25-07-2018, 23:12
Wielki Długi Budynek
23.02.2016 – 14:10
Czytam książkę. Miała złe tłumaczenie (w rzeczywistości przeczytałem z poprawnym tłumaczeniem). Tłumacz zamiast napisać Tancerze Oblicza lub Maskaradnicy, to przetłumaczył na Tancerzyki...
Idę z dwoma starszymi ode mnie znajomymi ciemną klatką schodową. Wchodzimy na piętro. Ktoś inny idzie jeszcze wyżej, tam niby już byłem w innym śnie, więc idę teraz z tymi dwoma. Idziemy krótkim korytarzykiem. Na końcu są drzwi. Gródź czy śluza czy jak tam nazwać te drzwi, rozsunęła się automatycznie. Wchodzimy. Mógłby to być balkon. Wygląda to jednak jak wystająca półka skalna, a dalej przepaść. W tej "jaskini" są różne urządzenia. Chyba jesteśmy na statku kosmicznym. "Budzę się". Okazało się, że to było demo gry komputerowej Cośtam coś Saturn. Była uruchomiona na mp3trójce podłączonej na kabelku do lampy przy łóżku. Podgłośniłem trochę. Słyszę muzyczkę budzika (w rzeczywistości nie nastawiałem alarmu). Włączyłem drugą grę i się położyłem. Zaczyna się podobnie. Wchodzimy jednak drugimi drzwiami, tymi z prawej strony. Ta gra ma w nazwie Mars, chyba to druga część. Po wejściu włącza się menu gry, przełącza się pokazują się różne owoce, pomarańcze i inne dziwne cytrusy, pewnie to reklama. Znajduję się w jasnym pomieszczeniu, gdzie przeważają jaskrawe kolory. Postacie z gry ubrane są na pomarańczowo. Jest to sala treningowa. Tamci mają karabiny. Domyśliłem się, że to pewnie też tylko demo. Wracam do drzwi. Oni oburzeni, że tak szybko wychodzę.
Korytarz/sala, szpital połączony z budynkiem szkolnym. Stoję przy łóżku. Z rąk leci mi krew. Cały materac wybrudzony krwią. Są niedaleko te postacie z gry, ale bez kostiumów. Kawałkiem papierowego ręcznika przecieram, większość schodzi, resztę każe im umyć na mokro, to pewnie przez nich się pokrwawiłem. Śpieszę się do szkoły, a na pierwszej lekcji mam matematykę.
Tak jakby siedzę na kanapie w dużym pokoju przed telewizorem. Wizja wielkiego długiego czarnego budynku. To jest nowoczesny budynek mieszkalny i jest naprawdę bardzo duży. Niedawno go wybudowano i nadal trwają prace wykończeniowe, mają zakończyć do końca 2016 roku. Mówię tacie, żeby taki u nas na dzielnicy wybudowali, w tym sensie, że nawet by się tu nie zmieścił. Nie było to w Polsce, tylko w innym kraju. Nagle pani jakaś tam (tu podano nazwisko) otwiera drzwi z prawej strony, jest mowa o tym, że w tym budynku wszystkie mieszkania są połączone drzwiami. Teraz jestem rzeczywiście na przeciwko tego wielkiego budynku. Idę chodnikiem z czymś przypominającym wykrywacz metali. Dochodzę do uliczki i zawracam. Teraz trzymam plastikową łopatę. Siadam na niej i chwilę lecę. Łatwiej było na niej wysoko skakać niż lecieć. Spróbowałem lecieć i skakać bez niej, nie dałem rady. Na ławeczce siedziały dzieci z tatą, może było ich pięć, a może więcej. Wyciągnęły małe miotełki i poleciały. Były trzy ulice, jedna po lewej stronie i dwie po prawej stronie. Skierowałem się na prawo, skakałem wysoko siedząc na tej łopacie. Jedną uliczką pojechał autobus. Tam poleciały te dzieci, słyszałem jak mówiły, że to droga do domu. Poleciałem nad drugą ulicą. Była tam jakby długa kolejka do czegoś. Na końcu szła matka z córką. Dziewczynka podskakiwała, albo tańczyła.
Sklepik znajdujący się w budce za blokiem. Sklepikarka musi, gdzieś szybko wyjść. Mówi, że zapisze jak się nazywam i co chcę kupić, to będzie miała od razu przygotowane dla mnie. Przyszło mi tyko do głowy, że chcę dwie wody mineralne.
Astralny Zabójca
24.02.2016 – 14:48
Czytam książkę. Zawiera dużo kolorowych obrazków. Kończę opowiadanie. Oglądam obrazek przedstawiający zwierzęta w lesie. Na początku książki była instrukcja jak sprawdzić czy ta książka to oryginał czy nie. Coś tam było o tym, żeby zobaczyć czy ten obrazek jest wyblakły i nie tylko. Następne opowiadanie miało tytuł "Solarianie". Było długie, więc odłożyłem książkę na później.
Czułem obecność w moim pokoju, było strasznie. Potem znowu zasnąłem lub już wtedy byłem na płytkim półśnie czy paraliżu przysennym i przeszedłem do snu. Były trzy dziewczyny, jedna młodsza przynajmniej o dziesięć lat, pozostałe w podobnym co ja wieku. Uciekliśmy z domu, ponieważ ta obecność, którą czułem to był astralny, bardzo groźny, zabójca. Uciekaliśmy po chodniku, po trawie, całą dzielnicę przebiegliśmy. Dotarliśmy o placu zabaw przechodzącego w dom. Były tam dzieci i starsza pani. Pani ta zaprosiła nas do siebie, dała nam coś do jedzenia. Niestety ten zabójca nas odnalazł i musieliśmy uciekać. Biegliśmy, gdzieś w tłumie, pewnie był tam dworzec kolejowy, sklepy. Trafiliśmy do ogromnej galerii handlowej. Dwie starsze dziewczyny poszły coś kupować. Zostałem z tą młodszą. Pilnowała ich plecaki, miała chyba dużo książek. Uśmiechała się do mnie, chyba się pocałowaliśmy. Wiem, że w którymś momencie, była mowa o tym, że ta młodsza i jedna z tych dwóch były w ciąży. Później trafiłem do windy. Przez okienko było wszystko widać, gdy się poruszała winda. Wcisnąłem przez przypadek nr 52 (wystukiwanie numeru było bardzo ciężkie, ciężko było mi podnosić ręce, w tym sensie, że musiałem bardzo się na tym skupić, wręcz wizualizować dłonie) i na takowe piętro jechała winda, więc budynek był naprawdę ogromny. Wiedziałem, że tam nie wolno wysiadać zwykłym ludziom. Na przedostatnim piętrze widziałem jakąś poruszającą się maszynę, na pięćdziesiątym drugim była bardzo gęsta mgła, ewentualnie chmury. Nie wysiadłem tam. Wcisnąłem piętro, zamiast zero lub jeden, minus dwadzieścia coś. Automatycznie włączyła się kamerka na mnie i mikrofon, szybko coś wcisnąłem, aby to wyłączyć. Widziałem z góry dużą salę treningową. Obserwowałem to sponad zawieszonej do sufitu lampy. Chyba wróciłem do dziewczyn. Pamiętam jeszcze jazdę autobusem.
Dyskoteka, Przekazywanie Energii, Napoje
25.02.2016 – 15:58
Dyskoteka, ogólnie ciemno, ale dużo jednak świeciło poruszających się reflektorów. Nie wiem czy to byłem ja, czy ktoś inny, a ja byłem tylko obserwatorem, no ale nie ważne, powiedzmy, że to byłem ja. Idę sobie przez salę. Podchodzi do mnie młoda kobieta. Bierze moje ręce w swoje. Widać jakby coś pulsowało, błyskało, jakby ona przekazała mi jakąś energię, wtedy pojawiła mi się myśl, że zmieniła coś w moim DNA. Chyba coś mówiła i poszła. Niedaleko był bar z alkoholem, obsługiwany niby przez jakiegoś znanego aktora. Pokazuje się krótka animacja. Pokazany jest gościu podobny do tego barmana, ma bardzo długie kolorowe włosy, gęste, naokoło głowy. Głos mówi, że on chcę rządzić całym światem. Animacja kończy się. Jest jakaś akcja, ktoś go rozpoznał, bójka, tamten ucieka. Ktoś ma skrzywioną szczękę, pewnie to po biciu, przychodzi lekarz (chirurg?) i mu prostuje. Idę za ladę. Ktoś chce, chyba starszy pan, abym nalał mu do picia. Nalewam szklankę. Ten rezygnuje, mówi, że chce coś innego. Pytam się go jak mam to potem sprzedać, to co już nalałem. Jestem w ogóle tam pierwszy raz i tak naprawdę to tu nie pracuję. Sceneria się zmienia, robi się jasno, miejsce na trawie przy chodniku, tamci wszyscy ludzie z dyskoteki znikają. Zostaję tylko ja i ten facet, zostaje jeszcze ten bar z napojami. On mi daje jakieś drobniaki, nalewam mu. Prosi jeszcze o Coca Colę. Podaję mu. Sam próbuję, wszytko wydaje się bezsmakowa, jakby to była tylko woda. Z niektórych butelek wylewam wszystko na trawę, mówię mu, że podlewam roślinki. On mi podaje, jak mówi Coca Colę, jest droższą, bo podwójna, i jakaś inna lepsza. Mówię mu, że takich niezdrowych napoi nie piję. Odchodzi. Ta niby Cola, to były dwa kamyki, jeden mniejszy drugi duży. Ten mniejszy to było tak zwane tygrysie oko i chociaż takie małe to ważyło więcej niż ten duży kamlot. Wziąłem to i biegłem do domu. Przypominam sobie, że pod ławką zostawiłem buty. Podczas powrotnego biegu widzę, że mam jednak złożone letnie buty. Nie znalazłem już tego niby baru, widocznie nie można wrócić do takiego sennego miejsca, znikło, albo się rozpuściło, rozpłynęło.
Nibyludzie W Piwnicy I Inne Stwory
27.02.2016 – 17:04
Piwnica czy jakiś składzik, magazyn. Pełno malutkich ludzików, wiją się niby robale. Podchodząc do drzwi rosną do normalnych rozmiarów. Widać w nich coś nie ludzkiego, sztucznego, są jak lalki. Pozwalamy im wyjść. Wiele z nich potrafiło latać. Gdy większość wyleciało, szukamy tych co zostały. Te były niebezpieczne, chciały tam zostać. Sprawdzamy za drewnianymi półkami, deskami. Coś się poruszyło.
Tłum ludzi, pomiędzy nimi jakiś dziwny człowiek. Wymawia jakieś swoje zaklęcia i za każdym razem skręca się i rośnie. Na koniec powiedział coś tam z pomocą boską i zakończył się wzrost. Miał dużo nóg i rąk. Było to w dużym domu. Znalazłem się tam razem z trzema dziewczynami, Azjatkami. Musieliśmy z nim walczyć. Używałem telekinezy, przytrzymywałem je, gdy spadały, a odpychałem tamtego stwora. On się uczył, także mógł wykorzystywać telekinezę do walki. Zmniejszyło nas i uciekaliśmy. Stałem na małej szafeczce. Tamten stwór się skopiował, było teraz pięć potworów. Stosował jakieś techniki iluzji. Udało nam się na szczęście uciec. Nie gonił nas. Myślałem, że te dziewczyny już poszły, ale jednak czekały na mnie. Przyszła też mama i ciocia.
Mam kartkę papieru, na niej pytania, jakby sprawdzian. W pierwszej linijce narysowany ołówkiem ludzik. Podskakiwał. Ciocia coś o tym mówiła. Odpowiedziałem, że to jeszcze nic, miałem kiedyś coś podobnego, silniejszego. Duch czy zaklęcie w tekście. Złapał mnie i rzucił przez całą salę.
Straszna Katedra
28.02.2016 – 14:49
Idę z mamą na spacerze, zatrzymujemy się, rozglądamy się gdzie jesteśmy. Trafiliśmy na okrągły zielony plac. Był pusty. W oddali było tylko widać różne miejsca naokoło niego. Z jednej strony były budynki, dalej las, ktoś tam szedł między drzewami. Po lewej stronie był był park-labirynt. Prowadziło do niego wiele przejść, wybraliśmy pierwsze. Przed nami szła kobieta, prowadziła wózek z dzieckiem. Po chwili spaceru, niezauważalnie znaleźliśmy się na korytarzu nieznanego budynku. Był cały zalany wodą. Szło tam dużo ludzi. Chciałem iść do łazienki, wszedłem do drugiej i dobrze. Z tamtej pierwszej wychodziła straszna czarna postać, obcy. Ktoś tam właśnie wchodził. Portier chciał od niego mniejszej zapłaty, bo niby pochodził z kraju należącego do jakiejś tam organizacji. On chciał zapłacić normalnie. Znalazłem deskę surfingową. Płynąłem nią po wodzie, lekko się unosiłem w powietrzu. Przeszedłem przez drzwi. Trafiłem na główny korytarz szkoły gimnazjalnej. Przeleciałem na sam koniec. Były tam czarne rozsuwane drzwi. W drzwiach kałuża lub rzygi. Drzwi łączyły z budynkiem niezwiązanym ze szkołą. Pojechałem windą na górę, przeszedłem przez, któreś drzwi. Siedziała tam szalona kobieta naukowiec. Z kimś rozmawiała przez telefon. W drugiej ręce trzymała szklany pojemnik z miksturą, nad którą pracowała. Chciała ją użyć jako broń. Przyszedł za mną tamten z łazienki. Widziałem z góry pełno gruzu, pewnie tam na dole było trzęsienie. Jakoś udało mu się wspiąć na górę. Zabraliśmy jej tą broń, chyba wylaliśmy. Nie wiem co się z nią potem stało, uciekła, czy może spadła i się zabiła. W miejscu, gdzie siedziała wyrwało kawał ściany, albo skały. Ktoś powiedział, że jest 100% chleba w powietrzu. Nie wiem o co chodziło, że taki suchar, skwar, ponieważ słońce zaczęło tak świecić, grzać, że nie dało się wytrzymać. Na dodatek wyszliśmy na zewnątrz przez okno. Znaleźliśmy się w piaszczystym, pustynnym miejscu, była nawet mowa o tym, że to inna planeta. Kobieta z córką wylądowały samolotem na piasku. Dziewczynka już nie była w wózku, trochę podrosła. Moja mama też nie wiadomo skąd przyszła. Nie wiem co tam się dokładnie działo, a i z kolejnością we śnie spore problemy. Chyba to było później, wróciłem do budynku. Pochodziłem po korytarzach i znalazłem dziwne wejście. Półcień, schodziło się na dół schodami, bardzo mroczna atmosfera, czuć lekki niepokój. Była tam katedra lub kościół. Na dole przy schodach stały wielkie oszklone szafy z książkami. Kilka książek wyjąłem i schowałem z powrotem, nie zdążyłem nic przeczytać. Wiele osób zeszło tam razem ze mną, może uczniowie. Z tą świątynią było coś nie tak, inni także to poczuli. Tam były na pewno wampiry. Wszyscy stamtąd uciekliśmy. Później znowu tam wróciłem, ale także szybko uciekłem. Za trzecim razem odważyłem się i poszedłem pomiędzy ławkami, aż do ołtarza. Były tam wielkie szuflady, a może raczej trumny? Otworzyłem jedną, szukałem spisu wszystkich tych książek znajdujących się w szafach przed schodami. Kapłan dał mi książeczkę, zażartowałem, że w takiej małej to się chyba nie zmieścił spis wszystkich książek. Otworzyłem, przekartkowałem. W środku znalazłem rysunek przedstawiający prawdopodobnie szatana. Oddałem książeczkę. Nie dość, że wampiry to na dodatek sataniści! Zwiedzając tak tą świątynię, przez cały czas ktoś chodził za mną, pilnował mnie, trochę jak ci nachalni z ulicy, chcący pieniędzy. Zaczęła się muzyka. Przestraszyłem się, że zaczynają czarną mszę, a mnie chcą złożyć w ofierze i nawet zjeść. Okazało się, że to dopiero próba gry na organach, ale i tak uciekłem. Wszyscy normalni ludzie też pobiegli na górę po schodach. Otworzyło się przejście do mieszkania, tamci sataniści przybiegli za mną, wbiegli do pokoju siostry, pokradli różne rzeczy, głównie chyba jedzenie i uciekli. Mały chłopczyk-wampir siedział jeszcze na kanapie i obżerał się kanapkami, wygoniłem go. Potem, albo było przejście do następnego snu po obudzeniu się, albo kontynuacja z częściową powtórką. Kolejności znowu nie pamiętam, może część zdarzyła się w poprzednim śnie. Znowu biegnę tym szkolnym korytarzem. W drzwiach na końcu wielka śmierdząca kupa na środku. Co za pomysły mają ci uczniowie? Wbiegam krętymi schodami, widok się smuży, co chwilę jakby urywa się. Na górze pełno korytarzy. Przechadzam się tam i z powrotem. Wszędzie dużo krzeseł, jedne obok siebie, a w innych miejscach pozostałe poustawiane jeden na drugim, aż do sufitu. Pusto, idzie tylko jedna osoba, może to tamten, którym przenieśliśmy się przedtem na pustynię, teraz starszy ode mnie. Idę z nieznajomym korytarzami. Wchodzimy, chyba do łazienki, coś sprawdzić. Wychodzimy. Była tam kolejka do drzwi, wszyscy siedzieli na długiej ławeczce przy ścianie. Na końcu kolejki siedziała matka z córką, to ta sama co w parku i na pustyni, jak lądowała samolotem. Nieznajomy powiedział, że poziom wody się podnosi i trzeba wyjść na zewnątrz. Idziemy do innego pomieszczenia. Jest tam rozsuwane okienko. On j rozsuwa je i wychodzi. Pomaga mi wyjść, wyciąga za ręce. Ktoś grozi nam, że nie wolno, nie powinniśmy opuszczać tego miejsca. Wychodzimy na ulicę. Okienko wstawione było na poziomie ulicy, jakby to była piwnica. Obracam się, by spojrzeć ostatni raz, okazuje się, że to zwykły szary budynek. Biegniemy przez miasto. Wchodzimy do jakiegoś salonu, siadamy przy stole w głębi. Obserwujemy starszą panią siedzącą blisko wyjścia. Kobieta, która tam pracowała zakłada jej wielki różowy kapelusz. Starsza pani skarży się, że jej fryzura się zepsuje, ale przecież tego chciała. Tamta kobieta wyjmuje po kolei różne karty, będzie wróżyć.
