Dziennik Lorellai
#11
(21-08-2019, 15:16 )Lorellai napisał(a):
 Nagle trąbi na nas autobus. 

Cholerni Chorwaci... Jeżdżą tym swoim czerwonym autobusem po snach innych ludzi i jeszcze trąbią w nieodpowiednich momentach.

Tydzień temu mnie przejechali, a przedprzedwczoraj w moim nieświadomym śnie rozjeżdżali ludzi w mojej rodzinnej miejscowości :-w .
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#12
(21-08-2019, 15:16 )Lorellai napisał(a): Całujemy się hardo i wpadamy do garażu gdzie robi się gorąco. Siadamy na skrzynkach i rozbieramy się, wciąż całując się łapczywie.

Podoba mi się ten fragment. Jest pełen namiętności.
Wierzę, że po zaśnięciu świadomość nadal istnieje. Zaśnięcie nie jest końcem.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#13
Dzisiejszy sen:

W końcu mi się śnił Trevor Phillips. Już myślałam, że ta błogosławiona chwila nigdy nie nastąpi... <3 
Pierw byłam na dole u siebie w domu i nagle usłyszałam, że ktoś wbija na chatę. Patrzę, a to mój pies. Wyprosiłam go, ale po chwili, kiedy podeszłam do okna tarasowego, zauważyłam jak moja RIP babcia i dziadek cisną mi się na chatę. W przedpokoju postawili worek ze śmieciami. Spytałam ich po co przynieśli mi do domu worek ze swoimi śmieciami, w odpowiedzi usłyszałam, że dziś jest dzień Kolumba i każdy zabiera z domu swój worek śmieci i daje innym do domów. Moja siostra miała w szafie z ubraniami słodycze, które jej podpierdalałam i zjadałam. Następnie dziadkowie magicznie zniknęli, za to w domu pojawił się Michael i Franklin, ale bez Trevora. Kazałam im zadzwonić po mojego daddy'ego i Franek złapał za telefon. Zadzwonił dwa razy i dwa razy Trevor odmówił. Za trzecim razem w końcu się zgodził a na tarasie pojawił się telewizor, na którym było widać, z monitoringu, jak Trevor szykuje się do wyjścia. Był odziany w sukienkę, którą zamienił na garnitur i wyszedł. Czekamy na niego. I nagle w telewizorze widzę Trevora, który wbija do mojego domu i daje mi kwiaty, po czym się całujemy. Nagle Trevor pojawia się faktycznie obok mnie i całuje po karku i szyi. Odwracam się i śpiewam mu romantyczne piosenki w tym piosenkę z 'Titanica'. Nagle BUM. To sen! Mówię kochaneczkowi, że wychodzimy na dwór. W myślach sobie powtarzam, że to sen, że będzie super, że w końcu spróbuję mieć całkowitą kontrolę. Byłam jednak w pośpiechu, i chyba to mnie zgubiło. Chciałam zrobić to co zwykle - stać się smokiem i lecieć przed siebie. Schodzę z tarasu i patrzę na swoją dłoń, wszystko z nią okej, paluszków mam pięć, pazurki pomalowane na biało. Aby się zakotwiczyć we śnie, skupiam wzrok na lampie ulicznej, ale zamiast tego czuję, że sen się spłyca. Ups. Zamieniam się w smoka, trevor siada mi na karku. Czuję jego ciężar na sobie, wzbijam się w powietrze. Czuję powietrze pieszczące moje smocze ciało, czuję trzepot skrzydeł i wysiłek jaki muszę włożyć w czynność latania. Lecę szybko, niestety mało widzę, brak wyobrażenia co do krajobrazu.

Notatki:
- znowu fail w kontroli snu,
- próba skupienia wzroku na obiekcie nie działa jak powinna,
- dobre, realistyczne odczucia jako smok,
- kiepskie odczucia wizualne,
- Trevor <3.



Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#14
Dzisiejszy sen:

