NeuroWonderland
Wstałem i usiadłem na łóżku. Nie czułem się jeszcze do końca obudzony. Patrzę, a obok mnie siedzi kobieta z mężczyzną. Wiedziałem, że to sąsiedzi spod czwórki, chociaż podawali się za kogoś innego. Mówili, że coś tam będę potrzebował do szkoły. Zaspany, zgodziłem się z nimi. Zaśmiechnięty podał mi jakąś kartkę. "Taki skrawek papieru", powiedział. Rzeczywiście, to było pół kartki z zeszytu wyrwane. Na tym skrawku coś tam nabazgrane i napisane. Zdążyłem tylko przeczytać "Philfingers Hill" i przeniosło mnie nad duże jezioro. Miałem ze sobą sporą ilość broszur, ulotek z reklamami, jakieś kolorowe książeczki dla dzieci. Przeglądałem to. Dużo obrazków. Pamiętam, że tam była jedna strona, cała w cyfrach. Doszedłem do wniosku, że to mi nie jest potrzebne, więc wszystko wrzuciłem do wody. Przyszła siostra i powiedziała bez słów, że chce to dla siebie. Wyławiałem telekinetycznie z jeziora zeszyty-książeczki. Niebieska książka miała na okładce dziewczynę siedzącą za biurkiem. Były jeszcze dwie, chyba żółta i zielona, ale nie jestem pewien. Wszystkie, co dziwne, były suche. Wyłowiłem jeszcze lekko namoczony zeszyt z czarną okładką. Tego nie chciała. Reszta kolorowych papierów została w wodzie. Ten zeszyt, to był chyba tych spod czwórki. Niektóre kartki były luźne. Ołówkiem był narysowany komiks. Ktoś był na plaży i patrzył się na kogoś niewidocznego spoza ramki. W chmurce miał napis "Kim on jest?". Pomyślałem, że tą kartkę albo nawet cały ten zeszyt zostawię im przed drzwiami. Już tam szedłem, ale znalazłem się przy jakimś dużym domu niedaleko lasu. Miałem widok z góry. Na to nałożona taka jakby mapka. Wokół domu była nieregularna pętla z takimi punktami czy węzłami. To był niby "obwód nerwowy" tego kogoś kto mieszkał w tym domu. Poszedłem za ten dom i znalazłem dwa takie węzły. Na jednym wykopałem dziurę. Widziałem białe włókna tego obwodu, poruszały się powoli. Miałem wkopać tam sadzonkę drzewka, ale w końcu zostały mi dwa listki jakby wyrastające dopiero z nasionka. Zakopywałem to ziemią z doniczki. Powiedziałem, temu kto tam mieszkał (chociaż nikogo tak naprawdę nie widziałem), że to niespodzianka, bo nie wiem co za drzewo z tych listków wyrośnie. Okazało, że "zakopałem", czy raczej postawiłem tam budkę. Jak się wyprostowałem i się rozejrzałem, to zauważyłem, że to nie jest jakaś tam budka tylko biały mini domek z czerwonym dachem. Obszedłem go. Drzwi już zdążył ktoś porysować, był jakiś napis, ale to nie ważne. W tym mini domku mieścił się po prawej stronie duży pokój, przedsionek przed drzwiami, łazienka, kuchnia i mały pokój na biuro. Jeszcze coś tam mówiłem, że można by drabiną wejść na poddasze.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Było słoneczne lato. Poszedłem na trawnik, aby coś sprawdzić. Przeskoczyłem przez żywopłot. Przed moim oknem niby miały być zasadzone słoneczniki w drewnianym kwadracie z desek. Jestem tylko w skarpetach. Jest rzadka trawa i po ziemi chodzą pojedyncze mrówki. Siostra wygląda przez balkon, który jest normalnie za rogiem, ale teraz się rozgiął i jest na tej samej ścianie. Przed balkonem też miały być takie słoneczniki. Zapomniałem co miałem sprawdzić i poszedłem. Gdzieś na górce, była mowa o grach komputerowych z gazet. Nie wiem o co dokładnie chodziło, bo to było mgliste. Znajduję się teraz w nieokreślonym miejscu. Ktoś na zewnątrz coś tam mówił, że możemy wyjść, nie złapie nas. Byłem w norce w ścianie. Byłem w ciele myszy. Razem ze mną druga mysz obserwowała co się dzieje poza. Miała już przygotowane, że jakby coś to możemy się szybko cofnąć i uciekać. No i ten ktoś jakoś tam wszedł i my uciekamy. Poruszamy się przez rozległe sieci ciemnych piwnicznych tuneli. Mamy nie kierować się w miejsce stałego zamieszkania, aby nas ten ktoś potem łatwo nie złapał. Czuję, że nas cały czas goni. Skręcamy w lewą stronę. Druga mysz decyduje, że kierujemy się na Berlin. Zgadzam się z nią. Tam są w cieniu barierki. Przechodzimy pomiędzy otworami. Robi się jaśniej i przemieszczamy się za drugą barierką, tam było już luźniej. Jesteśmy już na zewnątrz, jest słońce. Po lewej jest ogrodzenie, po prawej ulica. Idziemy chodnikiem. Mała dziewczynka siedzi na chodniku. Podchodzę do niej "myszką". Zlękła się. Teraz zauważam, że nie widzę, ani swojego ciała, ani tych dwóch myszy. Dziadek tej dziewczynki mówi, że ostatnio coraz częściej wychodzą i się tutaj pojawiają (myszy). Idziemy dalej i sen się kończy.

