Od zera do Dominika Cobba
Plus za odrażający smród kawy.
Przypomina mi woń odchodów zmieszaną z palonymi włosami i paznokciami.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
(08-03-2020, 15:49 )Isabela napisał(a): Plus za odrażający smród kawy.
Przypomina mi woń odchodów zmieszaną z palonymi włosami i paznokciami.

I smakuje podobnie
Dlaczego intuicja podpowiada mi, że z tego koszmaru już się nie obudzę? Bo wcale jeszcze nie poszedłem spać a koszmar dopadł mnie na jawie.

Jeszcze 944 dni
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Hej, dawno niczego tu nie napisałem. Nie miałem siły zajmować się snami ale myślę, że spotkało mnie dziś coś ciekawego, czego nigdy wcześniej nie doświadczyłem a czym warto będzie się podzielić.

27.06.2K20
Czas snu: 5-20 minut


  Nie spałem prawie 3 dni, gdy w końcu w środku dnia poczułem, że nie dam rady ciągnąć dalej rzuciłem się na łóżko. Wstałem zmęczony po 10 godzinach o północy. Nastrój nie siedział mi od samego początku. Żeby oderwać złe myśli włączyłem Netflix'a, odpaliłem serial od początku i obejrzałem cały. Skończył się. Szósta rano, nie wiem co mam dalej robić. Nastrój z każdą chwilą się pogarszał. Przytłoczył mnie natłok myśli. Czułem się jak kompletne gó*no. Doszedłem gdzieś do 94+/100. W końcu, około siódmej, rzuciłem się na łóżko przykryłem kołdrą i leżałem. Nadal czułem się ch*jowo. W pewnym momencie bez żadnych oczekiwań na sen zamknąłem oczy i leżałem. Leżałem i leżałem. W końcu otworzyłem prawe oko (leżałem na lewym boku, lewe oko leżało na poduszce więc ciężko je było otworzyć). I nadal leżałem przybity. Nagle zauważyłem, że ściana oraz materac na który patrzyłem oraz ogólnie wszystko jest w szarej poświacie. Uznałem, że albo zasnąłem i obudziłem się wieczorem albo na niebie jest duże zachmurzenie. Po chwili chciałem lekko ruszyć ręką. Nie myślałem o tym, że chce to zrobić tylko tak po prostu, nic nieznaczący odruch zmieniający pozycje leżącej dłoni. Dlatego też kilka sekund mi zajęło rozkminienie, iż w sumie to ręka miała się przestawić a zamiast tego nadal tkwi nadal w tym samym miejscu. Już bardziej świadomie postanowiłem poruszyć nią jeszcze raz i jeszcze raz i jeszcze jeden z tym samym skutkiem. Czułem gdzie jest ale na każdą chęć jej poruszenia nie działo się kompletnie nic. Pomyślałem sobie, że pewnie jestem tak zmęczony, że nie mam siły żeby nią ruszyć albo tak na prawdę mi się nie chce. Zebrałem więc wszystkie siły dałem polecenie całemu ciału, że chce wstać i uwaga... nic się nie stało. Zacząłem panikować. Lewe oko nie chciało się otworzyć. Zacząłem się nerwowo rozglądać, oraz próbować poruszyć jakąkolwiek częścią ciała. Nagle zrozumiałem. Przecież to paraliż senny. Uspokoiłem się trochę. Zacząłem czekać aż samo przejdzie. Odczekałem jakieś pół minuty z nadzieją uznałem, że już czas, przekierowałem myśli na rękę aby nią poruszyć iiiii nic. "Dobra" pomyślałem "Jeszcze chwilkę trzeba poczekać". Odczekałem cierpliwie kolejną minutę, chcę się ruszyć iiii nic. "To nie powinno tyle trwać" pomyślałem. Przypomniałem sobie, że przed położeniem się do łóżka miałem zasłonięte zasłony na oknach, które są koloru żółtego przez co nawet podczas zachmurzenia czy wieczorem dają żółtą poświatę w pokoju. "Coś tu jest nie tak". Nerwowo spróbowałem jeszcze raz i o dziwo poczułem mrowienie w dłoni i uczucie, że zmienia się jej pozycja. Ale coś było nie tak. Ręka istotnie się poruszała, lecz nie tak jak chciałem. Zaczęła drżeć. Najpierw dłoń potem nadgarstek, ramię. Drżenie rozlewało się na całe moje ciało i zaczęło przybierać na sile. Nie mogłem tego powstrzymać. W mgnieniu oka nastał jeszcze większy mrok. W myślach rzucałem się, próbowałem wydostać się z tego stanu ale moje ciało wciąż była w tym samym miejscu. Nagle usłyszałem jakiś szelest za mną. Pomyślałem, że w trakcie paraliżu sennego można widzieć różne straszne rzeczy ale ja nie miałem ochoty przekonać się o tym co jest za mną więc starałem się jeszcze bardziej wydostać z potrzasku. Jak zwierze otoczone przez myśliwych. Obraz zaczął falować, załamywać się, obkręcać. Usłyszałem, że to coś za mną jest już bardzo blisko zaraz obok mnie. Nagle próby podziałały wyrwałem się z łóżka i rzuciłem na ziemię. Obudziłem się. Istotnie leżałem obok łóżka. A wokół panował dzień. Odetchnąłem ze spokojem "mam to już za sobą" Zebrałem się do wstania. Ruszyłem się o centymetr i w tym momencie świat się załamał. Wróciłem do pierwszego poziomu snu gdzie leżałem na łóżku. Nadal się trząsłem i nadal nie mogłem się ruszyć. O dziwo było jeszcze gorzej niż za pierwszym razem. Usłyszałem złowrogą muzykę naokoło mnie, której poziom głośności z każdą sekundą wzrastał aż do ogłuszającego poziomu. Nie miałem pojęcia co się ze mną dzieje. Chciałem krzyczeć i płakać. Z bólu, strachu, bezsilności. W natłoku myśli latających w mojej głowie zrozumiałem, że jestem w śnie. Zacząłem błagać o wydostanie się, obudzenie. Przeszło mi przez głowę, że skoro wiem już, iż jestem w śnie to przecież mógłbym spróbować go opanować i cieszyć się LD'ekiem. Szybko odrzuciłem ten pomysł. Było za późno żeby naprawić sen. Jedynym wyjściem była ucieczka. Przez ogłuszającą muzykę usłyszałem za sobą dźwięk. Cokolwiek to było zbliżyło się, nachyliło się nade mną. Otoczyła mnie ciemność tego czegoś. Wszystko co widziałem przed sobą stało się całkowicie czarne. Ból i strach przekroczył wszelkie bariery wytrzymałości. To coś mnie dotknęło...