Wieża Z Mieszkaniami
04.03.2016 – 12:46
Była to wysoka wieża z mieszkaniami ustawionymi na mieszkaniach. Znalazłem się na środku placu wewnątrz na samym dole. Dolne piętra przeznaczone były na kościół, wyższe dla ludzi, a na pozostałych dalszych mieszkali obcy. Z zewnątrz wspiąłem się po konstrukcji. Nagle wyskoczył pies średniej wielkości, miał jasną sierść. Był wrogo nastawiony, chciał mnie ugryźć. Zszedłem niżej, patrzył się na mnie kot, ten był przyjazny. Chciałem tam wejść, ale trafiłem jednak na inny poziom. Przechodziła tam grupka uczniów. Znowu wyszedłem na zewnątrz i zacząłem się wspinać. Chciałem wejść na samą górę. Wiele pięter już się wspinałem, byłem już na poziomie, gdzie zaczynały się mieszkania obcych, lekki niepokój. Ktoś obserwował mnie z zewnątrz, zaczął strzelać. Uchyliłem się i wspinałem się szybciej. Wizja zrobiła się animowana. Po jakimś czasie widok wrócił do normy. Okazało się, że jestem na samej górze. Wierzchołek budynku wieży znajdował się wysoko ponad chmurami, wyszedłem chyba poza atmosferę ziemską. Nie chciałem myśleć jak jestem wysoko, aby nie zacząć odczuwać lęku przed wysokością. Na samej górze nikt nie mieszkał, zresztą było za wąsko, za mało miejsca na mieszkanie. Schodziłem już na dół.
Spotkanie Z Osobą Z Forum
09.03.2016 – 14:21
W tym śnie lub oobe byłem z kimś o kim myślałem, że jest z forum i wiedziałem, że to jest na pewno oobe. Pokazałem mu, że z tamtej strony dalej za blokiem jest las. Weszliśmy na trawnik, pokazałem, że tu mieszkam, tu jest balkon. Dalej poszliśmy trawnikiem i skręciliśmy w prawą stronę. Wskazałem mu okno mojej siostry i moje okno. Chciałem wejść do pokoju przez okno. Było zasłonięte kawałkami drewna i czarnymi podwójnymi drzwiczkami. Drewna rzuciłem na trawnik, rozsunąłem drzwiczki. Na parapecie stały jeszcze jakieś figurki, nie wiem co się z nimi stało, może spadły. Najpierw przeszedł nieznajomy z forum, potem ja. Było ciężko, ponieważ okno było jakieś wąskie, ale się udało. Zdziwiłem się, bo nie trafiłem do swojego pokoju, tylko do innego nieznanego mi budynku. Znaleźliśmy się na dużym holu.
Siedzę z kilkoma osobami na ławce pod ścianą na końcu szkolnego korytarza. Biegnie w naszą stronę grubas, jakiś tłuścioch. Przepycha się, nie wiem o co mu chodzi. Chce mi się siku. Wstaję i idę. Miałem sikać na środku korytarza, ale po zastanowieniu się, pomyślałem, że to trochę dziwne. Podchodzę do koleżanek, coś mi dają, jakieś materiały, szmatki. Idę gdzieś i znajduję ścianę z metalowymi okrągłymi przejściami do okrągłych korytarzy, jakby wielkie srebrne rury. Niedaleko stoi inna koleżanka. Wchodzę przez pierwsze przejście. Po chwili spaceru idą za mną dwie osoby, jeden jest zły, taki chuligan, strzela do mnie z pistoletu energicznego, nie trafia. Rzucam w niego kulą energii, niestety nie trafiam. Gada jakieś przekleństwa, pewnie jakbym w niego trafił, rozpoczęłaby się bójka, a tak wchodzą do sali po lewej stronie. Idę dalej, po prawej stronie korytarza znajduję drzwi. Wchodzę, znajduję się w ogromnym, dziecinnym pokoju, dom niezwiązany ze szkołą. Na podłodze leżą zabawki. Czuję zagrożenie, ignoruję to uczucie, bo śniło mi się już coś podobnego. Idę w lewo (możliwe, że wchodzę po schodach, ale nie jestem pewien) i wchodzę do pomieszczenia, które miało być łazienką. Sikam, chyba nawet do wanny. Załatwianie przerywają mi schodzące w dół, po półce figurki, chyba te zabawki. Ściemnia się, budzę się.
Napiszę jeszcze o jednym z poprzednich snów. W tym śnie jedna z dziewczyna napisała na forum, że odchodzi. Był to jakby długi list, dużo tekstu. Niezbyt wiele pamiętam. Wiem tylko, że między innymi odchodzi z tego powodu, że nie nie chce, aby spotkało ją to samo co mnie. Nie wiem o co jej chodziło, ponieważ nic strasznego mnie tu nie spotkało.
Ucieczka Statkiem
10.03.2016 – 14:42
Przed snem wypiłem szklankę wody pomieszanej z łyżeczką soli i połknąłem dużą tabletkę magnezu.
Kotka wskakuje na łóżko i kładzie się obok mnie. Możliwe, że to nie był wcale sen.
Z tatą poszliśmy do dziwnego kina. Oglądamy jakiś film. Film nie jest wyświetlany na ścianie, tylko podwójnie, na dwóch telewizorach, jednym, tym z tyłu, większym, i drugim, z przodu, mniejszym. Proponuję, aby ten mniejszy, gdzieś przestawić, bo tylko zasłania większy obraz. Tata przesuwa mniejszy telewizor.
Wychodzę z klasy, był chyba j. polski. Wchodzę do szkolnej łazienki. Nie wiem dlaczego, przez przypadek silnie zaciskam szczęki. Patrzę w lustro i zauważam, że jeden ząb się ułamał i jest częściowo czarny, znowu zaciskają mi się szczęki. Teraz jestem już przerażony, ponieważ cała górna część zęba się ułamała, na dodatek okazuje się, że ząb jest w środku pusty. Poszedłem szybko do domu, powiedziałem mamie, że chyba będę miał usuniętego zęba. W wyobraźni zamiast dentystki, widziałem weterynarkę. Trochę się jednak uspokajam, gdy dowiaduję się, że ząb można wypełnić wapnem. Wróciłem z mamą do szkoły. Jesteśmy w tej samej klasie. Wszyscy nadal są. Mama usprawiedliwia mnie u nauczycielki. Pakuję wszystkie rzeczy do plecaka. Idę przez korytarz, mama, gdzieś znikła. Wyjmuję kartkę papieru, sprawdzam plan zajęć. Wiem, że następna lekcja to też j. polski, ale coś mi się nie zgadza. Podchodzę do dziewczyny podobnej do koleżanki z klasy z liceum. Wcześniej spotkałem ją w innym śnie w muzeum broni, z karabinami i nożami chyba. Pytam się co mamy następne, bo mam coś nie tak z tym planem, patrzę jeszcze raz i widzę, że nie mam go wypełnionego i godziny nie te. Ona prosi mnie o zegarek. Daję jej chyba smartfona, chociaż nie mam takiego w rzeczywistości. Zmienia mi godzinę, chyba na 11:11 AM. Pokazuje mi i włącza jakąś muzyczkę, pokazuje się wizualizacja dźwięku, mówi, że to dźwięk poranny. Przykładam ucho i słyszę cykanie świerszczy, ewentualnie był to świergot ptaków. Nie chciała mi oddać tego zegarka/smartfona. Poszła do kolegów, o czymś rozmawiała, chcieli jej zabrać telefon, ale nie dała. Czułem coraz bardziej, że coś jest nie tak, że coś się nie zgadza. Pomyślałem, że ja w ogóle nie chodzę do szkoły. Powiedziałem to jej i tamtym, z którymi rozmawiała. Rozejrzałem się po korytarzach, nie poznawałem tej szkoły z rzeczywistości. Powiedziałem im, że to jest amerykańska szkoła, i co ja tam robię, teleportowałem się do Ameryki czy co? Wtem, dziewczyna zaczęła biec, na dół po schodach. Dogoniłem ją, Chwyciłem ją za rękę. Wtedy wydawało mi się, że ktoś w rzeczywistości fizycznej wchodzi do mojego pokoju i wpuszcza trochę światła, ale mogła to być tylko senna wyobraźnia. W tym samym momencie wbiegliśmy w ścianę. Zrobiło się ciemno, mocno się trzymałem jej ręki. Czułem ruch jak biegliśmy przez ciemność. W końcu wydostaliśmy się na zewnątrz. Były to tereny szkolne. Nadal trzymałem ją za rękę. Szliśmy trochę wolniej. Niedaleko nas jechały dwa pojazdy, przypominające wagoniki z pociągu. Były to policyjne wozy. Jednego udało się nam ominąć. Przy drugim dziewczyna mnie popycha i ucieka. Pewnie myślała, że będę przynętą i tam zostanę. Ale się nie dałem, zdjąłem ciążący mi plecak i tam zostawiłem. Pobiegłem za nią. Była już w połowie górki. Biegłem za nią po drewnianych schodach. Było ciężko, wszystko mnie bolało, musiałem się mocno skupić, aby się poruszać. Kilka razy zwolniłem, myślałem już, że nie dam rady. Jednak wspinałem się dalej. Po chwili byłem już na samej górze. Między drewienkiem zostawiłem swój podpis, a może wsadziłem tam bilet. Znaleźliśmy się na wielkiej, drewnianej jak te schody, morskiej platformie. Prawie spadłem do wody, ale utrzymałem się. Krótko po nas przybiegła jeszcze inna dziewczyna, też się podpisała. Płyniemy. Czy to była ucieczka z astralnego więzienia?
Zamieszanie, Chaos, Latanie
13.03.2016 – 14:44
Było zamieszanie, wszędzie dużo ludzi, gdzieś podążało. Na początku częściowo znane okolice, las. Później żadnego miejsca nie mogłem poznać, chyba że z innych snów. Wysoki realizm. Przez większość snu latałem. Trochę przez chwilę miałem lęk wysokości, potem się przyzwyczaiłem, sen był bardzo długi i niestety mało co pamiętam. Dużo koloru niebieskiego, niebo, morze. Jakaś małpa, chyba także potrafiąca latać, zeskoczyła w dół na wiejskie tereny, zabrała garść wielkich piór i poleciała, była mowa, że zabierała je jak łoś, albo, że pióra były łosia. Jak leciałem wysoko nad morzem, myślałem, że się zmęczę, bo nie było widać lądu, jednak się pokazał i wylądowałem.
Widziałem unoszące się w powietrzu skały, takie małe wysepki jak w Avatarze. Kilka razy to się powtarzało z lotem nad morzem. Co chwila spotykałem dziewczyny, było ich łącznie trzy, bardzo ładne. Trzecia przypłynęła motorówką.
Coś jak oobe, wszystko niewyraźne. Wstaję z łóżka, w kuchni mama pyta się, czy się już dobrze czuję, odpowiadam, że tak. Idę na balkon, wyskakuję na trawnik. Biegnę po placu zabaw i dalej między blokami. Chcę spojrzeć na niebo, chmury, ciężko jednak porusza mi się głową i nie udaje mi się, budzę się.
Autobus, Jazda Motorem
14.03.2016 – 20:44
Jest prawie wieczór. Idę z mamą, nie jestem pewien, czy na przystanek autobusowy, czy właśnie wysiadamy z autobusu. Patrzę się na ten autobus. W środku pusto, kierowca nie otwiera drzwi, nie chce wpuścić do środka. Złości mnie to. Przewróciłem autobus na bok. Wiem, że kierowca jest zły, jednak zupełnie nie pokazuje tego po sobie. Założył taką maskę bez emocji. Biegnę z mamą truchtem przez ulicę i skręcamy na prawo w stronę bloku. Wszędzie wokół śnieg. Obok nas biegnie jakaś dziewczyna. Senny wiatr spycha mnie na lewo, przez co zderzam się z nią. W tym momencie przypominam sobie, że to z autobusem już się wcześniej stało w tym samym śnie, a teraz powtórzyło się. Tak jakby deja vu i przejście do innej, ale bardzo podobnej linii czasowej.
Nieznajomy pomaga mi przed kimś uciec, takie są bynajmniej moje domysły. Jedziemy czarnym motorem, tamten też ubrany na czarno. Jazda motorem przeplata się z przeskokami teleportacyjnymi. Jedziemy przez miasto, zjeżdżamy z głównej drogi. Wjeżdżamy między dwa budynki, jest tam mały piaskowy plac. Spowalnia nas. Nagle biegnie w naszą stronę pies, wydaje mi się, że jest wrogo nastawiony, ale pewnie nie, to tylko ja się boję psów, zwłaszcza w snach. Tamten głaszcze go, pies uspokaja się, też go głaszczę. Jedziemy tyłem, po chwili pies znowu biegnie. Nigdzie chyba nie dojedziemy, bo sen nas zbytnio spowalnia. Wchodzimy do oszklonego budynku obok. Jest to mała zamknięta hala sportowa. Boisko jest piaskowe. Będzie mecz piłki nożnej. Ciekawe kto będzie zaraz grał? Będą grały zwierzaki, koguty, kury, kozy, psy, koty… Nieznajomy (może to jest przewodnik?) mówi, że musi tam wrócić, a ja mam tu czekać. Pytam się po co i czemu nie mogliśmy się teleportować lub chociaż zwyczajnie jechać. Odpowiada, że tam nie było zbyt dużo energii. A teraz chce się dodatkowo przenieść w czasie, bo wtedy dezodorant będzie po niższej cenie. Pytam się po co aż się przenosić w czasie, żeby kupić jakiś dezodorant trochę po niższej cenie, nie potrzebuję tego. Tamten już wychodzi, od razu przychodzi jego starsza wersja z długimi włosami (może z przyszłości) i staje w drzwiach, ma pilnować, abym nie wychodził. Nie przeszkadza mi to i tak miałem się rozejrzeć po tej hali. Jakiś pan bierze ode mnie sto złotych, mówię, że to moje, kładzie do szufladki. Zabieram 100zł i garść drobniaków, w samą porę, ponieważ przyszedł jakiś dzieciak z ulicy i chciał ukraść.
Szybowiec, Warzywniak
17.03.2016 – 14:03
Wieczór. Coś dziwnego na dworze zwróciło moją uwagę. Podszedłem do okna. Blisko okna unosił się mały, biały samolocik, prawie dotykał szyby, jakby chciał postukiwać. Był szerokości mniej więcej rozpostartych ramion. Przez chwilę zastanawiałem się czy to nie jest przypadkiem sen. Wszystko jednak wyglądało tak bardzo realnie, że doszedłem do wniosku, że musi to być rzeczywistość. Nawet zawołałem wszystkich znajdujących się w mieszkaniu, aby zobaczyli jaki dziwne coś przyleciało. Otworzyłem okno i wpuściłem to do środka. Włączyło się senne myślenie, że samolot nie będzie mógł latać wewnątrz domu, więc zamienił się w mały rower, typu bmx.
Jeździłem na nim i podskakiwałem, chyba wyjechałem w którymś momencie na dwór. Chciałem więc, aby znowu zmienił się w samolot, chciałem wsiąść do środka niego i lecieć, nie udało się jednak.
Szedłem z nieznajomymi. Weszliśmy do lasu. W lesie biało, wszędzie śnieg. Nie wchodzimy zbyt głęboko. Ten idący obok mnie, powiedział, że lepiej dalej nie iść, bo tam można wpaść do zasypanych śniegiem dziur, a na dodatek pewnie chodzą tam jakieś straszne stwory. Uciekliśmy z lasu. Oglądałem się za siebie, ale nie widziałem niczego co by nas goniło. Oni niby coś tam zobaczyli. Skryli się w jamie pod korzeniami drzewa. Ja jednak pobiegłem dalej i skręciłem w lewo za róg budynku. Świeciło słońce, ciepło, może już wiosna albo lato. Nikogo nie widziałem tam. Szybko schowałem się do środka do jakiegoś sklepu. Z zewnątrz wyglądał na normalnej wielkości. W środku były dwie starsze panie, sprzedawczynie. Było bardzo mało miejsca, taki ścisk, że nie dało się ruszyć. To był warzywniak. Nie wiem jak tam to wszystko się pomieściło. Nawet głowę musiałem schylić, bo tak nisko był sufit. Tak jakby znaleźć się w pomniejszonej budce telefonicznej. Patrzyłem co się dzieje za szybą. Jednak coś mnie goniło, stanęło parę metrów od sklepu. Wielki, czarny humanoidalny stwór, miał przynajmniej cztery metry wysokości. Nie mogłem już wytrzymać tego ścisku i bezruchu, wyszedłem więc i kawałek pobiegłem. Szybko się jednak wróciłem, ponieważ tamten mógł mnie złapać. Później siedzę, gdzieś na zewnątrz na ławeczce, po obu stronach siedzą te panie. Obejmuję je. Niedaleko stoi ten potwór i czeka. Nagle biegnę, uciekam, tamten mnie goni. Dobiegam do lasu, pełno tych osób, którzy się tam ukryli, wychodzi z kryjówki. Stwór mnie dogania, łapie. Złapał mnie chyba w pułapkę, na potem, aby mnie zjeść. Pod koniec snu, szamotanina na łóżku, niby tam mnie uwięził. Budzę się.
