł moje zestresowanie. Gdy skończył powiedziałem tylko "Amen" i wyszedłem przeszywany wzrokiem przez księdza odprawiającego mszę i innych ludzi. 
  Postanowiłem wrócić do punktu początkowego nad Wisłę. Po drodze usłyszałem rozmowę gości w garniakach. Mówili, że znają już sprawcę wypadku ciężarówki. Na potwierdzenie ich słów na ekranie tabletu jednego z nich dostrzegłem nagranie z monitoringu. Pokazywało ono moją ucieczkę z miejsca wypadku. Przeszył mnie jeszcze większy strach przed konsekwencjami. Oddaliłem się pośpiesznie. Na wyspie, na Wiśle nie spotkałem nikogo. Zmieniła się również pogoda. Wcześniej było słonecznie teraz zaś na niebie panowały ciemne chmury. Poza tym od strony miasta usłyszałem strzały i wybuchy. A więc wybuchło powstanie. Szybko tam pobiegłem. Ujrzałem gąszcz dymu nad miastem i ślady niedawnych walk. Wszedłem do na wpół zniszczonego budynku. Stał tam jakiś gostek w mundurze. Wszystkim którzy chcieli pomóc dawał listy do dostarczenia. Wziąłem z jego ręki kilkadziesiąt listów tudzież kartek i poszedłem w stronę centrum. Spojrzałem na pierwszy list. Adres to jakaś długa nieznana mi ulica na "M". Nie wiedziałem gdzie to. Nic to, spytam po drodze. Przebiegłem przez trzy zniszczone kamienice. Na placu przez który musiałem przejść usłyszałem niemieckie rozkazy. Szybko się schowałem za jakimś murkiem. Kilka metrów ode mnie przejechał czołg wraz z kilkunastoma żołnierzami na pancerzu. Odetchnąłem z ulgą. Po chwili zobaczyłem młodego chłopaka błąkającego się po ruinach. Bojąc się, że niemiaszki go dostrzegą przywołałem go do siebie. Usadziłem go obok siebie i kazałem być cicho dopóki nie będzie bezpiecznie. Żeby miał się w tym czasie czym zająć pokazałem mu listy. Ten krzyknął z niedowierzaniem "ŁoŁ jesteś listonoszem?" Miejscówka była spalona. Prawie natychmiast przybiegł blondyn w niemieckim mundurze. Zaczął nam grozić bronią. Zacząłem z nim na spokojnie rozmawiać próbując jakoś wybrnąć z nieciekawej sytuacji. Może dałoby się z nim jakoś dogadać ale przyszli jego koledzy którzy kazali mu nas zastrzelić. Zrezygnowany powiedziałem mu żeby zadał szybką śmierć po czym pochyliłem głowę. Dokładnie w tym momencie padł strzał. 
  Widziałem tylko biel. Poczułem jak padam na ziemię. Przez kilka sekund nie czułem ani nie słyszałem niczego. Pomyślałem "Czy to już koniec?" Jednak po chwili zacząłem odzyskiwać wzrok. Leżałem na gruzach. Okazało się, że przez to, iż pochyliłem głowę kula zdołała mnie jedynie lekko zranić. Zobaczyłem żywiołową strzelaninę pomiędzy Niemcami a powstańcami którzy przybyli nas uratować. Obok mnie leżał dzieciak z postrzelonym brzuchem. Żył. Strzelanina przerodziła się w walkę wręcz. Dołączyłem do kompanów. Pomimo naparzanki dostrzegłem zbliżających się w naszą stronę tłum Azteków czy innych Indian. Nie mieli wobec nas dobrych zamiarów. Krzyknąłem "Brać broń i ratuj się kto może" Ja złapałem leżącą na ziemi katanę oraz butelkę wody. Zacząłem biec w stronę rzeczki. Za mną jak jeden mąż pośpieszyli Niemcy i Polacy. Przyszło mi na myśl, że czuję się jak Jack Sparrow w drugiej części Piratów z Karaibów. Dobiegliśmy w końcu do kilkunastometrowego wodospadu. Indianie byli już tylko kilka metrów od nas Bez zastanowienia skoczyliśmy. Na szczęście nasi oprawcy zostali na górze. Po otrząśnięciu się po upadku wzięliśmy pozostałych niemiaszków do niewoli. Postanowiliśmy coś przekąsić. Rozstawiliśmy swoje żarcie obok stołu świętujących coś przyjaźnie do nas nastawionych Indian. Podzieliłem się z nimi naszym jedzonkiem w zamian on dali nam trochę swojego. Zagadałem do ładnej Indianki pytając co świętują. Odpowiedziała, że dziś jest święto zmian, zmiany są dobre, zmiany są potrzebne, zmiany nadchodzą. 
  Z miejsca w którym siedzieli przy kamiennym stole rozpościerał się widok na bezkresną pustynie, znów świeciło słońce. Nie wiadomo skąd pojawili się na niej dziewiętnastowieczni Redcoats'si oraz Francuscy żołnierze z tegoż samego okresu. Toczyli ze sobą chaotyczne potyczki. Wskoczyłem na konia wyjąłem katanę z pochwy i pojechałem wspomóc tych drugich. 
  Podczas beztroskiego siekania angoli sen uległ spłyceniu. Zrozumiałem, że wypadek w ciężarówce był snem więc na szczęście nie ma się czym przejmować. Jednak obecny sen nadal był nieświadomy i takim pozostał do samego zbliżającego się końca. Po pokonaniu brytoli wróciłem do powstańców. Trwał pogrzeb dzieciaka postrzelonego w brzuch. Kilka osób podpaliło pokaźnych rozmiarów stos pod trumną. Patrzyłem na płomienie...