  Zerwałem się z łóżka. Pierwszą rzeczą jaką oczywiście zrobiłem po uprzednim złapaniu szalejącego oddechu był TR. Kiedy udowodniłem, że to rzeczywistość i, że nic mi już nie grozi poczułem wewnętrzny całkowity spokój i równowagę. Jeszcze nigdy nie czułem się tak dobrze. Wykalkulowałem, że spałem tylko jakieś 15 minut. Wszystkie problemy, od których pękała mi głowa jeszcze pół godziny temu, odeszły gdzieś na dalszy plan a ja pierwszy raz od dawna poczułem tak wielką chęć do życia. Uważam, że to jest piękne.

Obyście nigdy nie przeżyli takich snów i abyście zawsze budzili się tak wspaniale jak ja dzisiaj. Tego wam życzę.

Peace joł.
Dlaczego intuicja podpowiada mi, że z tego koszmaru już się nie obudzę? Bo wcale jeszcze nie poszedłem spać a koszmar dopadł mnie na jawie.

Jeszcze 944 dni
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Hehe miałem taką skrywaną koncepcję, że dobrym lekiem na część zaburzeń nastroju było by przeżycie bad-tripa lub porządnego paraliżu przysennego :P
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Nieraz faktycznie pomaga. Czasem sen (nawet świadomy) bywa gorszy od jawy i przebudzenie przynosi ulgę.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Niejeden raz miałem straszny sen i po obudzeniu się czułem ulgę jednak ten przypadek był szczególny. Jakbym osiągnął nirwanę. Czułem niesamowity spokój, zrelaksowanie, lekkość ciała. Poza tym stan ten utrzymywał się przez jakieś dwie godziny po czym zaczął powoli zanikać przez następnych kilka. Zaś przy innych traumatycznych snach czułem tylko chwilową ulgę, że już mam to za sobą po której zapominałem o całym zajściu i funkcjonowałem normalnie.
Dlaczego intuicja podpowiada mi, że z tego koszmaru już się nie obudzę? Bo wcale jeszcze nie poszedłem spać a koszmar dopadł mnie na jawie.

Jeszcze 944 dni
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
14-15.07.2K20
Czas snu 11h



-) Znalazłem się na jakimś obozie/zielonej szkole. Panował półmrok. Siedzieliśmy na ławce w jakimś korytarzu, ja i ludzie z mojego liceum. Było ich sporo ale nie znalazł się nikt z kim się w jakikolwiek sposób dogadywałem przez co byłem bardzo samotny. Instruktorka dała nam jakieś zadanie. Wszyscy wstali i dobrali się w grupy. Nawet nie próbowałem się do jakiejś dołączyć. Nie miałem na to siły i przygnębiony wyszedłem z budynku i poszedłem przed siebie. Okazało się, że niedaleko mnie idzie jeszcze jedna dziewczyna, w rzeczywistości przyjaciółka tych których zostawiłem za sobą. Była równie przygnębiona jak ja. Wymieniliśmy spojrzenia. Jej oczy były puste, usta bez wyrazu. Szliśmy przez chwile obok siebie. Weszliśmy na wiadukt. Kluczyliśmy po ulicy pomiędzy samochodami stojącymi w korku. Rozdzieliliśmy się, nie patrzyłem gdzie idzie. Podszedłem do barierki. I tak od dłuższego czasu podczas drogi o tym myślałem. Gdy złapałem poręczy byłem już prawie pewien. Wysokość nie była jednak pewna czekałem aż nadjedzie jakiś pociąg. W tym czasie zdrowy rozsądek próbował mnie powstrzymać. Upadłem zacząłem się szarpać sam ze sobą, starałem się powstrzymać przeciwne myśli. Chciałem TO zrobić już, mieć to za sobą jednak żaden pociąg