Nauka Telekinezy
22.03.2016 – 19:33
Uczyłem siostrę telekinezy. Poruszaliśmy w powietrzu różnymi przedmiotami. Raz siostra nawet podniosła kota. Nie spodobało mi się to, bo mogło to trochę boleć zwierzaka, ale może tylko było to moje odczucie
Szerszenie
23.03.2016 – 09:19
Wieczór. Mama z tatą siedzą na kanapie w dużym pokoju. Nagle coś przyłazi, jakiś stwór czy maszyna, ma nóż. Na początku myślę, że to jest niegroźne. Zmieniam zdanie, jak zaczyna atakować mamę nożem. Prawie zadaje ranę. Zabieram mu nóż i wyrzucam z pokoju. Tłumaczę tacie na wiele sposobów, że trzeba coś z tym zrobić, siedzi jednak obojętnie.
Coś było z wymianą kafelek w łazience. Najpierw tata zostawił w jednym miejscu makiety wydrukowanych kafelek. Nie można było na tym ustać, ślizgałem się na tym przed zlewem. Później były chyba położone właściwe kafelki.
Forum zostało zhakowane. Ktoś dodawał różne wpisy, pokazywały się komunikaty o wirusach i innych zagrożeniach. Jakaś eva miała zhakowane konto i ktoś je wykorzystywał. Po jakimś czasie sytuacja została opanowana i z szarego tła zrobiło się kolorowe.
Słoneczny dzień. Ta chyba maszyna wróciła. Przyniosła klatkę z kreskówkowymi szerszeniami do kuchni. Dla zabawy poprzenosiłem je na inne miejsca. Na parapecie siedział miniaturowy człowieczek, strażnik, też był kreskówkowy, przeniosłem go bliżej klatki, gdy spał i wygrzewał się na słońcu. Nagle szerszenie zmieniły się w prawdziwe. Tata był tam i zgniótł te trzy co były na widoku. Za stołem był nosołamacz, pomagał w znalezieniu pozostałych dziesięciu i ich zabiciu.
Było coś o owadach, komarach i nie tylko. W lesie duży komar siadał na liścia, z niego wyłaziło pełno małych, przechodziło po liściu i odlatywało.
Omdlenie, Statek Kosmiczny
24.03.2016 – 12:59
Jestem z kimś w budynku (pewnie szkoła) i idę na bardzo wąskiej deseczce, może takiej ławeczce ustawionej na wysokości okien, długości całego korytarza. Co jakiś czas były przerwy i musiałem przeskakiwać. Na tej wąskiej dróżce leżał tak samo długi materiał, podobny do długiego rękawa od bluzki. Jak prawie dotarłem do końca korytarza, krzyknąłem do nieznajomego, aby już otwierał okno. Otworzył. Chciałem, aby poszedł ze mną, ale wolał tam zostać. I teraz są jakby dwie wersje zdarzenia. W jednej udaje mi się wyskoczyć przez okno i uciec, widzę jak biegnę, a w drugiej ktoś mnie zatrzymuje i zostaję w budynku.
Wieczór. Siedzę w dużym pokoju na kanapie. Przez cały czas jest wszystko w porządku, jednak gdy wstaję nagle robi mi się czarno, urywa się film, chyba zemdlałem. Po chwili, gdy się ocknąłem, widzę, że leżę przed krzesłami na środku pokoju, podtrzymuje mnie siostra i mama. Usiadłem znowu na kanapie. Boję się, że jak będę wstawał znowu zemdleję. Siostra z mamą wyszły z pokoju, powiedziały, abym już wstał, na pewno będzie już wszystko w porządku. Pierwszy raz coś takiego mi się śni, w rzeczywistości nie zdarzyło mi się ani razu zemdleć. Miałem tylko kiedyś dwa sny, w których pielęgniarki doganiają mnie ze strzykawkami, dają mi zastrzyk, robi mi się czarno i budzę się w jakimś ciemnym, nieznanym pomieszczeniu. Nigdy też w rzeczywistości nie byłem usypiany.
Znów wieczór, chyba kontynuacja poprzedniego snu. Patrzę się przez okno w moim pokoju, w oddali latające światełka, ufo. Jestem pewny, że to nie jest sen. Przylatują obiekty latające, srebrne dyski trochę mniejsze od okna. Podlatują pojedynczo i odlatują. Otwieram okno, wlatują. Chwytam każdego i przyczepiam sobie na plecy, z tyłu głowy i z przodu. Trzymają się jak magnesy.
Jetem z grupką osób, na czymś co jest prawdopodobnie statkiem kosmicznym. Przez wielką szybę widać gwiazdy. Jest z nami jakiś szalony naukowiec. Kładzie mi na brzuchu jakiś płyn, abo proszek. Odwracam się od niego, bo ma kable z prądem. To ma być ładunek wybuchowy, który aby zadziałał, musi podłączyć mnie do prądu. Udaje mu się dotknąć mnie kabelkami, ale nie zadziałało, ponieważ chwyciłem go za ręce i prąd źle przepływał. Znowu próbuje i też się nie udaje, bo trzymałem się za ręce z pozostałymi osobami. Za trzecim udaje mu się tak jak chciał, ale chyba źle przygotował bombę i tylko rozpuchł i zaczął boleć mi brzuch. Chciał, więc zamiast tego zdetonować bombę atomową, w którą był zaopatrzony statek. Wszyscy się zgodziliśmy, bo i tak nam się nic nie stanie, zresetuje się tylko czas na tej linii czasowej, a my się spotkamy znowu w przeszłości. Zaczął odbezpieczać bombę, włączył się alarm, trzeba było się spieszyć, bo reszta załogi zaraz tu będzie, aby nam przeszkodzić. Zamykaliśmy drzwi, takie śluzy zasuwane z góry do dołu. Coś nie szło uruchomienie bomby. Tamci już wyważyli drzwi, zabrali doktorka. Jeden z nich chciał przedziurawić mi brzuch wiertarką. Odsunąłem ją, nie chciałem umierać w męczarniach.
Szklane Drzwi, Ucieczka Z Niewoli, Pociągi
26.03.2016 – 13:43
Na trawniku przed blokiem na przeciwko coś robiła jakaś dziewczyna, na oko 16 lat, wstała i miała gdzieś pójść. Objąłem ją rękoma, pocałowałem, chciałem zdjąć jej majteczki, ale coś się nie udawało. Zapytałem ją o imię, odpowiedziała mi tym samym pytaniem, więc powiedziałem jak mam na mię i jeszcze raz się jej spytałem, tym razem powiedziała, ale nie zrozumiałem, ponieważ mówiła zbyt cicho. Widziałem, że mama stała na balkonie, ale chyba nic nie widziała. Poszedłem do domu. Z okna coś tam mówiła, że nie obchodzi ją co tam robiłem, ale myślała, że zaleję mlekiem sobie ryż czy makaron. Chyba, więc wszystko widziała...
Chciałem się wrócić i pójść do tego bloku, ale nagle znalazłem się w swoim pokoju. Wydaje mi się, że słyszałem głosu spoza snu z rzeczywistości fizycznej. Przebiegłem przez przedpokój i wyskoczyłem balkonem. Wszedłem do pierwszej klatki schodowej, miałem zamiar wejść pod nr 2. Zamiast tego zobaczyłem nad drzwiami numer 22 albo 12 i jakieś litery, chyba B. Tak czy inaczej wszedłem, od razu zrobiło się ciemno, czarno, nic nie było widać. Skręciłem na lewo.
Znalazłem się w wannie, przykryty kołdrą. Umyłem zęby, musiałem uważać, aby nie pobrudzić kołdry, jak płukałem buzię i wypluwałem pastę.
Potem byłem, gdzieś w ciemnym miejscu. Był to jakby kanion. Byliśmy niewolnikami, każdy trzymał się czegoś i przelatywał nad przepaścią. Oni chyba spali, bo nie byli niczym przywiązani i w każdej chwili mogli uciec, ale nie wiedzieli o tym. Puściłem się tego drążka i zeskoczyłem na półkę. Od razu mnie spostrzeżono, zaczęto mnie gonić. Uciekałem, zatrzymałem się przed szklanymi drzwiami, były złożone z trzech warstw. Otworzyłem pierwszą i drugą, trzecia była zablokowana, wybiłem dziurę, wsadziłem rękę i otworzyłem klamką z drugiej strony. Pobiegłem do windy, wybrałem poziom zero, ktoś razem zemną tam był. Gdy otworzyły się drzwiczki, wybiegłem na miasto.
Biegłem po ulicy, w miejscu, które niby rozpoznawałem, ale tak na prawdę nigdy tam nie byłem. Przeszedłem na drugą stronę, Po błotnej ścieżce jechał pociąg. Chciałem na niego wskoczyć, a chociaż jechał powoli, nie dogoniłem go. Wrócił się chyba ze dwa razy i za każdym razem nie udało mi się go dogonić i wskoczyć, aby szybciej zobaczyć co tam się dalej znajduje. W drugą stronę jechał inny pociąg, wycieczkowy, zatrzymał się. Wszedłem. Pociąg prowadziła kobieta ze śladem na twarzy po poparzeniu. Na stoliku leżały małe muszelki i figurki krabów w różnych kolorach. Na schodach stała koleżanka z liceum i się uśmiechała. Kobieta mówiła coś o ciężkiej pracy, a po chwili, że już prawie pobudka. Objęliśmy się, a ona mnie pocałowała. Obudziłem się wtedy.
Śpiący Ludzie, Zima
30.03.2016 – 13:51
Nie mam pojęcia, gdzie to się działo. Staliśmy albo siedzieliśmy pod ścianą. Byłem prawie na końcu "kolejki", obok mnie starszy pan. Przychodzie jego znajomy i obaj chcą mnie wypchnąć z mojego miejsca. W końcu daję za wygraną. Ten złośliwy dziad się śmieje. Nie wie, że jest nieświadomy, a ci wszyscy zajmują tylko miejsca do spania. Mnie się udało, obudziłem się i wyszedłem stamtąd, zostawiłem tam chyba ciężki plecak. Idę teraz zaśnieżoną uliczką między blokami, niedaleko las. Zakręcam. Ktoś do mnie coś mówi, tłumaczy mi co powinienem zrobić, gdzie iść. Prawdopodobnie to opiekun, przewodnik. Skręcam do lasu. Las cały zasypany śniegiem, tam gdzie powinna płynąć woda jest lód. Trafiam do jakiegoś miejsca w lesie. Ten ktoś ciągle coś do mnie mówi. Tak a prawdę nikogo nie widzę. Rozmawiam chyba sam ze sobą. Obchodzę kilka drzewek. Pytam się go po co zakręcamy, idziemy tam naokoło, przecież znowu wracamy do tego samego miejsca. On mówi, że to thought cut (że taki skrót myślowy?), chyba chodziło o shortcut. Wychodzimy z lasu jednocześnie nas teleportuje, bo las jest gdzie indziej i wychodząc z lasu nie można, by tam było trafić. Nadal wszędzie śnieg. Idę chodnikiem. Świadomie nie idę po lewej czy prawej stronie chodnika, tylko po środku i przechodzę po małej śnieżnej zaspie. Dalej jakbym poszedł to bym na trafił na staw, a potem na szkołę i kościół. Niestety coś mnie obudziło.
Miałem taką maszynkę podobną do wagi. Chyba właśnie się zważyłem i wydrukował się wydruk. To był jakiś test do wypełnienia. Potem przyszła dziewczyna do kuchni, też miała coś takiego. Miała już wydruk, starszą wersję, i zaczęła już uzupełniać. Powiedziałem jej, aby to zostawiła, ja mam nowszą wersję, wyciągnąłem z szafy. Na tej nibywadze stały buty. Miałem takie uczucie, że nie chcę dawać jej tych butów do założenia.
Strzałki, Dinozaur, Oobe
31.03.2016 – 15:01
Jest dzień. Siedzę na ławce niedaleko placu zabaw przed blokiem. Wygląda to bardziej jakbym siedział, a może nawet leżał na trawie. Naprawdę w tamtym miejscu nie ma ławki. Czytam chyba książkę. Nagle pojawia się z lewej strony obraz, nie wiem czy to obrazek w książce, chyba raczej ekran laptopu. Pokazuje się gra. Chodzi ludzik w labiryncie, naokoło las. Przenosi mnie tam jako obserwatora. Jest teraz prostokątna łąka obramowana z każdej strony chodnikiem. Po chodniku bliżej lasu, idzie ksiądz z zakonnicą. Przed nimi idzie szybciej jakiś ich agent. Ogląda się co chwilę za siebie i na boki. Teraz biegnie między krzakami i przez dalsze pole, gdzie nie ma już chodnika ani lasu. Strzela do kogoś zatrutymi strzałkami.
W następnym śnie jest wieczór. Stoję w progu mojego pokoju. Na rozłożonej kanapie, której już tam nie ma, siedzi tata i pokazuje mi różne klisze, takie jak od prześwietleń. Jeżeli to jest kontynuacja poprzedniego snu, to wydaje mi się, że wylazłem właśnie z jednej z takich klisz. Następne klisze są coraz straszniejsze. Mówię tacie żeby lepiej to schował, nie przeglądał tych klisz już więcej, bo coś złego może się zmaterializować, takie miałem bynajmniej wrażenie. Zapamiętałem tylko kilka klisz, a było ich dużo. Na jednej humanoidalna postać leżała w lesie, chyba na wielkim liściu. Poruszył się, właśnie się budził, wiedziałem, że dla tych którzy by się tam znaleźli, nie było by to nic dobrego, pewnie by ich zeżarł. Ewentualnie był to po prostu ranny umierający człowiek. Kilka następnych klisz i dotarliśmy do prześwietlenia paszczy jaszczura. Teraz już wiedziałem, że będzie nie fajnie. Pobiegłem do pokoju siostry, była tam właśnie siostra i mama. Siostra obserwowała coś za oknem, nagle krzyknęła, że zbliża się ściana. I ściana razem z oknem wsunęły się do środka, otworzyło się przejście, przez które przedostał się tyranozaur, czy inny dinozaur mieszczący się w mieszkaniu. Uciekłem do dużego pokoju, zamiast dużego pokoju, była tam biblioteka lub inne podobne pomieszczenie. Chciałem uciec przez otwarte okno. W tej krótkiej chwili zauważyłem kogoś na zewnątrz siedzącego na ławce i czytającego książkę. Chwycił mnie wtedy ten dinozaur, nic mnie nie bolało, więc trzymał chyba zębami za moje ubranie. Zaciągnął mnie z powrotem do pokoju siostry. Robiło się coraz mniej strasznie. Wyrwałem się mu i zamiast uciekać usiadłem na kanapie. Dinozaur zamienił się w małą dziewczynkę, która usiadła na drugim końcu kanapy. Nadal czułem lekki niepokój, ale było już lżej. Okazało się, że mama jest nieprzytomna. Tata mówi, że pewnie i tak się nie obudzi to lepiej ją zabić. Bardzo mnie to zdziwiło, jak można coś takiego mówić? Leżała w tym pokoju. Po chwili jednak była w tym dołączonym pomieszczeniu-bibliotece zamiast dużego pokoju. Poszedłem tam. Zmieniła się w nastolatkę. Podniosłem ją i przeciągnąłem do mieszkania. Znalazła się klisz ze zdjęciem mamy jak była trochę starsza, więc prawie wróciło wszystko do normy. Obudziłem się.
Leżę w łóżku. Czuję, że coś lub ktoś jest na mnie. To pewnie sukub. Owinęła się wokół mnie jak ubranie, z ustami w moich ustach. Nie były to prawdziwe usta tylko przyssawki. Przenosi mnie do snu. Stoję w autobusie. Przez tylne wejście wchodzi Chinka albo Japonka, przechodzi dalej, chyba siada. W miejscu, gdzie ona stała, na chwilę pojawi się mama i zmienia w kogoś innego. Postanowiłem poobserwować ludzi. Ciągle wszyscy morfowali, zmieniali się w inne osoby. Starszy pan patrzył się na mnie. Może się nie bałem, ale poczułem się dziwnie. Na jego twarzy i wiły się czułka. Cofnęło mnie do łóżka. Częściowo zdjąłem tego niby sukuba, ale po chwili, zaczęła mnie kusić i ją czy to zostawiłem na sobie, tyle, że teraz się skurczyło z robiło cieńsze. Przeniosło mnie do łazienki o wanny. Po bokach nóg, w kroku, aż do ust porosłem zieloną gumową sierścią.
