25-07-2018, 22:50
Zjawa Za Oknem
10.10.2014 – 19:49
Uciekali oni (we śnie byli to chyba jacyś moi znajomi) przed "nimi". Na początku wydawało się, że ściga ich policja. Ci znajomi musieli wyjechać samochodem z miasta. Widać było ich na mapie, na ekranie jak już prawie wyjeżdżają. Niestety zatrzymali się przed bramą wyjazdową, aby odpocząć i wtedy ich dopadli. Nie była to żadna policja tylko jakieś złe byty, które zajmują ludzkie ciała, a ponadto później mogą się łatwo rozprzestrzeniać jak wirusy. Były to trochę takie zombie. Jednej osobie z samochodu prawdopodobnie udało się w ostatniej chwili uciec, zanim kobieta zombie go zagryzła. Później działo się dużo i nie wiem, gdzie dokładnie, w jakiejś szkole, w moim domu i jeszcze, gdzieś indziej. Wszystko to się przenika, jest dużo różnych ludzi. Nagle, patrząc przez kuchenne okno, zauważam, że na trawniku jest ta szalona kobieta. Patrzy się w okno. I wtedy poczułem się trochę zaniepokojony. Wiedziałem, że jest ona bardzo niebezpieczna. Odwróciłem się od okna i powiedziałem wszystkim, że zobaczcie, tam stoi jakaś dziwna, przezroczysta kobieta i się tutaj patrzy do środka przez okno. A ktoś mi powiedział, żebym się jej lepiej nie przyglądał tylko czym prędzej uciekał! A ja spoglądam znowu, a tamta już siedzi na parapecie. Jak ja się przestraszyłem i zacząłem uciekać! Wszyscy schowaliśmy się do pokoju. Niestety nic to nie dało, bo ona mogła przenikać przez ściany i łatwo każdego opętać. Nie zdążyłem uciec stamtąd i przeniknęła jakoś do mojego ciała. Jednak mówię do taty, że choć we mnie weszła, to nikomu nie zrobię przecież krzywdy, ponieważ jestem od tego ducha silniejszy i mogę to kontrolować.
Pająki, Las
19.10.2014 – 09:08
Był słoneczny dzień (sen był o wiele dłuższy, ale zapomniałem co działo się wcześniej, więc opisuję dalszą część). Wbiegłem razem z dziewczyną do budynku szkoły podstawowej przez tylne wejście, te od strony boiska. Szkoła była chyba już od dawna opuszczona, bo wewnątrz była zarośnięta roślinnością Wewnątrz przed głównym wejściem, było kilka ogrodzeń z siatki, które były także całe zarośnięte. Musieliśmy je jakoś przeskoczyć. Gdy wspinałem się po drugim płotku, poczułem jakby cienką nitkę pajęczyny, więc przeszedłem trochę dalej i z tamtego miejsca przeszedłem na drugą stronę. Po tym jak pokonaliśmy te wszystkie ogrodzenia, dotarliśmy do głównych drzwi, wyszliśmy przez nie na zewnątrz i zeszliśmy schodami na chodnik. Następnie przeszliśmy na drugą stronę uliczki. Przeszliśmy trawą i wspinaliśmy się na jakiś pagórek. Podczas, gdy się wspinaliśmy spytałem się dziewczyny jak ma na imię. Kilka razy odpowiadała mi, ale nie mogłem dokładnie usłyszeć. Jak byliśmy już na samej górze, wreszcie usłyszałem całe jej imię. Niestety nie zapamiętałem go, wiem tylko, że zaczynało się na I. Wtedy wiedziałem, że jest prawdziwa, a nie jakąś atrapą. Dziewczyna pobiegła dalej. W dole było widać płynącą wodę. Było tam jeszcze chyba dwoje ludzi (chyba mężczyzna i kobieta z dzieckiem na ręku). Zobaczyłem jak dziewczyna popycha staruszka, a on spada w dół do wody. Ona uśmiecha się do mnie. W końcu dogoniłem ją i weszliśmy do bardzo gęstego ciemnego lasu. Wspięliśmy się na drzewo i przechodziliśmy dalej po gałęziach drzew. Nagle natknąłem się na grubą nić pajęczyny zwisającej z góry, ale nigdzie nie było widać żadnych pająków, które musiały być olbrzymie skoro pozostawiły takie duże nici. Dziewczyna powiedziała mi, że możemy użyć tych pajęczych nici jak liany, do przeskakiwania z drzewa na drzewo. Chwyciłem za jedną z tych nici celem przeskoczenia na następne drzewo, ale w tym momencie zmienił się sen. Na ekranie było wyświetlane wielkie drzewo, albo jego jakiś schemat. Było całe w pajęczynie. Nici pajęcze łączyły górne gałęzie z dolnymi. Pośrodku były takie jakby pajęcze kokony. Potem sen znowu się przełączył. Znajdowaliśmy się na polanie obrośniętej zeschniętą trawą. To drzewo, które było pokazane, teraz leżało powalona na ziemi. Byli tam ludzie, którzy je ścięli i jakiś doktorek, naukowiec. Miał zamiar otworzyć kokon, w którym prawdopodobnie siedział jeden z tych wielgachnych pająków. Inni mieli przygotowane kamery, aby to nagrać i zrobić zdjęcia. Odszedłem trochę dalej i wspiąłem się na jakiś drewniany słup, a może część tego drzewa. Kokon został otworzony, ale nie było widać tam pająka. Mówię im, że on jest pewnie niewidzialny. Po chwili ten doktorek zaczyna się cały drapać. Teraz już wiem, że tam było pełno malutkich pająków. Inni już uciekli, a ja za nimi. Weszliśmy do dalszej części lasu i biegliśmy główną dróżką. Musieliśmy jakoś się skryć, ponieważ tamten co go oblazły pająki biegł za nami i przez to nas też mogły one dopaść. Po prawej stronie była wąska ścieżka. Tam się skierowaliśmy. Jedna z kobiet w dziwnym, starodawnym jakby, ubiorze zrobiła dla zmyłki jeszcze kółeczko na tamtej głównej drodze i wszyscy przeszliśmy tą ścieżką w prawą stronę. Było tam między drzewami miejsce z ławką, więc wszyscy na niej odpoczęli. Niestety przybiegło za nami jeszcze dwoje ludzi, ale okazało się, że nie było tam z nimi tego doktorka. Wiem, że był tam kogoś brat. I sen się zakończył.
Na Księżycu
22.10.2014 – 15:09
Działo się to najpierw w sali z dwiema szafami stojącymi przy ścianie, a po chwili przeniknęło do mojego mieszkania do dużego pokoju, gdzie była jakaś impreza, możliwe, że kogoś urodziny lub imieniny. Wszyscy siedzieli na krzesłach i na kanapie wokół stołu z jedzeniem. Nagle z niewiadomego powodu zacząłem, za pomocą telekinezy, poruszać w powietrzu jakimś przedmiotem, chyba kubkiem. Dziewczyna, siedząca na kanapie, wstała i powiedziała, że ona także tak umie, a nawet lepiej ode mnie i nawet mi pokaże. W tym czasie nadal poruszałem tym kubkiem. Zaczęła przemieszczać jakiś ciężki przedmiot poprzez korytarz przedpokoju i uderzać nim w szafę znajdującą się na końcu tego korytarza, by potem znowu wrócił i uderzył o okno w dużym pokoju. Na to powiedziałem jej, że potrafię latać, a ona odpowiedziała, że oczywiście także potrafi. Znaleźliśmy się po chwili na dworze. Patrzyłem w niebo i niby leciałem, ale nadal patrzyłem na niebo i patrzyłem, jak obserwator, na siebie lecącego do góry przez chmury i zostawiającego za sobą smugę. Powiedziałem do niej, a może bardziej do siebie, że lecę na Księżyc. Wylądowałem, gdzieś w szarym miejscu. Leżałem na szarym piasku. Z trudem wstałem. Wiedziałem, że nie można tam oddychać i szybko podłączyłem urządzenia pomagające oddychać, jedno do prawego płuca, a drugie do lewego. Obejrzałem to miejsce. Był tam wszędzie szary piasek, ustawione jakieś szafeczki, zlewy i inne meble, czy rzeczy. Wszystko było takie malutkie i dziwiłem się czemu coś takiego tu postawili, przecież nikt kto tu ląduje nie pomieści się, nawet nie będzie w stanie się umyć. Idę dalej z tamtego miejsca. Dotarłem do miasta. Spotkałem jakiegoś starszego pana. Mówię mu, że tu na Księżycu są obcy. A on mówi mi, że jądro Księżyca dochodzi prawie do powierzchni, a to miejsce, w którym wylądowałem jest jak brwi czy rzęsy Księżyca i tam tylko nie ma powietrza. Okazuje się, że wszędzie, gdzie indziej jest powietrze i normalna atmosfera. Idę dalej uliczką, przy której jest dużo sklepów. Jest razem ze mną moja cioteczna kuzynka. W wejściu od jakiegoś sklepu stały dwie postacie z anime, dziewczyna i chłopiec. Zauważam, że na prawej ręce mam przyklejoną przezroczystą tasiemkę-obrączkę, zawierającą w sobie jakąś elektronikę. W miejscach, gdzie były postacie z anime dostawało się punkty, ale jako, że nie zbierałem punktów, chciałem oddać je razem z bransoletką kuzynce. Nie mogłem jednak jej odkleić i tak już zostało. Poszliśmy do restauracji czy baru na pizzę. Musieliśmy długo czekać. Przed pizzą miało być kilka różnych dań. Nadal czekaliśmy, już się trochę niecierpliwiłem. Spojrzałem na właścicielkę i dałem jej znać, że skądś ją znam. A ona mówi, że przeniosła tą restaurację na Księżyc z Sopotu. W ogóle wielu teraz przeprowadza się na Księżyc do tego miasta. Po chwili przyniesiono pół szklanki dobrej mineralnej wody. Wypiłem i wyszedłem, bo nie chciało mi się czekać tak długo na tą pizzę. Kuzynka powiedziała mi, że mąż właścicielki był Chińczykiem i, że już nie żyje (później mama mówiła mi, że on żyje tylko się od dawna już nie pokazuje publicznie). Wszedłem do jakiegoś budynku (możliwe, że wróciłem znowu do tej restauracji) i wszedłem schodami na górę. Byli tam jacyś mężczyźni, może uczniowie, a może pracownicy tej restauracji. Chyba byli Chińczykami, mieli czarne włosy. Coś tam działo się z wykałaczkami, chyba mi się rozsypały i musiałem pozbierać. Zszedłem schodami na dół i wyszedłem na zewnątrz. Ktoś siedział na ławeczce. Powiedział "jump", a ja uciekłem stamtąd za róg budynku i w prawą stronę. Myślałem, że jest on chory na chorobę "jump", ale może mu chodziło, żebym skoczył? W oddali widzę lecącego wysoko czarnego stwora. Był to jakiś ważko-dinozauro-ptak.
Mała Wielkość
28.10.2014 – 19:59
Jestem w ciemnym czarnym pomieszczeniu. Razem ze mną są też inne osoby. Poruszamy się. To pomieszczenie jest chyba bardziej jakimś takim pojazdem. Podchodzę do jasnego wyjścia. Ktoś tam jest. I jest on bardzo duży. Chce mnie stamtąd wydostać. Ja się zgadzam, ale mówię mu żeby mnie nie ściskał palcami, tylko wziął delikatnie na dłonie. On powiedział, że oczywiście, nie jest przecież głupi. Okazało się, że byłem mały jak jego dłoń. Gdy mnie wyciągnął stamtąd, odzyskałem wreszcie swoją normalną wielkość. Poszedłem ścieżką niedaleko lasu. Tamci widocznie nie byli jeszcze gotowi i dlatego nie chcieli wychodzić. Może jeszcze spali?
Latające Wysepki
03.11.2014 – 11:17
Były otwarte drzwi do małej sali. Myślałem, że to łazienka, ale to była raczej szatnia do wf-u. Stały tam dwie wąskie ławeczki przy lewej i prawej ścianie. Unosiła się tam gęsta para lub dym. Szukali ich, chcieli ich złapać. Odsłonili tą parę, tak jakby była zasłoną z materiału, i zobaczyli, że na ławkach nikt nie stoi, nie ma ich. I poszli stamtąd.
Latam sobie wysoko w chmurach. Jest ciepły słoneczny dzień. Poruszam się pomiędzy wysepkami unoszącymi się w powietrzu. Te małe wyspy są miejscami, gdzie dzieją się różne zdarzenia w snach. Widzę między innymi kilka wysepek, na których znajdują się duże place zabaw ze zjeżdżalniami, drabinkami i huśtawkami. Bawią się tam teraz dzieci. Na jednej był domek z czerwonym dachem. Z tego dachu wyleciała mała mucha i zaczęła lecieć za mną, ale jej uciekłem. Następnym razem przyleciałem tam z kimś, ale gdy postawiłem stopę na dachu, od razu wyszło pełno wielkich mrówek i musieliśmy stamtąd odlecieć.