nie nadjeżdżał. Postanowiłem zejść na dół i tam rzucić się pod jego koła. Zszedłem i usiadłem na piasku obok torów. Czekałem i czekałem. Nic nie nadjeżdżało. W końcu usłyszałem za sobą jakieś poruszenie. Odwróciłem się. Jakieś 40 metrów ode mnie dwóch strażaków nad czymś klęczało. Podbiegłem tam. Nachyliłem się nad nimi i zobaczyłem ją. Leżała na wznak. Była cała blada. Z jej otwartych oczu i ust wychodziły mrówki. Wyglądała strasznie. Uciekłem. Zatrzymałem się na osiedlu jednorodzinnych domków. Stanąłem przy płocie i osunąłem się po nim. Pierwsza myśl "Wszystko zepsuła to miał być mój dzień". Druga "Debilu je*any ona tam się zabiła a ty myślisz tylko o sobie. Nawet nie znasz jej imienia". Właśnie. Próbowałem z całych sił przypomnieć sobie jak się nazywała ale za Chiny nie mogłem. (...) Zaszedłem do jej domu żeby poinformować jej rodzinę. Pamiętam jak wyglądało pomieszczenie oraz, że jej matka płakała nic więcej. Wyszedłem przygnębiony. (...) 
  Znalazłem się w czyimś domu, pokoju stołowym. (możliwe, że to był już kolejny sen) przy wielkim stole siedziała spora część mojej rodziny. Pamiętam tylko urywki. (...) Wyszedłem na zewnątrz i stanąłem przy szarym Land Rover'ze Defender. Chyba zapaliłem papierosa. Zaczęło się już rozjaśniać. Nagle padł strzał i gość stojący dwa samochody dalej upadł z przestrzeloną głową. Odczekałem chwile i myśląc, iż jest już bezpiecznie wychyliłem się zza samochodu. Nic się nie stało. Rozejrzałem się, spojrzałem na wysoką, i stromą górę z piasku odległą o jakieś 100 metrów, dostrzegłem na jej szczycie ledwie widoczną, leżącą postać. Patrzyłem się na nią dobrą chwilę po której zobaczyłem błysk wystrzału. Ułamek sekundy później poczułem śrut przeszywający mą potylice. Odrodziłem się po drugiej stronie góry. Nie zastanawiając się jakim cudem żyję pobiegłem żeby cytując "dorwać skur*iela". Obiegłem górę by znaleźć najmniej strome podejście. Już miałem się wspinać by "dorwać skur*iela" ale z lasku obok wyjechała karoca i popędziła galopem w sobie tylko znanym kierunku. Zaraz za nią wybiegła kobieta ubrana w białą suknię krzycząc, że ją okradziono. Obok mnie zmaterializował się biały rumak,na którego od razu wsiadłem i krzyknąłem do niewiasty żeby również wsiadała "Chodź panienko zaraz dorwiemy tego sku*wiela". W tym momencie ze szczytu góry usłyszałem "aha czyli peniasz, może najpierw dorwiesz tego skur*iela" i wskazał na siebie. Zsiadłem z konia i pobiegłem do drabiny która również przed chwilą się zmaterializowała. Miała stopnie oddalone od siebie o jakieś dwa metry więc wspinaczka była katorgą. Włożyłem do ust jedyną broń jaką miałem czyli wykałaczkę i ruszyłem. W końcu znalazłem się od mojego przeciwnika w odległości metra. Gdy mnie zobaczył zaczął się śmiać z mojej broni. Dzięki czemu miałem czas żeby dokładnie wycelować i splunąć mu wykałaczką w twarz. Trafiłem go prosto w oko. Gość zdążył się złapać za trafione miejsce i krzyknąć "AAAAAAAAAAA" po czym wykałaczka wybuchła rozsadzając mu głowę a mnie siłą podmuchu wyrzucając do tyłu. Leciałem dobrą chwilę jakby w zwolnionym tempie, po czym upadłem na plecy. Zrobiło mi się ciemno przed oczami...