Wyszedłem z wanny, cofnęło mnie do łóżka. W końcu zrzuciłem całkowicie to gumo ciało ciasto, zwinąłem w kulkę i rzuciłem za łóżko obok drzwi. Wstałem wreszcie z łóżka. Czułem senny ciężar. Byłem przekonany, że wstałem ciałem fizycznym, więc zastanawiałem czy lepiej nie wyskakiwać z okna lub balkonu. Sprawdziłem to robiąc test. Przełożyłem rękę przez szybkę w drzwiach i złapałem z drugiej strony drugą ręką. Więc chyba nie był to świat fizyczny, ale nie byłem do końca przekonany. Idę do kuchni, robi się jasny dzień. Zamiast kuchni przejście do innego domu. Idę tam. Nie idąc po żadnych schodach trafiam z parteru na piętro. Podłoga wycięta, tylko wąskie przejścia przy ścianach, na środku wielkie schody prowadzące na sam dół, żadnych barierek, ani poręczy. Idę tym wąskim przejściem , obserwuję co się dzieje na dole. To jest chyba jakiś królewski zamek. Na dole ludzie w kostiumach, tańczą. Cofam się do schodów i idę na dół. W połowie schodów zauważam, że wszyscy się ze sobą biją. Idę szybciej i na końcówce zeskakuję na coś i już jestem na dole. Zostało mało osób. Nie wiem dlaczego się biją. Za mną duże okna i oszklone drzwi.
Rura, Ciasta
01.04.2016 – 11:14
Słoneczny, ciepły wiosenny dzień. Siedzę przed komputerem i przeglądam na internecie stare archiwum dotyczące systemu operacyjnego, którego nazwy nie znam lub nie pamiętam. Starsze materiały były ciekawsze od nowszych. Zmieniam wygląd systemu. Okienka i paski robią się nieczytelne. Wybieram inny wygląd. Teraz wygląda ładniej. Przycisk start ma w sobie animację ognia, a po prawej stronie, bliżej zegara, zapaliło się światełko, jak mała gwiazda, jest zamiast strzałki prowadzącej do następnych ikonek. Światełko gaśnie, zmienia się na chwilę w strzałkę, potem w ikonkę, pasek się rozszerza, ikony powiększają się i układają się w dwóch rzędach. Klikam myszką otwiera się menu i zamyka. Klikam jeszcze raz i zostają ślady po długopisie, nie mogę ich zetrzeć gumką… Głowa za bardzo przybliżyła mi się do klawiatury i prostuję się. W tej chwili zauważam za oknem, że po trawniku idzie grupka dziewczyn hydrauliczek. Schylam się jeszcze raz i znowu prostuję. Poszły dalej. Rozkopały cały trawnik i zamierzają przeciągnąć rury, aż do miejsca przed oknem kuchennym. Wyglądam teraz właśnie przez okno kuchenne. Po rozkopaniu widać, że wzdłuż żywopłotu ciągnie się zardzewiały drut. Nie da się go wyciągnąć, bo jest wkopany daleko i za głęboko.
Idę teraz z niby znajomą, mającą czarne włosy, przez parking i wchodzimy do budynku. Była mowa o dwóch ciastach. Pan w okienku pyta, które jest nasze ulubione. Dziewczyna mówi jakie lubi, a tamten zapisuje w dzienniku. Ja mu mówię, że rzadko jadam takie ciasta, więc żadne nie są moje lubione. Tamten zapisuje "żadne" w innym języku, jakby to była nazwa ciasta. Widzę, że w zeszycie miał pozapisywane inne nazwy ciast, które rzekomo wcześniej mu podawałem, chociaż wiem, że nigdy tu wcześniej nie przychodziłem. Wychodzimy od niego. Przechodzimy korytarzem do innego pomieszczenia, są tam książki, więc to biblioteka lub księgarnia. Wkładam sobie do buzi trochę kremu nivea, nie wiem po co. Chcę przepłukać buzię, ale nie mogę znaleźć wody, wycieram się chusteczką. Wychodzę. Pani prowadząca bibliotekę też wychodzi i zasuwa drzwi, aż najeżdżają na drugie, poprawia. Nie wiem dokąd prowadzą te obok po lewej stronie. Na drzwiach jest napis, że ktoś zmarł. Przychodzi para. Ten napis wydał się im zabawny. Robią sobie selfi na jego tle. My wychodzimy. Już wracamy do domu. Trawnik nadal rozkopany. W powietrzu latają duże kłęby pyłków z drzew. W oddali widzę jak w lesie drzewa poruszają się bez wiatru. Płaczą, bo mają żałobę.
Jazda Rowerami, Zombie W Podziemiach
02.04.2016 – 14:52
Jeździmy w czwórkę rowerami po okolicy. Jest z nami dziewczyna, ponoć bardzo się zmieniła na gorsze. Zsiadamy z rowerów. Idziemy klatką schodową na górę nieznanego budynku, coś tam załatwiamy i wracamy się. Jeden z nich mówi, że nie powinna tam chodzić, że się zeszmaciła czy coś podobnego. W tym budynku mieszkają czarni, mogą ją złapać i zgwałcić. Ktoś wychodzi z mieszkania, aby zobaczyć kto to idzie schodami. Oni chyba już poszli, dziewczyny także nie widzę.
Idę na dół. W klatkę schodową zostały wplecione w środku drugie schody, jakby dwie klatki w jednej. Widzę, że tata idzie z teczką w ręku tą wewnętrzną klatką schodową na górę, nie widzi mnie. Później się pytam, gdzie był i po co, ale nie pamiętam odpowiedzi. Wybieram, drugie dalsze schody. Są szerokie, jakby wychodziło się ze szkoły, albo raczej z teatru. Mam założone okulary przeciwsłoneczne, boli mnie przez to nos w miejscu, gdzie się stykają ze skórą. W rzeczywistości nigdy nie noszę okularów przeciwsłonecznych, nawet nie posiadam takich. Przed wyjściem stoi blondynka z chłopakiem, o czymś rozmawiają. Tamten jej mówi, że go boli nos od okularów przeciwsłonecznych. Śmieję się. Jaki zbieg okoliczności... Dziewczyna pyta się mnie o co mi chodzi, z czego się śmieję. Mówię, że też mam ten sam problem. Oni też się śmieją. Zdejmuję okulary. Tamten proponuje mi swoje, mniejsze. Dziękuję mu, ale postanawiam już nie nosić okularów przeciwsłonecznych. Wychodzę na zewnątrz.
Jestem już w domu, wieczór. Wiem, że coś się stało z jednym, jadącym z nami na rowerze. On chyba jechał jednak na motorze. Zagubił się, czy miał jakiś wypadek albo ktoś go napadł i pobił. Martwię się. Chcę się skontaktować z tym drugim i dziewczyną. Mam włączony komputer z forum. Na biurku zeszyt i zdjęcia kilku osób z innego forum. Nie mogę się dodzwonić. Idę do sypialni rodziców, mówię, że chyba będę musiał wyjść na noc i go poszukać. Mam i siostra coś tam krzyczą, że nie powinienem, nie wolno mi, mam zostać w domu. Wracam się do pokoju. Ktoś siedzi w kuckach pod ścianą i śpi. To chyba ten, o którego się martwiłem, nie wiem po co, skoro siedział cały czas u mnie. Teraz się chyba zaczął budzić.
Znowu dzień. Kobieta jedzie samochodem, błotnistą drogą, tą, z jednego z poprzednich snów, po której jechał pociąg. Wygląda to na podziemny tunel, mający kilka kilometrów. Po prawej stronie są wejścia do podziemnych budynków, albo jednego dużego. Jestem obserwatorem, ale gdy wysiada, idę razem z nią. Zostawia samochód, bo woli iść na piechotę, aby wszystko lepiej obejrzeć. Robi tak, chociaż wie, że jest to niebezpieczne, samochodem byłoby szybciej, a tak jest narażona na to, że złapią ją zombiaki. Wchodzimy jednymi z wielu drzwi po prawej stronie. Przechodzimy przez jasną łazienkę. Od razu widzimy trzech zombi stojących pod oknem, na szczęście odwróceni do nas plecami. Szybko skręcamy do dalszej części łazienki. Trafiliśmy prawdopodobnie do części szpitalnej. Wychodzimy na korytarz z białymi ścianami. Na końcu widać jak zombiaki już biegną w naszą stronę. Biegniemy w drugą stronę, do wyjścia. Przechodzimy tam przez dwoje oszklonych drzwi, i trochę pod górkę. Za nami wychodzi starsza pani, nie jest zombi. One jej nie mogą nic zrobić, rządzi nimi. Chce nas zatrzymać i nasyła na nas jej niewolników. Czołgają się i chcą nas chwycić i ugryźć. Wyrywam się jednemu. Niestety po chwili przyciąga mnie do siebie i chyba gryzie. "Budzę się" z powrotem w środku, jak idę korytarzem, na około pełno zombi, ale rozchodzą się. Zostaje tamta kobieta co wcześniej. Ja się nie zmieniłem, ale ona jest już zmieniona w zombi. Wykrzywia się, robi taki zombi uśmiech. Udaję, że też jestem zombi, chyba nie zauważa nic. Nagle szybko biegnę do drzwi. Zamknięte. Patrzę, mam w ręku klucze, dziwnie podobne do tych od piwnicy. Otwieram po kolei oba drzwi i zamykam za sobą, żeby nic mnie nie goniło. Wychodzę wreszcie z podziemi. Nie poznaję okolicy. Wychodzi na to, że większość ludzi na świecie to teraz zombie, ale siedzą głównie w podziemiach. Idę za róg. Rzucam klucze w trawę. Ktoś się zbliża, rodzice z synem. Nie chcę, aby ktokolwiek mógł otworzyć drzwi do tych podziemi. Akurat ktoś zostawił wykopaną roślinkę z korzeniami. Wsadzam do dziury klucze i przykrywam rośliną.
Chłopak zauważa, coś tam do mnie mówi. Odpowiadam, żeby lepiej tam nie szli, nie wypuścili zombiaków. Potem siadamy przy okrągłym plastikowym stołku. Biorę jego rękę przytrzymuję, on krzyczy co ja robię. Mówię mu, że moja krew jest uodporniona i chcę mu wpuścić trochę przez żyłę, aby on też się uodpornił na ugryzienia zombi. Napuchła mu żyła, gdy wleciała odpowiednia ilość krwi, puszczam jego rękę. Od razu odskakuje. Poszliśmy trochę dalej. Okolica przypomina nieco dzielnicę, na której mieszkam. Wydaje mi się, że z daleka zbliża się jeden zombiak.
Wieczór, ale jeszcze jest jasno. Wracam z jakiegoś miejsca z innymi ludźmi. Niejasne skojarzenia z Rosją. Trzymam na rękach małe dziecko (lub kota). Skądś pojawia się mama i siostra. Proponuję im byśmy poszli tam i tam, wskazuję miejsca. Nie chcą. To wskazuję im kierunek, z którego wracałem.
Tam się zgadzają, idziemy, ale drugą stroną ulicy.
Kulisty Zielony Budynek
05.04.2016 – 13:12
W mieście był wielki budynek-kula, jak się weszło to wewnątrz było widać, że jest większy niż całe miasto, w którym się znajduje. Było tam dużo zieleni, terenów parkowych i boisk. Kamera właśnie leciała i pokazywała widok wewnątrz parkowego labiryntu. Przed okrągłym wejściem do kuli jakaś dziewczyna komuś się skarżyła, zwymyślała, miała o coś pretensje. Byli tam naukowcy. Mnie i koledze z gimnazjum dali dali kartkę z listą różnych ich eksperymentów. Mieliśmy wybrać kilka i udowodnić matematycznie. Niby wybrałem za proste, więc naukowiec zaznaczył dalszy z podpunktów. Mieliśmy książkę do matematyki. Kolega otworzył na stronie z wydrukowaną okładką tej samej książki, z wzorami. Spytałem się czy będzie korzystał z tych wzorów z okładki, bo ja nie mam pojęcia o co chodzi i nie znam się na zaawansowanej matematyce. Później, gdzieś poszliśmy.
Wyrzucone Stare łóżko
06.04.2016 – 12:38
Z balkonu zauważyłem, że na trawniku leży łóżko. Zawołałem mamę i powiedziałem, że złośliwi sąsiedzi zamiast na śmietnik wyrzucić swoje stare łóżko, to zostawili je na trawniku przed naszym balkonem. Potem poszliśmy, gdzieś, pamiętam, że siedzieliśmy w kolejce do czegoś korytarzem zbliżało się to łóżko. Później wracaliśmy. Będąc już przed klatką zobaczyliśmy, że to łóżko się porusza w naszą stronę. Zaczęło na nas napierać, chciało nas zgnieść, zdążyliśmy jednak wejść na klatkę. Zastanawiam się czy to nie była jakaś złośliwa astralna istota, która przybrała kształt łóżka? Tata otworzył małe przejście, jakby okienko, nawet nie wiedziałem, że mamy takie w mieszkaniu, i wyszedłem przez nie na trawnik. Był kilkakrotnie większy niż jest na prawdę. Wyszedłem poza niego i szedłem wzdłuż żywopłotu. Walało się tam pełno różnego rodzaju śmieci, gąbki, materace, puszki. Nagle coś się rusza, jakieś maszyny. Wiedziałem, że to amerykańskie wojsko zostawiło te roboty. Były nieco podobne do tego łóżka. Miały tu posprzątać. Niestety nie patrzyły czy to śmieci czy ludzie, zgarniały i miażdżyły wszystko co napotkały na swojej drodze. Prawie mnie wciągnęły, odskoczyłem na bok i pobiegłem dalej po śmieciach. Ścieżką pomiędzy maszynami a śmieciami szli dziewczynka i chłopczyk. Zawołałem do nich, że tu jest bardzo niebezpiecznie, że te maszyny mogą ich zabić. Wyszli dalej. Poszedłem razem z nimi.
Bar W Lesie, Duchy
08.04.2016 – 13:01
Leżę w łóżku, mam chyba paraliż. Nadchodzą wibracje, chociaż wydaje mi się, że to raczej gazy przemieszczają mi się w brzuchu
W łazience. Do łazienki dostają się małe złe zwierzątka, albo raczej robale. Zgniatam je rękoma. Przyciąga mnie z powrotem do łóżka. Wyskakuje przede mną twarz dzikusa. Sen wciąga. Biegnę w stronę wejścia do głębszego lasu. Macham rękoma jakbym chciał latać, ale nie lecę. Nie oglądam się za siebie, dzikus mnie chyba nie goni. W lesie, a może bardziej to gęstszy park, stoi chatka. Jest tam bar lub restauracja. Za drewnianym ogrodzeniem widzę dziewczynę, pewnie tam pracuje jako kelnerka. Idę do niej. Przechodząc za ogrodzeniem, gdzieś mi umyka, w tłumie jej nie widać. Widzę ją, gdzie indziej. Jest tam więcej kelnerek. Dziewczyny pracujące tam, są ubrane na czerwono. Wszystko co chwilę się zmienia, jak w poklatkowym nagraniu. Chcę teraz podejść do dziewczyny z czarnymi włosami, siedzącej na ławce. Gdy już tam jestem, zamiast niej siedzą jakieś chłopaki. Myślę, że nieźle się z nią zabawiali. Budzę się.
Coś tam było z chodzeniem po schodach. Szedłem razem z ciocią, ale to była klatka schodowa z nieznanego mi budynku. Były tam też koty. Później, już w domu. Przyszedł dziadek, zmarły już parę lat temu. Tutaj jakby znowu przed śmiercią. Jest bardzo na luzie. Raz wygląda normalnie, a raz jest mniejszy i mówi dziecięcym głosem.
Jest kartkówka z matematyki. W pierwszym zadaniu było jakieś równanie do rozwiązania, było chyba powiązane z drugim zadaniem. W drugim trzeba było uzupełnić krzyżówkę. Gdy kończy się czas, zauważam dwa słowa odwrotnie uzupełnione, wymazuję je, ale nauczycielka zabiera już kartki. Mówi, że jak ktoś nie chce oceny to nie wpisze. Moja praca ma być sprawdzona jako pierwsza.
Schodzę do piwnicy. Wiem, że jak skręcę od razu na prawo to się obudzę, przynajmniej było takie odczucie. Obracam się na lewo i idę w ciemny korytarz po prawej stronie. Zmieniam zdanie i jednak idę w stronę korytarza, tego po lewej. Cały czas było zgaszone światło, ale jak wchodzę w korytarz robi się jasno. W ogóle to nie jest piwniczny korytarz. Taki jasny, biały, przeniosło mnie, gdzieś indziej. Drzwi za mną się zamknęły. Chodzi tam dużo więcej ludzi, niż za zwyczaj po piwnicach. Podchodzi do mnie nieznana dziewczynka. Widzę jej twarz bardzo dokładnie, jednak nie wiem kim ona jest. Uśmiecha się do mnie i mówi. Niestety to jest tak jakbym odbierał obraz, ale dźwięk już nie dochodził. Poszła dalej, idę za nią. Przy recepcji stoją jej rodzice. Tak myślałem, ale byli to raczej jacyś niezwiązani z nią ludzie. Ciągle coś mówi, słyszę tylko szum w uszach. Robi się trochę przezroczysta. Nie mogę jej dogonić. Stoi teraz przy drzwiach. Jest coraz bardziej przezroczysta, aż w końcu znika lub może przenika przez drzwi.