Ktoś stoi w miejscu przedzielonym czerwonymi sznurami, coś jak w muzeum. I gada. Na ścianie wiszą chyba obrazy. I ten ktoś gada i gada. Stoję za nim w oddaleniu. Ciągle coś niezrozumiale mówi. Ma twarz i włosy pomalowane na fioletowo. Mówi jakieś bezsensowne rzeczy. Każde następne zdanie to coś losowego. Nie da się na tym skupić, aby zapamiętać. Jest przebrany za starszą kobietę. Wiem już, że to ktoś z kabaretu "Paranienormalni". Gada i gada, ciągle dziwnie uśmiechnięty. Jacyś ludzie się zatrzymali, zainteresowani i się na niego patrzą. Spojrzałem na tą fioletową głowę i oni chyba też, bo pewnie chcieli go zbadać. Ruszają. Kabareciarz idzie wokół tych sznurów, a oni za nim. Też idę za nimi. W którymś momencie, ten gdzieś nagle daleko skacze. Wskoczył na wysoki parapet. Pomiędzy parapetem a podłogą była głęboka szczelina. Dwóch poszło tam. Poszedłem za nimi sprawdzić co tam się dzieje. Wydawało mi się, że to teraz młodsza kobieta, ale miała zarost. Za chwilę znowu zmieniła się w staruszkę z fioletową głową. Ten parapet okazał się wąską, otwartą windą, która miała tylko poręcz do trzymania, aby nie spaść. Zjeżdżamy w dół i robi się ciemno. Paranienormalny kabareciarz stoi po środku i nadal gada bez ustanku, uśmiechnięty. Ci dwaj to byli niby razem z nim w tym kabarecie. Zepchnął ich niepostrzeżenie i teraz zwisają trzymając się za krawędź. Mnie też chciał zrzucić, ale się mocniej trzymałem poręczy. Pytam się go jak wysoka jest ta wieża, że tak długo zjeżdżamy tą windą, a nie widać nadal końca. Ten nagle otworzył wąskie metalowe drzwiczki i wyszedł na zewnątrz. Tych dwóch też już nie było. Wychodzę w słoneczny dzień, widzę tam trawę.

