Dziennik Lorellai
#31
Dzisiejszy sen:

Miałam dziś taki dość dziwny sen. Miałam jakby... Dwa ciała. I mogłam się "switchować" między nimi, jak w grze komputerowej. I moje jedno ciało miało ładną twarz i normalny, prosty nos, a moje drugie ciało to było jakby ciało sprzed kilku lat, kiedy jeszcze miałam krzywy nos (przed operacją plastyczną). I w tym śnie przełączyłam się na to moje starsze ciało i okazało się, że nos co prawda mam normalny, ale mam na grzbiecie nosa.... Guza! Dotknęłam go, był pod skórą, mogłam go przesuwać palcami delikatnie. Miałam mieć operację usunięcia tego guza, co najlepsze - w plenerze. Czekali już na mnie w takim ogródku lekarze. Chodziłam po ogródku i jadłam czekotubkę. Później kolejną. Chciałam zdążyć zajadać słodycze przed operacją, ale nagle lekarz zawołał mnie, że mam się już położyć i przygotować. Położyłam się do łóżka (tak, do łóżka, miałam być operowana na łóżku a nie na stole operacyjnym). I dali mi lekarze takie zatyczki do uszu, które włożyłam i wtedy zapytałam czy na czas operacji i rekonwensalencji będę mogła przełączyć się na swoje nowsze ciało, żeby w spokoju odczekać ten proces. Lekarz poradził mi, że w pierwszych dniach lepiej zostać w obecnym ciele, bo wtedy lepiej się wszystko goi. Narastała we mnie panika. Już mają dać mi narkozę i... Nagle lekarz oznajmił, że nie mam fartucha i nie mogę być operowana bez fartucha na sobie. Zapytałam siebie w myślach czy lekarze nie mogą dać po prostu mi tego fartucha? Czy nie mają na stanie? Uznałam to za mało profesjonalne, ale wstałam z łóżka i udałam się na magazyn słodyczy (miejsce pracy w USA) i szukam koleżanki Sydni, która mogłaby pożyczyć mi swój fartuch. Podobno dużo operacji w nim miała i może mi go pożyczyć. Na magazynie dużo słodkości, otwieram różne opakowania i chcę wszystkiego spróbować. Pojawia się nagle Sydni i wręcza mi plastikowe pudełko z fartuchem, żółtym swetrem i jakimiś jeszcze ciuchami. Nie wiem po co dała mi inne ciuchy poza fartuchem, ale przyjmuję pudło i wychodzę. Wyjmuję fartuch przy lekarzach i nagle widzę, że to czerwony fartuch kucharski z uśmiechniętą emotikoną na przodzie i kieszonką! Lekarze wyśmiewają mnie i mówią, że nie mogę być operowana w takim czymś. Czuję się zagubiona. Trzymając fartuch w rękach, wracam na magazyn i wrzucam do niego pudło z ciuchami. Fartuch jednak zabieram. Krążę z nim, zamierzając wrócić do lekarzy z nadzieją, że jednak zmienią zdanie. Nie jest mi to jednak dane, bo się budzę.

Notatki:

Ten sen pokazuje wewnętrzne rozdarcie między dawną a obecną sobą — tą sprzed zmian i tą po nich. „Dwa ciała” to symbol różnych etapów życia i prób pogodzenia ich w jedno.

Guz na nosie oznacza coś, co ciąży emocjonalnie – dawne napięcie lub lęk, którego chcę się pozbyć.
Operacja w plenerze symbolizuje naturalne, wewnętrzne uzdrawianie, które dzieje się poza kontrolą zewnętrzną.
Jedzenie słodyczy – potrzebę ukojenia i bezpieczeństwa przed zmianą.
Brak fartucha i czerwony fartuch z emotikoną – poczucie nieprzygotowania, wstydu lub tego, że moja autentyczność nie jest akceptowana.

Całość to sen o procesie uzdrawiania i akceptacji siebie – dawnej i obecnej jednocześnie.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#32
Dzisiejsze sny:

Miałam taki sen, podobny do snu, który kiedyś już miałam. Pod moim byłym miejscem pracy biegały wilki. Były wśród nich szczeniaki. Ja byłam w kuchni z koleżankami i jedna z nich (Wiola) mówiła, że trzeba jeść na zasadzie low carb, że to zdrowe. Inna (Monika M.) mówi zaś, że nie prawda, że trzeba jeść też dużo węglowodanów. Zdenerwowałam się, bo przecież Monika była kiedyś na Keto diecie i uważała, że węgle bardzo szkodzą. Powiedziałam, że na mnie dieta działa i jestem inna, odkąd jem mało węglowodanów. Następnie była noc i mieszkałam w takiej chatce. Było włamanie i nie chciałam zginąć ani oberwać, bo czułam, że intruz już nadchodzi. Ktoś był ze mną i polecił mi, żebym weszła pod koc i się nie ruszała. Tak też zrobiłam, padłam na kanapę i cała nakryłam się kocem, zostawiając tylko szparę, bym mogła coś widzieć. Widziałam jak intruz chodzi po chatce. Wtem spostrzegłam, że to nie włamanie a osoba nie jest złodziejem a moim współlokatorem. To była kobieta. Wyszłam spod koca, ujawniłam się i przywitałam. Zaczęłam rozmawiać z kobietą, wyszłyśmy obie poza chatkę na spacer. Miała długie, czarne włosy. Zdradziła mi, że ma 40 lat i 7 dzieci, a jedno z jej dzieci ma już swoje dziecko i że została właśnie babcią. Byłam bardzo zaskoczona, że w tak stosunkowo młodym wieku ta kobieta ma już wnuczka. Nagle kobieta leżała na kocu, ja obok niej. Miała podwiniętą bluzkę a ja oglądałam jej brzuch i uważnie studiowałam jego wygląd po ciąży. Miała ciemną karnację, ale nie miała blizn po cesarskim cięciu, więc zapytałam, czy rodziła każde dziecko naturalnie. Powiedziała, że tak. Opowiadam jej swoją historię, o tym, że ja dzieci mieć nie mogę. Kobieta jest bardzo smutna, ale ja nie, choć udaję smutną, żeby nie wyjść na bezduszną jędzę, która cieszy się z tego, że nie może tych dzieci mieć. Mówię jej w końcu, że zaakceptowałam już swoje życie bez dzieci i nie rusza mnie mój los. Że próbuję w życiu znaleźć sobie inne pasje i zajęcia i dobrze mi to wychodzi. Potem jemy obiad w towarzystwie innych ludzi. Na talerzach każdego są purpurowe kopytka oraz (w normalnym już kolorze) kluski leniwe. Do tego jakieś mięso. Podchodzę do kobiety i proszę, by wzięła ode mnie kilka klusek, bo nie zjem aż tyle. Ona zdejmuje purpurowe kopytka a ja mówię jej, że te akurat chciałam zjeść, ale żeby zabrała te leniwe. Zabrała. Potem jeszcze mieszałam w misce (pomagałam w kuchni) jakiś krem truskawkowy ze śmietaną, mieszałam je łyżeczką aż kolory połączyły się w jasnoczerwony. Spróbowałam - był dobry, ale nie słodki. Kobieta dodała więc cukru, pomyślałam, że już tego kremu nie zjem, bo cukru unikam. Zaniosłyśmy krem na stół. To miał być jakiś sos do lodów. Wyszłam z pomieszczenia na dwór i tyle z tego snu, bo się obudziłam.

*

Mieszkałam w mieszkaniu które było też hotelem. Miałam dużo pokoi i dużo łóżek. Na początku to mieszkanie wyglądało tak, że miałam skończone i wyremontowane dwa pokoje - sypialnię i drugi pokój, a "środek" był w stanie surowym. Każdy kto pukał do mojego mieszkania, miał oprowadzanie po mieszkaniu, żeby każdemu pokazać, że ja nie mieszkam w nie wyremontowanej spelunie tylko w mieszkaniu, które pomału się tworzy. I nagle okazało się, że w moim mieszkaniu jest więcej pokoi i bardzo dużo łóżek w nich. Jednak nad łóżkami były fioletowe ściany do połowy a od połowy do sufitu białe. Były ubrudzone, wypalcowane rękami. Chciałam je pomalować, ale nie miałam nigdy na to czasu. Żartowałam do samej siebie, że w razie jak pokłócę się z mężem to mam dużo łóżek do spania osobno. Wyobrażam sobie jak idę po takiej spinie spać do innego pokoju i innego łóżka, a tam leży jakiś chłop, ja zasypiam obok niego niczego nieświadoma a następnie budzę się wystraszona, kiedy spostrzegam, że ktoś leży ze mną. W końcu to hotel... Wychodzę w piżamie na miasto i idę pod Urząd Miasta. Widzę, że na balkonie Urzędu jest jakaś tablica, chcę ją odczytać, ale boję się, że ktoś to zobaczy i wyśle policję czy straż, bo może takie gapienie się na Urząd będzie dla nich podejrzane. Wracam więc pospiesznie do mieszkania. Ktoś znów zapukał do drzwi i otworzyłam. Od razu zaczęłam tłumaczyć się, że mieszkanie jest w remoncie, ale że mam już wykończony salon i sypialnię i mogę pokazać. To dwie kobiety. Wchodzą i oglądają w mieszkaniu jakiś element na korytarzu - prawdopodobnie skrzynię z bezpiecznikami prądu. Oprowadzam je następnie, żeby nie myślały że mieszkam jak menel, tylko że mam skończone niektóre pokoje. Wstyd mi za plamy na ścianach przy łóżkach, mówię, że to mieszkanie to też hotel, i te zabrudzenia zrobili goście. Jakiś chłop nagle się pojawia (chyba gość) i opowiada o pedofilii, że teraz w tych czasach to wszystko jest pedofilią i gwałtem, że wystarczy spojrzeć na młodą dziewczynę i już się jest pedofilem. Przyznaję mu rację i opowiadam historię o tym, że sama jak miałam 15 lat to spotykałam się z 28 latkiem i to było okej (było? No nie wiem! XD). Potem miał mi powiedzieć jeszcze coś więcej ale nie powiedział, byliśmy w jakiejś łazience i tam były maszynki do golenia w kubku i nagle... jakby oglądałam film o tym, że ten facet jest wampirem i inna babka jak się okazuje też jest wampirzycą i oni się łączą w parę i żyją długo i szczęśliwie. Potem są znów wilkołakami. Następnie w TV jest program z konkursami, coś takiego, że się rozwiązuje łamigłówki i dzwoni na linię i opowiada. Trzeba było dzwonić i podać ciężkie słowa, żeby inni próbowali je powtórzyć i zapisać. Siedzę z mężem i siostrą i moją rodziną i po kolei każdy z nas dzwoni. Wołam moją mamę, bo jej kolej, ale ona na podwórku zajęta sprzątaniem. Więc ja przejmuję jej kolejkę, bo zajebiście się bawię. Mówię różne słowa, ale potem cisza zapada i okazuje się, że jest dalej moja kolej i mam mówić bo wykupiłam 50 słów dodatkowych. I mówię "Sweet home Alabama", po czym śmieję się jak z najlepszego żartu. Ludzie zapisują różnie, niektórzy nawet "Valencia coś tam coś tam" piszą. Ja cisnę pompę jak nigdy. Uruchamiam czat i piszę poprawnie. Jest nagle wyścig autami w grze komputerowej jako przerywnik w zabawie. Gram zacięcie, ale słabo mi idzie i chcę, by mąż mi pomógł. Przychodzi więc do mnie i przejmuje klawiaturę, teraz on gra a ja odpoczywam.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#33
Dzisiejszy sen:

