NeuroWonderland
Słuchałem jakiejś muzyki na słuchawkach. Nagle do pokoju wlatuje pszczoła i siada na laptopie. Mama wchodzi do pokoju i mówi, że trzeba coś z tymi pszczołami zrobić, bo one się zagnieżdżają w ramach okna. Wyszedłem po coś do kuchni. W radiu grali akurat to samo co przed chwilą słuchałem na komputerze, ale nie byłem pewien tak do końca, więc zacząłem się przysłuchiwać. Wtedy właśnie mama wyłączyła radio. Wróciłem do pokoju. Coś brązowego mi zaćmiło po prawej stronie, widziałem kątem oka. Coś leciało przy ścianie. Patrzę, a tam ćma siedzi na ścianie. Wielka, brązowa ćma. Duża, co najmniej jak dłoń.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
To była Saturnia pyri, pawica gruszówka :) Chyba że byłeś na Borneo.
LD - 15
FA - 21
Wszystkich zapisanych snów - 536
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Dwóch chodziło po zaśnieżonych górach. Jeden usiadł sobie (albo się przewrócił?). Drugi tyłem skoczył w przepaść. W tym czasie zrobił sobie selfie w locie. Chciał, aby zdjęcie było z innej niż zwykle perspektywy. Zdążył odrzucić telefon, co by ten pierwszy zobaczył zdjęcie. Ten co się przewrócił się obudził i patrzy co się stało z kolegą. Robiący zdjęcie, okazało się, że w porę złapał się czegoś wystającego, może korzenia drzewa i właśnie się wspina na górę.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Siedzę na torach (przed biblioteką?). Zbliża się pociąg. Kładę się i wchodzę pod tory. Czekam, aż przejedzie nade mną. Wstaję i jestem w kuchni. Ten pociąg wjeżdża, ale jest w całości zbudowany z książek. Książki wjeżdżają po stole i rozsypują na podłogę. Przychodzi jakaś dziewczyna i dokłada jeszcze więcej. Mieszają się na podłodze. Przenosimy je na moje łóżko. Na łóżku już jest dużo wielkich, ciężkich ksiąg. Mam je niby przeczytać w kilka dni, a tu jeszcze kilkadziesiąt dodatkowych dochodzi. Może dam radę. Siedzę teraz na starym łóżku, odwrotnie ustawionym. Jest tamta dziewczyna. Oprócz niej, na końcu łóżka, jeszcze siedzi przede mną po turecku jakaś pani, chyba nauczycielka. Otworzyła mój zeszyt od matematyki i przegląda. Z zeszytu wypadła kwadratowa karteczka z narysowanym, za pomocą czarnego długopisu, konturem kwadrata, a w środku kwadrata czarna kropka. Pyta się mnie "A jak tam twoje oceny?" A za chwilę "Kto ci to założył?" "To będzie jeszcze kilka razy."

W szkolnej sali leżało dużo różnych rzeczy porozkładanych na ławkach i na podłodze. Mama stała przy biurku nauczycielskim. Znalazłem dwa plastikowe pudełka od kaset z muzyką. To były piosenki Michaela Jacksona. Widziałem wcześniej dwie kasety w paczkach z prezentami, które chyba pakowałem. Były trzy paczki, mała, średnia i duża. Przez chwilę widziałem ich zawartość. Te paczki z prezentami to były stałe, które się dawało komuś na prezent, a potem oni oddawali z powrotem i pakowało się znowu do tych trzech paczek, aby czekały na następny rok. I potem znowu to samo. Byłem pewien, że te dwie kasety były w tej średniej. Wyciągnąłem jedną, ale kaset nie znalazłem, bo to była mała paczka. Średniej i dużej jakoś nie mogłem znaleźć. Dwie baterie paluszkowe leżały na biurku nauczycielskim. Podniosłem je, ale tam nic nie było nagrane, bo to były zwykłe "operacyjne" baterie. Odłożyłem je.