-) Znalazłem się w swoim mieście obok mojego byłego gimnazjum. Spotkałem przy nim starego kolegę z którym już bardzo rzadko się widuje. W budynku sali gimnastycznej zionęła wielka dziura jak po wybuchu bomby. Podałem piłkę do koszykówki jakiemuś dzieciakowi i już miałem iść dalej ale coś mnie podkusiło i wszedłem do środka przez ów otwór. W środku na jednym sektorze grały dzieciaki w kosza, po drugiej zaś stronie odbywały się zawody w tenisa ziemnego. Stałem jak wryty i patrzyłem. Powróciły wspomnienia. Szybko zauważyłem stare znajome twarze mi. "Dzika", "Pulpeta" i innych w tym mojego starego trenera, który pomimo podeszłego wieku nadal wymiatał na korcie lepiej niż niejeden młody. Wolałem się mu jednak nie pokazywać, schowałem się więc nieco. Nie mogłem się jednak powstrzymać i po chwili wziąłem czyjąś rakietę i przyłączyłem się do gry. Mimo, że od dawna nie grałem to wymiatałem jak dawniej. Rakieta znów stała się przedłużeniem mojej ręki, scaliła się z nią w jedno, nie była tylko przedmiotem w niej trzymanym dzięki któremu mogłem celnie odbijać piłkę była czymś więcej. Była częścią mnie. Wszystko było jak dawniej, wszystko było pięknie, za pięknie. Nagle podszedł do mnie trener. I zaczął mi zarzucać, że zniszczyłem jakiś plakat wikinga przemalowując brodę z rudej na czarną. Nie miałem pojęcia o co mu chodzi, ustaliliśmy, że wyjaśnimy to później. Wróciłem na kort, stanąłem w szranki z jakimś początkującym, dawałem mu wskazówki jak lepiej trzymać uchwyt i odbijać, przez chwilę znów było pięknie ale coś nie dawało mi spokoju. Zasady świata zaczęły się rozmywać, wprowadzać chaos. Aut nie był autem, siatka stała się niższa, zaczęły przez nią przelatywać piłki, niuanse, które wprowadzały zamęt w mojej głowie, zamęt w myślach które nie dawały mi spokoju, że to nie jest prawdziwe. W końcu nie mogłem wytrzymać. Upadłem na kolana wypuściłem rakietę z rąk która z przeraźliwym brzdękiem upadła na podłogę. Złapałem się za głowę, ból był nie do zniesienia, krzyczałem...
Dlaczego intuicja podpowiada mi, że z tego koszmaru już się nie obudzę? Bo wcale jeszcze nie poszedłem spać a koszmar dopadł mnie na jawie.

