Wyszedł też w końcu z normalnego Wilda.
Przebudziłem się z jakiegoś snu i nie ruszyłem się milimetra, poczekałem na hipnagogi i kiedy były wyraźne próbowałem wstać. Raz ruszyłem lekko prawdziwe ciało, ale za drugim razem wzniosłem już astralną dupę
W powietrzu dało się już stwierdzić wyjątkową jakość obrazu tego LD. Cały obraz zajmowały połacie wzgórz i skałek w jesiennych drzewach, przy czym kolejny raz miałem wrażenie, że we śnie horyzont sięga dużo dużo dalej niż w realu

Widoki piękne, jednak gorzej było z czuciem, w tym wiatru we włosach, a kiedy próbowałem przelecieć do innej miejscówki, okazało się, że wszędzie gdzie zwróce wzrok, pojawia się ten sam motyw górskich lasów.
W końcu postanowiłem się wzbić w niebo. Tam ujrzałem dość ciekawy widok. Lewitując wysoko nad ziemią, jak jemioła, rozgałęziały się drzewa bez pnia - same uschnięte korony drzew wisiały w powietrzu na podobieństwo słońca. Między tymi kulami pędziły i kłuły po oczach oderwane gałązki.
Kawałek dalej sen uraczył mnie widokiem monstrualnej, białej jak mleko pajęczyny, rozwieszonej pomiędzy dachami budynków a najwyższymi okolicznymi sosnami. Wtedy już zaczęła mnie ścigać natrętna projekcja, cały czas zadając pytanie, czy się krępuje...
Uciekłem przed nią nad ogromniasty basen ( w LD wszystko zawsze musi być ogromniaste )
Woda przelewała się z jednej pochylni na drugą, powodując niesamowite zawirowania nurtu. Dorośli i dzieci większość czasu wywracali się tam zamiast pływać, część jeździła po tafli wody za pomocą dziwnych trójsiodłowych traktoro-rowerków. Woda pieniła się wielkimi bałwanami a gdzieniegdzie tworzyła wiry nawet na pionowym wodospadzie. W takich wirach zawsze kotłowały się albo zagubione sprzęty albo wrzeszczące dzieciaki.
Była też rurozjeżdżalnia średnicy większego ronda, w której dźwięk buzującej i wylewającej się wody zagłuszał wszystko inne.
No i obudziłem się bez większego powodu