Żółty Pająk
07.11.2014 – 10:22
Jest pochmurnie. Nie wiem, gdzie to się dzieje, wydaje się, że niedaleko bloku przed balkonem, ale wiem, że gdzieś zupełnie indziej. Na ziemi leżą dwa kamienie, jeden duży jak pięść, a drugi dwa razy większy. Zauważam nagle, że z lewej strony idzie wielki pająk, wielkości tego pierwszego kamienia. Jest on żółty i w paski jak pszczoła. Dziwiłem się, że występują tutaj w ogóle takie pająki. Przyczepił mi się do szyi swoją pajęczą nicią. Gdy chciałem go złapać, ten opadł na ziemię i zwinął się w kulkę. Przypominał zupełnie kamień. Miałem zamiar zgnieść go jednym z tamtych kamieni, które znalazłem. Nadchodziło dużo wody i pająk zaczął zapadać się w ziemi. Nie wiem skąd ta woda, może tak mocno padał deszcz, a może to fala przypłynęła od morza. Myślałem, żeby go zostawić, aby się utopił, ale pewnie i tak, by się wydostał później spod ziemi. Zbierało się coraz więcej wody i nogi zapadały mi się już w mokrej ziemi aż po kostki, ale i tak wyciągnąłem tego pająka z tej dziury w ziemi i go rozgniotłem tym mniejszym kamieniem. Kawałek pająka zwisał na końcu nici, tej która była przyczepiona do mojej szyi, ale tak to zostawiłem. Zabrałem ze sobą te dwa kamienie. Miałem je położyć pod balkonem. Szedłem, gdzieś chodnikiem po prawej stronie, przez śnieg. Szurając tak w śniegu nogami, moje buty się wysuszyły i były już czyste.
Mycie Włosów W Autobusie, Parkowa Uliczka
27.11.2014 – 12:16
Opieram się przy oknie w szkole. Pokazuję koledze jakąś ciekawą stronę internetową. Innym się to z jakiegoś powodu nie podoba. Coś do mnie mówią, są niezadowoleni. Idę korytarzem i dochodzę do miejsca pomiędzy schodkami, znajdującymi się po obu stronach, prowadzącymi do wyjścia. Pokazuję koleżance obrazek na telefonie komórkowym przedstawiający plakat reklamujący jakieś anime w wersji kinowej z aktorami. Jest ona podobna do głównej bohaterki z tego anime. Pytam się jej czy wie czy ten film już może jest w kinach. Ona nic nie wie na ten temat.
Jadę autobusem. Stoję z tyłu, gdzie nie ma siedzeń. Jestem odwrócony w stronę okna po prawej stronie. Nagle postanawiam, że muszę umyć włosy. Stawiam plecak na podłodze, a kartkę z ocenami czy z czymś tam, kładę obok. Najpierw nakładam sobie szampon do włosów i w tym czasie mężczyzna, na oko pięćdziesiąt lat, może młodszy, podnosi tą kartkę i mówi, żebym ją schował do plecaka. Odpowiadam mu, że potem, bo to i tak nie jest takie ważne. Po czym wychodzi z autobusu. Przechodzę na lewą stronę, pod okno na samym końcu autobusu. Tam niby jest taki mały zlew. Odkręcam wodę i myję głowę. Bardzo się pieni. Po umyciu się i wysuszeniu wychodzę z autobusu. Okazuje się, że to była mała ciężarówka, albo taki mieszkalny pojazd. Kilka osób tam wchodzi i wychodzi. Na dworze jest jasno. Nigdzie na ulicy nie widać autobusów, ani innych samochodów. Jest to taka uliczka między domami. Patrzę w lewo, gdzie uliczka po dwóch stronach jest obsadzona drzewami jak w parku. Prawdopodobnie można tamtędy dojść do morza. Decyduję się wrócić jednak drugą stroną pomiędzy blokami. Nagle spotykam dwóch kolegów z liceum, schodzących po schodach. Więc, jednak zawracam i idę z nimi uliczką w stronę parku. Mówię im, że to jest sen i jeśli chcą mogą się obudzić, a jeśli nie to mogą jakoś wykorzystać ten czas we śnie.
Wyciągam ręce do przodu i się pochylam. Zaczynam się unosić tak jakby z dołu wiał silny strumień powietrza. Oni i jakaś dziewczyna także się unoszą. Chcę polecieć wysoko, aż do chmur, ale po chwili robi się zamglony widok i zaczynam czuć swoje ciało leżące na łóżku. Budzę się.
Schody I Rury
19.12.2014 – 10:54
Szedłem ścieżką obok budynków. Z lewej strony wychodzili ludzie, możliwe, że ze szkoły albo z peronu, ponieważ niedaleko były tory. Poszedłem do przejścia po prawej stronie, między budynkiem a właśnie tymi torami. Były tam duże betonowe spiralne schody. Razem z kolegą i koleżanką mieliśmy wejść na samą górę. Nagle, gdy przejeżdżał pociąg, coś eksplodowało, a ja znalazłem się na ziemi. Wbiła mi się w udo, czy gdzieś tam, długa igła, albo jakiś kolec. Wyciągnąłem go i wstałem. Zaczęliśmy wchodzić po tych schodach. Tamta dziewczyna poszła z inną koleżanką schodami w lewą stronę, chyba, żeby zejść niżej. Ja z kolegą poszliśmy na prawo do góry, ale zamiast normalnych schodów trzeba było iść po rurach. Za chwilę przyszła koleżanka i powiedziała, że on tak zawsze ma, że chodzi po tych rurach zamiast po schodach.
Jaszczury, Dinozaury
22.12.2014 – 17:43
Biegnę z kolegą (przynajmniej w tym śnie ten ktoś jest moim znajomym) jakimś ciemnym korytarzem w nieznanym mi budynku. Wchodzimy do małego pomieszczenia wielkości przystanka autobusowego (a może to jest przystanek autobusowy?). To pomieszczenie ma ściany i sufit całe ze szkła. Jest słabo oświetlone. Trochę jest strasznie, bo jakaś kobieta-cyborg (a może to jest obcy) przysuwa się do mnie i coś mi szepce. Wiem, że jeśli w jakiś sposób źle się zachowam, ona, albo to coś mnie zabiję. Jest z nami jeszcze inna kobieta, tym razem ludzka. Znajduje ona klucz lub kod do drzwi. Śmieje się. W tym samym momencie, gdy ona przechodzi przez drzwi, mi udaje się przejść przez szybę z prawej strony. Cyborg-android, gdzieś znika, a może się rozsypuje, gdy gra skończona (nie wiem czy to była gra czy co). Kolega jeszcze leży w środku, ale po chwili chyba też wychodzi stamtąd.
Wychodzę z mojego pokoju i kieruję się na prawo do dużego pokoju. Jest późny ranek. Chcę wyjść balkonem, ale ktoś śpi na kanapie i nie chcę go obudzić. Cofam się i idę przedpokojem mijając po lewej mój pokój i pokój mojej siostry, a po prawej kuchnię. Przy lustrach skręcam w prawo, gdzie są drzwi do ubikacji, łazienki i sypialni rodziców. Po lewej są drzwi wyjściowe przez, które przechodzę. Zamykając je słyszę, że wszyscy się już obudzili i wołają mnie, żeby mi coś pokazać, czy coś. Jest lato i świeci słońce (pewnie jest też ciepło, ale tego nie czuję we śnie). Idę chodnikiem w prawo, ale zmieniam zdanie i zawracam w lewą stronę. Teraz chodnik i ulica wyglądają inaczej niż w rzeczywistości. Gdy tak idę tą ulicą znajdującą się bliżej budynków, zauważam, że po drugiej stronie drugiej ulicy uciekają ludzie. Biegną w prawą stronę, tam gdzie chciałem iść. Gonią ich dinozaury, m.in. T. Rex. Wygląda inaczej niż to zwykle się przedstawia. Ma mięśnie bardzo widoczne na zewnątrz. Idę powoli i się schylam, żeby mnie nie zobaczyły. Na chodniku bliżej mnie biegną inne, chyba roślinożerne jaszczury. W powietrzu lata ogromna ilość niewielkich pojazdów, które jak pamiętam były trójkątnego kształtu i były metalowe, zaostrzone na każdym boku; atakowały zarówno ludzi jak i dinozaury. Nagle w moją stronę jadą bardzo szybko dwa samochody. Przeskakuję je i idę w lewo. Za rogiem budynku następne samochody, dinozaury i pełno tamtych latających metalowych ostrych trójkątów. Uciekam znowu w drugą stronę.
Już prawie wychodzę z domu, ale zauważam coś dziwnego. Patrząc przez okno w pokoju mojej siostry widzę jakiegoś stwora patrzącego poprzez małe okienko budki z transformatorem. Zamierzam go stamtąd wywabić, dlatego pukam w szybę i odbiegam do drzwi pokoju. Ten wielki stwór podobny jest do wielkiego psa o jasnobrązowej krótkiej sierści. Postanawiam otworzyć okno. Nie zdejmuję kwiatków z parapetu, ale nie spadają bo okno przechodzi przez doniczki. Stwór stoi przy oknie i się patrzy, ale nie ma zamiaru wejść do środka. Nudzi mi się obserwowanie tego czegoś i wychodzę z domu. Idę na autobus. Siadam na to siedzenie z przodu najbliżej kierowcy. Gdy jadę widzę z lewej strony dwa "leśne pagórki". Podczas jazdy oglądam plakat w autobusie. Na jego dole jest jakieś słowo lub ciąg cyfr, który ciągle się zmienia. Gdy dojeżdżam do centrum Gdyni (a dojeżdżam tam natychmiastowo; normalnie była, by to niecała godzina), zauważam, że na reklamach znajdujących się na budynkach są wszędzie jaszczury i możliwe, że wizerunki obcych. Otwierają się drzwi i wstaję, ale zanim wysiądę widzę jeszcze zdjęcie z jakąś kobietą, zawieszone na przedniej szybie, a gdy przybliżam się, by je obejrzeć zmienia się w widokówkę z napisem.
Porwanie Przez Obcych
04.01.2015 – 16:41
Miałem kilkukrotny paraliż przysenny. Budziłem się i zasypiałem może nawet z dziesięć razy. Normalnie bym widział jakiegoś strasznego ludzika (obcego?), ale teraz za każdym razem była na mnie kotka. Raz stała z jednej strony, raz na mnie. Na końcu, gdy kilka razy zasypiałem, widziałem, że leży przy mnie po prawej stronie z łapą na mnie. Nie wiem czy ja to widziałem jakoś przez sen, czy to były tylko wizje senne. Dalej miałem serię snów, których nie pamiętam całkowicie, kolejności też nie jestem pewien.
Dwaj mężczyźni znajdują się w pomieszczeniu, które jest magazynem, czy laboratorium Obcych. Dzieje się to na innej planecie, a może na statku kosmicznym Obcych. Obcy wyglądają jak małe ludziki-jaszczury. Prowadzą tam jakieś badania, zabijają ludzi i biorą ich ciała na części. Tych dwóch chce stamtąd uciec. Nie wiem jak im się to udaje, ale są już na Ziemi i jadą wielką ciężarówką. Krajobraz taki trochę wiejski. Zatrzymują się przy domu kobiety. Jej dom został zniszczony przez nalot Obcych, nie ma ścian i dachu, tylko sam szkielet został. Dają jej różne rzeczy, w tym między innymi krzesła, bo nie ma na czym usiąść. Wydaje mi się, że ta kobieta to żona jednego z tych mężczyzn, który wrócił do niej po wielu latach.
Jestem z kimś w pokoju (chyba z mamą, ale nie jestem pewien). Chociaż babcia i dziadek już nie żyją, i od kilku lat jest to sypialnia moich rodziców, to jest urządzony tak jak wcześniej. Na podłodze przy kanapie leżą jakieś rzeczy, na przykład półtora chleba, który niby zostawił tam dziadek i choć już nie żyje to ten chleb leży tam od kilku lat i jest stwardniały na kamień. Wyrzucamy go. Jest tam też duży słoik z grzybami. Biorę go, ponieważ chcę zjeść te grzyby na kolację. Później okazuje się, że jest tam tylko jeden duży grzyb, a reszta jest w proszku do przygotowania sobie. Nagle wiem, że jacyś ludzie wiedzą już, gdzie jesteśmy i zaraz tu będą, bo są tu także rzeczy, którymi są oni zainteresowani. Szybko zabieram je ze sobą, nie wiem co to są za rzeczy, ale są tam jakieś ważne adresy albo kody pozostawione przez jakiegoś naukowca. Idę do kuchni z zamiarem przygotowania sobie tych grzybów na kolację (jest, więc pewnie wieczór), ale zastaję tam jakiegoś faceta, który jest lekko poddenerwowany. Przesypuje coś z jednego słoika do drugiego słoika, co ma mi niby coś wytłumaczyć. Mówię mu, że i tak nic nie rozumiem z tego co mi pokazuje, tylko zepsuł ten sos (albo miód) wsypując do niego to coś (może to był mak). Idę do dużego pokoju. Jest tam moja mama i siostra. Są tam także dwie moje kotki. Za pomocą telekinezy poruszam różnymi przedmiotami (nie pamiętam dokładnie czym, ale chyba m.in. bombką i firanką). Nagle spostrzegam, że jedna z kotek (ta o rok młodsza) jakoś dziwnie krzywo chodzi i wyginają się jej łapy. Rozumiem przez to, że poruszam nie tylko tymi rzeczami, na których jestem świadomie skupiony, ale także tymi, na które oddziałuje moja podświadomość. Natychmiast przenoszę kotkę do mojego pokoju, ale ona mi się wyrywa i wraca tam z powrotem, przez co rozumiem, że jest już wszystko w porządku.