Jeszcze 944 dni
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
06-06.08.2K20

Sen kolejny raz przyszedł za późno, pobudka znów przyszła za wcześnie. 
 Przestałem jakiś czas temu zapisywać sny po obudzeniu. Beznadziejna kondycja fizyczna po otwarciu oczu, brak chęci do czegokolwiek, pobudka ala "Dzień świra" z tym, że nie mam nawet siły powiedzieć sam do siebie i całego świata "Nosz ja pier*ole kur*a". Niemniej czymś co szczególnie nie pozwala wykonać mi tego zadania jest coś czego chyba nie do końca mogę wytłumaczyć. No więc budzę się, czuję się jak wieloryb na plaży i mimo to próbuję przypomnieć/zapamiętać sen minionej nocy z tym, iż jest to niemożliwe albowiem czuję całkowitą pustkę w myślach. Nie ma kompletnie nic. Jest to inny rodzaj pustki niż gdy jeszcze nie umiałem zapamiętywać snów, inny niż gdy obudzę się i od razu sen wyparowuje z mej głowy(bo np. krótko spałem, od razu byłem czymś zajęty, czy po prostu miałem wywalone w zapamiętanie snu). Doszedłem w ciągu 3 lat zapamiętania snów do momentu, że wystarczyło powiedzieć przed snem luźne "chce zapamiętać sen" albo wgl. nic nie powiedzieć i coś tam zawsze zapamiętywałem. Jednak od jakiegoś miesiąca (z wyjątkami np. dzisiaj) po przebudzeniu mam samą otchłań w głowie. ALE co najdziwniejsze jeśli nie wstanę, nie wezmę telefonu w łapę, ogólnie nie zajmę się niczym po obudzeniu tylko leżę i myślę o niczym to przypominam sobie sny...z poprzednich nocy których wcześniej kompletnie nie pamiętałem. Z ostatniej kompletnie nic ale z poprzednich już tak. Oczywiście nie są to całe wyraźne obrazy jest w nich dużo luk ale nadal. I nie, podkreślam, nie są to sny z obecnej nocy tylko wcześniejszych. Jestem tego całkowicie pewien. Ostatnio ogólnie dzieję się w mej głowie wiele dziwnych rzeczy. Może to mieć jakiś związek z tym, że same dni kiedy (chyba) jestem świadomy zlewają mi się ze sobą i ciężko mi odróżnić co było dwa dni temu a co miesiąc temu. Nwm. Niemniej dziś zapamiętałem dość dobrze sen z obecnej nocy. Oto on.