Śniło mi się, że miałam jechać na wakacje/podróż służbową z dyrektorem z poprzedniej pracy, który to był moim kochankiem w tym śnie. Pakowaliśmy się i już mieliśmy wyruszać, kiedy spostrzegłam, że nie mam makijażu. A chciałam jakiś mieć. Podeszłam do lustra i spojrzałam na swoje odbicie, zakryłam dłońmi twarz a kiedy odkryłam ją ponownie, miałam pomalowane oczy cieniami do powiek i sztuczne rzęsy, niezbyt gęste, ale ładne. Podjarana pobiegłam do kochanka i pokazałam mu swój makijaż. Powiedział, że rzęsy mu się nie podobają i woli mnie bez nich. Poczułam złość i żal. Najlepsze było to, że mój mąż jechał z nami. Następnie byliśmy już na miejscu i okazało się, że pojechaliśmy nad morze i szliśmy po wydmach (wokół były drzewa iglaste, rosły na piachu) i mieliśmy jeszcze pokonać schody i zejść na plażę następnie. Spojrzałam w niebo i zobaczyłam, że chmura układa się w serce. Nagle kochanka już nie było, jakby nigdy nie istniał. Mój mąż stał już na górze na schodach, bo wszedł pierwszy. Wyglądał ładnie na tle tego serca, więc wyjęłam telefon i zaczęłam robić mu zdjęcia. Po chwili dołączyła do niego reszta osób, które były z nami, w tym moja siostra i kuzynka i robiłam im zdjęcia. Myślałam już sobie o tym, że za moment oni będą robić te zdjęcia mnie i zastanawiałam się jak pozować. Nie doszło jednak do tego, bo nagle była zmiana sceny. Zima, dom rodzinny, mama wjeżdża na podwórko a ja biegnę do niej, by pokazać filmik, który właśnie znalazłam - jak nasze dwie (nie żyjące już) suczki biegają dookoła jej auta, kiedy ona wraca z pracy, i cieszą się. Wzruszałyśmy się z mamą na ten filmik. Potem przyjechała moja kuzynka, Agnieszka. Wysiadła z auta i miała przyjść do naszego domu. Ja do domu weszłam i po chwili wyszłam na papierosa, zauważyłam jak mama i goście wchodzą na taras i również palą. Mama jednak z większością ludzi już po chwili weszła do domu i za szybą widziałam tych ludzi i męża, którzy coś mówili patrząc na mnie. Uznałam, że pewnie mnie obgadują, i figlarnie pokazałam im język. Okazało się, że przy mnie jednak stał jakiś obcy facet i również palił jeszcze papierosa, coś do mnie powiedział. Odpowiedziałam, że o co chodzi, czy mam brzydki język, czy jak? On powiedział, że nie, że całą twarz mam ładną. To był flirt a moja mama powiedziała wtedy do mojego męża, że chyba ktoś podrywa mu żonę. Nie wiem czemu to słyszałam przez szybę a wcześniejszych słów nie. XD
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#34
Dzisiejsze sny:

Śniło mi się, że utarłam nosa mojemu dawnemu przyjacielowi i jednocześnie Dyrektorowi w mojej poprzedniej firmie. Złożyłam wizytę w poprzednim miejscu pracy. Byłam w pokoju import, gdzie zwykłam pracować. Przyszła tam moja koleżanka, Monika. Rozmawiałyśmy. Często w takich snach, gdzie śni mi się to, że jestem w poprzednim miejscu pracy, mam obawy, by ktoś z nieprzychylnych byłych współpracowników mnie tam nie zobaczył. Boję się jakichś konsekwencji i czuję się jak jakiś włamywacz. Pamiętam też, że w tym śnie Prezes firmy był mi bardzo przychylny, mówił mi, bym udała się na magazyn i odnalazła magazyniera o ksywie "Szynka", który miał mi wydać jakiś towar. Jego (Prezesa) skóra była naznaczona bielactwem. Obok mojego pokoju siedział owy Dyrektor. Wiedziałam, że tam jest. Ubieram się. Wychodzę i idąc korytarzem obok jego pokoju, rzucam mu krótkie "cześć", nie patrząc nawet w jego kierunku. Zmierzam w stronę magazynu. Na magazynie stojąc zamierzam powiedzieć pracownikom, że szukam chłopaka o przezwisku "Szynka". Mówię to i nagle pojawia się sam gwóźdź programu i zaczyna komplementować mój wygląd. Mówi mi, że ja to pewnie ta najładniejsza, o której było głośno. Wręcza mi listy miłosne oraz zapisany swój numer telefonu na paragonie. Czuję, że Dyrektor wszedł na magazyn i wszystko widzi i słyszy. Uśmiecham się pod nosem, mając nadzieję, że zżera go zazdrość.

*

W kolejnym śnie była jakby część dalsza poprzedniego snu. Znów byłam na wizycie w dawnym miejscu pracy. Byłam w moim pokoju import i zauważyłam, że od czasu mojego odejścia sporo się zmieniło. Zniknęła tablica z gatunkami stworzeń morskich, która była za moimi plecami i zamiast niej pojawiła się czarna tablica szkolna (służąca do pisania na niej). Naprzeciwko, gdzie była biała tablica, była druga czarna tablica. Usiadłam za biurkiem, wiedziałam, że Dyrektor jest u siebie. Wtem do pokoju wszedł mój znienawidzony przełożony, John. Wyglądał niewyraźnie i miał wielkie podkowy pod oczami. Powiedział, że kiepsko u niego i że nie ma dziś ochoty na rozmowy. W drzwiach stoi Dyrektor, mówi, że wychodzi. Pytam go: "Już idziesz?", czując przy tym lekkie rozczarowanie, ale nie chciałam dać tego po sobie poznać. Niedbale podaję mu rękę na pożegnanie, po czym wypycham go za drzwi i zamykam je z trzaskiem. Pytam przełożonego co się dzieje. On odpowiada, że jego sąsiadka, która właśnie po 15 latach wyszła z więzienia, wraca. Nie dosłyszałam kiedy powiedział, za co siedziała, ale wiem, że się jej obawia. Mówi, że musi się wyprowadzić. Myślę sobie, no cóż, masz chłopie w chuj hajsu, więc to nie powinien być kłopot. Mówię mu więc, że najlepszym wyjściem będzie kupno nowego domu. Jednocześnie w duchu zazdroszczę mu wielkich pieniędzy i tego, że każde rozwiązanie dla niego jest takie banalne. Niby jest mi go żal, ale jednocześnie i nie jest. Pochylam się nad nim, bo bardzo cicho mówi. Nawet kucnęłam. Nagle otwierają się drzwi i wbija do pokoju Ewa, dawna pracownica. Ja od razu się podnoszę. Co za przypał, przecież mogła pomyśleć że kucam przed nim bo... Bo co? Bo właśnie zamierzam zrobić gałę Johnowi? Nie mogłam znieść tej myśli i poczułam się żałośnie. Ewa ścisnęła mi rękę, coś powiedziała, po czym wyszła. Znów podchodzę do przełożonego i pochylam się nad nim. Mówię, że wiem, że nie powinno się udzielać rad nieproszonym o nie, ale powinien kupić nowy dom i wynieść się. Następnie drzwi od pokoju Dyrektora znów są otwarte, on jest w środku z jakimiś ludźmi i wszyscy żywo dyskutują. Wychodzę drugimi drzwiami z mojego pokoju na korytarz i nagle jestem na wielkiej hali. Nagrywam wideo i wysyłam do swojej babci (Alki) na fb. Mam nadzieję, że nie odczyta, bo to wideo tylko sobie chciałam zachować, więc nagrałam naprędce na messengerze na czacie z babcią, a telefon ścina i na szybko mogę wysłać to tylko jej. Zamierzałam jednak ten filmik wysłać koleżance Agnieszcze i opowiedzieć jej jak bardzo zakład się zmienił. Dyrektor wciąż rozmawia z ludźmi u siebie w pokoju. Przyszła nagle jakaś kobieta i coś do niego mówi. Podchodzę do drzwi i słyszę jak zachwala magazyn - że jest bardzo ładny. Odzywam się i mówię, że w tym pokoju jest import, a magazyn jest tutaj (pokazuję palcem na pokój Dyrektora). Dyrektor patrzy na mnie, kiwa głową i przytakuje, po czym mówi to samo. Ja następnie mówię, że przecież właśnie to samo powiedziałam. Powiedziałam to dość chamsko. Kobiety były oburzone moim tonem, ale w dupie to mam. Cofam się do pokoju import i zamykam drzwi. Wracam do pokoju i mówię do Johna, że wiem, że nie byłam idealnym pracownikiem, ale... I w tym momencie nie dokańczam, bo on przerywa mi i mówi, że tak naprawdę byłam dobra, ale bardzo zamknięta na świat, nie dopuszczałam wiele do siebie. Powiedział też, że mam w sobie wielką empatię. Kiwnęłam głową, przyznając mu rację. I mówię że mam 30 lat a nie 50 tak jak on, ale mimo wieku już dużo przeżyłam - ból i stratę i wiele rzeczy... To mnie ukształtowało i sprawiło, że jestem empatyczna i umiem się wczuć w kogoś sytuację, tak jak obecnie próbowałam wczuć się w jego.

