09-08-2019, 13:24
Po ostatnim nieco długim poście, czas na sen w swej postaci krótki.
Noc już była późna, a ja wraz z nieznanymi mi marynarzami, statkiem fale bezkresnego i wzburzonego Bałtyku przemierzałem.
Moi towarzysze śpiewali szanty...
Jedna przypadła mi niebywale do gustu, lecz z powodu braku znajomości słów do odśpiewania włączyć się nie mogłem.
(Tekstu za bardzo nie pamiętam, ale kawałek przytoczyć się postaram).
Ciągnij bracie sznur!
W górę i w dół!
Zarzygaj burtę w chuj!
W górę i w dół!
(Więcej nie pamiętam i bardzo tego żałuję).
W każdym razie, w pewnym momencie jeden z marynarzy zaproponował wszystkimi...
Wykwintne wino pochodzenia rosyjskiego...
Na samą myśl już zaczęły pojawiać się u mnie odruchy wymiotne.
Dodając do tego, że znajdowaliśmy się na środku wzburzonego morza i właśnie zbliżał się sztorm...
To musiało się źle skończyć.
Nagle... Fale, grzmoty, świsty, niebo czarne, koniec świata!
- Grzmoty jak u mnie w kiblu!
(Ktoś krzyknął).
Wszyscy mieli naprawdę spory ubaw z zaistniałej sytuacji.
Wydawało się, że tylko ja jestem cały zielony na twarzy.
Na statku wszechobecne były śmiechy, swawole i rzyg.
Zrzygałem się... budząc się.
(Całe szczęście po obudzeniu rzygów nie zastałem, choć... Podejrzewam, że blisko nieszczęściu było.
Jaki morał z tego snu wynika?
Chińskie zupki, może i w wykonaniu szybkie i smakiem nie pogardzę, lecz przed snem... Warte swego smaku chemii nie są).
9 sierpnia 2019