(...) Znalezioną gdzieś młodą dziewczynę zaniosłem do mieszkania. Dziewczyna którą przyniosłem była lekko brudna jakby wywaliła się gdzieś na mokrą ziemię która zdążyła już wyschnąć. Miała również zniszczone ubranie na sobie. Była bardzo ładna tak z twarzy jak i z reszty ciała. Gdy próbowałem sobie przypomnieć jej twarz widziałem tylko białą plamę na której przewijały się twarze trzech dziewczyn. Koleżanki z licbazy, dziewczyny której zdjęcie widziałem niedługo przed zaśnięciem oraz obraz niezidentyfikowanej persony. Była nieprzytomna i w opłakanym stanie zdrowia. Położyłem ją na łóżku. Chyba próbowałem ją jakoś uzdrowić. (...) Położyłem się na drugim łóżku i wpatrywałem się w dziewczynę. Była naprawdę piękna. Chwilę fantazjowałem ale do niczego nie doszło zważywszy, że była w stanie w którym niewiele miałaby do gadania co teoretycznie oznaczałoby gwałt albo nekrofilię (nie byłem pewien czy przeżyje). Spojrzałem w pewnym momencie na podłogę po drugiej stronie łóżka na której było pełno kurzu. Dwa kosmyki podrygiwały równomiernie jakby były żywe. (...) Jakiś czas później. Dziewczyna obudziła się i było z nią trochę lepiej, niemniej nadal leżała na swoim łóżku a ja na swoim. Oglądaliśmy telewizję na kwadratowym starym telewizorze. Przełączyłem kanał trzy razy jednak pamiętam tylko co działo się na jednym. Jakiś zupełnie nagi dzieciak lat mniej więcej 13-14. Przygotowywał jakiś dziwny płyn w misce ustawionej pod pewnego rodzaju drewnianą konstrukcją przypominającą kozła gimnastycznego. Wlewał tam jakieś różne chemikalia. Ciecz stała się czerwona, wrzała, syczała i parowała. Położył się brzuchem na drewnianej konstrukcji i wlał do wywaru ostatni składnik. Wosk z kilku świec. Po chwili ciecz wybuchła dotkliwie raniąc chłopaka. Straszliwie krzyczał z bólu. Gdy opadł dym zobaczyliśmy jego zmasakrowane, poparzone ciało. Był w agonii. Wyłączyłem telewizor. (...) Wszedłem wraz z dziewczyną do sklepu meblowo-budowlanego. Zachowywała się dosyć dziwnie. W pewnym momencie szybko schowała się do szafki. Była przestraszona. Gdy spytałem o co chodzi, szczękając ze strachu zębami powiedziała coś w stylu "To oni, to oni" i wskazała palcem w górę. Gdy wstałem zobaczyłem trzech rosłych facetów idących alejką obok (...) 
  Znalazłem się w okolicy bardzo przypominającą tą którą dość często chodzę na spacer. Przedmieścia, domki jednorodzinne asfaltowa droga i chodnik z ciasno ułożonej czerwonej kostki. Wieczór. W oddali widziałem dym i niewielkie wybuchy. Domyśliłem się, że wybuchła jakaś wojna, niemniej nie przejmując się tym szedłem spokojnie spacerowym krokiem. Nagle ujrzałem nadlatujący samolot P-47 Thunderbolt w barwach USA. Leciał nisko jakieś 100 metrów nad ziemią dzięki czemu widziałem dokładnie trzy wielkie bomby przyczepione do jego kadłuba. Przeleciał nade mną i już się oddalał gdy nagle zakręcił i zaczął kręcić kółka wokół mnie. Pomyślałem sobie, że pewnie szuka celu do zbombardowania ale ja jako cywil nie mam się czego bać. Gdy tak myślałem areoplan wzleciał na jakieś 300 metrów położył się przez plecy, odwrócił kokpitem w stronę nieba i zaczął pikować prosto na mnie. Zacząłem uciekać chodź wiedziałem, że nie ucieknę przed kulami z jego karabinów. Ten jednak nie strzelał zamiast tego wypuścił jedną ze swoich ogromniastych bomb, która zaczęła lecieć prosto na mnie, i wyszedł z lotu nurkowego. Świat zwolnił po czym przyśpieszył. Bomba spadła jakieś dwa metry ode mnie jednak zamiast wybuchnąć odbiła się z brzdękiem od asfaltu i przekoziołkowała dalej. Uświadomiłem sobie, że ma zapalnik czasowy i nieporadnie zacząłem biec w drugą stronę. Po kilku sekundach potężny ładunek wybuchł za moimi plecami i rzucił mną o ziemię. Gdy obolały i poraniony wstawałem samolot z przeraźliwym dźwiękiem silnika tłokowego znów zawrócił. "No teraz to na pewno mnie zastrzeli" pomyślałem. Lecz ten ponownie zrzucił bombę. Przez chwilę patrzyłem na nią i kalkulowałem w którą stronę odbije się od ziemi. Pobiegłem oczywiście w przeciwną lecz to żelastwo wypełnione trotylem odbiło się w jakiś dziwny sposób i poleciało w moją stronę. Minęło mą głowę o kilkanaście centymetrów. Zacząłem spieprzać w przeciwnym kierunku. I tym razem ogromny wybuch rzucił mnie na ziemię. Nie miałem siły wstać a samolot ponownie zawrócił i zrzucił swój ostatni śmiercionośny ładunek. Bez nadziei patrzyłem jak leci w moją stronę i wbija się w podłoże metr od moich nóg. Zamknąłem oczy i czekałem na śmierć, która nie nadeszła, bo po chwili okazało się, że jest to bomba dymna. Nie mogłem otrząsnąć się z szoku. Przykrył mnie całun gęstego białego dymu z którego wyłonił się staruszek. Pomógł mi wstać i spytał co się stało. Nie wytrzymałem i nadal roztrzęsiony opowiedziałem z ze łzami w oczach całe zdarzenie ze szczegółami. Czułem się tak drugi raz w życiu. Pierwszy raz był gdy w realnym życiu spotkałem się z kostuchą próbując wyrwać człowieka z jej objęć. No niestety nie udało się. Gdy było już pewne, że ów człek kroczy po polach asfodelowych podszedł do mnie jakiś losowy typek i bez ogródek spytał się mnie co tu zaszło a ja bez namysłu załamany wyśpiewałem mu wszystko co się stało i uciekłem z płaczem. Jak ktoś był w podobnej sytuacji to wie jak się czułem w tym momencie we śnie. 
  Wracając do snu. Odszedłem z dziadkiem dobry kawałek, zaczął mnie uspokajać i nagle znaleźliśmy się w innym miejscu. Było już ciemno. Znaleźliśmy się po dwóch stronach czteropasmowej ulicy która była całkowicie pusta. Lampy się nie świeciły. Ogólnie okolica przypominała warszawskie Powązki od strony ulicy okopowej. Staruszek szedł przy długim murze z czerwonej cegły. Gdy go zauważyłem zacząłem wołać i pobiegłem do niego. Gdy już do niego podszedłem i zaczepiłem odwrócił się zaskoczony i spytał kim jestem...
Dlaczego intuicja podpowiada mi, że z tego koszmaru już się nie obudzę? Bo wcale jeszcze nie poszedłem spać a koszmar dopadł mnie na jawie.