Na korytarzu odbywał się konkurs tańca dla dzieci. Każdy tańczył osobno. Obserwowałem to zdarzenie. W tłumie zauważyłem dwie bardzo dziwne postacie. Dziewczynka i chłopczyk, to było chyba rodzeństwo. Oprócz zwykłych, ludzkich nóg, mieli jeszcze zestaw pajęczych. Znalazłem ich matkę i powiedziałem, że to takie "synchronicity", bo dopiero co czytałem opowiadanie science-fiction, o rodzeństwu z pajęczymi odnóżami biorącymi udział w konkursie tańców dla dzieci (niczego takiego w rzeczywistości nie czytałem). Oni wygrali ten konkurs. Potem ta dziewczynka jest pokazana na okrągłej, metalowej platformie z kółkami jak od roweru. Na około jet wiele sterów, mechanizm którego nie dało by się obsługiwać dwoma tylko nogami, a tak się złożyło, że ta dziewczyna miała nogi i odnóża pajęcze, to mogła z łatwością tym sterować. Jakoś poruszała jednocześnie ludzkimi nogami i pajęczymi, chociaż te drugie częściowo żyły własnym życiem. Później była mowa o tym, że oczy tej dziewczyny, nie były normalne. Miała operację na jedno oko, aby nie straszyć innych dzieci. Pokazane było jak miała założoną niebieską opaskę na oczy. To zoperowane oko wyglądało na azjatyckie. Drugie, jeszcze zostało do operacji. Było na szypułkach i mogło się poruszać w różne strony. Zamiast rzęs i brwi miało mnóstwo malutkich pajęczych oczu, wyglądały jak kryształki. Ich matka siedziała przy ławce na korytarzu i coś zapisywała. Z nią była jej córka. Pokazywała mi te oczy właśnie teraz. Chłopiec siedział na podłużnej ławce obok. Miał zwyczajne oczy.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Wszedłem do jakiejś kwadratowej budki barowej. Z zewnątrz wyglądało to na małe pomieszczenie, a jak wszedłem do środka, okazało się kilkakrotnie większe i powierzchnia była prostokątna. Tył był otwarty na tereny zielone.  W oddali widać było góry. Ten "budynek" prawdopodobnie znajdował się w dwóch miejscach naraz. Jedna część, ta z widokiem, była domem. Tam było jaśniej. Zobaczyłem córkę barowego, miała może 10 lat. Druga część, mniejsza i ciemniejsza, to był mini bar przy ulicy. Za ladą stały różne kolorowe alkohole. Powiedział, że niepełnoletnim nie sprzedaje. Niestety nie wziąłem ze sobą dowodu. No to może herbatka?, zaproponował. Niech będzie. 12zł. I jeszcze witaminy do tego. Zgodziłem się. 9zł. Nagle zauważyliśmy, że coś dziwnego dzieje się na niebie (sufit był oszklony). To na pewno była inwazja! Wybiegliśmy na zewnątrz. Wszyscy to obserwowali. Położyłem się na plecach na ulicy na chwilę. Widziałem poruszające się kręgi świetlistych kul. Leciały tutaj. Wstałem. Te świetliste kule/węzły oplatały mnie wstęgami, lecąc spiralnie w dół. Pozostała część zmieniła się w szaro białego kota. Zaprowadziłem go do tej budki, aby go zabrali ze sobą. Wszystko to raczej było pozytywne. Usiadłem sobie przy ladzie, chcąc wypić tą herbatę z witaminami. Jakiś stary dziad ubrany na czarno wychylił się do mnie i powiedział "ale ja tu teraz jem". No tak, herbata też już była wypita...

Czekaliśmy na korytarzu. Na kilku ławkach stały talerze. Przyszła kucharka. Miała napełnić te talerze. Okazały się brudne, chyba po zupie, ale nie było, gdzie ich umyć. Dziwiłem się, że mieliśmy jeść na czyichś nieumytych talerzach. W końcu nie wiem czy ta kucharka nam dała coś do jedzenia. Chyba nie, bo już wchodziliśmy do sali. To była sala komputerowa. Było bardzo dużo ławek z komputerami, bardzo ciasno ustawionych. Chciałem się przysiąść do kogoś, ale wskazał mi inne miejsce. Rzeczywiście, obok była niezajęta ławka z komputerem. Za chwilę przyszedł kolega Patryk. Wskazałem mu miejsce, gdzie wcześniej zamierzałem usiąść. Tam były trzy druciane krzesła. Na tym środkowym siedział ten kto mi wskazał wolną ławkę. Chyba się jakoś wcisnął na krzesło przy ścianie, ale nie jestem pewien.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Byłem z kimś na pętli autobusowej. Oboje obserwowaliśmy z daleka przystanek autobusowy. Wtedy nadjeżdżał autobus. Jechał i się nie zatrzymywał. Zaczął się palić. Wjechał w ludzi na przystanku i wybuchł. Wszyscy tam zginęli. Nawet nie próbowali uciekać. Powiedziałem, że teraz się boję potwora, bo wtedy się niby za każdym razem pojawiał. Tym razem się nie zjawił. Nie wiem czym miał być ten potwór i czy to był jakiś powtarzający się sen.