Pani nauczycielka prowadziła nas do jakiejś innej sali. Kilka osób mnie namawiało, abym zobaczył kto tam mieszka. Tam po lewej, korytarzem, tam mieszka stara baba. Ciekawe czy się nie będę bał, bo ona tak naprawdę nie jest człowiekiem. Dobra, idę. Prowadzi mnie jakaś pani. W sumie to tej się powinienem bać, miała pół twarzy zniekształconej i czarnej jakby była spalona. No to dzwonię i ta pani, co miała być straszna, otwiera drzwi. Ja wtedy z krzykiem AAAAAA, uciekam. Chociaż nie wiem dlaczego. Wyglądała normalnie, nie to co ta co mnie tam prowadziła, pewnie zombi jakieś. Biegnąc zauważam, że ktoś wchodzi do środka przez "klatkę schodową". Tutaj była wielka galeria handlowa połączona z mieszkalnymi apartamentami i szkołami. Wracam się do nich, ale się zgubiłem tam i nie mogę ich odnaleźć. Dochodzę do końca korytarza (to pewnie nie był koniec, dalej to się ciągnęło). Końcówka była słabiej oświetlona. Szły panie pielęgniarki. Wchodzę schodami na jasne piętro. Tutaj był szpital psychiatryczny połączony z zakaźnym. Słyszę śmiechy łachahaha. Waldek Kiepski się śmieje i potem coś mamrocze do innych. Jest tam też, trochę do niego podobny, jakiś dawny kolega, dzieci i inni pacjenci. Bawią się. Dziwne, że nikt mnie nie zauważył. Schodzę z powrotem, bo psychiatrykiem nie będę szedł. Przechodzę przez całą galerię i siadam przy ścianie, tam gdzie to dziwne mieszkanie było. Ktoś z klasy wrócił. Pokazuję mu, że mam taką ulotkę. W prawej, pomarańczowej części zostały takie jakby resztki gry, która została zgubiona. Te resztki są minigierką. Widok z góry na las, słabo zarysowane jakby ołówkiem. Zaczyna się poruszać, idzie jakaś nieokreślona postać. Wciąga nas. Przechodzimy przez jakieś zgliszcza. Wchodzimy do opuszczonego kościoła. To jest inna strefa rzeczywistości. Panuje tu leśny chaos,  wszędzie ziemia, ściółka, szyszki, kora, gałęzie leżą naokoło. To jest miejsce złej czarownicy. Niby mamy tam kogoś ratować (jakieś zwierzątko?). Wchodzę na niewielką górkę usypaną z kamieni. Po drugiej stronie stoi szaro czarny wilk. To ta czarownica ukazała się nam w takiej formie. Mały, leśny ludek przebiega obok wilka i gdzieś biegnie. Wilk zmienia się w bardziej ludzką postać. Ta czarownica stoi po środku kościoła. Coś do nas mówi. Widać tego ludka pod ziemią. Widzę go tak jakoś z boku, widzę co robi pod ziemią i poza, to co się dzieje ponad ziemią. On wyciąga dwa kolce i spod ziemi wbija je w bose stopy czarownicy. Ona rozzłoszczona, rozkazuje swoim służącym, aby go złapali. Okazało się jednak, że pod ziemią były drzwi czasoprzestrzenne i jego dawno już tam nie było. Powiedziała, że możemy już iść. Ten ktoś z kim tam byłem przechodzi pomiędzy drzewami. Zarówno czarownica i ten ktoś byli niewyraźni. Poszedłem za nim i wszedłem do windy. Poruszamy się do góry, na zewnątrz. Wchodzi wizja czterech mafijnych braci jadących czarnym samochodem w nocy. Oni się już przewijają przez dłuższą serię snów. Kim oni są? Gangsterami wampirami? Czterech wiralnych jechało przez snieżną noc. Wychodzimy z windy do tej "klatki schodowej" i przechodzimy do galerii handlowej. Gdzieś po środku, spotykamy się z innymi, czekającymi na nas. Omawiamy co zdarzyło się w strefie leśno kościelnej. Ludek nam zwiał, a czarownica nic nie zdziałała.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