W jakiś sposób znajduję się w innym miejscu. Nie pamiętam jak tam dotarłem (możliwe, że szedłem wcześniej leśnymi ścieżkami), pewnie zapomniałem części snu. Jest to miejsce pomiędzy łąką a lasem. Łąka położona jest wyżej niż las, na takiej jakby górce. Oprócz mnie są tam jeszcze inne osoby. Patrzę w niebieskie niebo i widzę ładne chmurki, białe ptaki (chyba mewy), a także lecące pojazdy. Wszyscy myślą, że to UFO, ale po chwili rozpoznajemy w jednym z lecących w naszą stronę pojazdów papierowy origami samolocik. Wlatuje on do lasu ciemną ścieżką. Jedna z kobiet biegnie za nim, by go złapać. Jest podobna do nauczycielki ze szkoły policealnej. Biegnę za nią i opowiadam jej jak wyglądali ci Obcy z tamtego laboratorium. Samolocik opada swobodnie na końcu ścieżki, a ona go podnosi. Gdy reszta dogania ją w głębi lasu, ona, lekko spanikowana, mówi, że już więcej tego nie będzie robić (ale, czy gonienia samolocików, czy wchodzenia do lasu to tego nie wiem), oddaje im ten samolocik i ucieka z powrotem. Ci z ciężarówki biorą ten samolocik i go rozkładają. Jest to niby jakaś wiadomość (albo raczej ostrzeżenie) dla nas od Obcych. Na kartce jest narysowana postać obcego po prawej stronie i chyba tekst w języku Obcych. Ale oni mają słownik, który wyciągnęli z ciężarówki. Składa się on z dużej ilości kwadratowych kartoników. Po jednej stronie każdego kartonika jest wyraz, a z drugiej strony jest obrazek przedstawiający co oznacza tamto słowo. Wala się tam pełno różnych przedmiotów wyciągniętych z tej ciężarówki. Podczas, gdy oni tłumaczą tekst ja chcę posprzątać tamto miejsce czy coś. Pokazuję im pudełka od płyt z muzyką i pytam się ich, gdzie są te płyty, bo chcę je schować. Ktoś szuka płyty. Coś mi się wydaje, że ten list-samolocik był tylko po to, aby odwrócić naszą uwagę, bo nagle zjawia się kobieta w czarnym kombinezonie. Jest ona jednym z Obcych. Przyszła tu tak cicho, że nikt jej nie zauważył. Strzela do każdego po kolei pociskami usypiającymi. Chcę ich ostrzec, ale już mnie trafiła i nie mogę się poruszyć, ani mówić. Tak to sprytnie ci Obcy zrobili, że obudziłem się od razu na statku Obcych, albo gdzieś na ich planecie w ciemnym korytarzu bardzo podobnym do tej ciemnej ścieżki w lesie. Tak jakbym w ogóle nie zasypiał. Reszcie osób, które tam się obudziły kobieta wskazała drogę, proszę się skierować na prawo, czy coś podobnego. Ja skręciłem w inną stronę, chcąc uciec stamtąd. Biegnę innym, oświetlonym korytarzem. Na końcu tego korytarza, po prawej stronie, jest wejście do magazynu/laboratorium Obcych. Przechodzę przez wcześniejsze drzwi. Jest tam inny nieoświetlony korytarz prowadzący do wielkiej klatki schodowej. Tamci mnie jednak doganiają. Używam telekinezy, aby trzymać ich w pewnej odległości ode mnie. Jednak później wracam razem z nimi, bo wiem, że i tak nie zdołałbym im uciec. Inni także są tam prowadzeni na wielką oblodzoną salę do hokeja, ale się nie przejmują, nawet się z tego cieszą. Mówię im, że najpierw dadzą im dużo rozrywki, a potem ich zabiją i wezmą na części. Oni się tylko ze mnie śmieją. Ci, którzy się ze mnie śmieli mieli drugą parę oczu bezpośrednio nad pierwszą. Do sali można wejść przez wiele przejść w kształcie łuków. Wchodzę, gdy już inni zaczęli grać. Zaczynam im trochę przeszkadzać podnosząc krążek i poruszając nim w powietrzu za pomocą telekinezy. Jakaś dziewczyna też próbuje, ale słabo jej to jakoś wychodzi. Inni dziwią się, że jestem tam dopiero kilka miesięcy, a już potrafię się tak dobrze posługiwać telekinezą. Po chwili, gdy nudzi mi się to, biorę kij do hokeja. Jest drewniany i dziwnie powyginany. Pytam się kolegi czemu ten kij tak wygląda, a on odpowiada mi, że później wezmę sobie inny lepszy. Strzelają do bramki, ale nie trafiają. Chcę pomóc bramkarzowi, ale zmieniam zdanie i się tylko patrzę. Nie wiem czemu, ale on nic nie robi i wtedy udaje się przeciwnej drużynie trafić do bramki. Budzę się.
Wielkie Grzyby
05.01.2015 – 21:09
Jest dzień. Idę z kilkoma osobami ścieżką w lesie. Nie wiem za bardzo co to za las, ale wydaje się w jakiś sposób podobny do tego, który jest niedaleko mojego mieszkania. Obok ścieżki rosną takie wielkie grzyby, chyba borowiki, tylko wysokie na metr, a niektóre nawet większe. Zrywam jednego i oddzielam kapelusz od nogi. Podnoszę kapelusz grzyba do góry i oglądam. Widzę, że łażą na nim drobne robaczki. Oddaję komuś kapelusz i zostawiam w trawie nogę grzyba. Idziemy dalej przez las. Po chwili postanawiam jednak, żeby się wrócić i zabrać nogę od grzyba lub od razu spróbować kawałek na surowo. Gdy się odwracam i idę kilka kroków, wzrok zaczyna mi się robić zamglony i budzę się.
Pająki I Zombie
10.01.2015 – 17:17
Jest lato, słonecznie i ciepło. Sen się zaczyna, gdy wchodzę do domku po schodach. W
rzeczywistości mam małe schodki prowadzące z balkonu mieszkania na trawnik. Ale te są trochę większe schody, którymi można wejść do drzwi domku. Dom ten znajduje się nie wiadomo gdzie, gdzieś na łące. Jest to tak jakby letni domek. Gdy tak wchodzę po schodach, zatrzymuję się przed drzwiami i obracam się. Zauważyłem coś dziwnego, o kolorze czarnym, spadającego z nieba, z chmur. Spadło parę metrów od domu. Myślałem, że to meteoryt i pobiegłem sprawdzić co to takiego tam spadło. Gdy tam dotarłem, zobaczyłem, że to duży czarny, taki bardzo włochaty pająk. Wokoło pojawiały się inne, jeszcze większe pająki, wielkości dużych psów. Szybko chwyciłem jeden i drugi kamień, które tam leżały i zatłukłem tego pierwszego pająka, ale to i tak nic nie dało, bo pojawiało się coraz więcej tych pająków. Spadały z kosmosu. Pobiegłem, więc z powrotem do domku. Wychodziła właśnie z niego moja siostra. Powiedziałem jej o pająkach, i że na zewnątrz jest teraz niebezpiecznie. Nagle z domu wybiegły dwie nasze kotki (trójkolorowe). Jedna, ta młodsza, pobiegła w stronę pająków, ale szybko ją znaleźliśmy. Była za drogą, w ciemnym miejscu niedaleko pająków. Dogoniliśmy ją i zanieśliśmy do domku. Mama pytała się co z drugą, że może ją już te pająki złapały i zeżarły. Jednak znaleźliśmy i ją. Była po drugiej stronie za domem przy krzaku. Siostra musiała złapać ją aż za ogon, bo inaczej by ta uciekła. Ja wróciłem po te kamienie. Jeden był cały w pajęczynie, to go wypuściłem. Wszędzie zwisały wielkie pająki na pajęczynach zaczepionych, gdzieś do chmur. Na ścieżce przy naszym domu stał mały chłopczyk i pytał się mnie co tu tak przyozdobione wszystko. Mówię mu, że to nie są żadne ozdoby tylko pełno pajęczyn jest w powietrzu. Niektóre były takie cienkie, że nie było ich widać, ale można było je wyczuć. Potem pobiegłem z dużą grupą osób, aby wyszukiwać te pająki i je pozabijać. Miałem ze sobą tamten kamień, wziąłem jednak także ten drugi, większy, który był oblepiony pajęczyną. Chodziliśmy po jakichś ciemnych drogach, czy korytarzach. Wyglądało to trochę jak labirynt, takie wszystko zaplątane. Trafiłem do ciemnego korytarza, a może to było, gdzieś między krzakami. Musiałem wycofać się stamtąd, ponieważ nie było dalej żadnego przejścia. Trochę się zaklinowałem i nie mogłem stamtąd wyjść. Teraz chyba się obudziłem, a może przeskoczyło do innego snu, który teraz opiszę, ale nie wiem czy to dobra kolejność i może ten poprzedni sen jakoś inaczej się zakończył, czy raczej zapauzował.
Leżę w łóżku pod kocem, jest dzień i jest jasno. Pokój wydaje się o wiele większy,
przestrzenniejszy od mojego i jest pusty. Stoi tylko łóżko, na którym teraz leżę. Przychodzi kotka i wchodzi mi pod koc. Wstaję i siadam na oparciu, które się nagle pojawiło, teraz kanapy, a nie łóżka. Spod koca wychodzi nie kotka, ale teraz już jakaś dziewczyna. Siada na oparciu po mojej lewej stronie i przytula się do mnie.
Znowu wracam do wcześniejszego snu, ale tak jakby zaczynał się od nowa. Udaję mi się wyjść z tamtej ciasnej ciemnej ścieżki. Po drodze niedaleko domu idzie moja siostra z koleżankami. I teraz właśnie dopiero spada tamten pierwszy pająk. Zdejmuję kapcia i próbuję go nim zgnieść. To jest trochę dziwne, bo ten pająk wcale nie ucieka, ale za każdym razem, gdy już mam uderzyć tego pająka, moje ruchy spowalniają. Po którymś razie jednak odwrotnie przekładam w ręku kapeć i bardziej się koncentruję, aż udaje mi się dostatecznie silnie uderzyć w pająka i go zabić. Dzięki temu więcej pająków już się nie pojawia. Ale nie znaczy to, że zagrożenie minęło - tylko się jedynie zmieniło. Dotarłem do miejsca przypominającego duży sklep, galerię z szerokim korytarzem.
Siedziałem u góry na murku i przyglądałem się jak zbierają się w grupy. Mieliśmy polować na zombie. Wstałem i poszedłem z jedną z grup. Doszliśmy do miejsca podobnego do placu zabaw przed moim blokiem. Wszędzie chaos, jedni ludzie uciekają przed zombie, a inni z nimi walczą. Jest ciemno, wieczór i chyba pada deszcz. Po chodniku idzie Japończyk. Mówię mu, żeby uciekał. Ucieka, ale w złą stronę. Jest tu niedaleko miejsce gangu, który rządzi całą dzielnicą. Z tego lokalu wybiega szef gangu, teraz przemieniony w zombie. Biegnie na tego Japończyka. Próbuję przejść przez ogrodzenie na drugą uliczkę. Nie zdążyłem, bo tamten wielkolud przygniata go łapą i zaczyna zagryzać. Zamiast przechodzić przez ogrodzenie, po prostu okrążam końcówkę ulicy (czemu o tym wcześniej nie pomyślałem?) i kopię z całej siły tego zombie, chyba go zabijam. Wchodzę do tamtego lokalu (normalnie wszedłbym do klatki schodowej do bloku na przeciwko) i widzę ludzi z gangu. Miejsce składa się ze sklepu odzieżowego po lewej i z baru (trochę przyciemnionego) po prawej stronie, gdzie siedzą ci ludzie. Spomiędzy stoisk wychodzi dziewczyna poprzedniego szefa, ładna. Teraz, jako, że niby to ja jestem ich szefem, muszę się nią zajmować, to znaczy kochać się z nią
Dziewczyna chwyta mnie rękoma i oplata moje biodra nogami. Dziwnie się trochę czuję, bo wszyscy nas tam widzą i przenoszę ją tak w głąb tego ich domu. Przechodzę z nią przez jedne i drugie drzwi kierując się na prawo. Dalej nie możemy iść, bo dalej jest jakiś zniszczony szary korytarz, zastawiony czymś zardzewiałym. Usadawiam ją na kanapie, albo jakiejś ławeczce. Sam też siadam obok niej, z prawej jej strony. Nagle przychodzi jakiś mężczyzna. We śnie wiem, że to był wspólnik już nieżyjącego szefa. Głaszcze on dziewczynę i dotyka on jej zębów. Wiem, że to może trochę boleć i aż sam wyczuwam lekki ból zębów. Przestaje i mówi, że to tak ona lubi się kochać, to znaczy, gdy ona śpi. Patrzę na nią, ma przymknięte powieki i chyba rzeczywiście śpi teraz na siedząco. Scena się nagle przenika i łączy z tamtym wielkim oświetlonym korytarzem z marketu, tam gdzie wszyscy zbierali się w grupy. Przyjechała stamtąd samochodem jedna z kobiet i idzie w naszą stronę po białych kafelkach. Wygląda mi to na superrealistyczną animację 3D. Ale wygląda to jakoś bardzo dziwnie, co mnie niepokoi, tak dziwnie się wszystko porusza, animuje. Zatrzymuje się, cofa się, przewija w drugą stronę i z powrotem, drga. Nie wiem jak to dokładnie opisać. Gdy tamta kobieta jest już blisko nas, wpływam myślami na nią i szybko cofa się z powrotem. Robię pauzę. Mówię tamtemu mężczyźnie, że widziałem już coś podobnego, w którymś anime o zombie (w rzeczywistości nigdy nie oglądałem żadnego anime o zombie), więc podaję mu adres strony o anime i tytuł. On daje mi telefon komórkowy, abym sam mu wyszukał to anime, bo mu coś nie wychodzi. Jest to dotykowy smartfon, ale jego klawiatura wydaje się fizyczna, niektóre klawisze zostały wyrwane i nie mogę wpisać wszystkiego. Oddaję mu telefon, a on mi mówi, że i tak nic by z tego nie wyszło, bo okazało się, że nie ma już pieniędzy na koncie. Ja mu mówię, że po tej katastrofie to internet i wiele innych rzeczy powinny być za darmo, że w ogóle pieniądze nie mają już żadnej wartości i wymyślam taką mądrość, że pieniądze teraz to tak jakby mieć papier toaletowy, a nie móc się podetrzeć
I w ogóle przecież teraz to oni, czyli my, rządzimy w mieście.