Widziałem różową żarówkę na chodniku przy trawie.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Słyszałem jak ktoś powiedział:
"Pamiętam inne życie".
Siedziałem w środkowym rzędzie w ostatniej ławce z tyłu. Koleżanka z ławki po prawej stronie poprosiła mnie, abym podał jej coś z ławki po lewej. To był jakiś czarny prostokątny przedmiot, telefon albo pilot do telewizora. Podałem jej. Jak wychodziliśmy na korytarz, to dostałem jedno powiadomienie, była jedynka na pasku po prawej stronie. To pani doktor coś napisała. Nie przeczytałem, bo się śpieszyłem właśnie do niej. Już myślałem, że się spóźniłem. Tutaj wyglądało jakby to była galeria handlowa, a była szkoła i przychodnia. W końcu zamiast do lekarki, poszedłem do łazienki. Udało się zamknąć drzwi i nikt nie wchodził. Jakiś tylko dzieciak stał za drzwiami i mówił "to ja muszę czekać?!". Łazienka była bardzo duża. Pod ścianą z okami stały pisuary. Poszedłem głębiej do muszli. Na pierwszy rzut oka wydawało mi się, że cała muszla była przez kogoś zaszczana, ale to była tylko woda. Podłoga też była cała zalana. Chciało mi się sikać, ale jakoś nie mogłem. Tamten jeszcze mnie pośpieszał. Poślizgnąłem się na wodzie powoli opadałem na plecy. Chwyciłem się rurek wystających z sufitu. Niestety nie byłem w stanie się podciągnąć. To przytrzymałem się deski od muszli, która wydała mi się bardzo czysta i jakoś stanąłem na nogi. Później, w domu, miałem większą kartkę papieru, która była tabletem. Włączyłem jakąś niby ciekawą mini gierkę, którą wszyscy instalowali. To było połączenie golfa z jakąś inną grą. Z metalowej dziurki wystrzeliwała metalowa kulka. No i ta piłeczka miała być złapana do tej dziury. Można było te metalowe otwory dowolnie przestawiać. Oprócz łapania, pstrykało się palcami w tą piłkę. Tablet się trochę zagiął. Pomyślałem, że z takimi papierowymi jest to normalne. Leciała ta piłka, ale coś ją przysłoniło, chyba ulotka.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Przy zasypianiu usłyszałem hipnagogiczne "Dajcie mi wszyscy święty spokój".
Siedziałem razem z innymi, gdzieś jakby na wysokości na schodach. Wszystko, tło i ludzie, było rozmazane, niewyraźne. Dominowały kolory pomarańczowe, żółte, niebieskie, wszystkie pastelowe. Jakaś dziewczyna usiadła mi na kolanach, ale za chwilę zniknęła. Przyszła nauczycielka od języka polskiego. Wtedy się wszystko zrobiło wyraźniejsze. Mówiła, że teraz będzie sprawdzanie zeszytów. Mój zeszyt był cały zapisany, jednak nie byłem pewny czy miałem wszystko zrobione. Usiedliśmy w ławkach. Wyciągnąłem duży czarny laptop. Włączyłem jakąś grę. Sterowało się wielkim mechanicznym pająkiem (czołgiem pająkiem?). Przez chwilę się przyglądałem środowisku w grze. We śnie byłem pewien, że już w to wcześniej grałem i wyłączyłem komputer. Sen, gdzieś się płynnie przeniósł. Miałem niby jakiegoś znajomego co miał laptopa i tablet. Gdy odszedł stamtąd (skąd, to nie wiem), to zostawił mi ten tablet. Tablet był tani, ale to i tak była jakaś super technologia. Może to działo się w równoległej rzeczywistości? No i ten tablet miał dołączony pogięty miedziany drut, który służył jako antena zwiększająca zasięg do połączenia z internetem (może satelitarnym). Miał czarną pionową