W dużym pustym szarym pomieszczeniu była jakaś starsza kobieta. To miejsce wyglądało jakby było jednocześnie, gdzieś na zewnątrz na ulicy i wewnątrz jakiegoś budynku. Poszedłem sprawdzić co się dzieje za rogiem. Tam była szeroka droga, podobna możliwe, że do Monte Cassino w Sopocie. Noc. Ulica była cała ośnieżona. Obok mnie przejechała na łyżwach mała dziewczynka, kierując się do tego pokoju. Po chwili duża grupa osób zaczęła wjeżdżać na łyżwach i nartach na tą ulicę. Ubrani na biało, byli półprzezroczyści. Mały chłopczyk wjechał na sankach i skręcił pod szarą ścianę. Wsunął się pod sanki i położył na śniegu na plecach, zasnął. Wszyscy byli duchami. Nie poszedłem tam, bo pewnie też bym zasnął pod sankami. Wróciłem do tego dziwnego pokoju. Była tam też ta dziewczynka co na łyżwach przyjechała. Chciałem im powiedzieć, że duchy wjeżdżają do naszej rzeczywistości, ale ciocia zaczęła gadać. Mówiła o jedzeniu, piciu, jakie dobre ciasto, cośtam herbata. Kawa nie łączy się z lawendą. Mówię, że to duchy, bo mi się taki sen kiedyś bardzo dawno temu przyśnił. Ale gadała i gadała i nie słuchała. Mama powiedziała, aby mi dała dojść do głosu. Ale nic z tego. W końcu jakoś urywkami opowiedziałem, że tam, gdzieś byli kanibale i kogoś złapali, że szczepionki dali, zjedli tego kogoś i teraz chociaż się dawno wyprowadzili, to jego duch nadal tam pozostaje. Teraz tak myślę, że to było trochę bez sensu, ponieważ nie pamiętam, aby kiedykolwiek się coś takiego mi śniło. Oglądałem pocztówkę z napisem "Mexicana". Jak wychodziłem z tego pomieszczenia, to zobaczyłem wiszące na ścianie białe breloczki. Jeden wziąłem do ręki. To była gipsowa figurka przedstawiająca Atenę. Widziałem jeszcze wiszący jeden breloczek, sztylet, też z białego gipsu.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Była lekcja Informatyki. Na ławce miałem jedzenie i coś jadłem. Słabo mi szło. Na dodatek jedzenie leżało bezpośrednio na ławce. Kroiłem kawałki czegoś niebieskiego i jadłem. Zdrapywałem też coś z ławki. Była mowa o torcie (nauczycielka od Informatyki miała urodziny) i już pojawił się na papierze śniadaniowym, ale tylko taki kawałek na jeden gryz. Już wyszliśmy. Jakaś dziewczyna miała podręcznik do biologii i powiedziała, że już wypełniła ćwiczenia (ale to może był inny sen). Stałem z innymi na korytarzu, ale tak jakbym dopiero teraz dowiedział się o tym torcie (w-zetce?) i już miałem wrócić do sali, żeby sobie ukroić cały normalny kawałek, gdy tu nagle coś (niby) strasznego z góry schodami do nas nadchodzi. Coś czarnego. Wszyscy w panice, rzucają się do ucieczki. To malutki ludzik ubrany na czarno zjeżdża na schodach na czarnym malutkim koniku. Uciekam i zatrzymuję się na holu przed windą. Inni jeszcze przybiegają jakby z podziemi, z ukrytych pomieszczeń (może z szatni). Ludzik na koniku postukuje. To był żołnierz. Okrążając mnie, ukłuł mnie w łydkę ostrym końcem karabinu. Za nim szły małe ludziki (krasnoludki?), miały kilka centymetrów wzrostu. Byli częściowo przezroczyści, przez co wydawali się być jasno brązowi. Wchodzę szybko do windy. Stali tam w ciemności jacyś starsi ludzie. Nic nie wiedzieli co się dzieje. Krzyczę do nich, że uciekamy z psychiatryka. Czekaliśmy, aż winda ruszy do góry. Winda