03-02-2022, 18:52
Noc 02/03 lutego 2022
Ostatnio więcej stresu w życiu niż zwykle, miałem drobne problemy z zaśnięciem. Położyłem się po 2, zasnąłem po 3.
Pamiętam fragmenty snu, gdzie miałem prolemy ze snem i potem stałem pod warzywniakiem. Kupowałem jakieś warzywa. Pamiętam, że miałem nawracające ataki silnej derealizacji, zakłopotania i w ogóle widziałem tunelowo. To było bardzo nieprzyjemne, nawiedzały mnie wtedy duchy i miałem halucynacje.
Miałem sen, w którym byłem w swoim małym pokoju w domu rodzinnym, pogoda była słoneczna i ładna. W pewnym momencie ujrzałem na podłodze kałużę wody, a obok tej kałuży ujrzałem zbutwiałą deskę od podłogi. Zobaczyłem, że deskę da się podnieść. Gdy to zrobiłem, spod deski zaczęły wyskakiwać malutkie rybki, największa była wielkości może palca wskazującego. Zastanawiałem się skąd te rybki się biorą i jednocześnie ujrzałem dokument naukowy o najmniejszych rybkach świata - mniejszych od ziarnka piasku. Łapałem te rybki i wrzucałem je do ubikacji i spuszczałem, bo chciałem je uratować. Potem pod tą deską ujrzałem cztery małe kotki, które wyciągnąłem. Dwa kotki były mniejsze od dwóch pozostałych. Były to dwie pary z różnych miotów. Bardzo te kotki mi się podobały, jednocześnie moje dwa aktualne zaczęły świrować. Potem mój tata ujrzał jak trzymam jednego kota i zapytał kto się nim zajmie, bo na pewno nie my. Kotki nagle wyskoczyły z mojego okna z drugiego piętra, zastanawiałem się czy nic im się nie stanie, bo te jedno rodzeństwo było bardzo drobne. Wychylałem się przez okno i widziałem całą masę kotów pod oknem, było ich może z 15, zebrały się i stworzyły puchatą poduszkę. Wyszedłem do nich i w międzyczasie rozmawiałem z siostrą o sporcie i z jakiegoś powodu zacząłem jej opowiadać o tym, czym jest faza REM. Gdy dotarłem do kotków, wszystkie zniknęły, zamiast nich było dużo osiedlowych gapiów. Najwyraźniej spłoszyły kotki.
Te część nocy pamiętam najdokładniej. Wychodziłem z jakiejś klatki schodowej z siostrą, mieliśmy coś gdzieś zanieść. Pogoda była typowo letnia, kierowaliśmy się w stronę jakiegoś parku. Było duszno, a na niebie zaczęły zbierać się burzowe chmury. Zacząłem słyszeć grzmoty i widziałem błyski, powiedziałem siostrze, że musimy wracać. Siostra mnie nie posłuchała i pobiegła zanieść to co mieliśmy ze sobą. Ujrzałem chmury konwekcyjne i zacząłem biec pochylony w stronę klatki jednocześnie pod nosem mówiąc
- Tylko żeby mnie nie trafił piorun...
Bałem się, że wywołam wilka z lasu. Obserwowałem chmury i błyski. Chmury coraz ładniej się formowały, ujrzałem, że zaczęły wirować. Gdy stałem pod klatką zaczęło padać i na wprost mnie, może z 500 metrów od klatki, w centrum ulicy zaczęło tworzyć się potężne tornado. Wtedy zacząłem się zastanawiać na ile to możliwe. Pomyślałem hmm... Może zrobię TRa? Byłem jednak przekonany, jak zwykle w takich chwilach, że jest to rzeczywistość, a mi w końcu pierwszy raz udało się być świadkiem tornada. Zatem zignorowałem myśl o wykonaniu TRa, dalej się zastanawiając na ile to jest możliwe, że to sen. Wtedy zobaczyłem, że tornado idzie w moim kierunku, wycofałem się i zacząłem zbiegać do piwnicy, jak najniżej. Stałem kilka metrów pod ziemią i usłyszałem wołanie siostry o pomoc. Zaczęła mówić o tym, jak to już wiele razy żyła, a jej świadomość się reinkarnowała. Powiedziała, że to tylko chwila i że umrze. Zaczęła wirować w tornadzie i wołała przepraszając całą moją rodzinę i wyznając nam szczere uczucia. Słyszałem jakieś głosy i generalnie szumiało mi w uszach i wiało w łeb. Zbiegając po schodach w dół, z jakiegoś powodu na dole było wyjście z klatki, tak jakbym zatoczył koło i zbiegał z góry, a nie do piwnicy.