okładkę. Sen się przeniósł z powrotem do sali. Siedziałem w innym miejscu i to był inny dzień. Niby miałem pożyczone 86zł od nauczycielki matematyki. Coś za to kupiłem i miałem następnego dnia oddać, ale się rozchorowałem i wróciłem do szkoły dopiero po miesiącu. I teraz ta nauczycielka wysłała jakieś pismo do sądu przeciwko mnie. Miałem wtedy ten tablet. Tego drutu antenowego nie było i był mniejszy zasięg. W szklanym okrągłym ekranie, umieszczonym pomiędzy klawiszami (to był chyba laptopotablet), pod głównym ekranem, pokazywała się liczba, informująca o sile zasięgu. Szukałem tych pieniędzy w plecaku pomiędzy zeszytami. Nie znalazłem. Już z innej sali (od biologii?) wszyscy wychodzili. Była mowa o tym, że kogoś złapano, może tego znajomego. W drzwiach stanął Putin. Coś mówił śmiejąc się. Powiedziałem, że to wszystko to tylko jego show. Po chwili poszedł sobie. Zostałem w pustej sali, jakoś nikt nie zamykał. Tam były drzwi. Odkryłem je. Były ukryte pod tablicą. To była skrytka tego niby znajomego, takie ciemne zaplecze bez okien. Wszedłem tam. Wiedziałem, że pomagały mu czy współpracowały z nim krasnoludki. Wtedy jak on tu przebywał, było ich tu bardzo dużo. Teraz spojrzałem, widziałem kątem oka po prawej stronie, jak stały trzy krasnoludki przy ścianie, może miały 10cm wzrostu, miały czerwone czapeczki. Był tam ktoś jeszcze, powiedzmy, że "Smerfetka". Oni myśleli, że jak przeczekają, to ich nie zauważę. Odtworzyła mi się taka wizja. Zobaczyłem jak ten ktoś się tam wtedy ukrywał. Nie było tam mebli, ani łóżka. Jak spał to na podłodze przykryty rupieciami. W momencie przed ucieczką jadł kanapkę, no i jak wybiegał to część upuścił, widziałem jak spadała w spowolnieniu na szarą podłogę. Teraz nadal tam leżała. Oprócz tego walało się pełno zdjęć. Każde z nich przedstawiało co się tam wcześniej działo i na większości z nich były te krasnoludki, które uciekły. Nagle jeden z ukrywających się krasnoludków zaczął zbierać i zjadać te wszystkie zdjęcia. Myśleli, że wezmę te zdjęcia i komuś pokażę. To miały być dowody przeciwko nim. Nie było już, ani jednego zdjęcia. Znalazłem pozostawiony srebrny laptop i ten tablet co niby już miałem. Przy włączaniu tabletu, ten mały okrągły ekran błysnął we mnie bardzo silnym czerwonym światłem. Coś sprawdzałem, może zostawił jakieś informacje. Niepostrzeżenie pojawił się przy mnie jeden z krasnoludków i wbił mi w prawe ramię strzykawkę umieszczoną w metalowym pistolecie. "I już", powiedział. Nazwa na naklejce nic mi nie mówiła. Fiolka była przezroczysta i w środku była jeszcze druga, szklana, spiralnie skręcona rurka (w kształcie DNA). Była podobna do fiolki z wirusem z "Resident Evil".

Gdzieś za blokami, stała drewniana ławka, a za nią drzewo liściaste. Kilka centymetrów od niego rosło iglaste drzewko. Mama tam poszła i wyrwała je na "świąteczną choinkę". Położyła na chwilę na tej ławce i poszła. Wokół tego liściastego drzewa powstało koło w ziemi. Chciałem je przysypać, ale jak wszedłem pod drzewo zaczął się sypać na mnie piach z tego drzewa i robactwo, więc wyszedłem stamtąd. Pomyślałem, że i tak korzenie tego drzewa są głęboko. W domu znalazłem paragon ze sklepu spożywczego. Pytałem się taty co to jest ten "ostatni grany komputer".