Bardzo długi sen.
Nemo ante mortem beatus
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
(30-07-2019, 20:23 )Rebeliusz napisał(a): Wziąłem z jego ręki kilkadziesiąt listów tudzież kartek i poszedłem w stronę centrum. Spojrzałem na pierwszy list. Adres to jakaś długa nieznana mi ulica na "M". Nie wiedziałem gdzie to. Nic to, spytam po drodze.
Marszałkowska.

Jestem pod wrażeniem. Nie mam pojęcia, jak zaindukowałeś taki sen.
Waiting for extasy
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
(30-07-2019, 22:14 )Isabela napisał(a): Jestem pod wrażeniem. Nie mam pojęcia, jak zaindukowałeś taki sen.

   "Taki" to znaczy jaki?
Nemo ante mortem beatus
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
To znaczy historyczno-wojenny, taka astralna projekcja w przeszłość. No i oczywiście megadługi i szczegółowy.
Waiting for extasy
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
(31-07-2019, 18:21 )Isabela napisał(a): To znaczy historyczno-wojenny, taka astralna projekcja w przeszłość. No i oczywiście megadługi i szczegółowy.
  Co do historyczno-wojennego charakteru to właściwie codziennie spotykam się z takimi tematami #filmy/książki/gazety itd. więc przenika to do mych snów. Co zaś do długości to myślałem nad tym i początkowo, po obudzeniu się miałem wrażenie, że to nie jeden a trzy złączone ze sobą sny ale później doszedłem do wniosku, iż jest to efekt najdłuższej fazy REM tuż przed przebudzeniem. Wskazuje na to to, że przed końcem do snu zaczynała przenikać świadomość oraz właściwie od razu pamiętałem dobrze cały sen. Nie musiałem długo główkować żeby go sobie przypomnieć.


30-31.07.2K19
Czas snu: ok. 5+4h

(ciekawostka, podczas WBTB gdy zapisywałem pierwszy sen z nocy dałem datę 31-32.07 XD)



1) Byłem w jakimś pomieszczeniu, chyba część supermarketu pomiędzy regałami na białych kafelkach. Oprócz mnie były tam tylko dwie ładne dziewczyny. Podłączyły mi coś do głowy. Mogły dzięki temu wchodzić do mojej podświadomości. Prały mi mózg tudzież przeprowadzały jakieś eksperymenty nie wiem w jakim celu. Wchodziły tam kilka razy (chyba trzy). Mogły tam popełnić na mnie samobójstwo (wiem dziwnie to brzmi). Było to dziwne ale ciekawe za razem. Szkoda, że dokładniej nie zapamiętałem o co tam chodziło. Pod koniec snu widziałem Janusza Korwin-Mikkego siedzącego w różowej koszuli, w fotelu na niebieskim tle. Coś mówił. Nie pamiętam co dokładnie ale było to związane z eksperymentami...


WBTB

Obudziłem się ideanalnie na minutę przed budzikiem. 