23.02.2016 – 14:10
Czytam książkę. Miała złe tłumaczenie (w rzeczywistości przeczytałem z poprawnym tłumaczeniem). Tłumacz zamiast napisać Tancerze Oblicza lub Maskaradnicy, to przetłumaczył na Tancerzyki...
Idę z dwoma starszymi ode mnie znajomymi ciemną klatką schodową. Wchodzimy na piętro. Ktoś inny idzie jeszcze wyżej, tam niby już byłem w innym śnie, więc idę teraz z tymi dwoma. Idziemy krótkim korytarzykiem. Na końcu są drzwi. Gródź czy śluza czy jak tam nazwać te drzwi, rozsunęła się automatycznie. Wchodzimy. Mógłby to być balkon. Wygląda to jednak jak wystająca półka skalna, a dalej przepaść. W tej "jaskini" są różne urządzenia. Chyba jesteśmy na statku kosmicznym. "Budzę się". Okazało się, że to było demo gry komputerowej Cośtam coś Saturn. Była uruchomiona na mp3trójce podłączonej na kabelku do lampy przy łóżku. Podgłośniłem trochę. Słyszę muzyczkę budzika (w rzeczywistości nie nastawiałem alarmu). Włączyłem drugą grę i się położyłem. Zaczyna się podobnie. Wchodzimy jednak drugimi drzwiami, tymi z prawej strony. Ta gra ma w nazwie Mars, chyba to druga część. Po wejściu włącza się menu gry, przełącza się pokazują się różne owoce, pomarańcze i inne dziwne cytrusy, pewnie to reklama. Znajduję się w jasnym pomieszczeniu, gdzie przeważają jaskrawe kolory. Postacie z gry ubrane są na pomarańczowo. Jest to sala treningowa. Tamci mają karabiny. Domyśliłem się, że to pewnie też tylko demo. Wracam do drzwi. Oni oburzeni, że tak szybko wychodzę.
Korytarz/sala, szpital połączony z budynkiem szkolnym. Stoję przy łóżku. Z rąk leci mi krew. Cały materac wybrudzony krwią. Są niedaleko te postacie z gry, ale bez kostiumów. Kawałkiem papierowego ręcznika przecieram, większość schodzi, resztę każe im umyć na mokro, to pewnie przez nich się pokrwawiłem. Śpieszę się do szkoły, a na pierwszej lekcji mam matematykę.
Tak jakby siedzę na kanapie w dużym pokoju przed telewizorem. Wizja wielkiego długiego czarnego budynku. To jest nowoczesny budynek mieszkalny i jest naprawdę bardzo duży. Niedawno go wybudowano i nadal trwają prace wykończeniowe, mają zakończyć do końca 2016 roku. Mówię tacie, żeby taki u nas na dzielnicy wybudowali, w tym sensie, że nawet by się tu nie zmieścił. Nie było to w Polsce, tylko w innym kraju. Nagle pani jakaś tam (tu podano nazwisko) otwiera drzwi z prawej strony, jest mowa o tym, że w tym budynku wszystkie mieszkania są połączone drzwiami. Teraz jestem rzeczywiście na przeciwko tego wielkiego budynku. Idę chodnikiem z czymś przypominającym wykrywacz metali. Dochodzę do uliczki i zawracam. Teraz trzymam plastikową łopatę. Siadam na niej i chwilę lecę. Łatwiej było na niej wysoko skakać niż lecieć. Spróbowałem lecieć i skakać bez niej, nie dałem rady. Na ławeczce siedziały dzieci z tatą, może było ich pięć, a może więcej. Wyciągnęły małe miotełki i poleciały. Były trzy ulice, jedna po lewej stronie i dwie po prawej stronie. Skierowałem się na prawo, skakałem wysoko siedząc na tej łopacie. Jedną uliczką pojechał autobus. Tam poleciały te dzieci, słyszałem jak mówiły, że to droga do domu. Poleciałem nad drugą ulicą. Była tam jakby długa kolejka do czegoś. Na końcu szła matka z córką. Dziewczynka podskakiwała, albo tańczyła.
Sklepik znajdujący się w budce za blokiem. Sklepikarka musi, gdzieś szybko wyjść. Mówi, że zapisze jak się nazywam i co chcę kupić, to będzie miała od razu przygotowane dla mnie. Przyszło mi tyko do głowy, że chcę dwie wody mineralne.
Astralny Zabójca
24.02.2016 – 14:48
Czytam książkę. Zawiera dużo kolorowych obrazków. Kończę opowiadanie. Oglądam obrazek przedstawiający zwierzęta w lesie. Na początku książki była instrukcja jak sprawdzić czy ta książka to oryginał czy nie. Coś tam było o tym, żeby zobaczyć czy ten obrazek jest wyblakły i nie tylko. Następne opowiadanie miało tytuł "Solarianie". Było długie, więc odłożyłem książkę na później.
Czułem obecność w moim pokoju, było strasznie. Potem znowu zasnąłem lub już wtedy byłem na płytkim półśnie czy paraliżu przysennym i przeszedłem do snu. Były trzy dziewczyny, jedna młodsza przynajmniej o dziesięć lat, pozostałe w podobnym co ja wieku. Uciekliśmy z domu, ponieważ ta obecność, którą czułem to był astralny, bardzo groźny, zabójca. Uciekaliśmy po chodniku, po trawie, całą dzielnicę przebiegliśmy. Dotarliśmy o placu zabaw przechodzącego w dom. Były tam dzieci i starsza pani. Pani ta zaprosiła nas do siebie, dała nam coś do jedzenia. Niestety ten zabójca nas odnalazł i musieliśmy uciekać. Biegliśmy, gdzieś w tłumie, pewnie był tam dworzec kolejowy, sklepy. Trafiliśmy do ogromnej galerii handlowej. Dwie starsze dziewczyny poszły coś kupować. Zostałem z tą młodszą. Pilnowała ich plecaki, miała chyba dużo książek. Uśmiechała się do mnie, chyba się pocałowaliśmy. Wiem, że w którymś momencie, była mowa o tym, że ta młodsza i jedna z tych dwóch były w ciąży. Później trafiłem do windy. Przez okienko było wszystko widać, gdy się poruszała winda. Wcisnąłem przez przypadek nr 52 (wystukiwanie numeru było bardzo ciężkie, ciężko było mi podnosić ręce, w tym sensie, że musiałem bardzo się na tym skupić, wręcz wizualizować dłonie) i na takowe piętro jechała winda, więc budynek był naprawdę ogromny. Wiedziałem, że tam nie wolno wysiadać zwykłym ludziom. Na przedostatnim piętrze widziałem jakąś poruszającą się maszynę, na pięćdziesiątym drugim była bardzo gęsta mgła, ewentualnie chmury. Nie wysiadłem tam. Wcisnąłem piętro, zamiast zero lub jeden, minus dwadzieścia coś. Automatycznie włączyła się kamerka na mnie i mikrofon, szybko coś wcisnąłem, aby to wyłączyć. Widziałem z góry dużą salę treningową. Obserwowałem to sponad zawieszonej do sufitu lampy. Chyba wróciłem do dziewczyn. Pamiętam jeszcze jazdę autobusem.
Dyskoteka, Przekazywanie Energii, Napoje
25.02.2016 – 15:58
Dyskoteka, ogólnie ciemno, ale dużo jednak świeciło poruszających się reflektorów. Nie wiem czy to byłem ja, czy ktoś inny, a ja byłem tylko obserwatorem, no ale nie ważne, powiedzmy, że to byłem ja. Idę sobie przez salę. Podchodzi do mnie młoda kobieta. Bierze moje ręce w swoje. Widać jakby coś pulsowało, błyskało, jakby ona przekazała mi jakąś energię, wtedy pojawiła mi się myśl, że zmieniła coś w moim DNA. Chyba coś mówiła i poszła. Niedaleko był bar z alkoholem, obsługiwany niby przez jakiegoś znanego aktora. Pokazuje się krótka animacja. Pokazany jest gościu podobny do tego barmana, ma bardzo długie kolorowe włosy, gęste, naokoło głowy. Głos mówi, że on chcę rządzić całym światem. Animacja kończy się. Jest jakaś akcja, ktoś go rozpoznał, bójka, tamten ucieka. Ktoś ma skrzywioną szczękę, pewnie to po biciu, przychodzi lekarz (chirurg?) i mu prostuje. Idę za ladę. Ktoś chce, chyba starszy pan, abym nalał mu do picia. Nalewam szklankę. Ten rezygnuje, mówi, że chce coś innego. Pytam się go jak mam to potem sprzedać, to co już nalałem. Jestem w ogóle tam pierwszy raz i tak naprawdę to tu nie pracuję. Sceneria się zmienia, robi się jasno, miejsce na trawie przy chodniku, tamci wszyscy ludzie z dyskoteki znikają. Zostaję tylko ja i ten facet, zostaje jeszcze ten bar z napojami. On mi daje jakieś drobniaki, nalewam mu. Prosi jeszcze o Coca Colę. Podaję mu. Sam próbuję, wszytko wydaje się bezsmakowa, jakby to była tylko woda. Z niektórych butelek wylewam wszystko na trawę, mówię mu, że podlewam roślinki. On mi podaje, jak mówi Coca Colę, jest droższą, bo podwójna, i jakaś inna lepsza. Mówię mu, że takich niezdrowych napoi nie piję. Odchodzi. Ta niby Cola, to były dwa kamyki, jeden mniejszy drugi duży. Ten mniejszy to było tak zwane tygrysie oko i chociaż takie małe to ważyło więcej niż ten duży kamlot. Wziąłem to i biegłem do domu. Przypominam sobie, że pod ławką zostawiłem buty. Podczas powrotnego biegu widzę, że mam jednak złożone letnie buty. Nie znalazłem już tego niby baru, widocznie nie można wrócić do takiego sennego miejsca, znikło, albo się rozpuściło, rozpłynęło.
Nibyludzie W Piwnicy I Inne Stwory
27.02.2016 – 17:04
Piwnica czy jakiś składzik, magazyn. Pełno malutkich ludzików, wiją się niby robale. Podchodząc do drzwi rosną do normalnych rozmiarów. Widać w nich coś nie ludzkiego, sztucznego, są jak lalki. Pozwalamy im wyjść. Wiele z nich potrafiło latać. Gdy większość wyleciało, szukamy tych co zostały. Te były niebezpieczne, chciały tam zostać. Sprawdzamy za drewnianymi półkami, deskami. Coś się poruszyło.
Tłum ludzi, pomiędzy nimi jakiś dziwny człowiek. Wymawia jakieś swoje zaklęcia i za każdym razem skręca się i rośnie. Na koniec powiedział coś tam z pomocą boską i zakończył się wzrost. Miał dużo nóg i rąk. Było to w dużym domu. Znalazłem się tam razem z trzema dziewczynami, Azjatkami. Musieliśmy z nim walczyć. Używałem telekinezy, przytrzymywałem je, gdy spadały, a odpychałem tamtego stwora. On się uczył, także mógł wykorzystywać telekinezę do walki. Zmniejszyło nas i uciekaliśmy. Stałem na małej szafeczce. Tamten stwór się skopiował, było teraz pięć potworów. Stosował jakieś techniki iluzji. Udało nam się na szczęście uciec. Nie gonił nas. Myślałem, że te dziewczyny już poszły, ale jednak czekały na mnie. Przyszła też mama i ciocia.
Mam kartkę papieru, na niej pytania, jakby sprawdzian. W pierwszej linijce narysowany ołówkiem ludzik. Podskakiwał. Ciocia coś o tym mówiła. Odpowiedziałem, że to jeszcze nic, miałem kiedyś coś podobnego, silniejszego. Duch czy zaklęcie w tekście. Złapał mnie i rzucił przez całą salę.
Straszna Katedra
28.02.2016 – 14:49
Idę z mamą na spacerze, zatrzymujemy się, rozglądamy się gdzie jesteśmy. Trafiliśmy na okrągły zielony plac. Był pusty. W oddali było tylko widać różne miejsca naokoło niego. Z jednej strony były budynki, dalej las, ktoś tam szedł między drzewami. Po lewej stronie był był park-labirynt. Prowadziło do niego wiele przejść, wybraliśmy pierwsze. Przed nami szła kobieta, prowadziła wózek z dzieckiem. Po chwili spaceru, niezauważalnie znaleźliśmy się na korytarzu nieznanego budynku. Był cały zalany wodą. Szło tam dużo ludzi. Chciałem iść do łazienki, wszedłem do drugiej i dobrze. Z tamtej pierwszej wychodziła straszna czarna postać, obcy. Ktoś tam właśnie wchodził. Portier chciał od niego mniejszej zapłaty, bo niby pochodził z kraju należącego do jakiejś tam organizacji. On chciał zapłacić normalnie. Znalazłem deskę surfingową. Płynąłem nią po wodzie, lekko się unosiłem w powietrzu. Przeszedłem przez drzwi. Trafiłem na główny korytarz szkoły gimnazjalnej. Przeleciałem na sam koniec. Były tam czarne rozsuwane drzwi. W drzwiach kałuża lub rzygi. Drzwi łączyły z budynkiem niezwiązanym ze szkołą. Pojechałem windą na górę, przeszedłem przez, któreś drzwi. Siedziała tam szalona kobieta naukowiec. Z kimś rozmawiała przez telefon. W drugiej ręce trzymała szklany pojemnik z miksturą, nad którą pracowała. Chciała ją użyć jako broń. Przyszedł za mną tamten z łazienki. Widziałem z góry pełno gruzu, pewnie tam na dole było trzęsienie. Jakoś udało mu się wspiąć na górę. Zabraliśmy jej tą broń, chyba wylaliśmy. Nie wiem co się z nią potem stało, uciekła, czy może spadła i się zabiła. W miejscu, gdzie siedziała wyrwało kawał ściany, albo skały. Ktoś powiedział, że jest 100% chleba w powietrzu. Nie wiem o co chodziło, że taki suchar, skwar, ponieważ słońce zaczęło tak świecić, grzać, że nie dało się wytrzymać. Na dodatek wyszliśmy na zewnątrz przez okno. Znaleźliśmy się w piaszczystym, pustynnym miejscu, była nawet mowa o tym, że to inna planeta. Kobieta z córką wylądowały samolotem na piasku. Dziewczynka już nie była w wózku, trochę podrosła. Moja mama też nie wiadomo skąd przyszła. Nie wiem co tam się dokładnie działo, a i z kolejnością we śnie spore problemy. Chyba to było później, wróciłem do budynku. Pochodziłem po korytarzach i znalazłem dziwne wejście. Półcień, schodziło się na dół schodami, bardzo mroczna atmosfera, czuć lekki niepokój. Była tam katedra lub kościół. Na dole przy schodach stały wielkie oszklone szafy z książkami. Kilka książek wyjąłem i schowałem z powrotem, nie zdążyłem nic przeczytać. Wiele osób zeszło tam razem ze mną, może uczniowie. Z tą świątynią było coś nie tak, inni także to poczuli. Tam były na pewno wampiry. Wszyscy stamtąd uciekliśmy. Później znowu tam wróciłem, ale także szybko uciekłem. Za trzecim razem odważyłem się i poszedłem pomiędzy ławkami, aż do ołtarza. Były tam wielkie szuflady, a może raczej trumny? Otworzyłem jedną, szukałem spisu wszystkich tych książek znajdujących się w szafach przed schodami. Kapłan dał mi książeczkę, zażartowałem, że w takiej małej to się chyba nie zmieścił spis wszystkich książek. Otworzyłem, przekartkowałem. W środku znalazłem rysunek przedstawiający prawdopodobnie szatana. Oddałem książeczkę. Nie dość, że wampiry to na dodatek sataniści! Zwiedzając tak tą świątynię, przez cały czas ktoś chodził za mną, pilnował mnie, trochę jak ci nachalni z ulicy, chcący pieniędzy. Zaczęła się muzyka. Przestraszyłem się, że zaczynają czarną mszę, a mnie chcą złożyć w ofierze i nawet zjeść. Okazało się, że to dopiero próba gry na organach, ale i tak uciekłem. Wszyscy normalni ludzie też pobiegli na górę po schodach. Otworzyło się przejście do mieszkania, tamci sataniści przybiegli za mną, wbiegli do pokoju siostry, pokradli różne rzeczy, głównie chyba jedzenie i uciekli. Mały chłopczyk-wampir siedział jeszcze na kanapie i obżerał się kanapkami, wygoniłem go. Potem, albo było przejście do następnego snu po obudzeniu się, albo kontynuacja z częściową powtórką. Kolejności znowu nie pamiętam, może część zdarzyła się w poprzednim śnie. Znowu biegnę tym szkolnym korytarzem. W drzwiach na końcu wielka śmierdząca kupa na środku. Co za pomysły mają ci uczniowie? Wbiegam krętymi schodami, widok się smuży, co chwilę jakby urywa się. Na górze pełno korytarzy. Przechadzam się tam i z powrotem. Wszędzie dużo krzeseł, jedne obok siebie, a w innych miejscach pozostałe poustawiane jeden na drugim, aż do sufitu. Pusto, idzie tylko jedna osoba, może to tamten, którym przenieśliśmy się przedtem na pustynię, teraz starszy ode mnie. Idę z nieznajomym korytarzami. Wchodzimy, chyba do łazienki, coś sprawdzić. Wychodzimy. Była tam kolejka do drzwi, wszyscy siedzieli na długiej ławeczce przy ścianie. Na końcu kolejki siedziała matka z córką, to ta sama co w parku i na pustyni, jak lądowała samolotem. Nieznajomy powiedział, że poziom wody się podnosi i trzeba wyjść na zewnątrz. Idziemy do innego pomieszczenia. Jest tam rozsuwane okienko. On j rozsuwa je i wychodzi. Pomaga mi wyjść, wyciąga za ręce. Ktoś grozi nam, że nie wolno, nie powinniśmy opuszczać tego miejsca. Wychodzimy na ulicę. Okienko wstawione było na poziomie ulicy, jakby to była piwnica. Obracam się, by spojrzeć ostatni raz, okazuje się, że to zwykły szary budynek. Biegniemy przez miasto. Wchodzimy do jakiegoś salonu, siadamy przy stole w głębi. Obserwujemy starszą panią siedzącą blisko wyjścia. Kobieta, która tam pracowała zakłada jej wielki różowy kapelusz. Starsza pani skarży się, że jej fryzura się zepsuje, ale przecież tego chciała. Tamta kobieta wyjmuje po kolei różne karty, będzie wróżyć.
