21-08-2019, 13:37
Może nie sen, ale opis godny tego dziennika.
Była godzina trzecia.
Więc...
Godzina trzecia, a mój mózg zbombardowany ogromną liczbą bodźców nie miał zamiaru pozwolić mi na sen.
Postanowiłem się nieco wyciszyć.
Rozebrałem się, położyłem na łóżku, zamknąłem oczy, a całą uwagę skupiłem na tykaniu zegara.
W pierwszej chwili ciężko było porzucić wszelkie myśli, aczkolwiek progres było widać, gdyż z tematów kotów srających tęczą mózg przerzucił się na tematy spokojniejsze.
Potem pojawiły się jakieś rozważania na temat Boga, religii i przyszłości, nie wiem, jak długo trwać to mogło, gdyż czas to było mi pojęcie obce w tamtym momencie, choć po chwili... Umysł ucichł.
Perfekcyjny brak myśli.
Nie słyszę już nawet tykania zegara.
Mimo to utrzymuje idealne skupienie... Na pustce.
Nie czułem nóg. Oddech gwałtownie się spłycał.
Moje oba kciuki zaczęły wibrować, a ja samowolnie się uśmiechałem tak szeroko, jak tylko mogłem.
Szczęście wypełniało mi brzuch, a z powodu radości ledwo byłem w stanie łapać powietrze.
Nagle cała prawa dłoń zaczęła wibrować.
Nie byłem już w stanie kontrolować emocji i wyszedłem ze swojego rodzaju "transu".
Była już godzina 5:22...
Te wibracje są zajebiste. Definitywnie spróbuję i dziś.
PS. Po prostu leżałem i skupiłem się na zegarze. Nie ogarniam tych czakr, kamyczków i innych pierdół tak jak ogarnia to Nalewa.
Choć... Najwyraźniej spróbuję, chociaż zagłębić się w temat
.