2)  Szedłem z matką przez duży parking znajdujący się przed ogromnym supermarketem. Był pełen samochodów. Matula chciała wstąpić do CCC po jakieś buty. Udaliśmy się w stronę sklepu. Po drodze minęliśmy jedzącego sobie w spokoju liście, wielkiego Brachiozaura. 
  Przed wejściem stało rusztowanie. Naprawiano chyba dach. Gdy wchodziliśmy do sklepu jeden śmieszek robotnik zaczął chlapać nas z góry wodą i farbą. Wewnątrz nie wybraliśmy żadnego obuwia.
(...)
  Moja rodzicielka wróciła z jakiegoś konwentu kosmicznego zwołanego na księżycu. Pokłóciła się z ojcem. W nocy gdy spała Papa wbił do mojego pokoju i spytał czy chcę z nim gdzieś jechać. Wziąłem żelki z półki i pojechałem. Mimo, iż staraliśmy się być cicho matka dowiedziała się, że wyjechaliśmy. Wraz z ojcem podjechaliśmy pod warszawski uniwerek. Okazało się, że ma tam skład rakiet którymi zamierza zabić...swoją żonę. Po chwili przyjechała i ona. Moi starsi wycelowali w siebie rozmaity arsenał rakietowy. Na szczęście udało mi się załagodzić sytuację...
Nemo ante mortem beatus
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
31.07-01.08.2K19
Czas snu: 5+6h


WBTB


1)  Rozpoczęło się w szkolnej sali gimnastycznej. Chyba w coś grałem z innymi chłopakami. Gdy skończyliśmy przenieśliśmy się do głównego holu. A tam tłum i wielkie poruszenie. Okazało się, że dziś są walentynki. O dziwo, choć kompletnie się tego nie spodziewałem dostałem najwięcej kartek, liścików i innego podobnego badziewia, żadne nie było podpisane. Do tego otrzymałem ciastka i pół bochna wielkiego, okrągłego, pysznego chleba. Z tego ostatniego prezentu ucieszyłem się najbardziej.
  Rozmowy, rozmowy, rozmowy.
  Jakaś zapłakana dziewczyna pobiegła do toalety. Kilka osób w tym ja poszło sprawdzić co się stało.
(...)
  Znalazłem się u wujka w hacjendzie. Zabrałem tam ze sobą kolegę i koleżankę oraz oczywiście wyśmienity chlebek.
  Rozmowy, rozmowy, rozmowy.
  Wyszedłem na balkon pojeść sobie w spokoju pieczywko ale rozszalała się taka zlewa, że musiałem szybko stamtąd uciekać.
  Ciocia była kimś ważnym. Musiała podpisać jakąś umowę światową pomiędzy ludźmi a zwierzętami. Poprosiła mnie żebym również złożył swoje podpisy. Było ich kilka. Nie robiliśmy tego jednak długopisami czy piórami a palcami. Żeby złożyć "podpis" trzeba było po kolei zanurzyć kciuk w miskach z piachem i piachopodobnymi, sypkimi materiałami po czym, po każdym zanurzeniu odcisnąć palec na pustej kartce papieru. Było to nawet ciekawe gdyż każdy odcisk zostawiał inny, różnokolorowy ślad...


Mam jeszcze jakieś przebłyski z innego snu ale są one zbyt rozmazane by cokolwiek opisać.
Nemo ante mortem beatus
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
08.2K19


  Ostatnio nie śpię po nocach, jak w sumie widać po godzinie zamieszczenia tego posta H3H3, tak więc i snów za bardzo nie mam. Z ciekawszych rzeczy to raz miałem małe bara bara w wannie z ładniusią panienką  :> oraz wczoraj miałem sen w którym mój braciak pływając w rzece został porwany przez jej nurt. Woda porwała go w stronę wodospadu. Gdy z niego spadał nabił się pupcią na dużego kaktusa. W śnie byłem przerażony ale gdy go spotkałem w realu to nie mogłem przestać się śmiać.