Wieża Z Mieszkaniami
04.03.2016 – 12:46
Była to wysoka wieża z mieszkaniami ustawionymi na mieszkaniach. Znalazłem się na środku placu wewnątrz na samym dole. Dolne piętra przeznaczone były na kościół, wyższe dla ludzi, a na pozostałych dalszych mieszkali obcy. Z zewnątrz wspiąłem się po konstrukcji. Nagle wyskoczył pies średniej wielkości, miał jasną sierść. Był wrogo nastawiony, chciał mnie ugryźć. Zszedłem niżej, patrzył się na mnie kot, ten był przyjazny. Chciałem tam wejść, ale trafiłem jednak na inny poziom. Przechodziła tam grupka uczniów. Znowu wyszedłem na zewnątrz i zacząłem się wspinać. Chciałem wejść na samą górę. Wiele pięter już się wspinałem, byłem już na poziomie, gdzie zaczynały się mieszkania obcych, lekki niepokój. Ktoś obserwował mnie z zewnątrz, zaczął strzelać. Uchyliłem się i wspinałem się szybciej. Wizja zrobiła się animowana. Po jakimś czasie widok wrócił do normy. Okazało się, że jestem na samej górze. Wierzchołek budynku wieży znajdował się wysoko ponad chmurami, wyszedłem chyba poza atmosferę ziemską. Nie chciałem myśleć jak jestem wysoko, aby nie zacząć odczuwać lęku przed wysokością. Na samej górze nikt nie mieszkał, zresztą było za wąsko, za mało miejsca na mieszkanie. Schodziłem już na dół.
Spotkanie Z Osobą Z Forum
09.03.2016 – 14:21
W tym śnie lub oobe byłem z kimś o kim myślałem, że jest z forum i wiedziałem, że to jest na pewno oobe. Pokazałem mu, że z tamtej strony dalej za blokiem jest las. Weszliśmy na trawnik, pokazałem, że tu mieszkam, tu jest balkon. Dalej poszliśmy trawnikiem i skręciliśmy w prawą stronę. Wskazałem mu okno mojej siostry i moje okno. Chciałem wejść do pokoju przez okno. Było zasłonięte kawałkami drewna i czarnymi podwójnymi drzwiczkami. Drewna rzuciłem na trawnik, rozsunąłem drzwiczki. Na parapecie stały jeszcze jakieś figurki, nie wiem co się z nimi stało, może spadły. Najpierw przeszedł nieznajomy z forum, potem ja. Było ciężko, ponieważ okno było jakieś wąskie, ale się udało. Zdziwiłem się, bo nie trafiłem do swojego pokoju, tylko do innego nieznanego mi budynku. Znaleźliśmy się na dużym holu.
Siedzę z kilkoma osobami na ławce pod ścianą na końcu szkolnego korytarza. Biegnie w naszą stronę grubas, jakiś tłuścioch. Przepycha się, nie wiem o co mu chodzi. Chce mi się siku. Wstaję i idę. Miałem sikać na środku korytarza, ale po zastanowieniu się, pomyślałem, że to trochę dziwne. Podchodzę do koleżanek, coś mi dają, jakieś materiały, szmatki. Idę gdzieś i znajduję ścianę z metalowymi okrągłymi przejściami do okrągłych korytarzy, jakby wielkie srebrne rury. Niedaleko stoi inna koleżanka. Wchodzę przez pierwsze przejście. Po chwili spaceru idą za mną dwie osoby, jeden jest zły, taki chuligan, strzela do mnie z pistoletu energicznego, nie trafia. Rzucam w niego kulą energii, niestety nie trafiam. Gada jakieś przekleństwa, pewnie jakbym w niego trafił, rozpoczęłaby się bójka, a tak wchodzą do sali po lewej stronie. Idę dalej, po prawej stronie korytarza znajduję drzwi. Wchodzę, znajduję się w ogromnym, dziecinnym pokoju, dom niezwiązany ze szkołą. Na podłodze leżą zabawki. Czuję zagrożenie, ignoruję to uczucie, bo śniło mi się już coś podobnego. Idę w lewo (możliwe, że wchodzę po schodach, ale nie jestem pewien) i wchodzę do pomieszczenia, które miało być łazienką. Sikam, chyba nawet do wanny. Załatwianie przerywają mi schodzące w dół, po półce figurki, chyba te zabawki. Ściemnia się, budzę się.
Napiszę jeszcze o jednym z poprzednich snów. W tym śnie jedna z dziewczyna napisała na forum, że odchodzi. Był to jakby długi list, dużo tekstu. Niezbyt wiele pamiętam. Wiem tylko, że między innymi odchodzi z tego powodu, że nie nie chce, aby spotkało ją to samo co mnie. Nie wiem o co jej chodziło, ponieważ nic strasznego mnie tu nie spotkało.
Ucieczka Statkiem
10.03.2016 – 14:42
Przed snem wypiłem szklankę wody pomieszanej z łyżeczką soli i połknąłem dużą tabletkę magnezu.
Kotka wskakuje na łóżko i kładzie się obok mnie. Możliwe, że to nie był wcale sen.
Z tatą poszliśmy do dziwnego kina. Oglądamy jakiś film. Film nie jest wyświetlany na ścianie, tylko podwójnie, na dwóch telewizorach, jednym, tym z tyłu, większym, i drugim, z przodu, mniejszym. Proponuję, aby ten mniejszy, gdzieś przestawić, bo tylko zasłania większy obraz. Tata przesuwa mniejszy telewizor.
Wychodzę z klasy, był chyba j. polski. Wchodzę do szkolnej łazienki. Nie wiem dlaczego, przez przypadek silnie zaciskam szczęki. Patrzę w lustro i zauważam, że jeden ząb się ułamał i jest częściowo czarny, znowu zaciskają mi się szczęki. Teraz jestem już przerażony, ponieważ cała górna część zęba się ułamała, na dodatek okazuje się, że ząb jest w środku pusty. Poszedłem szybko do domu, powiedziałem mamie, że chyba będę miał usuniętego zęba. W wyobraźni zamiast dentystki, widziałem weterynarkę. Trochę się jednak uspokajam, gdy dowiaduję się, że ząb można wypełnić wapnem. Wróciłem z mamą do szkoły. Jesteśmy w tej samej klasie. Wszyscy nadal są. Mama usprawiedliwia mnie u nauczycielki. Pakuję wszystkie rzeczy do plecaka. Idę przez korytarz, mama, gdzieś znikła. Wyjmuję kartkę papieru, sprawdzam plan zajęć. Wiem, że następna lekcja to też j. polski, ale coś mi się nie zgadza. Podchodzę do dziewczyny podobnej do koleżanki z klasy z liceum. Wcześniej spotkałem ją w innym śnie w muzeum broni, z karabinami i nożami chyba. Pytam się co mamy następne, bo mam coś nie tak z tym planem, patrzę jeszcze raz i widzę, że nie mam go wypełnionego i godziny nie te. Ona prosi mnie o zegarek. Daję jej chyba smartfona, chociaż nie mam takiego w rzeczywistości. Zmienia mi godzinę, chyba na 11:11 AM. Pokazuje mi i włącza jakąś muzyczkę, pokazuje się wizualizacja dźwięku, mówi, że to dźwięk poranny. Przykładam ucho i słyszę cykanie świerszczy, ewentualnie był to świergot ptaków. Nie chciała mi oddać tego zegarka/smartfona. Poszła do kolegów, o czymś rozmawiała, chcieli jej zabrać telefon, ale nie dała. Czułem coraz bardziej, że coś jest nie tak, że coś się nie zgadza. Pomyślałem, że ja w ogóle nie chodzę do szkoły. Powiedziałem to jej i tamtym, z którymi rozmawiała. Rozejrzałem się po korytarzach, nie poznawałem tej szkoły z rzeczywistości. Powiedziałem im, że to jest amerykańska szkoła, i co ja tam robię, teleportowałem się do Ameryki czy co? Wtem, dziewczyna zaczęła biec, na dół po schodach. Dogoniłem ją, Chwyciłem ją za rękę. Wtedy wydawało mi się, że ktoś w rzeczywistości fizycznej wchodzi do mojego pokoju i wpuszcza trochę światła, ale mogła to być tylko senna wyobraźnia. W tym samym momencie wbiegliśmy w ścianę. Zrobiło się ciemno, mocno się trzymałem jej ręki. Czułem ruch jak biegliśmy przez ciemność. W końcu wydostaliśmy się na zewnątrz. Były to tereny szkolne. Nadal trzymałem ją za rękę. Szliśmy trochę wolniej. Niedaleko nas jechały dwa pojazdy, przypominające wagoniki z pociągu. Były to policyjne wozy. Jednego udało się nam ominąć. Przy drugim dziewczyna mnie popycha i ucieka. Pewnie myślała, że będę przynętą i tam zostanę. Ale się nie dałem, zdjąłem ciążący mi plecak i tam zostawiłem. Pobiegłem za nią. Była już w połowie górki. Biegłem za nią po drewnianych schodach. Było ciężko, wszystko mnie bolało, musiałem się mocno skupić, aby się poruszać. Kilka razy zwolniłem, myślałem już, że nie dam rady. Jednak wspinałem się dalej. Po chwili byłem już na samej górze. Między drewienkiem zostawiłem swój podpis, a może wsadziłem tam bilet. Znaleźliśmy się na wielkiej, drewnianej jak te schody, morskiej platformie. Prawie spadłem do wody, ale utrzymałem się. Krótko po nas przybiegła jeszcze inna dziewczyna, też się podpisała. Płyniemy. Czy to była ucieczka z astralnego więzienia?
Zamieszanie, Chaos, Latanie
13.03.2016 – 14:44
Było zamieszanie, wszędzie dużo ludzi, gdzieś podążało. Na początku częściowo znane okolice, las. Później żadnego miejsca nie mogłem poznać, chyba że z innych snów. Wysoki realizm. Przez większość snu latałem. Trochę przez chwilę miałem lęk wysokości, potem się przyzwyczaiłem, sen był bardzo długi i niestety mało co pamiętam. Dużo koloru niebieskiego, niebo, morze. Jakaś małpa, chyba także potrafiąca latać, zeskoczyła w dół na wiejskie tereny, zabrała garść wielkich piór i poleciała, była mowa, że zabierała je jak łoś, albo, że pióra były łosia. Jak leciałem wysoko nad morzem, myślałem, że się zmęczę, bo nie było widać lądu, jednak się pokazał i wylądowałem.
Widziałem unoszące się w powietrzu skały, takie małe wysepki jak w Avatarze. Kilka razy to się powtarzało z lotem nad morzem. Co chwila spotykałem dziewczyny, było ich łącznie trzy, bardzo ładne. Trzecia przypłynęła motorówką.
Coś jak oobe, wszystko niewyraźne. Wstaję z łóżka, w kuchni mama pyta się, czy się już dobrze czuję, odpowiadam, że tak. Idę na balkon, wyskakuję na trawnik. Biegnę po placu zabaw i dalej między blokami. Chcę spojrzeć na niebo, chmury, ciężko jednak porusza mi się głową i nie udaje mi się, budzę się.
Autobus, Jazda Motorem
14.03.2016 – 20:44
Jest prawie wieczór. Idę z mamą, nie jestem pewien, czy na przystanek autobusowy, czy właśnie wysiadamy z autobusu. Patrzę się na ten autobus. W środku pusto, kierowca nie otwiera drzwi, nie chce wpuścić do środka. Złości mnie to. Przewróciłem autobus na bok. Wiem, że kierowca jest zły, jednak zupełnie nie pokazuje tego po sobie. Założył taką maskę bez emocji. Biegnę z mamą truchtem przez ulicę i skręcamy na prawo w stronę bloku. Wszędzie wokół śnieg. Obok nas biegnie jakaś dziewczyna. Senny wiatr spycha mnie na lewo, przez co zderzam się z nią. W tym momencie przypominam sobie, że to z autobusem już się wcześniej stało w tym samym śnie, a teraz powtórzyło się. Tak jakby deja vu i przejście do innej, ale bardzo podobnej linii czasowej.
Nieznajomy pomaga mi przed kimś uciec, takie są bynajmniej moje domysły. Jedziemy czarnym motorem, tamten też ubrany na czarno. Jazda motorem przeplata się z przeskokami teleportacyjnymi. Jedziemy przez miasto, zjeżdżamy z głównej drogi. Wjeżdżamy między dwa budynki, jest tam mały piaskowy plac. Spowalnia nas. Nagle biegnie w naszą stronę pies, wydaje mi się, że jest wrogo nastawiony, ale pewnie nie, to tylko ja się boję psów, zwłaszcza w snach. Tamten głaszcze go, pies uspokaja się, też go głaszczę. Jedziemy tyłem, po chwili pies znowu biegnie. Nigdzie chyba nie dojedziemy, bo sen nas zbytnio spowalnia. Wchodzimy do oszklonego budynku obok. Jest to mała zamknięta hala sportowa. Boisko jest piaskowe. Będzie mecz piłki nożnej. Ciekawe kto będzie zaraz grał? Będą grały zwierzaki, koguty, kury, kozy, psy, koty… Nieznajomy (może to jest przewodnik?) mówi, że musi tam wrócić, a ja mam tu czekać. Pytam się po co i czemu nie mogliśmy się teleportować lub chociaż zwyczajnie jechać. Odpowiada, że tam nie było zbyt dużo energii. A teraz chce się dodatkowo przenieść w czasie, bo wtedy dezodorant będzie po niższej cenie. Pytam się po co aż się przenosić w czasie, żeby kupić jakiś dezodorant trochę po niższej cenie, nie potrzebuję tego. Tamten już wychodzi, od razu przychodzi jego starsza wersja z długimi włosami (może z przyszłości) i staje w drzwiach, ma pilnować, abym nie wychodził. Nie przeszkadza mi to i tak miałem się rozejrzeć po tej hali. Jakiś pan bierze ode mnie sto złotych, mówię, że to moje, kładzie do szufladki. Zabieram 100zł i garść drobniaków, w samą porę, ponieważ przyszedł jakiś dzieciak z ulicy i chciał ukraść.
Szybowiec, Warzywniak
17.03.2016 – 14:03
Wieczór. Coś dziwnego na dworze zwróciło moją uwagę. Podszedłem do okna. Blisko okna unosił się mały, biały samolocik, prawie dotykał szyby, jakby chciał postukiwać. Był szerokości mniej więcej rozpostartych ramion. Przez chwilę zastanawiałem się czy to nie jest przypadkiem sen. Wszystko jednak wyglądało tak bardzo realnie, że doszedłem do wniosku, że musi to być rzeczywistość. Nawet zawołałem wszystkich znajdujących się w mieszkaniu, aby zobaczyli jaki dziwne coś przyleciało. Otworzyłem okno i wpuściłem to do środka. Włączyło się senne myślenie, że samolot nie będzie mógł latać wewnątrz domu, więc zamienił się w mały rower, typu bmx.
Jeździłem na nim i podskakiwałem, chyba wyjechałem w którymś momencie na dwór. Chciałem więc, aby znowu zmienił się w samolot, chciałem wsiąść do środka niego i lecieć, nie udało się jednak.
Szedłem z nieznajomymi. Weszliśmy do lasu. W lesie biało, wszędzie śnieg. Nie wchodzimy zbyt głęboko. Ten idący obok mnie, powiedział, że lepiej dalej nie iść, bo tam można wpaść do zasypanych śniegiem dziur, a na dodatek pewnie chodzą tam jakieś straszne stwory. Uciekliśmy z lasu. Oglądałem się za siebie, ale nie widziałem niczego co by nas goniło. Oni niby coś tam zobaczyli. Skryli się w jamie pod korzeniami drzewa. Ja jednak pobiegłem dalej i skręciłem w lewo za róg budynku. Świeciło słońce, ciepło, może już wiosna albo lato. Nikogo nie widziałem tam. Szybko schowałem się do środka do jakiegoś sklepu. Z zewnątrz wyglądał na normalnej wielkości. W środku były dwie starsze panie, sprzedawczynie. Było bardzo mało miejsca, taki ścisk, że nie dało się ruszyć. To był warzywniak. Nie wiem jak tam to wszystko się pomieściło. Nawet głowę musiałem schylić, bo tak nisko był sufit. Tak jakby znaleźć się w pomniejszonej budce telefonicznej. Patrzyłem co się dzieje za szybą. Jednak coś mnie goniło, stanęło parę metrów od sklepu. Wielki, czarny humanoidalny stwór, miał przynajmniej cztery metry wysokości. Nie mogłem już wytrzymać tego ścisku i bezruchu, wyszedłem więc i kawałek pobiegłem. Szybko się jednak wróciłem, ponieważ tamten mógł mnie złapać. Później siedzę, gdzieś na zewnątrz na ławeczce, po obu stronach siedzą te panie. Obejmuję je. Niedaleko stoi ten potwór i czeka. Nagle biegnę, uciekam, tamten mnie goni. Dobiegam do lasu, pełno tych osób, którzy się tam ukryli, wychodzi z kryjówki. Stwór mnie dogania, łapie. Złapał mnie chyba w pułapkę, na potem, aby mnie zjeść. Pod koniec snu, szamotanina na łóżku, niby tam mnie uwięził. Budzę się.