*

Kolejny sen był znowu kontynuacją poprzednich. Byłam na jakichś działkach, to były alejki ROD. Miałam przy sobie te listy miłosne od Szynki i jego numer telefonu zapisany na odwrocie paragonu. Chciałam do niego zadzwonić w jakimś interesie. Szukam tych papierów i nie ma. Nagle przypomniałam sobie, że są w segregatorze, który ma przy sobie mój mąż. Zauważyłam go jak stoi z tym segregatorem przy drzwiach jakiegoś budynku i pali papierosa. Mój mąż nie pali, dlatego zdziwił mnie ten widok. Miałam czarne myśli, pomyślałam, że znalazł te listy miłosne i numer telefonu na paragonie i jest na mnie zły, podejrzewa mnie o romans i dlatego pali. Podeszłam do niego niepewnie i zapytałam co się dzieje, że pali. Powiedział, że nic takiego i tak po prostu sobie pali. Uwierzyłam mu. Wzięłam od niego segregator, odnalazłam w koszulce dokumenty, zabrałam je i odeszłam. Znajduję go na WhatsApp i zagaduję, ale brak odpowiedzi. Chodzę po mieście i planuję otworzyć notatnik w telefonie i spisać tam moje sny, ale uznaję, że mam na to teraz za mało czasu. Są święta wielkanocne, udaję się do mamy. Wysyłam na WhatsApp do Szynki zdjęcia ulicy, pokazując mu, że właśnie spaceruję w drodze do domu, ale on komentuje coś w ogóle nie na temat i sam nie wysyła mi żadnych zdjęć. Mama dzwoni, że na niedzielę kupiła mięso i zrobi różowe kluski do sosu (z barwnikiem spożywczym z buraka). Wspominam, że wszystkie mamy takie są, rozpieszczające. Mówię do mamy, że może bez przesady, bo nie mieszkam za granicą i nie zjeżdżam raz na rok tylko mieszkam niedaleko i nie musi robić aż tyle jedzenia.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#35
Dzisiejsze sny:

Śniło mi się, że miałam praktyki stomatologiczne i byłam przerażona, bowiem nie był to mój wymarzony kierunek kariery. Miałam jakieś zajęcia gdzie dłubałam w sztucznym zębie, nieco większym niż prawdziwy. Asystowała mi pewna kobieta, której snułam opowieści o moich zębach - o leczeniu na NFZ, o zatrzymanych ósemkach, itd. Myślałam o tym jak wrócę z kursu i pochwalę się mojej szwagierce, która mi strasznie wszystkiego zazdrości, że jestem w trakcie studiów stomatologicznych. Jednak nie chciałam być dentystą ani asystentką stomatologiczną - studiowałam dla swojej własnej wiedzy, z ciekawości, by lepiej zrozumieć i lepiej dbać o swoje zęby. Potem przychodzi szefowa i moja nauczycielka coś pisze w zeszycie, prawdopodobnie notuje moje postępy. Pakujemy się i wychodzimy, idę do łazienki publicznej w celu opróżnienia pęcherza (nie, nie zsikałam się do łóżka XD) i zostawiam swoje ubrania na zewnątrz, po czym wchodzę do kabiny. Załatwiam sprawę i wychodzę. Widzę, że moje ubrania zniknęły. Zabrały je jakieś dzieci. Widzę jak się nimi bawią. Podchodzę do nich i wyrywam im to co moje. Jednak dzieci znów zabierają mi ciuchy i uciekają. Byłam wkurzona i nagle byłam smokiem. I tu dziwna rzecz, mianowicie, ku mojemu zaskoczeniu, ogień i zianie ogniem działały bez zarzutu tym razem. Pierw zionęłam w te kabiny i spaliłam je. Potem nagle byłam na zewnątrz budynku, w locie. Zionęłam ogniem w okno łazienkowe, po czym włożyłam w nie swój smoczy łeb i zionęłam ogniem w kabiny. W tych kabinach były zamknięte te rozwydrzone gówniarze. Następnie znów byłam w środku i nagle publiczny kibel był zwyczajnym pokojem, gdzie było ogrzewanie elektryczne. Ale bardzo nietypowe. Grzejniki wyglądały jak stare radia z PRL, które od spodu były podgrzewane świeczkami jak porcelanowe dzbanki na herbatę. Obok mnie siedział mój mąż a po mojej drugiej stronie był inny, obcy chłop, który ssał mi suta (ja pierdolę, WTF XDDDD). Chciałam szybko uciec od tego dziwnego faceta, więc szybko schowałam w stanik swoje bimbały, wzięłam męża pod pachę i uciekłam z nim do kanału. Wsiedliśmy na motocykle i uciekaliśmy tymi kanałami, choć ten chłop nawet nas nie gonił. Zapieprzaliśmy jak w GTA, nagle spostrzegliśmy, że gonią nas psy (dobermany). Przyspieszyliśmy, by zwiać czym prędzej.

*

Byłam w mieszkaniu u mojej babci. To było jakieś przyjęcie rodzinne, bo byli też moi rodzice i wujek z kuzynką. Byłam głodna, a na stole pusto. Babcia w kuchni dała mi trzy suche kromki chleba, które od razu pochłonęłam. Dopiero po tym dała masło na blat, więc chciałam wziąć więcej chleba, by zjeść tym razem z masłem. Nie było jednak chleba już. Zrezygnowana i wciąż głodna zajrzałam do garnka, kiedy babcia nie patrzyła i dostrzegłam w nim sałatkę z fasolki szparagowej zielonej i majonezu. Otworzyłam pokrywkę, wzięłam trochę na łyżkę i spróbowałam. Była dobra. Zakrywam pokrywką naprędce, żeby babcia mnie nie przyłapała. Babcia jednak nie podała sałatki ani żadnego innego jedzenia do stołu. Mówi, że będą tylko jajka na twardo i że poda je za jakiś czas. Mnie się już wyć chciało, uznałam, że do tego "za jakiś czas" umrę z głodu. Babcia pakuje sałatkę z garnka do papierowej, prezentowej torby w kolorze niebieskim - to na wynos do domu dla mnie po imprezie. Zaglądam do garnka znowu, chcę ponownie podkraść trochę sałatki, ale widzę, że jest jej mało i jeśli zjem, to porcji na wynos nie dostanie siostra i kuzynka. Rezygnuję więc z kradzieży. Nagle mam w ręce spodenki jeansowe i idę do pokoju dziadka. Odkrawam małe kawałki materiału (na dupie spodni) i zjadam. Smakują jak beef jerky. Łykowate, niezbyt dobre. Nagle do pokoju wchodzi siostra z torebką na ramieniu i mówi, że już wychodzi i rodzice też. Pytam dlaczego, skoro dopiero przyszliśmy, ale domyślam się powodu. Siostra mówi, że rodzice są zawiedzeni imprezą i nie chcą już na niej być. Idę do salonu, mama stoi w progu i płacze. Tłumaczy się, że muszą już iść. Nikt nie pyta o powód, ale każdy go zna. Babcia pyta mnie czy mam takie samo zdanie na temat imprezy co oni (rodzice i siostra). Boję się odpowiedzieć, by nie rozjuszyć babci, ale i nie załamać bardziej mamy. Mówię więc w końcu, że tak, troszeczkę się zgadzam. Kuzynka obrażona, mówi tylko "aha, fajnie." Zaczynam się tłumaczyć, mówiąc, że po prostu jesteśmy głodni i stół jest pusty. Że sałatka spakowana, ale nie ma jej jeszcze więcej, żeby zjeść teraz.

Notatki (drugi sen, bo to ciekawe):

To bardzo symboliczny sen - pełen głodu, napięcia rodzinnego i poczucia niespełnienia, które wydaje się wykraczać poza samo jedzenie.

