20-08-2018, 08:06
Jestem w swoim ogrodzie i próbuję wyjechać zeń samochodem. Jest bardzo nierówno i nie ma wiele miejsca na manewry, ale po wielu próbach udaje mi się dojechać do bramki. Nie chce mi się wysiadać więc powoli popycham ją samochodem i wyjeżdżam na chodnik. Patrzę przez przednią szybę i wygląda, że wgiąłem błotnik i chyba uszkodziłem reflektor. Kiedy przyglądam się uważnie widzę wgięcia po bokach i na masce lakier zdarty aż do metalu. Niemożliwe aby to było wynikiem popychania bramki. Wychylam się przez okno i to samo widzę na dachu. Przypominam sobie, że była burza z gradobiciem i to ona musiała mi zniszczyć samochód. Czuję ulgę, ze to nie moja wina i jest szansa na ubezpieczenie.
Wysiadam z samochodu i idę na zewnętrzny północnozachodni róg ogrodu. Rozglądam się i widzę straszliwe zniszczenia po burzy. Miasto wygląda jak po bombardowaniu; gruzy, pozrywane dachy, powyrywane okna, całkowicie zniszczone domy. Patrzę na swój dom, wygląda na cały. Obok mnie płacze jakiś mężczyzna, który stracił dobytek całego życia, przytulam go bo cóż mogę powiedzieć. Idę wyżej do sąsiada, okazuje się że jego dom też przetrwał.
Jestem w mojej sypialni na poddaszu, widzę, ze cos przecieka przy północnej ścianie. Przechodzę przez sufit i znajduję się na strychu. Widzę drewnianą konstrukcję dachu, przypominającą kopułę. Jestem zaskoczony, przyglądam się uważnie i zaczynam się wspinać do jej szczytu. Znajduję w niej przejście i próbuję się przecisnąć. Początkowo obawiam się, że mi się to nie uda i chcę się wycofać, ale w końcu udaje mi się przejść i znajduję się pod dachem krytym dachówką. Dach jest w porządku, jest kilka szpar, ale nie takich które były by problemem.
Wspinam się dalej, odnajduję duże pomieszczenie z rzędem łóżek, widzę, że bardzo dawno nikt tu nie był, ale jest w zadziwiająco dobrym stanie.
W kolejnym śnie jestem z siostrą gdzieś na południu jedziemy przez góry. W pewnym momencie zatrzymujemy się aby oglądnąć jakąś atrakcję. Obok drogi wznoszą się wzgórza, kiedy tam idziemy odkrywamy nieckę z dziwnie ukształtowaną sztucznie ziemią w centrum której są jakieś skały, coś jakby kamienny krąg. Znam to miejsce z innych snów, ale teraz wygląda zupełnie inaczej.
Oprócz nas jest tam wycieczka jakiś dzieci i razem z nimi zmierzamy ku wyjściu z niecki. Idziemy dość szybko i w ostatnim momencie orientuję się, że przede mną jest wysoka skarpa. Wywracam się na plecy aby nie spaść i krzyczę do siostry idącej za mną aby się zatrzymała. Nie udaje jej się, przez jakiś czas walczy aby się nie zsunąć, próbuję do niej dojść, ale nie udaje mi się na czas i ona spada.
Mam nadzieję, ze nic się jej nie stało, ale po chwili wyłania się i wydrapuje na miejsce gdzie jestem. Widzę u podnóża skarpy jakieś świątki, ale skarpa jest spora i nie ma jak zejść więc przyłączamy się do grupy dzieci by znaleźć bezpieczne zejście z tej skarpy.
Jestem w jakimś hotelu robotniczym na ogromnej budowie. Chodzę po okolicy widzę potężne maszyny i ogromne konstrukcje. W końcu wracam do hotelu, widże sprzątaczkę, potem jednego z robotników. Spotykam dwu znajomych i opowiadam im o sensacyjnym odkryciu dowodzącym, ze Atylla urodził się na Wawelu. Znajomi są podekscytowani. Idę dalej spotykam dwu robotników. Mówię im o Atylli, ale oni nigdy nie słyszeli o nim, tłumaczę im kim był, ale oni kojarzą to z bitwą pod Grunwaldem. Tłumaczę, ze Atylla żył tysiąc lat wcześniej, ale już bez przekonania.