Nauka Telekinezy
22.03.2016 – 19:33
Uczyłem siostrę telekinezy. Poruszaliśmy w powietrzu różnymi przedmiotami. Raz siostra nawet podniosła kota. Nie spodobało mi się to, bo mogło to trochę boleć zwierzaka, ale może tylko było to moje odczucie

Szerszenie
23.03.2016 – 09:19
Wieczór. Mama z tatą siedzą na kanapie w dużym pokoju. Nagle coś przyłazi, jakiś stwór czy maszyna, ma nóż. Na początku myślę, że to jest niegroźne. Zmieniam zdanie, jak zaczyna atakować mamę nożem. Prawie zadaje ranę. Zabieram mu nóż i wyrzucam z pokoju. Tłumaczę tacie na wiele sposobów, że trzeba coś z tym zrobić, siedzi jednak obojętnie.
Coś było z wymianą kafelek w łazience. Najpierw tata zostawił w jednym miejscu makiety wydrukowanych kafelek. Nie można było na tym ustać, ślizgałem się na tym przed zlewem. Później były chyba położone właściwe kafelki.
Forum zostało zhakowane. Ktoś dodawał różne wpisy, pokazywały się komunikaty o wirusach i innych zagrożeniach. Jakaś eva miała zhakowane konto i ktoś je wykorzystywał. Po jakimś czasie sytuacja została opanowana i z szarego tła zrobiło się kolorowe.
Słoneczny dzień. Ta chyba maszyna wróciła. Przyniosła klatkę z kreskówkowymi szerszeniami do kuchni. Dla zabawy poprzenosiłem je na inne miejsca. Na parapecie siedział miniaturowy człowieczek, strażnik, też był kreskówkowy, przeniosłem go bliżej klatki, gdy spał i wygrzewał się na słońcu. Nagle szerszenie zmieniły się w prawdziwe. Tata był tam i zgniótł te trzy co były na widoku. Za stołem był nosołamacz, pomagał w znalezieniu pozostałych dziesięciu i ich zabiciu.
Było coś o owadach, komarach i nie tylko. W lesie duży komar siadał na liścia, z niego wyłaziło pełno małych, przechodziło po liściu i odlatywało.
Omdlenie, Statek Kosmiczny
24.03.2016 – 12:59
Jestem z kimś w budynku (pewnie szkoła) i idę na bardzo wąskiej deseczce, może takiej ławeczce ustawionej na wysokości okien, długości całego korytarza. Co jakiś czas były przerwy i musiałem przeskakiwać. Na tej wąskiej dróżce leżał tak samo długi materiał, podobny do długiego rękawa od bluzki. Jak prawie dotarłem do końca korytarza, krzyknąłem do nieznajomego, aby już otwierał okno. Otworzył. Chciałem, aby poszedł ze mną, ale wolał tam zostać. I teraz są jakby dwie wersje zdarzenia. W jednej udaje mi się wyskoczyć przez okno i uciec, widzę jak biegnę, a w drugiej ktoś mnie zatrzymuje i zostaję w budynku.
Wieczór. Siedzę w dużym pokoju na kanapie. Przez cały czas jest wszystko w porządku, jednak gdy wstaję nagle robi mi się czarno, urywa się film, chyba zemdlałem. Po chwili, gdy się ocknąłem, widzę, że leżę przed krzesłami na środku pokoju, podtrzymuje mnie siostra i mama. Usiadłem znowu na kanapie. Boję się, że jak będę wstawał znowu zemdleję. Siostra z mamą wyszły z pokoju, powiedziały, abym już wstał, na pewno będzie już wszystko w porządku. Pierwszy raz coś takiego mi się śni, w rzeczywistości nie zdarzyło mi się ani razu zemdleć. Miałem tylko kiedyś dwa sny, w których pielęgniarki doganiają mnie ze strzykawkami, dają mi zastrzyk, robi mi się czarno i budzę się w jakimś ciemnym, nieznanym pomieszczeniu. Nigdy też w rzeczywistości nie byłem usypiany.
Znów wieczór, chyba kontynuacja poprzedniego snu. Patrzę się przez okno w moim pokoju, w oddali latające światełka, ufo. Jestem pewny, że to nie jest sen. Przylatują obiekty latające, srebrne dyski trochę mniejsze od okna. Podlatują pojedynczo i odlatują. Otwieram okno, wlatują. Chwytam każdego i przyczepiam sobie na plecy, z tyłu głowy i z przodu. Trzymają się jak magnesy.
Jetem z grupką osób, na czymś co jest prawdopodobnie statkiem kosmicznym. Przez wielką szybę widać gwiazdy. Jest z nami jakiś szalony naukowiec. Kładzie mi na brzuchu jakiś płyn, abo proszek. Odwracam się od niego, bo ma kable z prądem. To ma być ładunek wybuchowy, który aby zadziałał, musi podłączyć mnie do prądu. Udaje mu się dotknąć mnie kabelkami, ale nie zadziałało, ponieważ chwyciłem go za ręce i prąd źle przepływał. Znowu próbuje i też się nie udaje, bo trzymałem się za ręce z pozostałymi osobami. Za trzecim udaje mu się tak jak chciał, ale chyba źle przygotował bombę i tylko rozpuchł i zaczął boleć mi brzuch. Chciał, więc zamiast tego zdetonować bombę atomową, w którą był zaopatrzony statek. Wszyscy się zgodziliśmy, bo i tak nam się nic nie stanie, zresetuje się tylko czas na tej linii czasowej, a my się spotkamy znowu w przeszłości. Zaczął odbezpieczać bombę, włączył się alarm, trzeba było się spieszyć, bo reszta załogi zaraz tu będzie, aby nam przeszkodzić. Zamykaliśmy drzwi, takie śluzy zasuwane z góry do dołu. Coś nie szło uruchomienie bomby. Tamci już wyważyli drzwi, zabrali doktorka. Jeden z nich chciał przedziurawić mi brzuch wiertarką. Odsunąłem ją, nie chciałem umierać w męczarniach.
Szklane Drzwi, Ucieczka Z Niewoli, Pociągi
26.03.2016 – 13:43
Na trawniku przed blokiem na przeciwko coś robiła jakaś dziewczyna, na oko 16 lat, wstała i miała gdzieś pójść. Objąłem ją rękoma, pocałowałem, chciałem zdjąć jej majteczki, ale coś się nie udawało. Zapytałem ją o imię, odpowiedziała mi tym samym pytaniem, więc powiedziałem jak mam na mię i jeszcze raz się jej spytałem, tym razem powiedziała, ale nie zrozumiałem, ponieważ mówiła zbyt cicho. Widziałem, że mama stała na balkonie, ale chyba nic nie widziała. Poszedłem do domu. Z okna coś tam mówiła, że nie obchodzi ją co tam robiłem, ale myślała, że zaleję mlekiem sobie ryż czy makaron. Chyba, więc wszystko widziała...
Chciałem się wrócić i pójść do tego bloku, ale nagle znalazłem się w swoim pokoju. Wydaje mi się, że słyszałem głosu spoza snu z rzeczywistości fizycznej. Przebiegłem przez przedpokój i wyskoczyłem balkonem. Wszedłem do pierwszej klatki schodowej, miałem zamiar wejść pod nr 2. Zamiast tego zobaczyłem nad drzwiami numer 22 albo 12 i jakieś litery, chyba B. Tak czy inaczej wszedłem, od razu zrobiło się ciemno, czarno, nic nie było widać. Skręciłem na lewo.
Znalazłem się w wannie, przykryty kołdrą. Umyłem zęby, musiałem uważać, aby nie pobrudzić kołdry, jak płukałem buzię i wypluwałem pastę.
Potem byłem, gdzieś w ciemnym miejscu. Był to jakby kanion. Byliśmy niewolnikami, każdy trzymał się czegoś i przelatywał nad przepaścią. Oni chyba spali, bo nie byli niczym przywiązani i w każdej chwili mogli uciec, ale nie wiedzieli o tym. Puściłem się tego drążka i zeskoczyłem na półkę. Od razu mnie spostrzeżono, zaczęto mnie gonić. Uciekałem, zatrzymałem się przed szklanymi drzwiami, były złożone z trzech warstw. Otworzyłem pierwszą i drugą, trzecia była zablokowana, wybiłem dziurę, wsadziłem rękę i otworzyłem klamką z drugiej strony. Pobiegłem do windy, wybrałem poziom zero, ktoś razem zemną tam był. Gdy otworzyły się drzwiczki, wybiegłem na miasto.
Biegłem po ulicy, w miejscu, które niby rozpoznawałem, ale tak na prawdę nigdy tam nie byłem. Przeszedłem na drugą stronę, Po błotnej ścieżce jechał pociąg. Chciałem na niego wskoczyć, a chociaż jechał powoli, nie dogoniłem go. Wrócił się chyba ze dwa razy i za każdym razem nie udało mi się go dogonić i wskoczyć, aby szybciej zobaczyć co tam się dalej znajduje. W drugą stronę jechał inny pociąg, wycieczkowy, zatrzymał się. Wszedłem. Pociąg prowadziła kobieta ze śladem na twarzy po poparzeniu. Na stoliku leżały małe muszelki i figurki krabów w różnych kolorach. Na schodach stała koleżanka z liceum i się uśmiechała. Kobieta mówiła coś o ciężkiej pracy, a po chwili, że już prawie pobudka. Objęliśmy się, a ona mnie pocałowała. Obudziłem się wtedy.
Śpiący Ludzie, Zima
30.03.2016 – 13:51
Nie mam pojęcia, gdzie to się działo. Staliśmy albo siedzieliśmy pod ścianą. Byłem prawie na końcu "kolejki", obok mnie starszy pan. Przychodzie jego znajomy i obaj chcą mnie wypchnąć z mojego miejsca. W końcu daję za wygraną. Ten złośliwy dziad się śmieje. Nie wie, że jest nieświadomy, a ci wszyscy zajmują tylko miejsca do spania. Mnie się udało, obudziłem się i wyszedłem stamtąd, zostawiłem tam chyba ciężki plecak. Idę teraz zaśnieżoną uliczką między blokami, niedaleko las. Zakręcam. Ktoś do mnie coś mówi, tłumaczy mi co powinienem zrobić, gdzie iść. Prawdopodobnie to opiekun, przewodnik. Skręcam do lasu. Las cały zasypany śniegiem, tam gdzie powinna płynąć woda jest lód. Trafiam do jakiegoś miejsca w lesie. Ten ktoś ciągle coś do mnie mówi. Tak a prawdę nikogo nie widzę. Rozmawiam chyba sam ze sobą. Obchodzę kilka drzewek. Pytam się go po co zakręcamy, idziemy tam naokoło, przecież znowu wracamy do tego samego miejsca. On mówi, że to thought cut (że taki skrót myślowy?), chyba chodziło o shortcut. Wychodzimy z lasu jednocześnie nas teleportuje, bo las jest gdzie indziej i wychodząc z lasu nie można, by tam było trafić. Nadal wszędzie śnieg. Idę chodnikiem. Świadomie nie idę po lewej czy prawej stronie chodnika, tylko po środku i przechodzę po małej śnieżnej zaspie. Dalej jakbym poszedł to bym na trafił na staw, a potem na szkołę i kościół. Niestety coś mnie obudziło.
Miałem taką maszynkę podobną do wagi. Chyba właśnie się zważyłem i wydrukował się wydruk. To był jakiś test do wypełnienia. Potem przyszła dziewczyna do kuchni, też miała coś takiego. Miała już wydruk, starszą wersję, i zaczęła już uzupełniać. Powiedziałem jej, aby to zostawiła, ja mam nowszą wersję, wyciągnąłem z szafy. Na tej nibywadze stały buty. Miałem takie uczucie, że nie chcę dawać jej tych butów do założenia.
Strzałki, Dinozaur, Oobe
31.03.2016 – 15:01
Jest dzień. Siedzę na ławce niedaleko placu zabaw przed blokiem. Wygląda to bardziej jakbym siedział, a może nawet leżał na trawie. Naprawdę w tamtym miejscu nie ma ławki. Czytam chyba książkę. Nagle pojawia się z lewej strony obraz, nie wiem czy to obrazek w książce, chyba raczej ekran laptopu. Pokazuje się gra. Chodzi ludzik w labiryncie, naokoło las. Przenosi mnie tam jako obserwatora. Jest teraz prostokątna łąka obramowana z każdej strony chodnikiem. Po chodniku bliżej lasu, idzie ksiądz z zakonnicą. Przed nimi idzie szybciej jakiś ich agent. Ogląda się co chwilę za siebie i na boki. Teraz biegnie między krzakami i przez dalsze pole, gdzie nie ma już chodnika ani lasu. Strzela do kogoś zatrutymi strzałkami.
W następnym śnie jest wieczór. Stoję w progu mojego pokoju. Na rozłożonej kanapie, której już tam nie ma, siedzi tata i pokazuje mi różne klisze, takie jak od prześwietleń. Jeżeli to jest kontynuacja poprzedniego snu, to wydaje mi się, że wylazłem właśnie z jednej z takich klisz. Następne klisze są coraz straszniejsze. Mówię tacie żeby lepiej to schował, nie przeglądał tych klisz już więcej, bo coś złego może się zmaterializować, takie miałem bynajmniej wrażenie. Zapamiętałem tylko kilka klisz, a było ich dużo. Na jednej humanoidalna postać leżała w lesie, chyba na wielkim liściu. Poruszył się, właśnie się budził, wiedziałem, że dla tych którzy by się tam znaleźli, nie było by to nic dobrego, pewnie by ich zeżarł. Ewentualnie był to po prostu ranny umierający człowiek. Kilka następnych klisz i dotarliśmy do prześwietlenia paszczy jaszczura. Teraz już wiedziałem, że będzie nie fajnie. Pobiegłem do pokoju siostry, była tam właśnie siostra i mama. Siostra obserwowała coś za oknem, nagle krzyknęła, że zbliża się ściana. I ściana razem z oknem wsunęły się do środka, otworzyło się przejście, przez które przedostał się tyranozaur, czy inny dinozaur mieszczący się w mieszkaniu. Uciekłem do dużego pokoju, zamiast dużego pokoju, była tam biblioteka lub inne podobne pomieszczenie. Chciałem uciec przez otwarte okno. W tej krótkiej chwili zauważyłem kogoś na zewnątrz siedzącego na ławce i czytającego książkę. Chwycił mnie wtedy ten dinozaur, nic mnie nie bolało, więc trzymał chyba zębami za moje ubranie. Zaciągnął mnie z powrotem do pokoju siostry. Robiło się coraz mniej strasznie. Wyrwałem się mu i zamiast uciekać usiadłem na kanapie. Dinozaur zamienił się w małą dziewczynkę, która usiadła na drugim końcu kanapy. Nadal czułem lekki niepokój, ale było już lżej. Okazało się, że mama jest nieprzytomna. Tata mówi, że pewnie i tak się nie obudzi to lepiej ją zabić. Bardzo mnie to zdziwiło, jak można coś takiego mówić? Leżała w tym pokoju. Po chwili jednak była w tym dołączonym pomieszczeniu-bibliotece zamiast dużego pokoju. Poszedłem tam. Zmieniła się w nastolatkę. Podniosłem ją i przeciągnąłem do mieszkania. Znalazła się klisz ze zdjęciem mamy jak była trochę starsza, więc prawie wróciło wszystko do normy. Obudziłem się.
Leżę w łóżku. Czuję, że coś lub ktoś jest na mnie. To pewnie sukub. Owinęła się wokół mnie jak ubranie, z ustami w moich ustach. Nie były to prawdziwe usta tylko przyssawki. Przenosi mnie do snu. Stoję w autobusie. Przez tylne wejście wchodzi Chinka albo Japonka, przechodzi dalej, chyba siada. W miejscu, gdzie ona stała, na chwilę pojawi się mama i zmienia w kogoś innego. Postanowiłem poobserwować ludzi. Ciągle wszyscy morfowali, zmieniali się w inne osoby. Starszy pan patrzył się na mnie. Może się nie bałem, ale poczułem się dziwnie. Na jego twarzy i wiły się czułka. Cofnęło mnie do łóżka. Częściowo zdjąłem tego niby sukuba, ale po chwili, zaczęła mnie kusić i ją czy to zostawiłem na sobie, tyle, że teraz się skurczyło z robiło cieńsze. Przeniosło mnie do łazienki o wanny. Po bokach nóg, w kroku, aż do ust porosłem zieloną gumową sierścią.