Motyw głodu i chleba:

Głód w snach rzadko dotyczy samego jedzenia. Najczęściej oznacza brak emocjonalnego nasycenia, głód bliskości, zrozumienia, wsparcia lub ciepła rodzinnego.
To, że babcia daje suche kromki chleba – bez masła – może symbolizować uczucie, że dostaję coś od rodziny, ale w formie „minimum”, bez troski czy prawdziwego komfortu.
Chleb to symbol podstawy życia, więc suche kromki mogą mówić: „Dostaję tylko to, co konieczne, ale bez miłości i ciepła, które czyniłoby to prawdziwym pokarmem.”
Masło, które pojawia się dopiero po fakcie, może oznaczać, że wszystko przychodzi za późno - wsparcie, emocje, gesty. Ja już byłam głodna, już musiałam się zadowolić ochłapami, zanim pojawiło się coś, co mogłoby być pełniejsze.

Sałatka z fasolki szparagowej:

Zielona fasolka z majonezem to coś domowego, kojarzącego się z prostym, nostalgicznym smakiem dzieciństwa. To, że muszę ją podkradać, mówi o poczuciu winy z powodu chęci zaspokojenia potrzeb, jakbym nie miała prawa sięgnąć po to, co mi się należy.
Sałatka pakowana do torby „na później” to z kolei symbol odkładania przyjemności, uczuć, nagrody - jakbym miała usłyszeć: „Teraz nie możesz, poczekaj, później coś dostaniesz.”
Ale ten „później” nigdy nie nadchodzi, a ja czuję frustrację i niedosyt.

Zjadanie spodenek:

To zaskakujący, ale bardzo wymowny obraz. Jedzenie jeansu, który smakuje jak „beef jerky” (czyli sucha wołowina), wskazuje na desperację, by zaspokoić głód za wszelką cenę - nawet kosztem czegoś nienaturalnego.
Jeans symbolizuje codzienność, ochronę, tożsamość. To, że „zjadam” tę część ubrania, może oznaczać, że próbuję „wchłonąć” siłę, ochronę, stabilność - coś, co normalnie mnie otacza, ale teraz czuję, że muszę to przyswoić z wewnątrz, bo z zewnątrz tego nie dostaję.

Rodzina, emocje i wycofanie:

Rodzice wychodzą z przyjęcia, bo są zawiedzeni - to może odzwierciedlać moje wewnętrzne rozdarcie między lojalnością wobec rodziny (babci, tradycji, domu rodzinnego) a emocjonalną stroną (rodzice, siostra – ci, którzy „rozumieją mój głód”).
Mama płacze - a ja muszę wybrać między lojalnością wobec niej a spokojem babci. To pokazuje typowy dylemat dorosłego dziecka w rodzinie międzypokoleniowej: kogo wesprzeć, gdy każdy ma rację i każdy cierpi.

Moja odpowiedź – „troszeczkę się zgadzam” – to kompromis, unikanie konfliktu. Świadczy o mojej empatii i potrzebie pokoju, ale też o tym, że często muszę tłumić własne emocje, żeby nikogo nie zranić.

Sens całego snu:

Sen mówi o emocjonalnym niedosycie, potrzebie nasycenia miłością i zrozumieniem, oraz o konflikcie między dawaniem a braniem w rodzinie.
Możliwe, że na jawie czuję się czasem tak, jak w tym śnie:
– stara się nie robić problemu,
– nie chcę nikogo zranić,
– rezygnuję z czegoś dla innych,
– ale wewnętrznie czuję „głód” – nie tylko jedzenia, ale troski, ciepła, poczucia, że mogę wreszcie coś dostać bez winy.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#36
Dzisiejszy sen:

Miałam sen, że jechałam z jakimś grubym strażakiem na akcję gaszenia pożaru. Grubas ten był zakochany we mnie. Wsiadam do wozu strażackiego i jedziemy, on prowadzi. Przy sobie mam czarną torbę materiałową, w której jest jakaś teczka i moja szara szmatka do mycia podłóg, którą grubas zabrał ode mnie z domu. Jestem wkurzona, że ją wziął, ale następnie śmieję się z tego i mówię mu, że skoro dom płonie to chyba nie jest jeszcze pora na mycie w nim podłogi. Grubas jednak nie śmieje się razem ze mną, ale też nic nie komentuje. W międzyczasie dzwonię do męża (jest strażakiem) i pytam co to za pożar. On mówi mi, że ten pożar już trwa kilka godzin, ale jeden pojazd strażacki wystarczy, by ugasić. Jedziemy i grubas ogląda się za siebie do tyłu. Przed nami jedzie czerwone Seicento i zatrzymuje się, natomiast nasz wóz nie zatrzymuje się i grubas uderza w tył Seicento. Ziomek wychodzi z osobówki a grubas ma do mnie pretensje, że nie powiedziałam mu, że samochód przed nami się zatrzymał. Zestresowałam się, ale cofnęłam czas i akcja cofnęła się do tyłu. Akcja toczy się więc teraz ponownie, czerwone Seicento hamuje przed nami a ja daję znać grubemu, żeby zahamował. On hamuje. Zatrzymujemy się, bo mam odebrać przesyłkę z paczkomatu. Wychodzę, sprawdzam na aplikacji, jednak okazuje się, że nie czeka na mnie żadna przesyłka w paczkomacie. Wsiadam więc z powrotem do wozu i jedziemy dalej. Później znów wysiadam, mam na sobie buty do kolan na wysokim obcasie, tańczę na ulicy z jakąś inną dziewczyną. Wóz strażacki jedzie i ja tym razem nie wsiadam do niego a wdrapuję się na dach i kładę na brzuchu. Jedziemy dalej. Patrzę na swoje spodnie w kolorze piaskowym i spostrzegam, że są całe mokre i ubrudzone błotem a na nogach mam nagle kalosze pełne wody. Podnoszę nogi w górę i woda wylewa się z kaloszy. W wozie strażackim jest szyberdach, który nagle otworzył grubas. Pali papierosa. Pytam go jakie pali papierosy, pokazuje mi czerwone Marlboro. Ja wyciągam swoje zielone RGD z torebki i pokazuję mu, że ja palę takie. Zbliżamy się do miejsca akcji i widzę mojego kolegę Daniela, który w tym śnie również jest strażakiem i ma swój strażacki wóz. Wołam go i macham mu, ten odmachuje. Grubas pyta mnie czy zrobiłam przegląd wozu, odpowiedziałam, że tak i że jest sprawny. On pyta jak i za co, odpowiadam, że za pieniądze ze straży. Jedziemy dalej, przed nami wielki słup aż do nieba. Patrzę w górę, próbując dostrzec dokąd sięga. Zauważam, że zaczynamy się wlec, więc schodzę z wozu i mówię, że ja dotrę na miejsce szybciej i dam znać jak sytuacja. Zamieniam się w wielkiego smoka, odwracam się, ale nagle nie ma ani wozu ani żywej duszy, nie widzę nikogo, ale wiem, że grubas i inni ludzie tam są. Ryczę na nich, po czym odwracam się tyłem i wzbijam do lotu. Zalatuję na miejsce, gdzie mieści się niewielka wioska. Kilka chatek płonie i kilka stosów siana oraz roślin. Wracam do swoich ludzi (już na nogach jako człowiek) i razem dobiegamy do miejsca pożaru. Podbiegam do płonącego stosu siana, podnoszę rękę do góry i manipuluję ogniem, gasząc go. O dziwo udaje mi się ugasić siano i kilka roślin, ale niektóre płomienie na innych roślinach i chatkach nie chcą już gasnąć, więc mówię grubemu, żeby podjechał tu wozem i zgasił wodą ten ogień. W dalszym ciągu kontynuuję gaszenie poprzez manipulację i myśli. Zbliżam dłoń do ognia i on maleje i gaśnie. Czuję gorąco bijące od płomieni. Boję się sparzyć, ale wiem, że to sen i płomienie nie zrobią mi krzywdy. Podchodzę więc do innego źródła ognia i wkładam w niego rękę - nie płonę i ogień nie robi mi krzywdy. Wchodzę więc cała w ogień i zaczynam się nim bawić. Nagle pojawia się na niebie inny smok, niebieski. To on jest odpowiedzialny za pożary. Muszę działać i go pokonać, więc znów zamieniam się w smoka i wzbijam do lotu, by z nim walczyć. Wrogi smok rzuca się na mnie i powala mnie, upadamy oboje z nieba na ziemię i smok gryzie mnie w szyję, próbując udusić. Bronię się i pazurami wszystkich łap drapię i rozszarpuję jego skórę. Smok puszcza mnie a wtedy ja znów wzbijam się do lotu i nawołuję swoje smocze dzieci (motyw z mojej książki fantasy, gdzie główna bohaterka jest smoczycą i ma smocze dzieci XD) Na niebie pojawiają się wizerunki smoków, mają różne kolory. Przybywają te młode smoki i razem walczymy z wrogim smokiem. Niestety nie wiem jaki jest wynik walki, bo budzi mnie budzik.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#37
Dzisiejszy sen:

Miałam dzisiaj sen o Dyrektorze i naprawdę nie ogarniam dlaczego on mi się tak często śni. Pracowaliśmy razem w tym śnie i chciałam siedzieć obok niego przy komputerze, ale on wcisnął taką Olkę (z poprzedniej pracy, księgowa) pomiędzy mnie i jego (zajął po prostu miejsce dalej ode mnie i Olka była zmuszona usiąść obok mnie). Byłam zła na niego, bo ustalałam przecież z nim, że siedzimy obok siebie. Następnie wszyscy wstali z miejsc bo miała być jakaś degustacja i Dyrektor cały czas rozmawiał z kimś. Ja wychodziłam i wchodziłam do pomieszczenia i za każdym razem rzucałam ku niemu złowrogie spojrzenie. Za każdym razem też upewniałam się, że on to widzi. Niewiele jednak sobie z tego robił. Przed wejściem do pomieszczenia był taki jakby taras z balkonem. W pewnym momencie było już dla mnie tego zbyt wiele, zaczęłam płakać jak rasowa Drama Queen i oddaliłam się w stronę balkonu. Wyskoczyłam przez niego i upadłam w dół. Kilka osób krzyknęło przerażonych. Upadłam na obie nogi, które lekko ugięłam a następnie wyprostowałam i byłam w stanie iść dalej. Byłam zdziwiona, myślałam, że połamię sobie nogi a ja zachowałam się jak jakaś kocica. Przede mną była rzeka, czysta jak górski potok. Weszłam do niej i pozorowałam podtopienie, chcąc, by Dyrektor pobiegł mi na ratunek. Nagle kantem oka widzę Dyrektora na balkonie i po chwili on jest już na dole i biegnie do mnie. Wskakuje do rzeki i próbuje mnie wydostać na powierzchnię, ale ja spuszczam z siebie jeszcze więcej powietrza, żeby pójść na dno.