Sen się powoli zaczął kończyć i się obudziłem.
Przyśpieszanie Wzrostu Roślin, Szklana Winda
17.01.2015 – 16:06
Lato, słoneczny dzień. Za pomocą myśli, wpływam na wzrost roślin. Przyśpieszam wzrost kilku drzewek na trawniku przed balkonem obok lampy. Widzę jak zaczynają szybciej rosnąć ( w ten sposób można by zasadzić natychmiast cały las). Wracam do domu, ale po chwili postanawiam, że najpierw wejdę do bloku naprzeciwko. Jednak sen przemieszcza mnie w jakieś inne miejsce. Teraz idę w trawie kamienistą ścieżką. Po lewej stronie są znajome (z innych snów?) bloki lub domy, ale chcę zobaczyć co jest po prawej stronie, więc tam idę. Jest to niby następny blok stojący naprzeciwko tamtego, do którego chciałem wejść. Niestety nie ma żadnych drzwi, tylko czarne, jakby spalone okno. Więc idę dalej i kieruję się w lewo, do poprzedniego budynku. Tutaj sen chyba przeskakuje i trafiam do windy ze szklanymi drzwiami. Gdy zatrzymuje się, chcę wyjść, ale nie mogę otworzyć. Na korytarzu przede mną idzie jakiś dzieciak, Japończyk. Wołam do niego, uderzam w drzwi. Ten mnie zignorował, nawet na mnie nie spojrzał. Przeszedł przez drzwi po prawej (też chyba ze szkła). Z kimś się bawił. Wtem przychodzi jakiś pan (może nauczyciel?) i otwiera mi drzwi. Wychodzę i zatrzymuję się obok tych drzwi z prawej strony. Wybiegają stamtąd dziewczyny i biegną korytarzem na lekcję. W tym śnie rozumiałem, że to taka szkoła dla dziewcząt. Idzie za nimi starsza pani, której normalnie bym się bardzo przestraszył, bo miała taki potworny wygląd. Te dziewczyny nazywały ją mamą (albo mi się tak tylko wydawało). Był tam też ktoś zły, wyczuwałem negatywną istotę. Musiałem pobiec razem z kolegą za nimi, by im pomóc, aby tamten nie zrobił krzywdy dziewczynom. Korytarz miał słabe oświetlenie. Po drodze mijamy stojak, na którym były zawieszone różne kurtki. Ta szkoła była takim miejscem, gdzie wszyscy się dzielili rzeczami i na przykład można było wybrać dla siebie, którąś z tych kurtek. Dobiegamy do drzwi sali, gdzie te dziewczyny miały mieć lekcję (korytarz w tym miejscu był oświetlony światłem z dworu, bo na przeciwko drzwi, były okna) i kolega otwiera salę tę po drugiej stronie, a ja otwieram tą obok po prawej. Widzę, że tam nie ma tych dziewczyn, które biegły, ale jest to inna klasa i jest tam także tamten ktoś, któremu przypisywałem złe zamiary (miał niby użyć magii, czy jakiejś energii, żeby zabić dziewczyny). Chyba wszystko było jednak w porządku. Nie wiem tylko, gdzie się podziały tamte dziewczyny, czy były w sali po lewej stronie, czy może zupełnie gdzie indziej.
Kot I Jego Zdobycz
22.01.2015 – 12:10
Patrzę przez okno (zupełnie nie wiem, gdzie to mogłoby być). Jest tam chodnik, a dalej wysoki kamienny murek, na którego górze jest niskie metalowe ogrodzenie. Przychodzi tam kot i pozostawia na krawędzi murku, między prętami ogrodzenia, martwego psa, którego wcześniej upolował. Po lewej stronie zauważam także leżącego ptaka, pewnie też wcześniej został tam pozostawiony przez tego kota na później. Kot, gdzieś sobie poszedł, pewnie znowu na coś zapolować.
Wampiry
30.01.2015 – 17:00
Stoję przed blokiem, w którym mieszka moja ciocia. W jednym oknie (pierwsze lub drugie piętro), tym po lewej stronie, siadają dwa psy (pudle, albo jakieś inne małe pieski), a w drugim oknie kot (a może koty także były dwa). Okna są otwarte i pies i kot chcą się dosięgnąć łapami, po to by się bić, a może tylko bawić. Ale, że było za daleko pies nie dosięgnął, a nie mógł już zawrócić do mieszkania, więc zeskoczył na chodnik, w śnieg. W pierwszym momencie byłem przekonany, że pies się zabił, bo się nie ruszał tylko stał sztywno, ale już za chwilę, gdzieś pobiegł. Za chwilę zeskakuje też drugi pies i biegnie za tamtym.
Jestem w szkole podstawowej (a może w gimnazjum). Wychodzimy całą klasą z sali. Zostawiłem plecak i zastanawiam się czy go jednak ze sobą zabrać. Niektórzy wzięli swoje plecaki, a niektórzy je zostawili. Postanawiam nie wracać do sali, bo i tak pewnie później tam wrócimy. Szliśmy zwiedzić jakieś miejsce, muzeum czy coś podobnego. Wchodząc do budynku, nie wiem kiedy to się stało, ale zgubiłem pozostałą część klasy. Wiem, że przed drzwiami był hol i byli tam inni ludzie, m.in. recepcjonistka. Szedłem szukać innych, ale się zgubiłem, ponieważ było tam pełno krętych korytarzy z drzwiami, niektórymi ze szkła. Doszedłem do miejsca, gdzie po prawej stronie były schodki w dół, ale tam nie poszedłem, bo nie było tam oświetlenia, a było bardzo ciemno.
Poszedłem tymi schodami lewej stronie, na górę. Doszedłem, gdzieś wysoko, jakby do poddasza. Szło się tam po drewnianej konstrukcji, w niektórych miejscach trzeba było przeskakiwać, bo nie było ciągłości w podłodze (może deski się tam rozleciały). Tak chodziłem sobie w półmroku i przeskakiwałem to tu, to tam, aby zobaczyć co to za dziwne miejsce. Było tam kilku, którzy coś robili, naprawiali. Szedłem tak, by mnie nie zauważyli. Chciałem już wracać, ale gdy się obróciłem zobaczyłem, że przy drzwiach prowadzących na schody, po lewej znajduje się jeszcze inne przejście. Przeskoczyłem przez dziurę i poszedłem tam długą drogą z desek (trochę podobne do mola). Wreszcie znalazłem resztę klasy. Były tam jakieś nieznajome panie, które wprowadzały każdego po kolei. Nagle z rozumiałem, że nas oszukano. Nie mieliśmy niczego zwiedzać, wiedziałem, że to był podstęp. To były wampiry (albo obcy), którzy zmieniali tych uczniów właśnie w wampiry, albo ich po prostu zjadali. Musiałem się stamtąd jak najszybciej wydostać. Zobaczyli mnie i wpadłem w panikę. Nie mogłem trafić do schodów. Jeden z tamtych stolarzy stanął mi na drodze i się złośliwie uśmiechnął. Rzuciłem w niego książką (nawet nie wiem skąd ją miałem przy sobie), co go jeszcze bardziej rozbawiło. Okazało się, że drzwi są za mną i tam zawróciłem, zbiegłem po schodach. Nie mogłem znaleźć wyjścia i przez dłuższy czas biegałem po korytarzach. W każdym korytarzu było dwoje drzwi, po lewej i po prawej, a jak już się jedne otworzyło to dalej były jeszcze następne do otworzenia. W końcu jakoś dotarłem do drzwi wyjściowych. Była ze mną jakaś dziewczyna i mężczyzna. Myślałem wtedy, że to są normalni ludzie i chciałem razem z nimi z tamtą uciec. Biegliśmy daleko ulicą i znaleźliśmy się przed drzwiami do klatki schodowej. Weszliśmy razem do mojego mieszkania. Jak patrzyłem na tego mężczyznę to zacząłem się trochę niepokoić i już za chwilę miałem pewność, że to jest wampir, a ta dziewczyna już nie żyje tylko on telepatycznie steruje jej ciałem. Jako, że wcześniej przeszliśmy przez balkon na trawnik, tamta dziewczyna zawieszała coś na lampie, jakieś czarne przewody, czy raczej to tamten kazał jej to robić. Postanowiłem uciekać, nie wiem po co, ale wracałem przez mieszkanie zamiast od razu, gdzieś pobiec na dworze. Chyba wróciłem wtedy do tamtego budynku z zamiarem wydostania innych jeszcze nie przemienionych, ale mnie nie słuchali. Znowu się pogubiłem, biegałem w kółko po korytarzach otwierając ciągle te same drzwi. Pomogła mi tamta recepcjonistka i wskazała mi właściwe drzwi. Ona też była wampirzycą, ale mnie nie zatrzymywała. Wiedzieli, że i tak któryś z nich mnie w końcu złapie. Na Ziemi już prawie wszyscy byli wampirami. Biegłem, gdzieś ulicą. W pewnym momencie znalazłem się w bardzo wysoko położonym miejscu. Był tam wąski chodnik. Z prawej strony były sklepy, a z lewej jakby przepaść. Uciekłem stamtąd, jakoś znalazłem schody. Wiedziałem, że nie ma już po co uciekać, bo wszędzie i tak są te wampiry i nie ma i tak gdzie się schować. Przystanąłem przy górce. Tamten mnie w końcu dogonił. Wytłumaczyłem mu, żeby nic mi jeszcze nie robił, aby dał mi choć trochę czasu, bo i tak pewnie jestem już ostatnim człowiekiem. Dzwonię do cioci z nadzieją, że jednak wszystko jest z nią w porządku, ale ona mi mówi, że razem z wujkiem zeżarli już z siedemdziesiąt ludzi. Rozłączam się. Idę uliczką, za mną ktoś idzie, czuję zapach dymu papierosowego, ale mi nie przeszkadza to. Spotykam chłopca, który znalazł w krzaku monetę, może 50 groszy. Patrzę, a tam następna i następna. Pojawia się coraz więcej monet, o coraz większym nominale i je zbieramy. Po jakimś czasie przychodzi inny chłopiec z dziewczynką. Wiedziałem, że byli oni wampirami i znów zacząłem uciekać. Co jakiś czas mnie doganiali, ale udawało mi się biec szybciej. Dołączył do nich nawet tamten co wcześniej mnie gonił. Pobiegłem w śniegu za jakieś budki stojące przy lesie. I się wreszcie obudziłem.
