17-08-2018, 07:32
Jestem z bratem w Krakowie. Wynajęliśmy jakiś przyjemny pokój i wyszliśmy na zewnątrz. Jest zimowy wieczór. Przed budynkiem w którym mamy pokój jest pokryta śniegiem dróżka o lekkim spadku więc zjeżdżamy nią w dół i dobrze się bawimy. W końcu docieramy na dół i schodząc z plastikowej tarczy na której zjeżdżaliśmy przekonuję się, że jestem w samych skarpetach i robi mi się zimno więc chcę wracać do pokoju.
Wchodzimy do jakiegoś lokalu, są tu znajomi brata i rozpoczyna się impreza. Jest dużo ludzi, leją się dobre trunki, ale nikogo nie znam i po pewnym czasie zaczynam się nudzić. Spotykam Witka i zmieniamy lokal trafiając na jakąś ogromną imprezę siedzimy tam dość długo by w końcu przejść do kolejnego lokalu.
Jest już późno goście przerzedzili się, jest niemrawo, wszyscy są zmęczeni impreza zbliża się ku końcowi, gdzieś między stolikami snuje się siwy kelner z wąsami. Zastanawiam się kiedy obsługa nas wyrzuci i uświadamiam sobie, że to sylwester więc pewnie możemy jeszcze posiedzieć – tylko, że nie mam już ochoty.
W kolejnym śnie również byłem w jakiejś knajpie, atmosfera panowała taka sobie. To był jakiś bar, niewiele się tam działo. W końcu przyszli jacyś klienci zamówili coś i zapłacili bonami, cieszyli się, że tak wiele mogą tu zjeść za te bony. Lokal przypominał starą pocztę skrzyżowaną z baru z wabanku. Kiedy klienci wychodzili też postanowiłem wyjść. Wychodziło się przez mały otwór. Kiedy wyszliśmy rozejrzałem się – byłem na jakiś osiedlu gdzieś na zachodzie mojego miasta, było późno.