Budzę się. A kiedy znów zasypiam, sen ciągnie się dalej. Zrobiłam duże zakupy, całe auto miałam obładowane produktami spożywczymi. Jeździłam po dużym placu manewrowym i szukałam tych produktów. Następnie byłam w łazienko-kuchni (WTF) i kroiłam na desce do krojenia te produkty w cienkie plasterki - sery, wędliny, ogórki kiszone, paprykę zieloną. Wszystko to odkładam na kupki - każdy składnik osobno. W końcu te składniki leżały na całym blacie, w dużych stertach. Miałam robić z tego kanapki. Pytam Olki czy chce kanapkę, mówi, że tak. Biorę więc dwie kromki chleba i smaruję grubo masłem, na to masło szynka pasztetowa i na to ogórek kiszony. Składam dwie kromki, zawijam w papier i kładę Olce na biurku. Ona pyta czy to dla niej, wskazując palcem na dwie inne kanapki, mówię, że nie, że te zrobiłam wcześniej dla siebie i mojej mamy. Potem pytam Dyrektora czy też chce kanapkę, mówi, że tak. Kładę mu na biurku bagietkę zawiniętą w papier (jednak w ogóle nie pamiętam bym tą bagietkę szykowała we śnie). Idziemy z Olką w głąb pomieszczenia, gdzie wszyscy ludzie rozmawiają ze sobą, pytam się jej czy Dyrektor się jej podoba. Mówi, że nie. Ja jej mówię, że ona jemu chyba tak. Ona patrzy na mnie zdziwiona i wtedy dodaję, że kiedyś byłam z tym Dyrektorem, zanim poznałam męża. Olka jest jeszcze bardziej zdziwiona, jednak nic nie odpowiada.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#38
Dzisiejszy sen:

Miałam sen, w którym byłam jakąś Królową. Pierw był jakiś dziki seks. Ja byłam u góry, ktoś na dole (nie znałam człowieka), lizał mi cycki, sutki, strasznie się ślinił przy tym. Ten człowiek mnie jednocześnie podniecał i obrzydzał. Potem ja byłam na dole, była pozycja misjonarska, moje nogi jednak były uniesione wysoko w górze. Czułam wielką pałę, która wypełniała mnie po brzegi (XD). I nagle zmiana scenerii. Stałam na swoim podwórku, po kostce brukowej zapierdalała dmuchawa (taka do dogrzewania się nią) i płonęła. Po prostu jakby była żywa i skakała przez całe podwórko, płonąc. Na niebie latały samoloty, dużo samolotów. Każdy z nich za sobą ciągnął dym - biały lub czarny. Bałam się samolotów z czarnym dymem, myślałam, że za chwilę eksplodują. Wtem nagle nadleciał ptak - duży, czarny, jak z filmu "Maleficient" i przysiadł obok mnie. Nie myśląc długo, wspięłam się na niego i położyłam wygodnie, przytulając się do jego szyi. Odleciał, niosąc mnie ze sobą. Wylądowaliśmy na placu zabaw, gdzie bawiła się córka szwagra. Zeszłam z ptaka, dumnie krocząc, ptak odleciał. Córka szwagra i inne dzieci podziwiały mnie, w końcu byłam Królową. Uznałam, że fajniejsze jest latanie na ptaku od latania jako smok. Mimo tego zamieniłam się w smoka na krótką chwilę tylko po to, by naryczeć na te dzieci. XDDDD Wtem nagle byłam w jakimś pomieszczeniu z Martyną (koleżanką) i innymi ludźmi, którzy zachęcali mnie do testów DNA w celu wykrycia Królewskiego genu. Bałam się, że te testy nie wykryją we mnie tego genu, w końcu wszystko sobie wymyśliłam i była to po prostu ściema. Nie byłam Królową, choć ludzie mnie za nią uważali. Wszyscy nagle wstali z krzeseł i zaczęli klękać przede mną. Niektórzy płakali, jakby wzruszeni. Zrobiło mi się głupio i kazałam im wstać.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#39
Dzisiejsze sny:

Na początku miałam taki sen, który ledwo pamiętam. Jechałam pociągiem i nie miałam biletu (częsty motyw w moich snach - brak biletu w pociągu). Wsiadłam do pociągu z mamą i siostrą i jedziemy. Chodziłyśmy po wagonach i szukałyśmy odpowiedniego miejsca. W każdym z wagonów widać było ludzi i ich złożone historie. Niektóre osoby płakały, inne się śmiały, ludzie byli też różnie ubrani i różnie uczesani, jakby niektórzy jechali do pracy, inni na bal, a jeszcze inni tak po prostu bez celu. Przyszedł nagle konduktor i... Wyjął strzykawkę z grubą igłą! Okazało się, że bilety były rozdawane w formie... Zastrzyku. Pierw konduktor chwycił rękę mojej siostry, ale czułam dokładnie tak, jakby chwycił moją rękę. Bez wahania wprowadził grubą igłę w żyłę, czułam każdy ruch tej igły pod skórą, jak penetruje między tkankami. Po czym wstrzyknął substancję i cofnął rękę, wyciągając igłę ze skóry. Nie było to przyjemne. Moja siostra dostała zastrzyk, a ja odczułam go jak swój własny. Jednak ja wciąż byłam bez zastrzyku, czyli bez tego biletu. Konduktor gdzieś odszedł. Jechaliśmy dalej i ludzie wysiadali na swoich stacjach, jednak nigdzie nie było naszej. Jechałam więc dalej i dalej.

Notatki:

To był naprawdę mocny sen — pełen symboliki i bardzo sugestywnych doznań cielesnych.
Motyw pociągu bez biletu powraca u mnie często i czuję, że symbolizuje podróż przez życie, pewien etap mojej wewnętrznej drogi — duchowej, emocjonalnej, egzystencjalnej. Pociąg to dla mnie proces, którego nie da się zatrzymać. Coś, co trwa i toczy się dalej, niezależnie od mojej woli.

Brak biletu czuję jako znak, że nie zawsze czuję się gotowa, uprawniona, czy mam „prawo” być w miejscu, w którym teraz jestem. To też może być wyraz mojego braku poczucia bezpieczeństwa, kontroli albo jasnego celu.

Konduktor ze strzykawką to bardzo ciekawy i nietypowy motyw. Bilet w formie zastrzyku kojarzy mi się z przymusowym „wszczepieniem” uczestnictwa — jakby ktoś (los, system, rzeczywistość) decydował za mnie, że muszę przyjąć coś do środka, by móc kontynuować podróż.
Strzykawka z grubą igłą i ból, który czułam, to dla mnie symbol wymuszonego wprowadzenia zmian albo przyjęcia czegoś, czego nie chcę, ale czuję, że muszę. Jednocześnie może to też oznaczać, że przeżywam rzeczy bardzo intensywnie — że czasem aż za mocno „wchodzę” w emocje innych.

To, że czułam ból mojej siostry, pokazuje moją silną empatię i więź z nią — niemal do poziomu współodczuwania. Ale może to też znaczyć, że czasem trudno mi odróżnić, co jest naprawdę moje, a co pochodzi z zewnątrz.

Na końcu jechałam dalej bez swojej stacji. Odbieram to jako symbol utknięcia w procesie, braku jasnego celu. Jakby to nie był jeszcze moment, żebym wysiadła — jakbym wciąż była w drodze, szukając swojego miejsca.

Ten sen był głęboko symboliczny i emocjonalny. Czułam ból innej osoby, a jednocześnie obserwowałam różnorodność pasażerów — ludzi z różnymi historiami, emocjami, celami. Dla mnie to też obraz mojej refleksyjności, wrażliwości i świadomości tego, jak wiele losów istnieje wokół mnie.