Pociąg, Samolot I Meteoryt
05.02.2015 – 16:31
Na początku snu byłem, gdzieś na sali gimnastycznej. Oprócz mnie było jeszcze kilka innych osób. Działy się tam różne dziwne rzeczy, ale w sumie nic z tego nie pamiętam. Wiem tylko, że wszedłem do jakiejś bocznej sali i włączyłem pilotem telewizor. Leciało anime, w którym od okna szła dziewczyna. Miały ją bronić przed czymś jakieś magiczne, ożywione figurki. Ale, jako, że z jakiegoś powodu wydawało mi się, że to anime (figurki) zawiera elementy religijne i w ogóle było nudne, postanowiłem nie rozpoczynać oglądania nowej serii i od razu wyłączyłem. Później (nie wiem czy to był następny sen czy kontynuacja tego) szedłem uliczką pomiędzy sklepami. Wydawało się jednocześnie jakby to było na zewnątrz i w jakimś budynku, a może tam był po prostu daszek nad tą uliczką. Wychodząc stamtąd widziałem jak wracają dwie koleżanki. Nagle nie wiem jak to się stało, znalazłem się w pociągu (bardziej to wyglądało na autobus) i na dodatek było to w Japonii. Pytałem się starszej Japonki czy to rzeczywiście jest pociąg, bo dziwiłem się skąd się tam nagle znalazłem, ale ta tylko się uśmiechnęła. Zapytałem po angielsku i wtedy zrozumiała i odpowiedziała, także w języku angielskim, że tak, to jest pociąg. Wysiadłem na następnym przystanku i zawróciłem z powrotem. Rozglądałem się dookoła i oglądałem wystawy sklepowe. Zrobiło się ciemno. Szedłem ścieżką przez trawę, skręcałem za róg w lewą stronę. Zauważyłem, że w oddali lecą świecące punkciki, UFO. Jedne ułożyły się w formację przypominającą lecącą pionową pałeczkę, a inne sfery. Niektóre z tych sfer spadały i odbijały się od ziemi. Potem coś się zdarzyło, samolot został uderzony przez meteoryt i spadł do morza. Był pilnowany przez wojsko, bo ten meteoryt był dla nich ważny i chcieli go wydobyć. Kilka razy próbowałem dostać się przez wodę, ale zatrzymywało mnie wojsko. Po jakimś czasie dotarłem do tego samolotu, gdy leżał już na plaży i wyciągnąłem meteoryt ze środka. Był jasny w ciemne warstwy-paski. Tak się zakończył sen.
Dzieci Z Bullerbyn
14.02.2015 – 14:59
Wypożyczyłem książkę z biblioteki. "Dzieci z Bullerbyn". Zaczynam czytać, widzę jednak, że pierwsze strony zaczynają się od złej numeracji, od 270coś. Książka była cała i nie brakowało stron, ale patrzę na okładkę i okazuje się, że to jest po prostu druga część, "Dzieci z Bullerbyn i Ciotka Jakaśtam finał". Już chcę iść z powrotem do biblioteki, aby wypożyczyć jeszcze pierwszą część, gdy siostra mówi mi, że też wypożyczyła jakieś książki i mogę zobaczyć. Poszedłem do jej pokoju i zauważam wielką, grubą książkę leżącą na łóżku. Była trochę podobna do albumu ze zdjęciami. I tak, to była pierwsza część "Dzieci z Bullerbyn". Tylko czarne kartki też zaczynały się od 270coś, jednakże na nich były naklejone zwykłe mniejsze, takie białe z czarnym tekstem, i te miały od początku normalną numerację. Czyli były dwie oddzielne numeracje stron. Co one oznaczały to już nie wiem. W rzeczywistości nigdy nie czytałem "Dzieci z Bullerbyn", tylko jakieś fragmenty. Może powinienem przeczytać obie części?
Szukanie Miejsca 4d
19.02.2015 – 14:22
Byłem na jakiejś wielkiej sali, gdzie odbywały się tańce czy coś w tym rodzaju, nie jestem pewien. Było tam bardzo dużo ludzi. Nie pamiętam co tam robiłem, ale wydało mi się, że trwało to wiele godzin. Po wyjściu stamtąd znalazłem się w szkole (też niewiele z tego pamiętam), wiem, że miałem iść gdzieś z kolegami, chyba na w-f, ale w końcu poszli szybciej ode mnie. Zdecydowałem się ich nie szukać, bo i tak nie miałem tam nic do robienia, tylko pójść za trzema koleżankami. Kierowały się w prawą stronę. Jedna z nich szła szybciej przed tymi dwoma, które ze sobą o czymś rozmawiały. Podbiegłem do niej i powiedziałem, abyśmy poszukali tego miejsca z tańcami. Wytłumaczyłem jej, że to miejsce jest czterowymiarowe. Zgodziła się i zaczęliśmy szukać. Był słoneczny dzień. Najpierw weszliśmy, przez szerokie okno umieszczone zamiast drzwi, do dużej sali gimnastycznej na parterze, gdzie było bardzo dużo ludzi, odbywały się jakieś zajęcia, jakieś przekazywanie pałeczki czy coś takiego, może jakaś impreza. Koleżanka weszła pierwsza, ale ją zgubiłem i musiałem czekać na nią na zewnątrz. To nie było miejsce, którego szukaliśmy, ale było podobne. Później w trójkę (jedna z dziewczyn chyba, gdzieś poszła) znaleźliśmy się w budynku, prawdopodobnie szkolnym, na schodach. Jedna siedziała na podłodze oparta o ścianę, a druga stała obok niej po prawej stronie. Musieliśmy bardzo szybko dostać się na wysokość kilkudziesięciu pięter (tak naprawdę to nie wiem jak wysoko, ale wiem, że bardzo wysoko) i dlatego zażywaliśmy jakiś super silny stymulant. Pocałowałem w usta tą, która siedziała (była to ta do, której wcześniej podszedłem), ale jako, że narkotyk już zmieniał jej psychikę, udawała, że chce odgryźć mi głowę. Po odczekaniu chwili zaczęliśmy wspinać się po linach. Poruszaliśmy się do góry z tak ogromną prędkością, że wszystko się zamazywało, nawet lin nie było prawie widać. Wyglądało to trochę jak rywalizacja, chociaż wspinaliśmy się z równą szybkością. Po jakimś czasie w końcu dotarliśmy na samą górę. Tym razem byłem pewien, że to jest to miejsce, którego szukaliśmy. Odbywała się tam znowu jakaś zabawa. Było dużo ludzi w różnych dziwnych strojach. My nie mieliśmy żadnego przebrania i dlatego nas nie wpuszczono...
Kosmiczny Portal, Bieganie W Powietrzu
27.03.2015 – 21:14
Idę sobie ulicą. Jestem jakby w przyszłości, wszystko wygląda inaczej. Jacyś ludzie unoszą się w powietrzu i bardzo szybko poruszają się wzdłuż ulicy, raz w jedną, a raz w drugą stronę, trochę wyglądają na straż, albo nową policję. W kierunku, z którego przyszedłem idzie dziewczyna. Za pomocą telekinezy zbiera jakieś owoce (chyba pomarańczowe) z drzewek rosnących przy ulicy. W ten sam sposób sprawiam, że wszystkie owoce, które zebrała spadają jej na ziemię. Nagle się zaczęło, bo zauważyła to tamta ochrona i musiałem uciekać. Jeden z tamtych zaczął lecieć do góry, przez co jednocześnie wzniosło mnie na bardzo dużą wysokość. Pomyślałem, że nie będę wracać i ucieknę w przestrzeń kosmiczną, co też zrobiłem. Zacząłem bardzo szybko lecieć, jak najdalej od Ziemi. Kosmos nie był ciemny, tylko jasny i bardzo kolorowy. Leciał ze mną jakiś kolega czy znajomy. Dotarliśmy do niebiesko świecącego miejsca, które było portalem prowadzącym gdzieś indziej. W tym momencie dotarła do nas ogromna fala wody (kosmiczna fala?). Mieliśmy niby zaczekać, aby woda wszystko wypełniła i wzniosła nas do tego malutkiego przejścia, ale czułem, że chyba się uduszę jak nas ta fala zaleje. Musieliśmy się trochę wysilić, aby dotrzeć tam wcześniej. W tym czasie, gdy przechodziliśmy przez ten otwór, zaczęli doganiać nas źli ludzie, coś mi podpowiadało, że są to niemieccy naziści. Okazało się, że ten portal prowadził do drzwi mojego mieszkania. Szybo przeszedłem przez drzwi i wtedy zaczęło się robić ciemno, była już noc. Przebiegłem przez korytarz i wyskoczyłem przez balkon. Skręciłem w prawo i przeszedłem przez żywopłot trawnika. Zobaczyłem, że po prawej stronie na chodniku są jakieś zamknięte drzwi, a z drugiej strony jakiś wysoki płot. Nie byłem pewien czy zdążę uciec przed tamtymi. Nie wiem czy znajomemu udało się uciec, czy nie. Patrzyłem się na balkon. Na balkon wyszły dwie ubrane na czarno postacie (nie widziałem ich zbyt wyraźnie). I wtedy zacząłem się bać jak nigdy dotąd. Zacząłem krzyczeć ze strachu. Pomyślałem, że już dłużej nie wytrzymam, a jako, że byłem częściowo świadomy, że to sen udało mi się obudzić. Gdy się obudziłem, ciemność w pokoju przez jakiś czas wibrowała (często tak mam po koszmarach).
W następnym śnie był słoneczny dzień. Także przyszli jacyś źli ludzie, chyba też ubrani na czarno, ale już się tak ich nie bałem. Też jak wcześniej byli na balkonie. Ja byłem w mieszkaniu i szybko zamknąłem balkon. Po prawej stronie drzwi balkonu, siedziała jedna kotka i się patrzyła. Chociaż na balkonie byli ci straszni ludzie wszedłem i wołałem drugą kotkę, aby przyszła, tyle, że przybiegły jakieś trzy inne inne, nieznane mi koty. W trakcie, gdy po desce wchodziły na balkon, cofnąłem się do pokoju i zamknąłem drzwi balkonu. Tak się zastanawiam czy tym razem rzeczywiście ktoś był na balkonie, czy tylko to sobie w trakcie snu wymyśliłem
Mniej więcej na początku tego snu znajduję się w nie swoim mieszkaniu. W powietrzu latają jakieś kolorowe wibrujące obiekty (kule,a może mini galaktyki?). Za pomocą jednej przechodzę w kosmos. Znowu jest bardzo kolorowo (tym razem przeważa kolor niebieski). Więc te latające obiekty były końcówkami portalów prowadzących gdzieś w kosmos i z powrotem. Później nie wiem co się dokładnie dzieje. Pojawiam się na ulicy między blokami, gdzieś w głębi dzielnicy. Od tego momentu jestem kobietą. Ogłoszono, że jest poszukiwana jakaś kobieta. Można ją poznać po tym, że ma strupki, albo jakiś zaschnięty brud przy uszach. Gdy dotknęłam uszu okazało się, że to ja mam właśnie to coś na uszach. Szybko to rozkruszyłam i wytarłam ręką. Niestety zauważył to już jeden mężczyzna. Właśnie wchodziłam do pomieszczenia, w którym on pracował, garaż, albo coś podobnego. Już wcześniej byłam u niego i mnie znał. Zezłościł się tylko, ale mnie przepuścił drugimi drzwiami. Przeszłam przez nie i zaczęłam uciekać. Ktoś mnie gonił. Tu już zaczynam powoli być sobą. Niedaleko jest mały las i chcę się w nim schować. Biegnę chwilę przez ten las. Drzewa zaczynają się rozrzedzać i zaczyna się górka, na której jest już tylko kilka drzew. Nie chce mi się tam wchodzić, bo tu i tak kończy się las. Zdejmuję buty, aby było wygodniej (możliwe też, że i skarpety, ale nie jestem pewien) i biegnę ścieżką rowerową. Oprócz mnie biegną także inni. Po pewnym czasie trafiam do miejsca niedaleko sklepów (tam też jest wejście do innej części lasu). Normalnie, żeby tam dotrzeć trzeba by iść w odwrotną stronę, ale to przecież sen. Są tam moi koledzy o koleżanki z czasów szkolnych. Zaczynają oni się unosić w powietrzu. Też chcę polatać, ale podskakuję i podskakuję i nie mogę się wznieść. Zatrzymuję się i uspokajam. Biorę głęboki wdech i wtedy, gdy nabieram powietrza w płuca udaje mi się powoli unieść w powietrze. Zatrzymuję się kilka metrów nad ziemią. Tupię trochę nogami i wyczuwam twarde podłożę, a przecież unoszę się w powietrzu! Dalej biegnę razem z inny mi w powietrzu.
Wieża Obserwacyjna
28.03.2015 – 14:52
Idę między blokami. Szukam jednej dziewczyny, córki nauczycielki angielskiego. Jest tam wysoka wieża, na której na samej górze jest wielki teleskop podobny trochę do działa czołgu. Zaczyna się obracać w prawą stronę. Widzę, że zaraz zderzy się z blokiem. Nagle, cała wieża zaczyna się zawalać. Chwilę tak stoję i patrzę. Gdy już uciekam przewracająca wieża robi się niewyraźna.
Morderczyni I Studnia
30.03.2015 – 13:06
W tym śnie jestem obserwatorem. Ulicą szła dziewczyna. Ciągnęła ona ze sobą krwawiącego, martwego człowieka. Poszła za wysoki biały płot, tam gdzie mieszkała. Ktoś, jakiś chłopak z brodą, ją widział i był ciekaw o co chodzi. Poszedł za nią. Za płotem był piach i studnia na środku. Była ciemna i głęboka. Usiadł na jej brzegu. Gdy przyszła tamta dziewczyna, czytał właśnie gazetę i tłumaczył jej, że w tej gazecie napisali, o tym, że ktoś wpadł do tej studni, a może go ktoś wrzucił tam. Poszedłem, czy raczej mój wzrok przeniósł się za płot. Słyszałem jego krzyki. Pewnie go zabiła i wrzuciła do tej studni. Później, gdy tam wróciłem dziewczyna bawiła się jakimś robakiem. Wsadzała palec w piasek i ten robak podążał do zaznaczonego przez nią miejsca (we śnie mówiłem, że też się kiedyś tak bawiłem, chociaż wcale nie, a może tak, nie pamiętam). Obserwował nas wielki dzik. Wydawał się on trochę ludzki, może to był jakiś człowieko-dzik?