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Niedaleko po lewej stronie stał nauczyciel od fizyki i coś przez cały czas mówił. W jakiś sposób przemieszczało nas równolegle od uliczki do uliczki. Zatrzymaliśmy się przy ulicy obok lasu, zmieniającej się w drogę prowadzącą na wiejskie tereny. Siedziałem tak jakby na ulicy i słuchałem nauczyciela (nie pamiętam o czym mówił). Zauważyłem przed sobą okrągły znak drogowy. Nie wiem, który to był za znak. Tam coś się do niego przyczepiło. Okrążam znak. Teraz widzę, że siedzi na nim wielki, prawie jak ten znak, ślimak. Był raczej płaski. Pomyślałem, że to zmutowany ślimak albo jakiś pokemon. Za mną ktoś siedział na takim podwyższeniu czy scenie nad ulicą. I na nią skoczył ten ślimak. Wtedy się trochę pomniejszył. Ona go rzuciła w moją stronę. Złapałem go i wyrzuciłem na drogę w kierunku tych terenów wiejskich.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Isabela napisała na "czacie" w moim papierowym zeszycie w kratkę. Nie pamiętam co, ale wiem, że to były dwa zdania zakończone kropką z takim zygzakami czy gryzmołami, przypominającymi pęknięcia na końcu zdań.

Sen był dłuższy. W szkole widziałem kolegę Patryka. W nocy poszedłem do sklepu po coś do jedzenia. W drewnianej skrzynce były bułki przykryte kilkoma wielkimi pizzami. Pizze odłożyłem na podłogę. Jakaś pani zwróciła mi uwagę, że jak to tak kładę jedzenie na brudną podłogę. Jakoś przecież musiałem się dostać do tych bułek, odpowiedziałem jej. Byłem głodny. Chyba w końcu nie kupiłem bułki tylko tą pizzę. Pizza była zimna.

Stałem na balkonie razem z kolegami i obserwowaliśmy okolicę. Po prawej stronie był Damian, a po lewej, o kilka lat młodszy, kolega Daniel. Co chwilę się do mnie dziwnie przytulali. Daniel powiedział, że tam powstało coś nowego. Wszystko było zasypane śniegiem, a tam trzmiele zrobiły norkę w ziemi i wylatują przez śnieg. Za chwilę przybiegł biały borsuk, przebiegł przez rośliny i złapał białego jak śnieg pudla i przeniósł w inne miejsce. Przybiegł drugi biały pudel i się ze sobą bawiły. Damian coś tam mówił, że on jedzie kogoś spotkać z rodziny i możemy razem z nim się wybrać. W tym momencie spojrzałem do góry. Zobaczyłem butelkę albo dużą żarówkę z baterią. Któryś z sąsiadów z pierwszego piętra zawiesił na swoim balkonie jakiegoś rodzaju maszynę latającą. To był jej napęd. Nagle przemieszczamy się nad ulicami. Wyglądało to tak jakby się jechało w autobusie, ale bez autobusu. Nie ma śniegu. Idziemy po błotnistej drodze. Świeci słońce. Mówię im, że nawet kapci nie przebrałem na buty. Nawet się wtedy nie dziwiłem, że nie wyszliśmy z domu, a już tak daleko na mieście się znaleźliśmy. Chociaż mam niejakie przebłyski, że jechaliśmy może Żukiem. Wydaje mi się, że na moment wróciliśmy na ten balkon. Teraz wchodzimy do windy. Jest tam kilka osób. Winda rusza. Powiększyła się kilkakrotnie. Chyba stoi w miejscu i jednocześnie wydaje się przemieszczać (w górę?). Winda ma przejścia z dwóch stron. Dwaj koledzy zamienili się w dziewczyny. Przeszły w inne miejsce w windzie, bo tam wygodniej, czy coś. Poszedłem za nimi. Wychodzimy z windy. To są znowu normalni koledzy. Wchodzimy do pociągu. Daniel się przesiada, bo tam było za ciasno, a chce rozprostować nogi.