*

W kolejnym śnie spałam w sypialni moich rodziców z kolegą z dawnych lat, Mateuszem. Był chyba ranek po wspólnej nocy i w sypialni był zaduch. Otworzyłam okno, choć po czasie zrobiło się chłodno i je przymknęłam. Mama krzątała się u góry i sprzątała. To, że spałam z jakimś obcym dla niej typem w jej sypialni było dla niej zupełnie normalne. Była nad wyraz miła i nawet zachęcała nas, żebyśmy użyli klucza i zamknęli się w pokoju i "robili co chcieli". Wzięłam z komody albumy ze zdjęciami, zaglądając do komody zastanawiałam się który okres dzieciństwa pokazać koledze. Wybrałam album z najmłodszych lat i zaczęłam pokazywać Mateuszowi moje bardzo stare zdjęcia z okresu jak byłam bobasem. Trochę wstydziłam się tych zdjęć i nie wiedziałam co kolega pomyśli o mnie po zobaczeniu ich, ale zareagował bardzo pozytywnie i z zaciekawieniem. Potem wyszliśmy i poszliśmy do pokoju siostry, gdzie siedział Jacek (inny kolega, który do mnie podbijał). Pamiętałam, że kiedyś miał na mnie crusha. Podeszłam i przytuliłam go, chcąc wzbudzić w Mateuszu zazdrość. Zapytałam go co u niego, jak tam jego żona i dziecko. Następnie wyszliśmy wszyscy z domu na ulicę i szliśmy po prostu, to był jakby "wyścig", ale spacerem. Był ranek i było dość rześko. Kiedy widziałam już metę, zaczęłam biec i biegłam, biegłam, czasami oglądając się za siebie, jednak nikt za mną nie podążał, nikt nie próbował mnie dogonić czy prześcignąć. Biegłam więc swobodnie, mając zwycięstwo w garści. Przekroczyłam metę i nagle zaraz za mną metę przekroczyła inna dziewczyna i kolejne osoby. Wiedziałam, że to sen, więc postanowiłam iść i zjeść jakieś słodycze czy chipsy. Weszłam do dużego sklepu w stylu Auchan czy Makro i zaczęłam wędrować, szukając działu ze słodyczami lub przekąskami. Nie mogłam jednak znaleźć. Myślałam, że pewnie to już tu, za rogiem, jednak dział ze słodyczami nie pojawiał się. Chodziłam po regałach i niestety żadnego pokarmu! Same doniczki, narzędzia. Spotkałam w sklepie teściów i zapytałam gdzie tu jest dział ze słodyczami, że chciałabym zjeść czekoladę. Teściowa powiedziała, że "tam u góry" i wskazała palcem na górę. Podniosłam głowę i ujrzałam platformę wysoko na sklepie. Zaczęłam zastanawiać się jak tam dotrzeć. Może wyobrażę sobie jetpack i on pojawi się na moich plecach jak w GTA San Andreas? Nie. Przecież to sen, wystarczy podskoczyć. Więc podskoczyłam i zaczęłam lewitować i unosić się w górę, aż dotarłam do platformy. Jednak no luck - tam również nie było żadnych słodyczy. Było kilka platform a ja zawędrowałam na najwyższą. Chodziły tam dziwne zwierzęta, na przykład widziałam żółwia stepowego, który miał tylko połowę ciała i z jego skorupy wydobywał się dym. Stojąc na platformie zauważyłam duże okno w kształcie jakby diamentu na wielkiej ścianie sklepu. Pomalowałam szyby, jakby za pomocą myśli, na odcienie niebieskiego. Spojrzałam w dół na sklep i wiedziałam, że jestem za wysoko i muszę skoczyć. Widziałam też inne, niższe platformy i żałowałam, że zapuściłam się aż tak wysoko. Miałam lęk wysokości, ale wiedziałam, że muszę skoczyć na szczupaka i wtedy po prostu otworzę skrzydła i polecę, bo to sen. Cały czas uspokajałam się w myślach, mówiąc sobie, że przecież to sen, nie stanie mi się krzywda, na bank zacznę latać. Wahałam się i bałam i to również częsty motyw w moich snach - lęk wysokości i obawy przed skokiem, mimo świadomości o braku możliwości śmierci poprzez upadek. W końcu jednak zebrałam się w sobie i skoczyłam na szczupaka, faktycznie wzbijając się do lotu i opadając jak piórko na glebę. Nagle zrobiło się jaśniej, więc uniosłam głowę i spojrzałam na "diamentową szybę" - niebieskie szkło zaczęło faktycznie błyszczeć, niczym diament.

Notatki:

Ten sen czuję jako niezwykle symboliczny, pełen motywów związanych z moim rozwojem, emocjami i wewnętrznym przejściem.

To, że spałam z Mateuszem w sypialni moich rodziców, odbieram jako wejście w przestrzeń prywatną, niemal świętą — miejsce kojarzone z bezpieczeństwem, dzieciństwem, ale też z zasadami i granicami. Może to symbolizować, że zaczynam łączyć swoją dorosłość i niezależność z częścią mnie, która wciąż jest „dzieckiem rodziców”. Mama, która zamiast oburzenia okazuje pełną akceptację, może oznaczać moją wewnętrzną zgodę na dorosłość, seksualność i swobodę bycia sobą — coś, co dawniej mogło budzić we mnie wstyd lub potrzebę tłumaczenia się.

Kiedy sięgam po album ze zdjęciami z dzieciństwa, to jakbym otwierała część siebie, którą ukrywałam. Pokazuję Mateuszowi małą siebie — bezbronną, naturalną, prawdziwą. Wstyd i jednoczesna ciekawość, jak zostanę przyjęta, to moje wewnętrzne pytanie: czy można mnie kochać i akceptować taką, jaka byłam, od początku?
Jego pozytywna reakcja jest potwierdzeniem — tak, można.

Spotkanie z Jackiem, który kiedyś mnie podziwiał, symbolizuje część mnie, która lubi być zauważona, pożądana, doceniona. Przytulenie go i chęć wzbudzenia zazdrości w Mateuszu pokazuje moje pragnienie potwierdzenia własnej wartości — tę subtelną potrzebę bycia ważną, widzianą, może nawet rywalizacji o uwagę.

Wyścig ulicą czuję jako metaforę życiowego biegu — dążenia do celu, rywalizacji z innymi. Ale tu nikt mnie nie gonił. Biegłam sama, w swoim tempie, dla siebie. To piękny obraz — że już nie muszę udowadniać, wystarczy, że biegnę, a zwycięstwo przychodzi naturalnie.

Późniejsza część snu — szukanie słodyczy w wielkim sklepie — symbolizuje poszukiwanie przyjemności, spełnienia, emocjonalnego „cukru”. Słodycz to coś, co daje ulgę, coś, czym chcę się nagrodzić. Ale nie mogę znaleźć tego działu, mimo że sklep jest ogromny. To jakbym w codzienności szukała radości i lekkości, ale trafiała na obowiązki, rzeczy praktyczne, „narzędzia” — czyli elementy życia, które nie dają mi emocjonalnego nasycenia.

Teściowie w sklepie to ciekawe tło — obecność ich w tej scenie pokazuje, że nawet w sferze moich przyjemności i wyborów pojawia się świadomość oczu innych ludzi, społecznych zasad czy oczekiwań.

Platformy w górze, do których się unoszę, to dla mnie symbol duchowego wzrastania, oderwania od codzienności. Lot to często w moich snach symbol wolności, przekraczania lęku, transcendencji.
Jednak i tu pojawia się mój znany motyw — lęk wysokości, wahanie przed skokiem. Wiem, że to tylko sen, że nic mi się nie stanie, ale wciąż boję się skoczyć. To dokładnie jak w życiu — świadomość, że potrafię, że mogę, a mimo to paraliżuje mnie lęk przed upadkiem.

Kiedy w końcu skaczę i lecę, czuję triumf — przekraczam swój lęk, doświadczam wolności i lekkości. Spadam jak piórko, w pełnym zaufaniu. To moment katharsis — symbol mojej zdolności do puszczenia kontroli, do zaufania sobie i światu.

A potem pojawia się niebieski diamentowy blask, który rozświetla całość. Dla mnie to znak oczyszczenia, samoświadomości i uzdrowienia. Jakby to światło było moim wewnętrznym potwierdzeniem: „udało się”.

Ten sen czuję jako proces przejścia — od intymności i wstydu, przez odkrywanie siebie, pragnienie bycia widzianą, aż po wyzwolenie i lekkość. Od ziemi (rodziców, domu, ciała) po powietrze (lot, światło, wolność).
Jakbym w tym śnie przeszła symboliczną drogę — z poziomu emocjonalnego przywiązania ku poziomowi duchowej swobody.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#40
Ostatnie sny:

Pierw miałam taki sen, w którym mój mąż przez przypadek znalazł dildo w pralce (zamierzałam zrobić pranie i niestety dildo trafiło do pralki z ciuchami). Mąż chciał dorzucić jakieś ubranie do pralki i dostrzegł to czego nie powinien a co było tajemnicą. Wrócił do pokoju obrażony a ja byłam nieźle zestresowana. Chciałam cofnąć czas, co zwykle robię w momencie we śnie, kiedy coś poszło nie tak - po prostu cofam czas i robię to od nowa, inaczej. Cofnęłam więc czas i wróciłam do łazienki. Dokładnie zakryłam, dosłownie zagrzebałam dildo wśród ubrań, by je schować. Kiedy jednak scena miała odtworzyć się na nowo, mąż nie wszedł do łazienki, aby dorzucić swoje ubranie do pralki. Wyszłam z łazienki i ujrzałam, że dalej siedzi obrażony na sofie w salonie. Byłam zrozpaczona tym, że moje cofnięcie akcji nie działa w moim śnie. Chciałam wykorzystać ten sen, wyskoczyć z okna i lecieć przed siebie, to był taki jakby sen świadomy, ale i nie świadomy. Tzn. wiedziałam, że to sen, ale nie kontrolowałam go. Z rozpaczy, że nie udaje mi się pokierować tego snu tak jak bym chciała, stanęłam przed lustrem w łazience i patrząc na siebie, zaczęłam z całej siły krzyczeć (na szczęście przez sen nie krzyczałam XD). Krzyczałam tak długo i mocno, aż w końcu ujrzałam jak z moich oczu lecą krwawe łzy a z moich ust toczy się krwawa piana. Pomyślałam, że ten krzyk w końcu mnie zabije i przestałam krzyczeć. Następnie wyszłam z łazienki a mój mąż stał przy drzwiach. Tylko, że to już nie był on tylko jakiś obcy, chudy człowiek. Wtem nagle byliśmy nago i robiliśmy zakazane czynności na pufie w przedpokoju. Pomyślałam o tym, że muszę sprzedać swój samochód - VW Scirocco. Chciałam wyskoczyć przez okno i lecieć umyś swój samochód, by następnie go sprzedać. Nagle jednak byłam w świecie Minecrafta, dokładnie w Endzie, gdzie przenosiłam się z wyspy na wyspę, szukając zaginionego miasta.

