16-11-2018, 16:21
16.11
Byłem w tunelu pod ziemią, goniła mnie zapadająca się ziemia. Jedna z postaci uciekających wraz ze mną zasugerowała, że może to nie zwyczajne obruszenie ziemi, a coś próbuje nas zjeść. Obejrzałem się. Rzeczywiście goniła nas ogromna brązowa dżdżownica z wielkimi zębami. Udało się nam jej uciec, znaleźliśmy się na placu zabaw obok mojej szkoły, była noc. Zauważyłem, że postacie z które ze mną uciekały mają tułów oddzielony od ich nieproporcjonalnie wielkich głów które trzymały w dłoniach, niektóre po prostu leżały na ziemi. Chwilowy przebłysk świadomości, pomyślałem, że śnie. Nagle bez sensownej przyczyny zacząłem odczuwać duży niepokój, wręcz przerażenie w stosunku do postaci mężczyzny w blond włosach i brodzie po mojej prawej. Wszystkie te dziwne istoty nagle zniknęły. Poczułem, że postać która wzbudziła we mnie strach weszła do mojej głowy. Miałem wrażenie że jest w mojej potylicy. Powtarzał w kółko, systematycznie grubym głosem "umrzesz, umrzesz". Krzyczałem, że ma wypierdalać z mojej głowy i nie wierze w jego słowa. Obudziłem się dosłownie obok na szczycie małej wieżyczki z placu zabaw. Zapaliłem światło pstryczkiem. Lampka była bardzo jasna, pomyślałem, że światło zaraz zwabi tu z powrotem jakichś nieproszonych gości. Próbowałem je wyłączyć ale zaraz dostrzegłem, że z oddali zbliżają się do mnie dwie czarne postacie z dwoma psami. Rzuciłem się do ucieczki, przeskoczyłem przez bramkę w ostatniej chwili. Jeden pies zdechł podczas próby przejścia przez nią, drugiemu się udało, na czarne postacie wolałem się nie oglądać. Szczęśliwie bieg wychodził normalnie, dałem taką długą ze pies mi mógł co najwyżej powąchać pięty. Wstał poranek, wbiegłem na jakieś bardzo gęsto zabudowane osiedle i uciekałem przez nie w linii prostej całkiem efektownym parkurem. Wyszedłem na dobrze mi znaną polną uliczkę. Oprawców nie było nigdzie widać, ale poczułem mocny strach, bo miałem wrażenie że zaraz znów zacznę słyszeć ten głos w głowie. W moich dłoniach pojawiło się lustro, przyglądałem się odbiciu. Było bardzo mgliste, ale widziałem, że odbicie powoli zmienia się w głowę blondyna z brodą. Pomyślałem, że w snach zawsze własne odbicia są strasznie niewyraźne. Idąc dalej tą myślą spojrzałem na swoje dłonie. Zanikały i pojawiały się na przemian. Cholera, przecież skoro śnię to mogę robić co chcę, dlaczego uciekam. Zamknąłem oczy i wzleciałem do góry. Zacząłem obracać się w okół własnej osi. Kiedy otworzyłem oczy okazało się, że znajduje się na karuzeli z powrotem na placu zabaw, a obok stoją dwie postacie które przed chwilą mnie goniły. Zdałem sobie sprawę, że jedna z nich jest uosobieniem mojego strachu przed śmiercią, a druga lęku w ogóle. Podszedłem do nich i podałem rękę jednemu, potem drugiemu. Wyglądali na zakłopotanych. Obudziłem się.
Byłem w tunelu pod ziemią, goniła mnie zapadająca się ziemia. Jedna z postaci uciekających wraz ze mną zasugerowała, że może to nie zwyczajne obruszenie ziemi, a coś próbuje nas zjeść. Obejrzałem się. Rzeczywiście goniła nas ogromna brązowa dżdżownica z wielkimi zębami. Udało się nam jej uciec, znaleźliśmy się na placu zabaw obok mojej szkoły, była noc. Zauważyłem, że postacie z które ze mną uciekały mają tułów oddzielony od ich nieproporcjonalnie wielkich głów które trzymały w dłoniach, niektóre po prostu leżały na ziemi. Chwilowy przebłysk świadomości, pomyślałem, że śnie. Nagle bez sensownej przyczyny zacząłem odczuwać duży niepokój, wręcz przerażenie w stosunku do postaci mężczyzny w blond włosach i brodzie po mojej prawej. Wszystkie te dziwne istoty nagle zniknęły. Poczułem, że postać która wzbudziła we mnie strach weszła do mojej głowy. Miałem wrażenie że jest w mojej potylicy. Powtarzał w kółko, systematycznie grubym głosem "umrzesz, umrzesz". Krzyczałem, że ma wypierdalać z mojej głowy i nie wierze w jego słowa. Obudziłem się dosłownie obok na szczycie małej wieżyczki z placu zabaw. Zapaliłem światło pstryczkiem. Lampka była bardzo jasna, pomyślałem, że światło zaraz zwabi tu z powrotem jakichś nieproszonych gości. Próbowałem je wyłączyć ale zaraz dostrzegłem, że z oddali zbliżają się do mnie dwie czarne postacie z dwoma psami. Rzuciłem się do ucieczki, przeskoczyłem przez bramkę w ostatniej chwili. Jeden pies zdechł podczas próby przejścia przez nią, drugiemu się udało, na czarne postacie wolałem się nie oglądać. Szczęśliwie bieg wychodził normalnie, dałem taką długą ze pies mi mógł co najwyżej powąchać pięty. Wstał poranek, wbiegłem na jakieś bardzo gęsto zabudowane osiedle i uciekałem przez nie w linii prostej całkiem efektownym parkurem. Wyszedłem na dobrze mi znaną polną uliczkę. Oprawców nie było nigdzie widać, ale poczułem mocny strach, bo miałem wrażenie że zaraz znów zacznę słyszeć ten głos w głowie. W moich dłoniach pojawiło się lustro, przyglądałem się odbiciu. Było bardzo mgliste, ale widziałem, że odbicie powoli zmienia się w głowę blondyna z brodą. Pomyślałem, że w snach zawsze własne odbicia są strasznie niewyraźne. Idąc dalej tą myślą spojrzałem na swoje dłonie. Zanikały i pojawiały się na przemian. Cholera, przecież skoro śnię to mogę robić co chcę, dlaczego uciekam. Zamknąłem oczy i wzleciałem do góry. Zacząłem obracać się w okół własnej osi. Kiedy otworzyłem oczy okazało się, że znajduje się na karuzeli z powrotem na placu zabaw, a obok stoją dwie postacie które przed chwilą mnie goniły. Zdałem sobie sprawę, że jedna z nich jest uosobieniem mojego strachu przed śmiercią, a druga lęku w ogóle. Podszedłem do nich i podałem rękę jednemu, potem drugiemu. Wyglądali na zakłopotanych. Obudziłem się.