była z czarnego metalu, bez drzwi, dalej bezpośrednio ciągnął się tak samo metalicznie czarny korytarz. Biegnę korytarzem, razem ze mną dwie dziewczyny i jakiś znajomy. Zatrzymaliśmy się w takim rozwidleniu. Ściany tu były z jakiegoś powyginanego żelastwa. Po prawej stronie było wycięte przejście na jakąś zieleń, pewnie park. Na przodzie była rozmazana, zamglona droga. Chciałem iść w zieleń, ale dziewczyna woła, że nie, że idziemy tędy, czyli trzecim przejściem, tym też z przodu, ale po lewej stronie. Wchodzimy niewielkimi schodkami i przechodzimy przez szklane drzwi na słoneczny dzień. Te dwie dziewczyny siedziały na ławce. Dosiadłem się do nich. Sen się przeniósł do mieszkania. Znowu ten żołnierz prowadzi długi sznur krasnoludków. Chcą wyjść, więc otwieram im drzwi. Z drzwiami na klatce schodowej jakoś sami sobie poradzili, bo akurat ktoś otwierał.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Znowu w szkole czegoś lub kogoś szukałem. Wszedłem na pierwsze piętro. Tam było niewiele uczniów. Grali ze sobą w karty. Przypomniało mi się, że Avallac'h napisał, że im wyższe piętro, tym głębsza faza snu. W śnie rozumiałem jeszcze dodatkowo, że im wyżej będę wchodził to mniej osób spotkam. Pewnie, więc na drugim i wyższych piętrach już nikogo nie będzie, to nie wchodziłem. Zszedłem na dół. Był przeskok lub zapomniałem. Słoneczny letni dzień. Wracam już ze szkoły. Razem ze mną jest kolega Karol J. z koleżanką (Asią F.?), której on nie znał, bo była z innej klasy. W poprzednich snach mnie zupełnie ignorował, teraz jakby był przyjaźniejszy. Nagle zleciała się chmara drobnych muszek. Musiałem jakoś zaczerpnąć powietrza i wleciały mi przez to do nosa. Wydmuchiwałem je i po chwili się obudziłem.

W innym śnie, z kimś kogo dokładnie nie widziałem, znaleźliśmy jakiś stary opuszczony magazyn. Przeglądaliśmy rzeczy w szafkach i na półkach. Wszystko zakurzone i w pajęczynach. Na małej półce były dwa napoje alkoholowe. Powiedziałem, że to wino w zielonej butli może wziąć, to wypije ze znajomymi. Wszedłem głębiej i tam większości rzeczy nie rozpoznawałem, tak było zakurzone i niewyraźne. Wiedziałem tylko, że tam dużo soków owocowych stoi, w tym pomarańczowe. Wspólnik wyszedł. Już myślałem, że dalej nie ma nic, a tam następne zakurzone drzwi się ukazały. Zszedłem te kilka stopni do tych drewnianych drzwi i przeszedłem. Tam dopiero zaczynały się podziemia. Widziałem, że wiele razy kiedy tam chodziłem w snach. To się ciągnie kilometrami i jest strzeżone. Wtedy to było straszne, a teraz nie bałem się tych sennych postaci. Chciałem sprawdzić co jest na drugim końcu. Po bokach widziałem półki pełne czegoś co mogło być książkami, ale pewny nie byłem czy to były książki, bo było pokryte grubą warstwą kurzu i zakryte jakimiś przezroczystymi zasłonami. Ktoś mnie zauważył i szedł za mną. Wyrwałem drewniany słupek i kręciłem nim naokoło. Wtedy się cofnąłem do tych schodków z drewnianymi drzwiami. Kilka półek porozwalałem. Czułem, że się budzę i wszystko robi się niewyraźne jakbym oczy przymykał. Poczułem jeszcze pajęczynę na plecach i się obudziłem.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Co to za Incepcja, że motywy z moich snów przechodzą do Twoich?  :P Ale to całkiem miłe w sumie, że aż tak się utrwaliło...