Wszyscy z klasy szli schodami na pierwsze piętro (a może drugie) nie szkoły tylko innego budynku, aby się przebrać na wf. Próbuję wypluć kulkę serową, ale nie mogę, tylko się ciągnie i ciągnie. W szatni było duże zagęszczenie. Widziałem kolegę Tomka. Powiedziano nam, że każdy dostanie po koszulce. I rzeczywiście widzę, że każdy ma założoną taką samą koszulkę - niebieską z żółtym kołnierzykiem. Szukam swojej. W rogu jest ławka, a za nią ktoś leży na łóżku. To jest chory starszy pan. Dziwię się, że w szatni do wf-u, leżą chorzy ludzie. Nie patrzę się tam za bardzo. Ktoś wskazuje mi moje rzeczy, leżą na tej ławce. Spodnie i buty są, ubieram je. Koszulki już dla mnie zabrakło. Jednak się okazuję, że mam już jedną ubraną na sobie, bardzo podobną. Patrykowi mówię, że to moja pierwsza koszulka z Reserved. Okazuje się, że te koszulki, które wszyscy dostali są właśnie z Reserved, tylko logo mają trochę inne. Schodzimy na dół. Większość niepotrzebnie wchodzi do jakiejś małej salki po prawej stronie schodów. To nie tam mieliśmy się udać. Wychodzimy znowu na schody. Jakoś słabo mi się idzie. Mam buty połączone plastikowym łańcuszkiem. Próbuję rozerwać, ale jest mocny. Idę przebrać buty na inne.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
W supermarkecie stało na półkach kilka dużych stacjonarnych komputerów i monitory. Były trzy rodzaje tych komputerów. Z różową obudową z białymi kropkami (albo odwrotnie), chyba zielone w białe pasy i może fioletowe w jakieś inne wzorki. Było ich po dwa z każdego rodzaju. W kilka osób przeszliśmy do jakiejś jasno oświetlonej salki. Seweryn prezentował pierwszy z tych trzech rodzajów komputerów. Był niby nowoczesny, ale pokazał tylko czarno biały ekran z uruchomionymi jakimiś starymi gierkami. Niby to był naukowy komputer czy coś podobnego. Potem poszliśmy jakimiś schodami na górę. Tam były trybuny. Było bardzo ciasno i tylko stałem z tyłu. W ogóle dziwnie to wyglądało, jakby zamiast siedzeń stały wysokie drewniane konstrukcje z szaf z półkami. Przypominało to niestabilne drabinki. Całość stała na wodzie. Na niższej półce po lewej stronie stały dwie dziewczynki. Zszedłem na dół i korytarzem z drugiej strony wróciłem do tej salki, która teraz znajdowała się na tym korytarzu. Czyli zrobiłem jedno kółko. Seweryn omawiał teraz drugi typ komputera. Wszedłem w trakcie i usłyszałem jak dokańczał "... i można na przykład uruchomić nowszą grę samochodową." Zaśmiałem się, że wy tam ciągle w same autystyczne gry gracie. Potem znowu poszedłem na górę schodami. Nie wiem czy to nadal były trybuny. Dziwna salka to była. Kilka osób stało i się patrzyło w jedną stronę. Moja ciocia nie wiadomo skąd się tam wzięła i mnie z tyłu rękami objęła i tak szliśmy. Jak wyszedłem i przeszedłem niżej do większej sali to, gdzieś zniknęła. A to się okazało, że to kościół był. Widziałem ołtarz i dużo złoceń. Dziwnie się poczułem, bo nie miałem złożonych rąk. Wyszedłem stamtąd. Znowu przez ten korytarz, drugie kółko. Biegnę za dziewczyną, która wyszła bocznym przejściem, zapewne z peronu kolejowego. Teraz miał być pokazywany trzeci komputer. Wtedy jednak zrobiło się ciemno na korytarzu i się obudziłem.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Mieliśmy język polski z panią W. Siedziałem w ławce z Karolem. Rozwiązywaliśmy ćwiczenia z rosyjskiego. Idę korytarzem. Tam dalej siedzą koledzy z koleżankami. Mam ze sobą torbę z dużą ilością drobnych różnokolorowych przedmiotów. To miały być podarki ode mnie dla nich. Pomyślałem, że rozsypię wszystko po podłodze i jak do nich doleci to każdy sobie coś weźmie. W tym momencie koleżanki, gdzieś sobie poszły, a koledzy poszli za róg na prawą stronę i grali w piłkę nożną na chodniku. Wyglądali jak cienie. Trochę już tych rzeczy rozrzuciłem. Moją uwagę zwrócił mały okrągły różowy przedmiot. To były cienie pod oczy. Miałem do wypełnienia duży lotek (albo multi). Podpisałem się imieniem niebieskim długopisem nad pierwszym okienkiem i skreśliłem liczby. W autobusie dałem to Tomkowi O. z klasy. Jak jechaliśmy, to on to wypełniał. Nad drugim okienkiem się podpisał, ale już nie skreślał liczb, tylko pisał od siebie, połówki i jakieś inne ułamki zamiast pełnych liczb.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post


Skocz do:

UA-88656808-1