Wraz z resztą wolontariuszek z organizacji Lab Rescue idziemy gdzieś jakimś osiedlem, ktoś nas wezwał do złapania kreta, który buszuje i robi podkopy na osiedlu. Gadamy o tych kretach i o tym jak humanitarnie można się ich pozbyć, przeganiając je w pizdu za pomocą zgniłej cytryny wsadzonej do ich kanałów. W oddali widzę jak właśnie kret kopie i wciska się w glebę by po chwili pojawić się za mną nie już jako kret a jako ogromny, wielkości bernardyna, jeż. Właściwie wyglądał on jak niedźwiedź porośnięty kolcami. Odwróciłam się, wystawiając ku niemu rękę, dał się pogłaskać. Idziemy z wolontariuszkami go wykąpać, wbijamy do budynku, wsadzamy to... coś pod prysznic i puszczamy nań wodę. Czuję mokrość na stopach, patrzę w dół, moje buty są zmoczone wodą. Kąpiąc bydlę, rozmawiamy o makijażu. Mówię im, że nie używam makijażu często, tym bardziej, że reszta z wolontariuszek nie maluje się, dlatego wyglądałoby to kiepsko, gdybym tylko ja jedna z nich się malowała. Obok stoi piekarnik, odrywam się od czynności mycia tego kolczastego kloca i podchodzę do piekarnika. Odwracam się, widzę jak parę dziewczyn wyrabia ciastka, patrzę do piekarnika, w nim studzą się inne. Wyjmuję je, wołam jedną loszkę by podała mi talerz. Inna uważa, że te nowe, świeżo wyrobione ciastka są twarde i pewnie robił je jej chłopak. Mówię, że te wystudzone są miękkie i kruche i daję im do spróbowania. Sama próbuję, ale wisi nad piekarnikiem skład owych ciasteczek i widzę, że w składzie mąka pszenna i cukier. No masz... Zamiast odłożyć trujące i splugawione cukrem i oczyszczoną mąką ciastko, żrę je w dalszym ciągu i nagle wiem, że mogę te ciastka jeść, bo to sen i nic mi nie grozi. Wychodzę z łazienko-kuchni, pędzę przez budynek, skaczę prosto w ścianę i przechodzę przez nią, wizualizując sobie plażę z klifem za ścianą. Pojawiam się tam, ale za mną wciąż obecne jest wnętrze tego budynku. W oddali widoczne są kamienne skały, patrzę na nie, skupiam wzrok, by sen się wyostrzył. Odwracam się, widzę że wolontariuszki wciąż siedzą gdzie siedziały. Staję się smokiem, z mojej paszczy wydobywa się donośny, smoczy ryk po czym wzbijam się w powietrze i lecę, jednak wiatr jest dosyć mocny, dodatkowym utrudnieniem staje się burza piaskowa. Na jawie mój pies wskakuje na łóżko i budzi mnie z kolejnego, chujowego snu świadomego.

Notatki:

- jedzenie słodyczy stało się swego rodzaju w tym śnie testem rzeczywistości, czymś, co uśmiadomiło mnie, że to sen. Nie był to pierwszy raz, kiedy we śnie uświadomiłam sobie, że to sen, jedząc coś, co jest dla mnie zakazane na jawie.
- sen, jak wspomniałam, chujowy, ponieważ znów słabo kontrolowany. 
- słaby zmysł wzroku, utrudnienia w postaci burzy piaskowej, a ja znowu na tyle głupia, by po prostu nie nakazać umysłowi usunięcia wiatru i burzy piaskowej,
- stale ten sam błąd - podświadomy pośpiech, chęć wykorzystania LD jak najlepiej, zanim się obudzę, przez co nie wykorzystuję go wcale. Lepiej przez chwilę mieć kontrolę, niż mieć długi, ale do dupy świadomy sen, wiedzieć to wiem, ale kiedy moje "senne ja" to zrozumie?
- /summon desert storm - no what the fuck z tą pieprzoną burzą piaskową?
- lucid_dream.exe denied to work. Try again later.



Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#15
Dzisiejszy sen:

Zostałam złapana przez Boltonów (tych chujków z GoT) i przetrzymywana w ich Klanie. Nie byłam tym z początku szczególnie przejęta, wręcz czułam, że z tego wyjdę cało. Kiedy przechadzałam się po ich zamku, napadło na mnie jakieś murzyńskie dziecko, właściwie nastolatek, z nożem. Nie wystraszyło mnie to, wręcz miałam w dalszym ciągu dosyć olewcze podejście. Oboje z murzynem w tym samym czasie przystawiliśmy sobie do gardła noże. Zapytałam go: „I co, teraz zabawa w „kto pierwszy wbije nóż?”” – wtem na dziedziniec wszedł prawdopodobnie ojciec murzyna, pytając go podenerwowany: „Co robisz dziewczynie?!” Murzyn nie odpowiedział nic, za to szybko cofnął nóż z mojego gardła i prysnął. Poszłam dalej, przed siebie, kontynuując przechadzkę i wtem przede mną pojawił się ten, który to mnie we własnej osobie porwał i był odpowiedzialny za uprowadzenie i przetrzymywanie mnie. Powiedział mi, że mam się zmierzyć z nim na miecze, a jeśli przegram, stracę życie. Wtedy odczułam we śnie emocje – strach i zdeterminowanie. Miałam przygotować się do walki. W pobliżu mnie stał wbity w ziemię krzyż ze sztandarem na nim, na którym to sztandarze widniał obdarty ze skóry człowiek – symbol Boltonów. Chwyciłam krzyż. Wyszłam na arenę, trzymając w rękach owy krzyż, a za pasem spodni, z tyłu, miecz. Porywacz stał naprzeciwko mnie. Na jego oczach, powoli krocząc ku niemu, pierw obróciłam miecz do góry nogami, a potem przełamałam krzyż na pół, drąc tym samym sztandar, i odrzuciłam dwie części zniszczonego już krzyża na bok. Wyjęłam miecz zza siebie i skierowałam go ostrzem na przeciwnika. Obok mnie było lustro, odwróciłam głowę, by przejrzeć się jeszcze przed walką – miałam włosy związane w wysoki kucyk i obcisły kostium na sobie. Odwróciłam głowę z powrotem, mierząc się z porywaczem. Trzymając miecz w prawej dłoni, lewą dłonią wykonałam ruch jakbym przejechała nią po ostrzu miecza, które zaczęło płonąć (to także motyw z GoT). Czułam, że rękojeść miecza oraz moja prawa dłoń trzymająca ją także płoną – spojrzałam na tę płonącą dłoń i doskonale byłam w stanie dojrzeć nawet najdrobniejsze płomyki, które wcale nie raniły, a delikatnie pieściły skórę. Byłam w końcu Alfą Ognia, ogień nie mógł mnie zranić, za to mógł dodać mi sił. Rozpoczęła się walka. Oboje wykonaliśmy atak, nasze miecze z brzdękiem uderzyły o siebie. Przeciwnik zawahał się chwilę, po czym chwycił po swoją tarczę, z logiem Boltonów na niej. Powiedziałam „Tak, to dobry pomysł, bo z Tobą nic nigdy nie wiadomo”, po czym także sięgnęłam po swoją tarczę – czerwoną, z logiem Klanu Ognia (czarny smok na czerwonym tle). Czułam bardzo dobrze tarczę w dotyku, czułam każdą wibrację tarczy i jej odbicie, kiedy miecz przeciwnika w nią uderzył. Oddałam atak. Pudło – tarcza. Jeszcze raz. I on i ja jednocześnie. Oboje spudłowaliśmy – tarcze. W końcu uderzyłam swoją tarczą o tarczę przeciwnika tak, że ta wypadła mu z rąk. Skorzystałam z chwili dezorientacji porywacza i wbiłam miecz w jego tors. Zrobiłam to jednak na tyle delikatnie, że miecz nie przebił go na wylot. Jednocześnie zrobiłam to na tyle mocno, że poczułam pod ręką opór kości żebrowej, a w uszach zagrzmiał mi chrupot. Okazało się, że trafiłam prosto w obojczyk. Przeciwnik przeraził się nie na żarty, po czym padł na kolana, panicznie zawodząc. Pytam „co teraz?” acz odpowiada mi tylko szloch. Ponawiam więc pytanie: „jeszcze nie wbiłam miecza do końca, zatem pytam, co teraz?”, acz odpowiada mi wciąż głuche, histeryczne zawodzenie. W tej chwili rozumiem, że ciemiężca tak naprawdę wcale nim nie był, a został zmuszony do porwania mnie i walki ze mną przez kogoś wyżej rangą od niego. Cofam miecz. Klękam przy nim, dotykając ranę palcami i oceniając na ile poważna ona jest. Budzę się, bo mój kolega-ciota postanowił o 4:30 nad ranem powysyłać mi serię SMS-ów.

Notatki:

- odczuwanie emocji, 
- możliwość dostrzeżenia nawet drobnych szczegółów, co zwykle w snach nie jest u mnie mozliwe, 
- świetny sen z rozbudowaną, fajną fabułą i rozbudowanym trybem walki, 
- odczuwanie bodźców fizycznych z dokładnością, 
- reflekcje we śnie, które nachodziły mnie bez poparcia dowodami czy doświadczeniem (jasnowidzenie?)



Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#16
UWAGA, BONUS! NOWOŚĆ, HIT ROKU 2020!
PIERWSZY W ŻYCIU...
DZIWACZNY, CREEPY I TOTALNIE POPAPRANY...