Trzmiel I Inne Urywki Snów
18.04.2015 – 13:48
Wieczór. Jestem w dużym pokoju. Są stare szafy sprzed lat. Razem ze mną jest mama i siostra. Coś lata w powietrzu. Jest to wielki trzmiel. Siadł na mnie i go strzepnąłem z siebie. Kilka razy tak na mnie siadał, wydawało mi się nawet raz, że mi wszedł do lewego rękawa, ale na szczęście nie. Schowałem się pomiędzy dużą szafą a małą szafeczką, na której stał telewizor. Ten trzmiel mnie jednak znalazł. Trochę się przestraszyłem, ponieważ zaczął się zachowywać jak pająk. Tworzył pajęczynę między szafkami i robił to naprawdę bardzo szybko. Musiałem uciekać. Po lewej stronie były pozostałości pajęczyny zrobionej przez prawdziwego pająka, którego nie było widać, się schował gdzieś albo dawno już odszedł stamtąd. Trochę się zawahałem, ale trzmiel był już ze swoją pajęczyną bardzo blisko mnie, więc zerwałem tamtą pajęczynę (nie było jej widać, tylko czuć) i uciekłem.
Chodzę z rodzicami po supermarkecie. Jest trochę dziwny. Są tam jakieś pojedyncze produkty. Mama chce kupić. Odtwarzacz muzyki, taki szaroniebieski. Odradzam jej, mówię, że w domu mamy lepszy, a tu nie ma dużego wyboru, jest tylko ten jeden. Po za tym jest jakiś obtłuczony i powyginany. Nie kupujemy go i idziemy stamtąd pomiędzy regałami. Mama się spojrzała na mnie, coś powiedziała. Nie mam pewności także czy się rozpłakała czy roześmiała.
Jest noc, a w nieznanym mi mieszkaniu, w którym się znajduję jest półmrok. Jest tam jeszcze jakiś znajomy czy kolega, nie wiem kto to. W łazience (a może w kuchni) siedzi tam także (na krześle czy w wannie) kobieta. Ta kobieta jest jakaś dziwna. Z tego co pamiętam, albo mi się wydawało to obsypuje się takimi małymi szklanymi kulkami. Chwilę się jej przyglądam. Po krótkim czasie czuję niepokój. Tamten drugi mnie chyba uspokaja coś tam mówi. Ona nagle wstaje. Uciekam i zamykam się w którymś z pokoi. Ona ma długą igłę. Chce mnie nią ukłuć przez otwory w drzwiach.
Jest dzień. Oglądam to, albo sam jestem jakby w grze komputerowej. Na początku jest to dwuwymiarowa gra. Obserwuję jak postać przeskakuje nad wodą z małej wysepki na drugą. Wchodzi do jakiejś jaskini. Teraz zaczyna się trójwymiar i to ja teraz tamtędy przechodzę. Jest tam ciemno. Idę czy biegnę wąskim skalistym korytarzem. Coś tam mówię, opisuję, nie wiem. Zatrzymuję się przed przepaścią. Mam linę, albo sobie tylko wyobrażam, że ją mam. Nie skaczę, bo lina raczej była tylko wyobrażona. Wychodzę z tej jaskini jakimś bocznym przejściem. Chodzą tam jacyś szarzy zakapturzeni ludzie. Oddalają się. Wyobrażam sobie, że wytwarzam energię, pole elektromagnetyczne chroniące mnie, które można użyć jako broni. Myślę, że wracają ci zakapturzeni. Są to jednak dwie dziewczyny. Nie znam ich. Niestety nie mogę nic zrobić, bo unoszę się kilka centymetrów nad ziemią i cofa mnie do tyłu, budzę się.
Tunel Z Wodą, Most, śnieg
28.04.2015 – 11:30
To była ciemna piwnica albo jakieś podziemia. Można było wpłynąć w dół przez prostokątny otwór na środku tego pomieszczenia. Był tam podziemny tunel o szarych piwnicznych ścianach właśnie wypełniony wodą. Ja i inni tam weszli i płynęli tym tunelem. Dosyć długo tak płynąłem i trochę się dziwiłem, że mogę tak długo wytrzymać bez powietrza. Nie dopłynąłem na drugi koniec tunelu, bo dostałem ostrzeżenie, tak jakby nagranie z kamerki, że w tym tunelu jest wielka (duża na całą wysokość, szerokość tunelu), chyba koloru szarego, niebezpieczna ryba skręcająca za rogiem i zbliża się w moją stronę. Wróciłem, więc tą samą stroną i wyszedłem na zewnątrz tym samym otworem do tej ciemnej piwnicy. Byli tam już inni.
Przechodziłem przez wielki most zawieszony nad przepaścią. Przechodząc bardzo się chwiał, cały falował. Doszedłem nim na drugą stronę przed drzwi jakiegoś wysokiego budynku. Później chciałem przejść z powrotem, ale jednak nie wróciłem tym mostem. Wiedziałem wtedy, że ten most jest fraktalny i dlatego tak się chaotycznie porusza.
Otworzyłem okno i wtedy kotka przez nie wyskoczyła na dwór. Był dzień, wszędzie pełno śniegu. Wybiegłem za nią przez balkon. Weszła pod, któryś z balkonów. Tak idąc, balkon zamienił się w przejście pomiędzy blokami do miejsca, dużej wnęki, w której był plac obrośnięty trawą. Stamtąd wychodzili jacyś ludzie. Tam znalazłem kotkę. Ta się jednak niepostrzeżenie zmieniła w dziewczynę. Ktoś chciał nas podwieźć w dół mostu, ale zdenerwował się i zmienił zdanie, po tym jak mu powiedziałem, że ta dziewczyna była kotką.
Dmuchawce
07.06.2015 – 13:58
We śnie był kolega, który w rzeczywistości, już dawno, gdzieś się wyprowadził. Pamiętam, że widziałem dmuchawce. Liczyłem i doliczyłem się trzydziestuiluśtam. Wiem, że śniło mi się o wiele więcej snów, ale niestety ostatnio nie mogę sobie przypomnieć.
Szef, Zdenerwowanie
08.06.2015 – 19:17
Schodzę z jakiegoś ziemistego pagórka. Jest tam jakiś wielki szef. Wysyła na mnie kogoś z nożem, aby mnie zabił. Gdy już jestem na samym dole, uciekam, ale widzę jak tamtego z nożem łapie jakaś maszyna. Jest podobna do autobusu, a z przodu ma zamontowane różnego rodzaju ostrza. Zaciąga go do innych maszyn, w celu poćwiartowania.
W innym śnie wracam do domu z biblioteki. Okazuje się, że wziąłem sześć książek, chociaż maksymalnie można wypożyczać tylko cztery.
W mieszkaniu mamy grać w coś, w tenis, hokeja, nie wiem w co. Ktoś uderza kijem w piłkę. Zdenerwowałem się, bo już zaczął/zaczęli grać, a ja jeszcze nie byłem przygotowany. Zamknąłem, więc drzwi do pokoju. Zdjąłem okulary (w rzeczywistości już wiele lat nie noszę okularów), ponieważ szkło było jakieś takie zamazane. Był tam smark z zaschniętą kropelką krwi w środku.
Zacząłem wycierać, ale się tylko rozmazało. K…. mać, powiedziałem i tak się skończył sen...
Spiralne Schody, Kurz
09.06.2015 – 12:27
Jest dzień. Idę z kimś, chyba jakimś znajomym. Zauważam, że coś ciekawego jest za szybą, znajdującą się nisko przy chodniku. Wyglądało to jak wystawa sklepowa, albo okno piwniczne, a może obie rzeczy razem. Chcę przejść i zobaczyć co tam jest. Ten znajomy jest bardzo niechętny, nie chce mu się nic oglądać, ale w końcu zgodził się pooglądać, ale tylko część. Znaleźliśmy się na ogromnych spiralnych schodach. Były one chyba przezroczyste, albo przynajmniej białe. Chciałem zobaczyć co jest na dole, ale tamten już kierował się do góry do wyjścia. Nagle coś nas zaatakowało, stwór z ogonem, taki jakby obcy. Zaczęliśmy do niego strzelać i uciekaliśmy. Kolega uciekł, a ja jeszcze biegłem. Już przy progu, czy takim większym schodku, myślałem, że ten stwór mnie złapie (działo się to w spowolnionym tempie), bo był za moimi plecami, ale jakoś udało mi się stamtąd wyskoczyć.
W moim pokoju było pełno kurzu unoszącego się w powietrzu. Ale tak gęsto jakby to był pył podczas remontu. Wyjrzałem przez okno. Na trawniku zostały zasadzone różne nowe roślinki poprzedzielane zielonymi plastikowymi ściankami.
10.10.2014 – 19:49
Uciekali oni (we śnie byli to chyba jacyś moi znajomi) przed "nimi". Na początku wydawało się, że ściga ich policja. Ci znajomi musieli wyjechać samochodem z miasta. Widać było ich na mapie, na ekranie jak już prawie wyjeżdżają. Niestety zatrzymali się przed bramą wyjazdową, aby odpocząć i wtedy ich dopadli. Nie była to żadna policja tylko jakieś złe byty, które zajmują ludzkie ciała, a ponadto później mogą się łatwo rozprzestrzeniać jak wirusy. Były to trochę takie zombie. Jednej osobie z samochodu prawdopodobnie udało się w ostatniej chwili uciec, zanim kobieta zombie go zagryzła. Później działo się dużo i nie wiem, gdzie dokładnie, w jakiejś szkole, w moim domu i jeszcze, gdzieś indziej. Wszystko to się przenika, jest dużo różnych ludzi. Nagle, patrząc przez kuchenne okno, zauważam, że na trawniku jest ta szalona kobieta. Patrzy się w okno. I wtedy poczułem się trochę zaniepokojony. Wiedziałem, że jest ona bardzo niebezpieczna. Odwróciłem się od okna i powiedziałem wszystkim, że zobaczcie, tam stoi jakaś dziwna, przezroczysta kobieta i się tutaj patrzy do środka przez okno. A ktoś mi powiedział, żebym się jej lepiej nie przyglądał tylko czym prędzej uciekał! A ja spoglądam znowu, a tamta już siedzi na parapecie. Jak ja się przestraszyłem i zacząłem uciekać! Wszyscy schowaliśmy się do pokoju. Niestety nic to nie dało, bo ona mogła przenikać przez ściany i łatwo każdego opętać. Nie zdążyłem uciec stamtąd i przeniknęła jakoś do mojego ciała. Jednak mówię do taty, że choć we mnie weszła, to nikomu nie zrobię przecież krzywdy, ponieważ jestem od tego ducha silniejszy i mogę to kontrolować.
Pająki, Las
19.10.2014 – 09:08
Był słoneczny dzień (sen był o wiele dłuższy, ale zapomniałem co działo się wcześniej, więc opisuję dalszą część). Wbiegłem razem z dziewczyną do budynku szkoły podstawowej przez tylne wejście, te od strony boiska. Szkoła była chyba już od dawna opuszczona, bo wewnątrz była zarośnięta roślinnością Wewnątrz przed głównym wejściem, było kilka ogrodzeń z siatki, które były także całe zarośnięte. Musieliśmy je jakoś przeskoczyć. Gdy wspinałem się po drugim płotku, poczułem jakby cienką nitkę pajęczyny, więc przeszedłem trochę dalej i z tamtego miejsca przeszedłem na drugą stronę. Po tym jak pokonaliśmy te wszystkie ogrodzenia, dotarliśmy do głównych drzwi, wyszliśmy przez nie na zewnątrz i zeszliśmy schodami na chodnik. Następnie przeszliśmy na drugą stronę uliczki. Przeszliśmy trawą i wspinaliśmy się na jakiś pagórek. Podczas, gdy się wspinaliśmy spytałem się dziewczyny jak ma na imię. Kilka razy odpowiadała mi, ale nie mogłem dokładnie usłyszeć. Jak byliśmy już na samej górze, wreszcie usłyszałem całe jej imię. Niestety nie zapamiętałem go, wiem tylko, że zaczynało się na I. Wtedy wiedziałem, że jest prawdziwa, a nie jakąś atrapą. Dziewczyna pobiegła dalej. W dole było widać płynącą wodę. Było tam jeszcze chyba dwoje ludzi (chyba mężczyzna i kobieta z dzieckiem na ręku). Zobaczyłem jak dziewczyna popycha staruszka, a on spada w dół do wody. Ona uśmiecha się do mnie. W końcu dogoniłem ją i weszliśmy do bardzo gęstego ciemnego lasu. Wspięliśmy się na drzewo i przechodziliśmy dalej po gałęziach drzew. Nagle natknąłem się na grubą nić pajęczyny zwisającej z góry, ale nigdzie nie było widać żadnych pająków, które musiały być olbrzymie skoro pozostawiły takie duże nici. Dziewczyna powiedziała mi, że możemy użyć tych pajęczych nici jak liany, do przeskakiwania z drzewa na drzewo. Chwyciłem za jedną z tych nici celem przeskoczenia na następne drzewo, ale w tym momencie zmienił się sen. Na ekranie było wyświetlane wielkie drzewo, albo jego jakiś schemat. Było całe w pajęczynie. Nici pajęcze łączyły górne gałęzie z dolnymi. Pośrodku były takie jakby pajęcze kokony. Potem sen znowu się przełączył. Znajdowaliśmy się na polanie obrośniętej zeschniętą trawą. To drzewo, które było pokazane, teraz leżało powalona na ziemi. Byli tam ludzie, którzy je ścięli i jakiś doktorek, naukowiec. Miał zamiar otworzyć kokon, w którym prawdopodobnie siedział jeden z tych wielgachnych pająków. Inni mieli przygotowane kamery, aby to nagrać i zrobić zdjęcia. Odszedłem trochę dalej i wspiąłem się na jakiś drewniany słup, a może część tego drzewa. Kokon został otworzony, ale nie było widać tam pająka. Mówię im, że on jest pewnie niewidzialny. Po chwili ten doktorek zaczyna się cały drapać. Teraz już wiem, że tam było pełno malutkich pająków. Inni już uciekli, a ja za nimi. Weszliśmy do dalszej części lasu i biegliśmy główną dróżką. Musieliśmy jakoś się skryć, ponieważ tamten co go oblazły pająki biegł za nami i przez to nas też mogły one dopaść. Po prawej stronie była wąska ścieżka. Tam się skierowaliśmy. Jedna z kobiet w dziwnym, starodawnym jakby, ubiorze zrobiła dla zmyłki jeszcze kółeczko na tamtej głównej drodze i wszyscy przeszliśmy tą ścieżką w prawą stronę. Było tam między drzewami miejsce z ławką, więc wszyscy na niej odpoczęli. Niestety przybiegło za nami jeszcze dwoje ludzi, ale okazało się, że nie było tam z nimi tego doktorka. Wiem, że był tam kogoś brat. I sen się zakończył.