A sam sen fajny i ciekawa sprawa z tymi sokami - u mnie również jednymi z najczęściej śniących się napojów są soki pomarańczowe. Dziwne.
LD - 15
FA - 21
Wszystkich zapisanych snów - 536
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Stałem z kolegą na skraju lasu. Ciekawe czy się uda? Odpowiedział, że nie. No i jak wchodziliśmy do lasu, las zaczął zanikać do innego snu.

Szedłem na język angielski. Przed blokiem już czekała koleżanka. Weszliśmy od razu do windy. Zastanawiałem się, na którym to piętrze było (to było raczej czwarte). Powiedziała, że na pierwszym, no to wcisnąłem nr 1. Winda się nie zamykała. Wcisnąłem jeszcze raz, ale nic z tego. Patrzę, a tam na zewnątrz karton styka się z drzwiami. Odsunąłem karton i po zamknięciu drzwi winda ruszyła. Zrobiło się ciemno - noc w windzie nastała. Kabina windy była kwadratowa, zrobiła się teraz kilka razy większa, nie było dachu, do połowy tylko jakieś szklane ścianki. Opierałem się o tą szybę. Miałem jakiś szary, ciężki plecak. Ani na jednym, ani na drugim ramieniu nie było wygodnie. Założyłem na oba. Miałem wrażenie, że wypadnę do tyłu, więc zdjąłem plecak i postawiłem na podłogę. Zjawiła się, nie wiadomo skąd, jakaś druga koleżanka, chociaż winda się nie zatrzymywała. Poszły razem pod przeciwległą ścianę. Nagle wokół nas pojawiają się gęste gromady białych i złotych gwiazd. Winda wyleciała poza atmosferę ziemską. Niedaleko nas przelatują roje meteorów. Pytam się dziewczyny czy to rzeczywiście meteory, ale zauważam, że to ryby, a my nie wznosimy się w windzie. Jechaliśmy pociągiem w głębiach oceanu, a teraz się wynurzamy. Jeszcze trochę wody i te ryby płyną jak meteory. Pociąg zatrzymuje się w nocy na peronie.

Zaczynał się wieczór. Stałem przed blokiem, tam gdzie ta nauczycielka mieszkała, tylko teraz od strony ulicy. Były niedaleko te dwie koleżanki. Tłumy ludzi skądś wychodziły i hałasowali. Z jakiejś imprezy czy procesji? Mało co widziałem, bo zaczęły wystrzeliwać fajerwerki. A ja tam stoję w tym śniegu czy błocie. Zdjąłem buty, bo miałem się przebrać. No to najpierw majtki. Ci ludzie z kościoła się patrzą, więc jakoś sposobem zdjąłem i wyciągnąłem z nogawki bez zdejmowania spodni. Podobnie z zakładaniem. Najpierw na jedną nogę pod nogawką spodni zakładam, wtedy jakoś przeciągam pod spodniami i zakładam pod drugą nogawką przez drugą nogę. Nie wiem jak mi to się udało. Przyszła już nauczycielka od angielskiego. Mieliśmy jechać jej samochodem. Pojawiła mi się wizja, że w miejscu, do którego mieliśmy jechać, pojawiły się człekokształtne roboty, miały metalowe, trupie czaszki. Powrócił do nich ktoś z kim niby się te roboty znały. Miał ludzką twarz, ale ręce już takie mechaniczne jak u tych robotów. Przywitali się i wizja zanikła. No i mieliśmy jechać.

Fallen Leaf napisał: "Dzięki twojej grze zanuciłem we śnie, a wtedy jenoty zawyły […]" Było kilka linijek więcej, ale się obudziłem i nie doczytałem.