PARALIŻ SENNY: 

Śniło mi się że ja i moja siostra chodziłyśmy z ojcem po parku, gadaliśmy, za chwilę mieliśmy iść ciuchy kupować i on mnie swatał ze swoim kolegą. WTF. Prawił mi o nim, jaki to z niego Belmondo i w ogóle. Wtem nagle sen zniknął a ja miałam fałszywe przebudzenie. Czasami jak się obudzę to jeszcze mam takie hipnagogi posenne, tj. halucynacje, które polegają na tym, że drzemię sobie a np. słyszę jeszcze głosy ze snu i śnię urywki snów ale czuję, że nie śpię tylko właśnie płytko drzemię i nie jestem zakotwiczona w tym śnie, mam świadomość, że wtedy wystarczy jedno poruszenie powieką czy ciałem a te halucynacje i półsen znikną. Lubię ten stan i specjalnie co jakiś czas otwieram oczy, by się wybudzić i znowu tak przysnąć. Czuję się wtedy jak na fazie, jak naćpana czymś zajebistym i co najlepsze, najlepiej mi jest wejść w Świadomy Sen z takiej drzemki. No i miałam właśnie podczas tego całego paraliżu takie coś, tyle że fałszywe. Tzn. Obudziłam się, ale we śnie i myślałam, że obudziłam się na serio. Słyszałam głosy tak jakby ojciec do mnie w dalszym ciągu coś pierdolił. To były jakieś porady życiowe. Niektóre całkiem zastanawiające, inne absurdalne. Pomyślałam sobie: „Dobra, specjalnie się jeszcze nie zbudzę i zostanę w tym stanie, bo aż mnie ciekawi co te głosy mi jeszcze powiedzą. Będę się mogła pośmiać za dnia…” I nagle słyszę „obudź się, już przyszedł" i pomyślałam, ale przypał, przyszedł do pokoju z tym swoim kolegą a ja śpię! Otwieram oko, nikogo nie ma. Oczywiście to cały czas sen, oko otworzyłam we śnie. Leżałam na plecach, jedna ręka za głową, druga wzdłuż ciała. I ten ojciec dalej coś gada i nagle znowu otwieram oko... A tu pluszak który siedzi na szafie, nagle sam się przesuwa i upada na podłogę. A ja nagle panika i krzyczę w myślach „kuuurwaaa duchyyy!!! Zaraz idę do mamy (akurat wiedziałam, że już nie spi), powiem jej że misiek spadł, kurwa on spadł!!!!" i pokazałam palcem na tego miśka po czym sama zsunęłam się z łóżka i upadłam na podłogę. Jak tylko uderzyłam o podłogę plecami to nagle nastała ciemność i zrobił się jakby reset, znalazłam się znowu na łóżku w tej samej pozycji i tu się zaczęło robić coraz dziwniej. Mianowicie czułam, że nie mogę się ruszyć! Cały czas w myślach, tak jakbym sobie to wyobrażała, wierzgałam i wymachiwałam rękami, próbując ściągnąć z siebie kołdrę i wstać, ale jednocześnie czułam że moje ciało pozostaje totalnie bez ruchu. Chciałam za wszelką cenę się podnieść i zobaczyć czy pluszak leży na podłodze, machałam rękami i się trzepałam w wyobraźni, czując w rzeczywistości że jestem sparaliżowana. Jednocześnie towarzyszyły temu dziwaczne odgłosy, jakby dudnienia. Myślę sobie „dobra może zamiast się tak trzepać, spróbuję wolniej, może się uda" i jeszcze raz, już wolniejszymi ruchami, podnoszę ręce w myślach, wyobrażam sobie jak wierzgam nogami żeby odepchnąć kołdrę... Ale nic z tego. Dalej faktycznie leżałam nieruchomo. I nagle NAPRAWDĘ się obudziłam, otworzyłam oczy, poruszyłam rękami, pluszak był na swoim miejscu. 


Co czułam? Strach? O dziwo właśnie nie. Bynajmniej nie paniczny, jedynie lekki niepokój, możliwe, że dlatego, że był już ranek. W środku nocy pewnie bym się bardziej obsrała. Byłam nawet lekko podekscytowana – coś czego tak bardzo się obawiałam, stało się… I było jedynie bardzo dziwne, ale nie straszne. Pomyślałam sobie: „WOW, a więc to jest właśnie ten paraliż senny?” Myślę, że przydarzyła mi się bardzo łagodna postać paraliżu sennego. Następnym razem może być gorzej… Odpukać, oby, kurwa, nie było kolejnego razu. Albo niech sobie będą, byle nie w środku nocy, a już bynajmniej, o zgrozo, nie o trzeciej nad ranem, bo dosłownie wysram własne jelita ze strachu.



Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post


Skocz do:

UA-88656808-1