Jeszcze 944 dni
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
ładne ładne :). Zawsze zachęcam, żeby w LD włączyć telewizję, takie programy są najlepsze :D
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
To nie było LD. Wszystkie opisywane przeze mnie tu sny są nieświadome chyba, że wyraźnie zaznaczę, iż się w danym momencie uświadomiłem się lub wprost, że to było LD. Ponadto osiągnięcie u mnie LD to jak święto i na pewno zapisałbym go bardzo dokładnie od razu po przebudzeniu żeby nie uronić ani jednej jego chwili. Plus z racji, że w LD jesteśmy świadomi lepiej zapamiętujemy a to oznacza, że nie zaznaczałbym co chwila, iż mam lukę w pamięci [(...)] i nie wiem co się działo pomiędzy danymi wydarzeniami choć wiem, że coś się działo. Poza tym uwierz, że jeśli miałbym LDeka to na pewno nie oglądałbym na telewizorze nagiego zmasakrowanego dzieciaka ani innego chorego gó*na które spotykało mnie w tym oraz poprzednich snach i ryje mi psyche.
Dlaczego intuicja podpowiada mi, że z tego koszmaru już się nie obudzę? Bo wcale jeszcze nie poszedłem spać a koszmar dopadł mnie na jawie.

Jeszcze 944 dni
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post


Skocz do:

UA-88656808-1