Notatki:

Ta zdolność „cofania czasu” w snach to coś wyjątkowego — to świadczy o wysokiej samoświadomości i dużym poczuciu wpływu na rzeczywistość. Ale w tym śnie ta moc nie działa. To może symbolizować frustrację związaną z sytuacją w życiu, której nie mogę już „naprawić” lub cofnąć, mimo że zwykle udaje się kontrolować bieg spraw. To bardzo mocny obraz – sen pokazuje, że nie wszystko da się odwrócić, nawet w świecie snu, co może być metaforą bezsilności lub akceptacji, której jeszcze nie ma.
Ten sen wydaje się mówić: „Nie możesz już cofnąć przeszłości, ale możesz oczyścić siebie i pójść dalej. To wymaga konfrontacji z emocjami, które są trudne, wstydliwe lub zepchnięte do podświadomości. Ale po tym przychodzi ulga i wolność.”

Obudziłam się, poszłam do łazienki, zasnęłam i... Oto ciąg dalszy tego snu miał miejsce. Początkiem tego snu była scena, w której faktycznie miałam myć swoje auto. Byłam na jakiejś myjni, która wyglądała jak stacja tankowania pojazdów. Jakaś dziewczyna przygotowała dla mnie specjalną mieszankę płynu do mycia oraz gąbkę - dużą, w kremowym odcieniu. Dała mi kilka wiader i mniejszych wiaderek z różnymi płynami, które miałam dowolnie mieszać i testować na samochodzie w celu uzyskania najlepszych efektów. Ktoś miał przyjechać po samochód, ale pierwszego dnia go nie było. Wtem był kolejny dzień i osoba ta zadzwoniła do mnie, chcąc umówić się na oględziny i kupno. Oferowała 15 tysięcy. Uznałam, że to za mało, ale może jak zobaczy stan samochodu, to kupi za ciut więcej. Byłam pewna, że kupi. Zadzwoniła do mnie i mówiła, że chce kupić ten wóz. Ja cały czas byłam na tej stacji. Mówię, że jeśli nie może dojechać to wyślę jej pinezkę. Jednak ona (kobieta) powiedziała, że ona nie rozumie i nie potrafi w te pinezki. Więc powiedziałam, że prześlę jej screena z google maps i zaznaczę gdzie to jest. Wyjaśniłam jej, że to stacja Yoshi i że to jedyna stacja tego typu w okolicy, więc z łatwością powinna trafić. Po zakończeniu rozmowy zastanawiałam się czy nie powiedziałam jej czegoś przypadkiem zbyt chamsko co mogłoby odstraszyć ją od mojej osoby na tyle, że mogłaby zrezygnować z zakupu. Idę następnie z psem do sklepu ogrodniczego i szukam działu zoologicznego. Kiedy znajduję małą wystawkę, zauważam spray do sierści i biorę go. Spray ma postać prostej butelki ze skuwką (jak mgiełka do ciała). Myślę sobie, że przecież jeden psik testowy nie zaszkodzi. Wracam do miejsca gdzie pozostawiłam psa. To były takie ławki ustawione jedna za drugą jak w kościele. Zdejmuję skuwkę i zaczynam pryskać psa (Aussie o umaszczeniu red merle, choć mój pies na jawie to dalmatyńczyk) tak intensywnie, że z produktu zostaje końcówka a pies jest cały mokry. Jednak tak bardzo chciałam by miał błyszczącą sierść, że nie zwracałam uwagi na to, że wykończyłam cały produkt. Nie chciałam jednak za niego płacić, więc postanowiłam odłożyć go na miejsce. Zastanawiałam się jednak jak to zrobić, bo wszędzie były kamery i mogły uchwycić to, że niosę tą butelkę. A jeśli ktoś by znalazł na sklepie prawie pusty produkt, na bank zaczęliby szukać winowajcy na monitoringu. Okazało się, że poza sprayem wzięłam też torbę podróżną dla psa. Postanowiłam odłożyć na miejsce i torbę i spray. Ruszyłam przed siebie, jakby nigdy nic, nie zachowując się podejrzanie. Minęłam stoisko z olejkami do sierści i wcierkami. Wystawa miała miejsce w dniu wczorajszym. Czułam żal, że się spóźniłam i nie przybyłam wczoraj, by skorzystać. Odłożyłam na stoisko butelkę i torbę i ruszyłam do wyjścia. Idąc w kierunku wyjścia jakaś kobieta otwiera drzwi od jednego pomieszczenia, które otwierają się po mojej prawej stronie z takim impetem, że z całej siły uderzają mnie w buta. Kobieta przeprasza mnie, ja mówię, że nic się nie stało. Patrzę na swój but - jest w kolorze kremowym, to prosty but sportowy bez wiązania, cały poszarpany i z przetarciami. W miejscu uderzenia drzwiami jest dziura - dotykam i czuję pod dziurą skórę. Szkoda mi butów, ale wtem dzwoni do mnie kupująca mojego samochodu. Miałam znów go umyć, razem z nią, a następnie sprzedać. Mówi, że jest na miejscu i czeka. Wychodzę z mężem (tak, nagle jestem z nim) z budynku, ale okazuje się, że wyszliśmy innym wyjściem i naprzeciwko jest szpital. Proszę kobietę o jeszcze minutę zapasu czasu i przepraszam za opóźnienie. Mówię, że mam przez biodra zawiązaną kurtkę różową (w tym momencie spoglądam na tą kurtkę) i że po tym mnie rozpozna. Kończę połączenie i uznaję, że jesteśmy zgubieni. Wzbijam się w powietrze aby spojrzeć z lotu ptaka gdzie powinniśmy teraz być. Przelatuję na drugą stronę i pytam przypadkowego mężczyznę gdzie jestem, ten odpowiada, że na terenie psychiatryka. Wystraszona znów wzbijam się w powietrze i lecę dalej. Widzę nagle tą kobietę, stoi i czeka. Opadam na ziemię, podchodzę do niej i łapię ją za talię, chcąc z radości przytulić, jednak wyczuwam dystans i puszczam ją. Jest niska, drobna, ma czarne, długie włosy. Mówię jej, że mój mąż utknął za budynkiem i skoczę tylko po niego. Zamieniam się w smoka i przelatuję znów ponad budynkiem. Mąż wchodzi mi na plecy i odlatujemy. W międzyczasie mówię mu (telepatycznie), żeby zostawił psa na wsi, bo ja nie wezmę go do Scirocco, bo będzie sierść do sprzątania. Pojawiamy się więc oboje obok kobiety bez psa. Ja już jako człowiek. Miały z nami jechać inne osoby z tego Yoshi, ale nie jechały. Pochodzimy do pojazdu kobiety, okazuje się, że ona też m Scirocco (nie wiem po co jej dwa i zastanawiam się nad tym). Na samochodzie ma folię, którą zrzuca, by wejść do środka. Otwiera mi drzwi i kładę na siedzeniu chrupki (Maczugi), które miałam ze sobą. Chcę je jej wręczyć jako prezent/rekompensatę za zwłokę. Mówię jej, że jeśli nie ma psa to niech da znać i zabiorę te chrupki z powrotem. Ona pyta mnie w jakim wieku jest mój pies, że już może jeść kurczaka (chrupki są o smaku kurczaka). Odpowiadam, że 4 lata. Ona coś tam sugeruje że jej pies ma alergię, dając mi do zrozumienia, że nie może przyjąć ode mnie chrupek.