  A tak z innej beczki to wymyśliłem kolejnego zajefajnego TR'a. Należy wprowadzić w sennym świecie komunizm. Jeśli ludzie będą żyli w dostatku i szczęściu to znak, że to tylko sen.  :P


Pis Joł
Nemo ante mortem beatus
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
27-28.08.2K19
Czas snu ok. 8,5h


1) Byłem na Wielkiej sali gimnastycznej. Niedługo miała się tu odbyć jakaś uroczystość na którą ja oraz kilkadziesiąt innych osób przygotowywaliśmy pomieszczenie. Akurat ciągnąłem wielką zieloną kotarę z kilkoma osobami gdy zauważyłem pewną dziewczynę, która we śnie mnie nienawidziła. W realu w sumie chyba też. Szła niedaleko ode mnie. Gdy była już blisko odwróciłem się w jej stronę, pociągnąłem łyk wody i splunąłem jej prosto w twarz. Byłem przygotowany na to, że zaraz rzuci się na mnie i spróbuje zabić za zniszczenie jej fryzury tudzież makijażu i dosłowne oplucie jej ale nie. Ona również wzięła łyk wody z butelki i po chwili opluła mnie. Odwdzięczyłem się jej tym samym a potem ona mi itd. Wyszliśmy z budynku przeszliśmy przez pół mojego miasta, minęliśmy boisko szkolne i doszliśmy pod moją klatkę. Przez cały czas wspólnego spaceru opluwaliśmy się co chwila wodą. Gdy doszliśmy pod moje drzwi opuściła mnie. Odeszła bez słowa. Po chwili jednak na telefon przyszła mi wiadomość, że odblokowała mnie na facebook-u. Uznałem wtedy, że "Na mnie leci" XD...


2) Lekcja majmy w gimbazie. Było śmiesznie więcej nie pamiętam.
   Przerwa. Następny miał być WF-u. Pochodziłem sobie trochę samotnie po korytarzach szkolnych. W końcu skierowałem się do sali gimnastycznej. Okazało się, że było już ponad piętnaście minut po dzwonku. Nie przejąłem się tym i wszedłem na salę na której ćwiczyli już moi koledzy z klasy. Dziś był dzień judo. Wszyscy, ubrani w białe stroje, stali w równych odstępach i wykonywali ruchy podyktowanie im przez nowego wuefistę. Od pierwszego wejrzenia mi się nie spodobał. Postanowiłem sabotować jego zajęcia. Wszedłem w butach i bez stroju na matę i zacząłem rujnować jego zajęcia. Nie pamiętam dokładnie jak ale było mi w tym czasie bardzo do śmiechu. Po chwili dołączyła się do mnie reszta chłopaków i już razem nie dawaliśmy mu prowadzić ćwiczeń. Pomimo, iż próbowałem go jak najbardziej wkurzyć swym zachowaniem ten cały czas był miły i nie wpadał w furię.
(...)
  Wracam do domu ze szkoły. Wchodzę po schodach. Otwieram drzwi. Wchodzę przez nie do przedpokoju. Zdejmuję buty. Idąc do swojego pokoju kątem oka widzę ruch w kuchni. Spoglądam tam i co widzę? Tego typa któremu w szkole rozwalałem pracę. Jak gdyby nigdy nic stoi i smaży sobie jajecznicę. Wkurzony od razu zaczynam na niego najeżdżać mówiąc mu jakim to jest beznadziejnym trenerem itp. Nie przeszkadzało mi, że obcy facet jest w moim domu tylko to, że po prostu jest. A gość tak jak poprzednio był bardzo miły i kulturalnie próbował ze mną dyskutować. Zdenerwowany tym poszedłem do stołowego. Tam zobaczyłem sukę rasy Golden Retriever wujka wychodzącą na balkon. Była straszna zlewa i grzmiało, postanowiłem więc ściągnąć ją do domu. Wybiegłem na deszcz. Sęk w tym, że mój mały balkonik zmienił się w taki wielkości boiska do koszykówki. Zacząłem biec za psem. Wody było coraz więcej. W końcu złapałem ją ale w tym momencie zaczęły atakować mnie przybyłe nie wiadomo skąd psy różnych ras. Było ich coraz więcej, wody również. Zaczęły mnie gryźć i szarpać. Nagle przeraźliwie zagrzmiało. Wszystkie psy opuściły mnie i zaczęły biec w kierunku gdzie powinno być wyjście. Wszystko działo się szybko. Pojawiły się dzikie zwierzęta a za nimi ogromna fala wody. Zacząłem uciekać. Potrąciła mnie przebiegająca żyrafa. Przewróciłem się. Fala mnie dopadła. Znalazłem się głęboko pod wodą. Z całych chwil próbowałem wypłynąć na powierzchnię. Zostało już tylko kilka metrów kiedy nade mną pojawił się wielki słoń. Próbując panicznie utrzymać się na wodzie uderzył mnie prosto w głowę jedną z nóg. Ciemność...
Nemo ante mortem beatus
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post


Skocz do:

UA-88656808-1