Na Księżycu
22.10.2014 – 15:09
Działo się to najpierw w sali z dwiema szafami stojącymi przy ścianie, a po chwili przeniknęło do mojego mieszkania do dużego pokoju, gdzie była jakaś impreza, możliwe, że kogoś urodziny lub imieniny. Wszyscy siedzieli na krzesłach i na kanapie wokół stołu z jedzeniem. Nagle z niewiadomego powodu zacząłem, za pomocą telekinezy, poruszać w powietrzu jakimś przedmiotem, chyba kubkiem. Dziewczyna, siedząca na kanapie, wstała i powiedziała, że ona także tak umie, a nawet lepiej ode mnie i nawet mi pokaże. W tym czasie nadal poruszałem tym kubkiem. Zaczęła przemieszczać jakiś ciężki przedmiot poprzez korytarz przedpokoju i uderzać nim w szafę znajdującą się na końcu tego korytarza, by potem znowu wrócił i uderzył o okno w dużym pokoju. Na to powiedziałem jej, że potrafię latać, a ona odpowiedziała, że oczywiście także potrafi. Znaleźliśmy się po chwili na dworze. Patrzyłem w niebo i niby leciałem, ale nadal patrzyłem na niebo i patrzyłem, jak obserwator, na siebie lecącego do góry przez chmury i zostawiającego za sobą smugę. Powiedziałem do niej, a może bardziej do siebie, że lecę na Księżyc. Wylądowałem, gdzieś w szarym miejscu. Leżałem na szarym piasku. Z trudem wstałem. Wiedziałem, że nie można tam oddychać i szybko podłączyłem urządzenia pomagające oddychać, jedno do prawego płuca, a drugie do lewego. Obejrzałem to miejsce. Był tam wszędzie szary piasek, ustawione jakieś szafeczki, zlewy i inne meble, czy rzeczy. Wszystko było takie malutkie i dziwiłem się czemu coś takiego tu postawili, przecież nikt kto tu ląduje nie pomieści się, nawet nie będzie w stanie się umyć. Idę dalej z tamtego miejsca. Dotarłem do miasta. Spotkałem jakiegoś starszego pana. Mówię mu, że tu na Księżycu są obcy. A on mówi mi, że jądro Księżyca dochodzi prawie do powierzchni, a to miejsce, w którym wylądowałem jest jak brwi czy rzęsy Księżyca i tam tylko nie ma powietrza. Okazuje się, że wszędzie, gdzie indziej jest powietrze i normalna atmosfera. Idę dalej uliczką, przy której jest dużo sklepów. Jest razem ze mną moja cioteczna kuzynka. W wejściu od jakiegoś sklepu stały dwie postacie z anime, dziewczyna i chłopiec. Zauważam, że na prawej ręce mam przyklejoną przezroczystą tasiemkę-obrączkę, zawierającą w sobie jakąś elektronikę. W miejscach, gdzie były postacie z anime dostawało się punkty, ale jako, że nie zbierałem punktów, chciałem oddać je razem z bransoletką kuzynce. Nie mogłem jednak jej odkleić i tak już zostało. Poszliśmy do restauracji czy baru na pizzę. Musieliśmy długo czekać. Przed pizzą miało być kilka różnych dań. Nadal czekaliśmy, już się trochę niecierpliwiłem. Spojrzałem na właścicielkę i dałem jej znać, że skądś ją znam. A ona mówi, że przeniosła tą restaurację na Księżyc z Sopotu. W ogóle wielu teraz przeprowadza się na Księżyc do tego miasta. Po chwili przyniesiono pół szklanki dobrej mineralnej wody. Wypiłem i wyszedłem, bo nie chciało mi się czekać tak długo na tą pizzę. Kuzynka powiedziała mi, że mąż właścicielki był Chińczykiem i, że już nie żyje (później mama mówiła mi, że on żyje tylko się od dawna już nie pokazuje publicznie). Wszedłem do jakiegoś budynku (możliwe, że wróciłem znowu do tej restauracji) i wszedłem schodami na górę. Byli tam jacyś mężczyźni, może uczniowie, a może pracownicy tej restauracji. Chyba byli Chińczykami, mieli czarne włosy. Coś tam działo się z wykałaczkami, chyba mi się rozsypały i musiałem pozbierać. Zszedłem schodami na dół i wyszedłem na zewnątrz. Ktoś siedział na ławeczce. Powiedział "jump", a ja uciekłem stamtąd za róg budynku i w prawą stronę. Myślałem, że jest on chory na chorobę "jump", ale może mu chodziło, żebym skoczył? W oddali widzę lecącego wysoko czarnego stwora. Był to jakiś ważko-dinozauro-ptak.
Mała Wielkość
28.10.2014 – 19:59
Jestem w ciemnym czarnym pomieszczeniu. Razem ze mną są też inne osoby. Poruszamy się. To pomieszczenie jest chyba bardziej jakimś takim pojazdem. Podchodzę do jasnego wyjścia. Ktoś tam jest. I jest on bardzo duży. Chce mnie stamtąd wydostać. Ja się zgadzam, ale mówię mu żeby mnie nie ściskał palcami, tylko wziął delikatnie na dłonie. On powiedział, że oczywiście, nie jest przecież głupi. Okazało się, że byłem mały jak jego dłoń. Gdy mnie wyciągnął stamtąd, odzyskałem wreszcie swoją normalną wielkość. Poszedłem ścieżką niedaleko lasu. Tamci widocznie nie byli jeszcze gotowi i dlatego nie chcieli wychodzić. Może jeszcze spali?
Latające Wysepki
03.11.2014 – 11:17
Były otwarte drzwi do małej sali. Myślałem, że to łazienka, ale to była raczej szatnia do wf-u. Stały tam dwie wąskie ławeczki przy lewej i prawej ścianie. Unosiła się tam gęsta para lub dym. Szukali ich, chcieli ich złapać. Odsłonili tą parę, tak jakby była zasłoną z materiału, i zobaczyli, że na ławkach nikt nie stoi, nie ma ich. I poszli stamtąd.
Latam sobie wysoko w chmurach. Jest ciepły słoneczny dzień. Poruszam się pomiędzy wysepkami unoszącymi się w powietrzu. Te małe wyspy są miejscami, gdzie dzieją się różne zdarzenia w snach. Widzę między innymi kilka wysepek, na których znajdują się duże place zabaw ze zjeżdżalniami, drabinkami i huśtawkami. Bawią się tam teraz dzieci. Na jednej był domek z czerwonym dachem. Z tego dachu wyleciała mała mucha i zaczęła lecieć za mną, ale jej uciekłem. Następnym razem przyleciałem tam z kimś, ale gdy postawiłem stopę na dachu, od razu wyszło pełno wielkich mrówek i musieliśmy stamtąd odlecieć.
Żółty Pająk
07.11.2014 – 10:22
Jest pochmurnie. Nie wiem, gdzie to się dzieje, wydaje się, że niedaleko bloku przed balkonem, ale wiem, że gdzieś zupełnie indziej. Na ziemi leżą dwa kamienie, jeden duży jak pięść, a drugi dwa razy większy. Zauważam nagle, że z lewej strony idzie wielki pająk, wielkości tego pierwszego kamienia. Jest on żółty i w paski jak pszczoła. Dziwiłem się, że występują tutaj w ogóle takie pająki. Przyczepił mi się do szyi swoją pajęczą nicią. Gdy chciałem go złapać, ten opadł na ziemię i zwinął się w kulkę. Przypominał zupełnie kamień. Miałem zamiar zgnieść go jednym z tamtych kamieni, które znalazłem. Nadchodziło dużo wody i pająk zaczął zapadać się w ziemi. Nie wiem skąd ta woda, może tak mocno padał deszcz, a może to fala przypłynęła od morza. Myślałem, żeby go zostawić, aby się utopił, ale pewnie i tak, by się wydostał później spod ziemi. Zbierało się coraz więcej wody i nogi zapadały mi się już w mokrej ziemi aż po kostki, ale i tak wyciągnąłem tego pająka z tej dziury w ziemi i go rozgniotłem tym mniejszym kamieniem. Kawałek pająka zwisał na końcu nici, tej która była przyczepiona do mojej szyi, ale tak to zostawiłem. Zabrałem ze sobą te dwa kamienie. Miałem je położyć pod balkonem. Szedłem, gdzieś chodnikiem po prawej stronie, przez śnieg. Szurając tak w śniegu nogami, moje buty się wysuszyły i były już czyste.
Mycie Włosów W Autobusie, Parkowa Uliczka
27.11.2014 – 12:16
Opieram się przy oknie w szkole. Pokazuję koledze jakąś ciekawą stronę internetową. Innym się to z jakiegoś powodu nie podoba. Coś do mnie mówią, są niezadowoleni. Idę korytarzem i dochodzę do miejsca pomiędzy schodkami, znajdującymi się po obu stronach, prowadzącymi do wyjścia. Pokazuję koleżance obrazek na telefonie komórkowym przedstawiający plakat reklamujący jakieś anime w wersji kinowej z aktorami. Jest ona podobna do głównej bohaterki z tego anime. Pytam się jej czy wie czy ten film już może jest w kinach. Ona nic nie wie na ten temat.
Jadę autobusem. Stoję z tyłu, gdzie nie ma siedzeń. Jestem odwrócony w stronę okna po prawej stronie. Nagle postanawiam, że muszę umyć włosy. Stawiam plecak na podłodze, a kartkę z ocenami czy z czymś tam, kładę obok. Najpierw nakładam sobie szampon do włosów i w tym czasie mężczyzna, na oko pięćdziesiąt lat, może młodszy, podnosi tą kartkę i mówi, żebym ją schował do plecaka. Odpowiadam mu, że potem, bo to i tak nie jest takie ważne. Po czym wychodzi z autobusu. Przechodzę na lewą stronę, pod okno na samym końcu autobusu. Tam niby jest taki mały zlew. Odkręcam wodę i myję głowę. Bardzo się pieni. Po umyciu się i wysuszeniu wychodzę z autobusu. Okazuje się, że to była mała ciężarówka, albo taki mieszkalny pojazd. Kilka osób tam wchodzi i wychodzi. Na dworze jest jasno. Nigdzie na ulicy nie widać autobusów, ani innych samochodów. Jest to taka uliczka między domami. Patrzę w lewo, gdzie uliczka po dwóch stronach jest obsadzona drzewami jak w parku. Prawdopodobnie można tamtędy dojść do morza. Decyduję się wrócić jednak drugą stroną pomiędzy blokami. Nagle spotykam dwóch kolegów z liceum, schodzących po schodach. Więc, jednak zawracam i idę z nimi uliczką w stronę parku. Mówię im, że to jest sen i jeśli chcą mogą się obudzić, a jeśli nie to mogą jakoś wykorzystać ten czas we śnie.
Wyciągam ręce do przodu i się pochylam. Zaczynam się unosić tak jakby z dołu wiał silny strumień powietrza. Oni i jakaś dziewczyna także się unoszą. Chcę polecieć wysoko, aż do chmur, ale po chwili robi się zamglony widok i zaczynam czuć swoje ciało leżące na łóżku. Budzę się.