*

W tym śnie był iglak, który płonął pod moim domem rodzinnym. Mój tata rozciął furtkę i ściął pień iglaka, ku mojemu zażenowaniu. Nie chciałam by ścinali drzewko. Mama powiedziała, że iglak spłonął do połowy, ale może wyrosną nowe liście i odrodzi się nowe życie. Następnie byłam w szkole i nauczycielka pytała dlaczego nie wzięłam paragonu za tłumaczenie od Magdy (mojej przełożonej) - w sensie, że nie wystawiłam jej paragonu za tłumaczenie dokumentu. Mówię jej w końcu, że w szkole to raczej dostaje się ocenę niż pieniądze za swoją pracę. Nauczycielka nic nie odpowiada. Opowiadam jej też o mojej sytuacji z ZUS (szczegółowo). Następnie jedziemy na wycieczkę autokarem, który zamiast jechać ulicami miasta, szybuje nad nimi. Tęsknota nagle dopada mnie za poprzednim miejscem pracy (firma R.). Wspominanie tego, że mogłabym zostać w firmie K., gdyby nie ta tęsknota za poprzednim miejscem pracy - firmie R. I tutaj coś niesamowitego - pojawiają się u mnie wspomnienia związane z R. z innych snów, zamiast z rzeczywistości. Wspominam swoje poprzednie sny o R. jak swoje prawdziwe wspomnienia - m.in mój poprzedni sen o zakupach pierdół do domu, podczas których cieszyłam się, że pracuję w R. O tym jak jechałam Scirocco na parking nadziemny R. i zaparkowałam z duszą na ramieniu na samej górze, a potem paliłam papierosa na wysokim balkonie, patrząc na miasto. O tym, jak w innym śnie siedziałam na jadalni na parterze budynku R. Lecimy dalej tym autokarem nad miastem w międzyczasie. Wyżej nad nami latają odrzutowce. Ktoś w autobusie mówi, żeby tylko nie latały nad szpitalem bo ludzie będą to zagapiać, będą również latać odrzutowcami i będzie to niebezpieczne. Odzywam się, mówiąc, że ludzie to debile. Odzywa się ktoś z tyłu i mówi że "debile" to dość mocne słowo. Zaczynamy rozmowę. Mówię, że powiedziałam to bez faktycznego posiadania tego na myśli, że dużo osób wychodzi na prostą i tak naprawdę nauczyłam się w życiu nie oceniać ludzi. Że znam osoby które były ćpunami czy alkoholikami, tak jak mój wujek (kłamałam bo mój wujek nie był alkoholikiem XD), ale wyszli z tego i są normalni i wcale nie są debilami. Zapada cisza a bus leci dalej. Wszystko za szybą wygląda... Jakby w jakimś nowoczesnym świecie. W tle dwie, skrzyżowane ze sobą tęcze. Nagle jesteśmy na jakiejś stołówce. Wchodzę tam i podbiegają jacyś mali chłopcy, z którymi się witam i podaję im rękę. Wchodzi nasza grupa i zajmuje miejsca. Jestem na wycieczce z rodzicami i siostrą, rodzice wraz z innymi ludźmi palą przy stole. Odrzuca mnie to. Chcę usiąść obok mamy i Adriana, ale wszystkie miejsca zajęte. Idę do drugiego stołu, obok mnie siada siostra i syn kuzynki Agnieszki, Mikołaj. Aga przychodzi i droczy się z synem, a potem daje jemu i sis czekoladki Merci. Jednak sis otwiera opakowanie, są tam czekoladki jak w zwykłej bombonierce - o różnych kształtach. Zjada jedną i oddaje kuzynce opakowanie z resztą. Okazuje się, że jesteśmy w Egipcie i mama gada, że jedziemy na wycieczkę, ale nie wybierzemy się na wszystkie wycieczki z dostępnej listy, bo nie ma siły na tyle atrakcji. Pytam gdzie ta lista, chcę przejrzeć. Mama odpowiada, że lista jest przy każdych drzwiach od pokoi hotelowych. Idę więc schodami na dół i zauważam listę naklejoną na jednych z drzwi. Jakiś koleś nagle mnie bierze za rękę i flirtuje ze mną. Oglądam się na boki, czy mój mąż to widzi. Spławiam kolesia. Czytam listę ale nic z niej nie wynika. Lista jest nagle nie na plakacie a na dużym, dotykowym wyświetlaczu. Są obrazki, ale nie można wyświetlić podglądu atrakcji. Nagle obok mnie pojawia się grupka ludzi ze szkoły (z mojego gimnazjum). Wśród nich Kamila, Kaśka i Adrian. Chcą bym im zrobiła fotki. Wyjmuje telefon ale jestem zła że muszę tracić pamięć na robienie im zdjęć. Robię jednak kilka ujęć i odchodzę, ale... nagle wracam i mówię do Adriana: „Wiesz co robiłam w gimbazie?”, on odpowiada, że nie. A ja nagle mu fotę twarzy z bliska zrobiłam i patrzymy oboje jak wyszła. XDD Rozmazała się, ale wyszło to zdjęcie dzięki temu tak, jakby jego ryj był namalowany na drzwiach obok niego. Podoba się nam to zdjęcie, więc mówię mu, że wyślę mu je na messengerze. Idę do toalety i próbuję otworzyć drzwi od kabiny, ale ktoś jest w środku, bo je pociąga i zamyka z powrotem. Idę więc do innej kabiny, ale nie ma papieru w niej. Idę więc do trzeciej, ostatniej. Wchodzę i jest mega ciasno i wszędzie mokro, nie ma opcji odwrócić się i przykucnąć na Małysza nad sedesem. Otwieram klapę kolankiem (brzydzę się dotknąć dłonią) i mam kolano mokre. No masz... Uznałam, że pozamiatane, muszę zrobić pranie i wyprać teraz te spodnie, skalane wodą sedesową. Naciągam sobie papier toaletowy i odrywam go, przygotowując się do zaspokojenia podstawowej potrzeby każdego człowieka. Zamiast tego jednak budzę się.

*

Miałam sen o tym, że miałam dalmatyńczyka i dwa beaucerony, które wyglądały jak dobermany. Pierw dołączył jeden beauceron, potem drugi. Był też ze mną mały szczeniaczek, kilkudniowy. Myłam go cały czas w umywalce, bo ciągle brudził pod siebie. Napuszczałam do umywalki wodę i ostrożnie umieszczałam w niej malucha, dokładnie szorując kuperek. W międzyczasie myślałam o tym jak ludzie mogą krzywdzić takie maluchy. Szczeniak notorycznie zaciągał wodę nosem, bałam się, że się utopi. Cały czas musiałam sprawdzać, czy oddycha i potrząsać nim lub klepać go w plecki, by woda wydostała się z jego noska. Szczeniak był czarny, prawdopodobnie kolejny beauceron. W końcu kiedy szczeniak jest wykąpany, wycieram go w ręcznik. Myślę sobie, że ciekawe jak to będzie z tyloma psami żyć, i że chciałam też zawsze papillona. Nosiłam na rękach szczenię, myśląc o tym, że kiedyś wyrośnie na dużego psa i już nie będę w stanie go podnieść. Tata wygania niektóre psy na dwór, a w sypialni śpi mama i siostra, a obok nich w legowisku dalmatyńczyk i beauceron. Jesteśmy w jakimś hotelu. Wychodzę na osiedle, po czym podbiega pointevin do mnie. Okazuje się że to szczeniak jeszcze, również mój, i właśnie ma swój pierwszy spacer w obroży. Po chwili wzięłam go za tą obrożę i do domu zaprowadziłam. Nagle zamiast beaucerona, z moim dalmatyńczykiem w legowisku śpi drugi dalmatyńczyk. Wywlekam go do zdjęć, robię mu kilka ujęć, po czym daję mu wolność. Chcę wziąć drugiego dalmatyńczyka na zdjęcia, ale wtem spostrzegam, że zaczyna sikać przez sen, na legowisko i na siebie (to samiec)! Szybko wyjmuję psa z legowiska i biegnę, by wynieść go na podwórko. Robię to dość chaotycznie i nieco "agresywnie". Kiedy już "wyrzucam" psa na zewnątrz, zauważam, że na osiedlu są ludzie z dziećmi. Jest mi wstyd i głupio, że teraz pewnie pomyślą, że znęcam się nad psem i wyrzucam go z domu. Ale potem wychodzę na to osiedle i widzę, że ten pies to jakby tylko kopia mojego dalmatyńczyka i mówię do siebie pod nosem, że jest podróbką. Zastanawiam się, czy będę influencerką wraz z moimi psami i będę w końcu pisać bloga i nagrywać filmiki, np. pt. „co je mój dalmatyńczyk i dwa beaucerony”. Potem nagle wiszę wysoko nad miastem i aktywuję kod na COVID, tak jak w GTA San Andreas, co wywołuje pandemię i zamieszki uliczne. Ja podziwiam wszystko z góry - jadą czołgi i militarne pojazdy. I nagle znów jestem w tym hotelu i znów wychodzę na osiedle. Wspominam jak Dyrektor mówił że powinnam zarabiać co najmniej 11 tysięcy do ręki na miesiąc, tak jak on. Myślę sobie, że musi być nieźle odklejony, bo w firmie, gdzie pracowaliśmy, nikt tak nie zarabiał. I nagle znów zmiana scenerii. Jest jakaś scena gdzie kobiecie wrzucają monetę do słoika z kapslami i ona szuka tej monety wśród tych kapsli. Obok niej jej mąż szuka smyczy i obroży swojego psa na wieszaku pełnym damskich ubrań. Wychodzę z tego domku (to taka wiejska chatka) i jakiś ziomek z GTA SA (ten uliczny NPC w bluzce w paski XD) coś gada do mnie. nastawiam ucha i słyszę, jak zaczyna snuć opowieść o swoim najebanym koledze, który gdzieś tam rzygał po krzakach. Mówię żeby przy mnie nie mówił takich rzeczy, bo to niesmaczne. Ten nagle próbuje mnie pocałować. Nie daję mu się. Biorę go za fraki i rzucam jego ciałem w drzwi wejściowe tak mocno, że ten je wyważa. Leży na ziemi jak długi. Podchodzę do niego. Kucam przy nim i mówię, że jak nie ma nic do powiedzenia mądrego to niech milczy. On tak coś tam bełkocze w odpowiedzi. Nagle wspominam mojego dziadka od strony taty i to, że kiedyś był szczupły i mimo wszystko był fajnym dziadkiem, bo też ze mną czasami lubił pogadać czy żartować. Pojawiają się też jakieś przebłyski wspomnień o tym jak byłam (nigdy nie byłam, ale dobra xD) na basenie na Krępie z jakimiś ziomkami i rozebrałam się do stroju kąpielowego, który miałam pod ubraniem, po czym cała nagrzana od słońca wskoczyłam do zimnej wody, chcąc się popisać. Była jeszcze nagle jakaś scena... Jakbym to oglądała w telewizji... O dzieciach, które były na zawodach i ulokowane w klatkach dla królików, miały zjechać po piaszczystym spadzie na plaży i wskoczyć do wody. Kto wskoczy - wygrywa. Każde dziecko było zamknięte w klatce dla królika, która posługiwała im za swego rodzaju "sanie". Jechały po piasku aż do wody, po czym miały tymi klatkami wjechać do wody i zacząć w niej pływać.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post


Skocz do:

UA-88656808-1