Gdy wyszedłem z klatki pojawiłem się w jakiejś rezydencji, byłem z dwoma przyjaciółmi. Właściciel rezydencji opowiadał o tym, że można u niego znaleźć wszystko i nic, bo jego rezydencja jest nieskończona. Opowiadał o tym, że to jest sen, jednak jego słowa niewiele mi wytłumaczyły. Szukaliśmy ze znajomymi jakichś dupeczek. Poznałem jedną fajną kobietę i wspólnie przygotowywaliśmy się do stosunku, byłem obserwowany przez moją siostrę.
Potem pamiętam, że miałem paraliż. Ciężko mi powiedzieć, czy to nie był sen o paraliżu, jednakże towarzyszyły mi doznania paraliżowe. Otóż jak tak leżałem, to byłem przekonany, że jestem w swoim rodzinnym domu. Nie byłem jednak w standardowym miejscu tylko w pokoju, w którym mieszkałem jak miałem mniej niż 12 lat. Dookoła mojego łóżka coś chodziło i hałasowało, wydawało masochistyczne dźwięki. Co chwile mnie dotykało, wbijało palce w żebra, wsadzało język do ucha, przeraźliwie się śmiało. Myślałem o pozostaniu spokojnym, kusiło by otworzyć oczy, ale tego nie zrobiłem. Potem poczułem jakby mnie wessało do snu.
Pojawiłem się w miejscu, które opisałem przed chwilą. Wszystko było dziwnie kolorowe, trochę powiedziałbym psychodeliczne. Moja matka stała w tym pokoju oraz jakiś mężczyzna. Matka była niezwykle upierdliwa, co chwilę na mnie krzyczała i mnie atakowała. Powodowała, że sen zamieniał się w doznanie niezwykle paniczne z towarzyszącą derealizacją. Wtedy, gdy kuliłem się pod jej nogami, zdecydowałem, że wstanę. Podniosłem się, spojrzałem jej w oczy i powiedziałem
- "Zamknij się"
Uciszyła się, a ja po wykonaniu serii TRów zastanowiłem się, która może być godzina i ile mam czasu. Uznałem, że to jedna z pierwszych faz, że mam do 10 minut. Jakość snu była bardzo dobra, nic się nie chwiało, wszystko bylo stabilne, a ja czułem się 9/10 w skali tu i teraz. Pomyślałem
- "Seks or not to seks..."
Ale poczułem, że moje libido było normalne, nawet trochę nieistniejące.
Zatem wyszedłem na balkon. Kiedyś miałem sąsiada, który mieszkał na balkonie na przeciw mnie i czasem ze sobą gadaliśmy. Pomyślałem, że chcę zwiedzić jego dom, bo zawsze się zastanawiałem, jak jest u niego w pokoju. Zacząłem wołać sennego przewodnika. Dosyć szybko z tego pokoju na przeciw mojego balkonu, na balkon wyszedł chłopak, którego pamiętam właśnie z dzieciństwa. Przedstawił się jako dzisiejszy senny przewodnik i powiedział bym do niego podszedł.
Zeskakując z balkonu i wspinając się do niego zastanawiałem się czy dalej kontaktuję. Potem zaprowadził mnie na dach swojego bloku, szedłem wzdłuż dachu i ujrzałem dziwne ule w kształcie starych, wielkich kłód. Latały wokół nich ważko-pszczoły. Gdy odwróciłem głowę w stronę sennego przewodnika ujrzałem, że wyciągnął z kieszeni kalarepę, podrzucił do góry i odbił ją piętą. To było dziwne, na koniec do mnie mrugnął. Potem zeskoczył z dachu, a ja wróciłem do ciała.
Leżałem i wykonałem fiksację oczu. Po chwili doznałem paraliżu. Senna zmora stała się bardziej nieznośna, bo obmacywała mnie w kroku i potem złapała za szyję. Gdy usłyszałem dźwięk ostrza i poczułem jak przykłada je do szyi, zestresowałem się i zacząłem machać rękami. Generalnie to było dziwne, bo mogłem nimi ruszać, może to był już sen. Natomiast panikując obudziłem się. Było chwile po 5.
Drogi wszechświecie, ześlij nam potężne LDki i niezwykłą pamięć snów.