Wyszedłem z wanny, cofnęło mnie do łóżka. W końcu zrzuciłem całkowicie to gumo ciało ciasto, zwinąłem w kulkę i rzuciłem za łóżko obok drzwi. Wstałem wreszcie z łóżka. Czułem senny ciężar. Byłem przekonany, że wstałem ciałem fizycznym, więc zastanawiałem czy lepiej nie wyskakiwać z okna lub balkonu. Sprawdziłem to robiąc test. Przełożyłem rękę przez szybkę w drzwiach i złapałem z drugiej strony drugą ręką. Więc chyba nie był to świat fizyczny, ale nie byłem do końca przekonany. Idę do kuchni, robi się jasny dzień. Zamiast kuchni przejście do innego domu. Idę tam. Nie idąc po żadnych schodach trafiam z parteru na piętro. Podłoga wycięta, tylko wąskie przejścia przy ścianach, na środku wielkie schody prowadzące na sam dół, żadnych barierek, ani poręczy. Idę tym wąskim przejściem , obserwuję co się dzieje na dole. To jest chyba jakiś królewski zamek. Na dole ludzie w kostiumach, tańczą. Cofam się do schodów i idę na dół. W połowie schodów zauważam, że wszyscy się ze sobą biją. Idę szybciej i na końcówce zeskakuję na coś i już jestem na dole. Zostało mało osób. Nie wiem dlaczego się biją. Za mną duże okna i oszklone drzwi.
Rura, Ciasta
01.04.2016 – 11:14
Słoneczny, ciepły wiosenny dzień. Siedzę przed komputerem i przeglądam na internecie stare archiwum dotyczące systemu operacyjnego, którego nazwy nie znam lub nie pamiętam. Starsze materiały były ciekawsze od nowszych. Zmieniam wygląd systemu. Okienka i paski robią się nieczytelne. Wybieram inny wygląd. Teraz wygląda ładniej. Przycisk start ma w sobie animację ognia, a po prawej stronie, bliżej zegara, zapaliło się światełko, jak mała gwiazda, jest zamiast strzałki prowadzącej do następnych ikonek. Światełko gaśnie, zmienia się na chwilę w strzałkę, potem w ikonkę, pasek się rozszerza, ikony powiększają się i układają się w dwóch rzędach. Klikam myszką otwiera się menu i zamyka. Klikam jeszcze raz i zostają ślady po długopisie, nie mogę ich zetrzeć gumką… Głowa za bardzo przybliżyła mi się do klawiatury i prostuję się. W tej chwili zauważam za oknem, że po trawniku idzie grupka dziewczyn hydrauliczek. Schylam się jeszcze raz i znowu prostuję. Poszły dalej. Rozkopały cały trawnik i zamierzają przeciągnąć rury, aż do miejsca przed oknem kuchennym. Wyglądam teraz właśnie przez okno kuchenne. Po rozkopaniu widać, że wzdłuż żywopłotu ciągnie się zardzewiały drut. Nie da się go wyciągnąć, bo jest wkopany daleko i za głęboko.
Idę teraz z niby znajomą, mającą czarne włosy, przez parking i wchodzimy do budynku. Była mowa o dwóch ciastach. Pan w okienku pyta, które jest nasze ulubione. Dziewczyna mówi jakie lubi, a tamten zapisuje w dzienniku. Ja mu mówię, że rzadko jadam takie ciasta, więc żadne nie są moje lubione. Tamten zapisuje "żadne" w innym języku, jakby to była nazwa ciasta. Widzę, że w zeszycie miał pozapisywane inne nazwy ciast, które rzekomo wcześniej mu podawałem, chociaż wiem, że nigdy tu wcześniej nie przychodziłem. Wychodzimy od niego. Przechodzimy korytarzem do innego pomieszczenia, są tam książki, więc to biblioteka lub księgarnia. Wkładam sobie do buzi trochę kremu nivea, nie wiem po co. Chcę przepłukać buzię, ale nie mogę znaleźć wody, wycieram się chusteczką. Wychodzę. Pani prowadząca bibliotekę też wychodzi i zasuwa drzwi, aż najeżdżają na drugie, poprawia. Nie wiem dokąd prowadzą te obok po lewej stronie. Na drzwiach jest napis, że ktoś zmarł. Przychodzi para. Ten napis wydał się im zabawny. Robią sobie selfi na jego tle. My wychodzimy. Już wracamy do domu. Trawnik nadal rozkopany. W powietrzu latają duże kłęby pyłków z drzew. W oddali widzę jak w lesie drzewa poruszają się bez wiatru. Płaczą, bo mają żałobę.
Jazda Rowerami, Zombie W Podziemiach
02.04.2016 – 14:52
Jeździmy w czwórkę rowerami po okolicy. Jest z nami dziewczyna, ponoć bardzo się zmieniła na gorsze. Zsiadamy z rowerów. Idziemy klatką schodową na górę nieznanego budynku, coś tam załatwiamy i wracamy się. Jeden z nich mówi, że nie powinna tam chodzić, że się zeszmaciła czy coś podobnego. W tym budynku mieszkają czarni, mogą ją złapać i zgwałcić. Ktoś wychodzi z mieszkania, aby zobaczyć kto to idzie schodami. Oni chyba już poszli, dziewczyny także nie widzę.
Idę na dół. W klatkę schodową zostały wplecione w środku drugie schody, jakby dwie klatki w jednej. Widzę, że tata idzie z teczką w ręku tą wewnętrzną klatką schodową na górę, nie widzi mnie. Później się pytam, gdzie był i po co, ale nie pamiętam odpowiedzi. Wybieram, drugie dalsze schody. Są szerokie, jakby wychodziło się ze szkoły, albo raczej z teatru. Mam założone okulary przeciwsłoneczne, boli mnie przez to nos w miejscu, gdzie się stykają ze skórą. W rzeczywistości nigdy nie noszę okularów przeciwsłonecznych, nawet nie posiadam takich. Przed wyjściem stoi blondynka z chłopakiem, o czymś rozmawiają. Tamten jej mówi, że go boli nos od okularów przeciwsłonecznych. Śmieję się. Jaki zbieg okoliczności... Dziewczyna pyta się mnie o co mi chodzi, z czego się śmieję. Mówię, że też mam ten sam problem. Oni też się śmieją. Zdejmuję okulary. Tamten proponuje mi swoje, mniejsze. Dziękuję mu, ale postanawiam już nie nosić okularów przeciwsłonecznych. Wychodzę na zewnątrz.
Jestem już w domu, wieczór. Wiem, że coś się stało z jednym, jadącym z nami na rowerze. On chyba jechał jednak na motorze. Zagubił się, czy miał jakiś wypadek albo ktoś go napadł i pobił. Martwię się. Chcę się skontaktować z tym drugim i dziewczyną. Mam włączony komputer z forum. Na biurku zeszyt i zdjęcia kilku osób z innego forum. Nie mogę się dodzwonić. Idę do sypialni rodziców, mówię, że chyba będę musiał wyjść na noc i go poszukać. Mam i siostra coś tam krzyczą, że nie powinienem, nie wolno mi, mam zostać w domu. Wracam się do pokoju. Ktoś siedzi w kuckach pod ścianą i śpi. To chyba ten, o którego się martwiłem, nie wiem po co, skoro siedział cały czas u mnie. Teraz się chyba zaczął budzić.
Znowu dzień. Kobieta jedzie samochodem, błotnistą drogą, tą, z jednego z poprzednich snów, po której jechał pociąg. Wygląda to na podziemny tunel, mający kilka kilometrów. Po prawej stronie są wejścia do podziemnych budynków, albo jednego dużego. Jestem obserwatorem, ale gdy wysiada, idę razem z nią. Zostawia samochód, bo woli iść na piechotę, aby wszystko lepiej obejrzeć. Robi tak, chociaż wie, że jest to niebezpieczne, samochodem byłoby szybciej, a tak jest narażona na to, że złapią ją zombiaki. Wchodzimy jednymi z wielu drzwi po prawej stronie. Przechodzimy przez jasną łazienkę. Od razu widzimy trzech zombi stojących pod oknem, na szczęście odwróceni do nas plecami. Szybko skręcamy do dalszej części łazienki. Trafiliśmy prawdopodobnie do części szpitalnej. Wychodzimy na korytarz z białymi ścianami. Na końcu widać jak zombiaki już biegną w naszą stronę. Biegniemy w drugą stronę, do wyjścia. Przechodzimy tam przez dwoje oszklonych drzwi, i trochę pod górkę. Za nami wychodzi starsza pani, nie jest zombi. One jej nie mogą nic zrobić, rządzi nimi. Chce nas zatrzymać i nasyła na nas jej niewolników. Czołgają się i chcą nas chwycić i ugryźć. Wyrywam się jednemu. Niestety po chwili przyciąga mnie do siebie i chyba gryzie. "Budzę się" z powrotem w środku, jak idę korytarzem, na około pełno zombi, ale rozchodzą się. Zostaje tamta kobieta co wcześniej. Ja się nie zmieniłem, ale ona jest już zmieniona w zombi. Wykrzywia się, robi taki zombi uśmiech. Udaję, że też jestem zombi, chyba nie zauważa nic. Nagle szybko biegnę do drzwi. Zamknięte. Patrzę, mam w ręku klucze, dziwnie podobne do tych od piwnicy. Otwieram po kolei oba drzwi i zamykam za sobą, żeby nic mnie nie goniło. Wychodzę wreszcie z podziemi. Nie poznaję okolicy. Wychodzi na to, że większość ludzi na świecie to teraz zombie, ale siedzą głównie w podziemiach. Idę za róg. Rzucam klucze w trawę. Ktoś się zbliża, rodzice z synem. Nie chcę, aby ktokolwiek mógł otworzyć drzwi do tych podziemi. Akurat ktoś zostawił wykopaną roślinkę z korzeniami. Wsadzam do dziury klucze i przykrywam rośliną.
Chłopak zauważa, coś tam do mnie mówi. Odpowiadam, żeby lepiej tam nie szli, nie wypuścili zombiaków. Potem siadamy przy okrągłym plastikowym stołku. Biorę jego rękę przytrzymuję, on krzyczy co ja robię. Mówię mu, że moja krew jest uodporniona i chcę mu wpuścić trochę przez żyłę, aby on też się uodpornił na ugryzienia zombi. Napuchła mu żyła, gdy wleciała odpowiednia ilość krwi, puszczam jego rękę. Od razu odskakuje. Poszliśmy trochę dalej. Okolica przypomina nieco dzielnicę, na której mieszkam. Wydaje mi się, że z daleka zbliża się jeden zombiak.
Wieczór, ale jeszcze jest jasno. Wracam z jakiegoś miejsca z innymi ludźmi. Niejasne skojarzenia z Rosją. Trzymam na rękach małe dziecko (lub kota). Skądś pojawia się mama i siostra. Proponuję im byśmy poszli tam i tam, wskazuję miejsca. Nie chcą. To wskazuję im kierunek, z którego wracałem.
Tam się zgadzają, idziemy, ale drugą stroną ulicy.
Kulisty Zielony Budynek
05.04.2016 – 13:12
W mieście był wielki budynek-kula, jak się weszło to wewnątrz było widać, że jest większy niż całe miasto, w którym się znajduje. Było tam dużo zieleni, terenów parkowych i boisk. Kamera właśnie leciała i pokazywała widok wewnątrz parkowego labiryntu. Przed okrągłym wejściem do kuli jakaś dziewczyna komuś się skarżyła, zwymyślała, miała o coś pretensje. Byli tam naukowcy. Mnie i koledze z gimnazjum dali dali kartkę z listą różnych ich eksperymentów. Mieliśmy wybrać kilka i udowodnić matematycznie. Niby wybrałem za proste, więc naukowiec zaznaczył dalszy z podpunktów. Mieliśmy książkę do matematyki. Kolega otworzył na stronie z wydrukowaną okładką tej samej książki, z wzorami. Spytałem się czy będzie korzystał z tych wzorów z okładki, bo ja nie mam pojęcia o co chodzi i nie znam się na zaawansowanej matematyce. Później, gdzieś poszliśmy.
Wyrzucone Stare łóżko
06.04.2016 – 12:38
Z balkonu zauważyłem, że na trawniku leży łóżko. Zawołałem mamę i powiedziałem, że złośliwi sąsiedzi zamiast na śmietnik wyrzucić swoje stare łóżko, to zostawili je na trawniku przed naszym balkonem. Potem poszliśmy, gdzieś, pamiętam, że siedzieliśmy w kolejce do czegoś korytarzem zbliżało się to łóżko. Później wracaliśmy. Będąc już przed klatką zobaczyliśmy, że to łóżko się porusza w naszą stronę. Zaczęło na nas napierać, chciało nas zgnieść, zdążyliśmy jednak wejść na klatkę. Zastanawiam się czy to nie była jakaś złośliwa astralna istota, która przybrała kształt łóżka? Tata otworzył małe przejście, jakby okienko, nawet nie wiedziałem, że mamy takie w mieszkaniu, i wyszedłem przez nie na trawnik. Był kilkakrotnie większy niż jest na prawdę. Wyszedłem poza niego i szedłem wzdłuż żywopłotu. Walało się tam pełno różnego rodzaju śmieci, gąbki, materace, puszki. Nagle coś się rusza, jakieś maszyny. Wiedziałem, że to amerykańskie wojsko zostawiło te roboty. Były nieco podobne do tego łóżka. Miały tu posprzątać. Niestety nie patrzyły czy to śmieci czy ludzie, zgarniały i miażdżyły wszystko co napotkały na swojej drodze. Prawie mnie wciągnęły, odskoczyłem na bok i pobiegłem dalej po śmieciach. Ścieżką pomiędzy maszynami a śmieciami szli dziewczynka i chłopczyk. Zawołałem do nich, że tu jest bardzo niebezpiecznie, że te maszyny mogą ich zabić. Wyszli dalej. Poszedłem razem z nimi.
Bar W Lesie, Duchy
08.04.2016 – 13:01
Leżę w łóżku, mam chyba paraliż. Nadchodzą wibracje, chociaż wydaje mi się, że to raczej gazy przemieszczają mi się w brzuchu
W łazience. Do łazienki dostają się małe złe zwierzątka, albo raczej robale. Zgniatam je rękoma. Przyciąga mnie z powrotem do łóżka. Wyskakuje przede mną twarz dzikusa. Sen wciąga. Biegnę w stronę wejścia do głębszego lasu. Macham rękoma jakbym chciał latać, ale nie lecę. Nie oglądam się za siebie, dzikus mnie chyba nie goni. W lesie, a może bardziej to gęstszy park, stoi chatka. Jest tam bar lub restauracja. Za drewnianym ogrodzeniem widzę dziewczynę, pewnie tam pracuje jako kelnerka. Idę do niej. Przechodząc za ogrodzeniem, gdzieś mi umyka, w tłumie jej nie widać. Widzę ją, gdzie indziej. Jest tam więcej kelnerek. Dziewczyny pracujące tam, są ubrane na czerwono. Wszystko co chwilę się zmienia, jak w poklatkowym nagraniu. Chcę teraz podejść do dziewczyny z czarnymi włosami, siedzącej na ławce. Gdy już tam jestem, zamiast niej siedzą jakieś chłopaki. Myślę, że nieźle się z nią zabawiali. Budzę się.Coś tam było z chodzeniem po schodach. Szedłem razem z ciocią, ale to była klatka schodowa z nieznanego mi budynku. Były tam też koty. Później, już w domu. Przyszedł dziadek, zmarły już parę lat temu. Tutaj jakby znowu przed śmiercią. Jest bardzo na luzie. Raz wygląda normalnie, a raz jest mniejszy i mówi dziecięcym głosem.
Jest kartkówka z matematyki. W pierwszym zadaniu było jakieś równanie do rozwiązania, było chyba powiązane z drugim zadaniem. W drugim trzeba było uzupełnić krzyżówkę. Gdy kończy się czas, zauważam dwa słowa odwrotnie uzupełnione, wymazuję je, ale nauczycielka zabiera już kartki. Mówi, że jak ktoś nie chce oceny to nie wpisze. Moja praca ma być sprawdzona jako pierwsza.
Schodzę do piwnicy. Wiem, że jak skręcę od razu na prawo to się obudzę, przynajmniej było takie odczucie. Obracam się na lewo i idę w ciemny korytarz po prawej stronie. Zmieniam zdanie i jednak idę w stronę korytarza, tego po lewej. Cały czas było zgaszone światło, ale jak wchodzę w korytarz robi się jasno. W ogóle to nie jest piwniczny korytarz. Taki jasny, biały, przeniosło mnie, gdzieś indziej. Drzwi za mną się zamknęły. Chodzi tam dużo więcej ludzi, niż za zwyczaj po piwnicach. Podchodzi do mnie nieznana dziewczynka. Widzę jej twarz bardzo dokładnie, jednak nie wiem kim ona jest. Uśmiecha się do mnie i mówi. Niestety to jest tak jakbym odbierał obraz, ale dźwięk już nie dochodził. Poszła dalej, idę za nią. Przy recepcji stoją jej rodzice. Tak myślałem, ale byli to raczej jacyś niezwiązani z nią ludzie. Ciągle coś mówi, słyszę tylko szum w uszach. Robi się trochę przezroczysta. Nie mogę jej dogonić. Stoi teraz przy drzwiach. Jest coraz bardziej przezroczysta, aż w końcu znika lub może przenika przez drzwi.