Stoję na jakichś wysokościach pod chmurami. Jest ciemno, niewyraźnie widać. Obok mnie była dziewczyna, skacze na pobliski drapacz chmur, znajdujący się poniżej. Też skaczę, opadam powoli. Trafiłem, ale już myślałem, że spadnę. Idę po omacku i szukam jakiegoś wejścia. Myślałem, że jak zawieje wiatr, to zlecę stamtąd. Dotykam nogą krawędzi, szybko się cofam. Nie wiem jak mi się udało, musiałem znaleźć przejście, chyba schody. Czekam przy schodach. Mam plecak i jakiś przezroczysty, plastikowy pojemnik z jakimiś moimi drobnymi rzeczami. Ktoś był tam, a teraz poszedł. Niby coś chciał mi zabrać. Chowam to coś (jakąś kartkę?) za plecy pod sweter. Miałem jeszcze małą, kwadratową karteczkę, na której było napisane niebieskim długopisem "crack". Po wyciągnięciu z tego pojemnika, skulkowałem i rzuciłem w kierunku kosza na śmieci. Wpadło. Kilku kolegów już było. Zaraz przyszła reszta osób. Przyszła nauczycielka od angielskiego, ale inna niż z poprzedniego snu. Już miała otwierać salę, gdy ktoś powiedział, że przecież mieliśmy zmienić pomieszczenie i teraz mamy iść do 26. Tam jest więcej miejsca i klimatyzacja. Nauczycielka się zgodziła. Te drzwi były wyżej, trzeba było przejść kilka schodków. No to weszliśmy, chociaż ja miałem jakieś trudności z przejściem przez te drzwi. Patrzę i myślę, że tu więcej miejsca raczej nie ma. Jest zawalone rupieciami jak w piwnicy czy co, wszędzie jakieś półki, wyglądające jak piętrowe ławki, ciasno. Jednak po chwili wszystko to znika. Siadam do ławki. Coś tam ja czy ktoś inny do kogoś woła. Ta sala jest kwadratowa jak ta winda. Siedzimy wokół. Drzwi się nie zamykają. No tak, nie wybrał, na które piętro. Ktoś mówi do kogoś obok, że ty to potem przeliczysz z tej gry (nie pamiętam o co chodziło, było chyba na m, a gra miała związek z jakimś królestwem czy krajem), a teraz włącz tą windę. No i ten ktoś wstał z krzesła i wcisnął przycisk, ale nie wiadomo, na które piętro. No i ruszyliśmy naszą windo-salą do góry.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Mama zagląda do pokoju. Mówi "ty śpij, a nie machasz rękami". Patrzę i rzeczywiście widzę, że mam ręce wyciągnięte w powietrze. Gdy wyszła, próbuję zapalić światło. Nie działa, więc to sen. Chociaż dziwię się że to wszystko tak realistyczne, ja przecież dopiero co się kładłem (albo obudziłem?). Wstaję. Myślę sobie, że będę musiał się bronić przed jakimiś sennymi potworami. Biorę z podłogi przy łóżku pistolet. Na przedpokoju naciągam cyngiel i strzelam w szafę. Słabo, bo to zabawkowy pistolet na plastikowe kulki, ale zapewne na senne straszydła wystarczy. To było słoneczne lato. W kuchni nalewam dwie duże szklanki wody mineralnej. Piję, tak aby się nie zakrztusić, bo pamiętam, że przecież leżę na plecach. Jakoś nie mogę przełknąć. Wypluwam razem ze śliną. We śnie chyba nie można niczego pić. Ze śliną tego nie będę potem pił, to wylewam to do jakiegoś kwiatka. Słyszę, że mama się myje w łazience albo coś pierze. Wychodzę przez balkon furtką. Płotek balkonu był cały w śniegu. Dziwne, przecież to nie zima. Idę trawnikiem w prawą stronę. Przed wewnętrznym żywopłotem ustawione ogrodzenie, którego nie było. Wiedziałem, że jak będę przeskakiwał, to się w tym zaplączę i to mnie spowolni. Kładę się na brzuchu na trawie, aby się ukryć. Mama i tak mnie widzi z balkonu. Słyszę rżenie konia. Widzę, że na pobliskim placu zabaw z drabinkami, stoi przeogromny biały koń na tylnych kopytach. Przednie ma w powietrzu i nimi porusza. Chciałem tam pójść i się lepiej przypatrzeć z bliska, ale sen się nagle bez powodu wyłączył.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post


Skocz do:

UA-88656808-1