Schody I Rury
19.12.2014 – 10:54
Szedłem ścieżką obok budynków. Z lewej strony wychodzili ludzie, możliwe, że ze szkoły albo z peronu, ponieważ niedaleko były tory. Poszedłem do przejścia po prawej stronie, między budynkiem a właśnie tymi torami. Były tam duże betonowe spiralne schody. Razem z kolegą i koleżanką mieliśmy wejść na samą górę. Nagle, gdy przejeżdżał pociąg, coś eksplodowało, a ja znalazłem się na ziemi. Wbiła mi się w udo, czy gdzieś tam, długa igła, albo jakiś kolec. Wyciągnąłem go i wstałem. Zaczęliśmy wchodzić po tych schodach. Tamta dziewczyna poszła z inną koleżanką schodami w lewą stronę, chyba, żeby zejść niżej. Ja z kolegą poszliśmy na prawo do góry, ale zamiast normalnych schodów trzeba było iść po rurach. Za chwilę przyszła koleżanka i powiedziała, że on tak zawsze ma, że chodzi po tych rurach zamiast po schodach.
Jaszczury, Dinozaury
22.12.2014 – 17:43
Biegnę z kolegą (przynajmniej w tym śnie ten ktoś jest moim znajomym) jakimś ciemnym korytarzem w nieznanym mi budynku. Wchodzimy do małego pomieszczenia wielkości przystanka autobusowego (a może to jest przystanek autobusowy?). To pomieszczenie ma ściany i sufit całe ze szkła. Jest słabo oświetlone. Trochę jest strasznie, bo jakaś kobieta-cyborg (a może to jest obcy) przysuwa się do mnie i coś mi szepce. Wiem, że jeśli w jakiś sposób źle się zachowam, ona, albo to coś mnie zabiję. Jest z nami jeszcze inna kobieta, tym razem ludzka. Znajduje ona klucz lub kod do drzwi. Śmieje się. W tym samym momencie, gdy ona przechodzi przez drzwi, mi udaje się przejść przez szybę z prawej strony. Cyborg-android, gdzieś znika, a może się rozsypuje, gdy gra skończona (nie wiem czy to była gra czy co). Kolega jeszcze leży w środku, ale po chwili chyba też wychodzi stamtąd.
Wychodzę z mojego pokoju i kieruję się na prawo do dużego pokoju. Jest późny ranek. Chcę wyjść balkonem, ale ktoś śpi na kanapie i nie chcę go obudzić. Cofam się i idę przedpokojem mijając po lewej mój pokój i pokój mojej siostry, a po prawej kuchnię. Przy lustrach skręcam w prawo, gdzie są drzwi do ubikacji, łazienki i sypialni rodziców. Po lewej są drzwi wyjściowe przez, które przechodzę. Zamykając je słyszę, że wszyscy się już obudzili i wołają mnie, żeby mi coś pokazać, czy coś. Jest lato i świeci słońce (pewnie jest też ciepło, ale tego nie czuję we śnie). Idę chodnikiem w prawo, ale zmieniam zdanie i zawracam w lewą stronę. Teraz chodnik i ulica wyglądają inaczej niż w rzeczywistości. Gdy tak idę tą ulicą znajdującą się bliżej budynków, zauważam, że po drugiej stronie drugiej ulicy uciekają ludzie. Biegną w prawą stronę, tam gdzie chciałem iść. Gonią ich dinozaury, m.in. T. Rex. Wygląda inaczej niż to zwykle się przedstawia. Ma mięśnie bardzo widoczne na zewnątrz. Idę powoli i się schylam, żeby mnie nie zobaczyły. Na chodniku bliżej mnie biegną inne, chyba roślinożerne jaszczury. W powietrzu lata ogromna ilość niewielkich pojazdów, które jak pamiętam były trójkątnego kształtu i były metalowe, zaostrzone na każdym boku; atakowały zarówno ludzi jak i dinozaury. Nagle w moją stronę jadą bardzo szybko dwa samochody. Przeskakuję je i idę w lewo. Za rogiem budynku następne samochody, dinozaury i pełno tamtych latających metalowych ostrych trójkątów. Uciekam znowu w drugą stronę.
Już prawie wychodzę z domu, ale zauważam coś dziwnego. Patrząc przez okno w pokoju mojej siostry widzę jakiegoś stwora patrzącego poprzez małe okienko budki z transformatorem. Zamierzam go stamtąd wywabić, dlatego pukam w szybę i odbiegam do drzwi pokoju. Ten wielki stwór podobny jest do wielkiego psa o jasnobrązowej krótkiej sierści. Postanawiam otworzyć okno. Nie zdejmuję kwiatków z parapetu, ale nie spadają bo okno przechodzi przez doniczki. Stwór stoi przy oknie i się patrzy, ale nie ma zamiaru wejść do środka. Nudzi mi się obserwowanie tego czegoś i wychodzę z domu. Idę na autobus. Siadam na to siedzenie z przodu najbliżej kierowcy. Gdy jadę widzę z lewej strony dwa "leśne pagórki". Podczas jazdy oglądam plakat w autobusie. Na jego dole jest jakieś słowo lub ciąg cyfr, który ciągle się zmienia. Gdy dojeżdżam do centrum Gdyni (a dojeżdżam tam natychmiastowo; normalnie była, by to niecała godzina), zauważam, że na reklamach znajdujących się na budynkach są wszędzie jaszczury i możliwe, że wizerunki obcych. Otwierają się drzwi i wstaję, ale zanim wysiądę widzę jeszcze zdjęcie z jakąś kobietą, zawieszone na przedniej szybie, a gdy przybliżam się, by je obejrzeć zmienia się w widokówkę z napisem.
Porwanie Przez Obcych
04.01.2015 – 16:41
Miałem kilkukrotny paraliż przysenny. Budziłem się i zasypiałem może nawet z dziesięć razy. Normalnie bym widział jakiegoś strasznego ludzika (obcego?), ale teraz za każdym razem była na mnie kotka. Raz stała z jednej strony, raz na mnie. Na końcu, gdy kilka razy zasypiałem, widziałem, że leży przy mnie po prawej stronie z łapą na mnie. Nie wiem czy ja to widziałem jakoś przez sen, czy to były tylko wizje senne. Dalej miałem serię snów, których nie pamiętam całkowicie, kolejności też nie jestem pewien.
Dwaj mężczyźni znajdują się w pomieszczeniu, które jest magazynem, czy laboratorium Obcych. Dzieje się to na innej planecie, a może na statku kosmicznym Obcych. Obcy wyglądają jak małe ludziki-jaszczury. Prowadzą tam jakieś badania, zabijają ludzi i biorą ich ciała na części. Tych dwóch chce stamtąd uciec. Nie wiem jak im się to udaje, ale są już na Ziemi i jadą wielką ciężarówką. Krajobraz taki trochę wiejski. Zatrzymują się przy domu kobiety. Jej dom został zniszczony przez nalot Obcych, nie ma ścian i dachu, tylko sam szkielet został. Dają jej różne rzeczy, w tym między innymi krzesła, bo nie ma na czym usiąść. Wydaje mi się, że ta kobieta to żona jednego z tych mężczyzn, który wrócił do niej po wielu latach.
Jestem z kimś w pokoju (chyba z mamą, ale nie jestem pewien). Chociaż babcia i dziadek już nie żyją, i od kilku lat jest to sypialnia moich rodziców, to jest urządzony tak jak wcześniej. Na podłodze przy kanapie leżą jakieś rzeczy, na przykład półtora chleba, który niby zostawił tam dziadek i choć już nie żyje to ten chleb leży tam od kilku lat i jest stwardniały na kamień. Wyrzucamy go. Jest tam też duży słoik z grzybami. Biorę go, ponieważ chcę zjeść te grzyby na kolację. Później okazuje się, że jest tam tylko jeden duży grzyb, a reszta jest w proszku do przygotowania sobie. Nagle wiem, że jacyś ludzie wiedzą już, gdzie jesteśmy i zaraz tu będą, bo są tu także rzeczy, którymi są oni zainteresowani. Szybko zabieram je ze sobą, nie wiem co to są za rzeczy, ale są tam jakieś ważne adresy albo kody pozostawione przez jakiegoś naukowca. Idę do kuchni z zamiarem przygotowania sobie tych grzybów na kolację (jest, więc pewnie wieczór), ale zastaję tam jakiegoś faceta, który jest lekko poddenerwowany. Przesypuje coś z jednego słoika do drugiego słoika, co ma mi niby coś wytłumaczyć. Mówię mu, że i tak nic nie rozumiem z tego co mi pokazuje, tylko zepsuł ten sos (albo miód) wsypując do niego to coś (może to był mak). Idę do dużego pokoju. Jest tam moja mama i siostra. Są tam także dwie moje kotki. Za pomocą telekinezy poruszam różnymi przedmiotami (nie pamiętam dokładnie czym, ale chyba m.in. bombką i firanką). Nagle spostrzegam, że jedna z kotek (ta o rok młodsza) jakoś dziwnie krzywo chodzi i wyginają się jej łapy. Rozumiem przez to, że poruszam nie tylko tymi rzeczami, na których jestem świadomie skupiony, ale także tymi, na które oddziałuje moja podświadomość. Natychmiast przenoszę kotkę do mojego pokoju, ale ona mi się wyrywa i wraca tam z powrotem, przez co rozumiem, że jest już wszystko w porządku.
W jakiś sposób znajduję się w innym miejscu. Nie pamiętam jak tam dotarłem (możliwe, że szedłem wcześniej leśnymi ścieżkami), pewnie zapomniałem części snu. Jest to miejsce pomiędzy łąką a lasem. Łąka położona jest wyżej niż las, na takiej jakby górce. Oprócz mnie są tam jeszcze inne osoby. Patrzę w niebieskie niebo i widzę ładne chmurki, białe ptaki (chyba mewy), a także lecące pojazdy. Wszyscy myślą, że to UFO, ale po chwili rozpoznajemy w jednym z lecących w naszą stronę pojazdów papierowy origami samolocik. Wlatuje on do lasu ciemną ścieżką. Jedna z kobiet biegnie za nim, by go złapać. Jest podobna do nauczycielki ze szkoły policealnej. Biegnę za nią i opowiadam jej jak wyglądali ci Obcy z tamtego laboratorium. Samolocik opada swobodnie na końcu ścieżki, a ona go podnosi. Gdy reszta dogania ją w głębi lasu, ona, lekko spanikowana, mówi, że już więcej tego nie będzie robić (ale, czy gonienia samolocików, czy wchodzenia do lasu to tego nie wiem), oddaje im ten samolocik i ucieka z powrotem. Ci z ciężarówki biorą ten samolocik i go rozkładają. Jest to niby jakaś wiadomość (albo raczej ostrzeżenie) dla nas od Obcych. Na kartce jest narysowana postać obcego po prawej stronie i chyba tekst w języku Obcych. Ale oni mają słownik, który wyciągnęli z ciężarówki. Składa się on z dużej ilości kwadratowych kartoników. Po jednej stronie każdego kartonika jest wyraz, a z drugiej strony jest obrazek przedstawiający co oznacza tamto słowo. Wala się tam pełno różnych przedmiotów wyciągniętych z tej ciężarówki. Podczas, gdy oni tłumaczą tekst ja chcę posprzątać tamto miejsce czy coś. Pokazuję im pudełka od płyt z muzyką i pytam się ich, gdzie są te płyty, bo chcę je schować. Ktoś szuka płyty. Coś mi się wydaje, że ten list-samolocik był tylko po to, aby odwrócić naszą uwagę, bo nagle zjawia się kobieta w czarnym kombinezonie. Jest ona jednym z Obcych. Przyszła tu tak cicho, że nikt jej nie zauważył. Strzela do każdego po kolei pociskami usypiającymi. Chcę ich ostrzec, ale już mnie trafiła i nie mogę się poruszyć, ani mówić. Tak to sprytnie ci Obcy zrobili, że obudziłem się od razu na statku Obcych, albo gdzieś na ich planecie w ciemnym korytarzu bardzo podobnym do tej ciemnej ścieżki w lesie. Tak jakbym w ogóle nie zasypiał. Reszcie osób, które tam się obudziły kobieta wskazała drogę, proszę się skierować na prawo, czy coś podobnego. Ja skręciłem w inną stronę, chcąc uciec stamtąd. Biegnę innym, oświetlonym korytarzem. Na końcu tego korytarza, po prawej stronie, jest wejście do magazynu/laboratorium Obcych. Przechodzę przez wcześniejsze drzwi. Jest tam inny nieoświetlony korytarz prowadzący do wielkiej klatki schodowej. Tamci mnie jednak doganiają. Używam telekinezy, aby trzymać ich w pewnej odległości ode mnie. Jednak później wracam razem z nimi, bo wiem, że i tak nie zdołałbym im uciec. Inni także są tam prowadzeni na wielką oblodzoną salę do hokeja, ale się nie przejmują, nawet się z tego cieszą. Mówię im, że najpierw dadzą im dużo rozrywki, a potem ich zabiją i wezmą na części. Oni się tylko ze mnie śmieją. Ci, którzy się ze mnie śmieli mieli drugą parę oczu bezpośrednio nad pierwszą. Do sali można wejść przez wiele przejść w kształcie łuków. Wchodzę, gdy już inni zaczęli grać. Zaczynam im trochę przeszkadzać podnosząc krążek i poruszając nim w powietrzu za pomocą telekinezy. Jakaś dziewczyna też próbuje, ale słabo jej to jakoś wychodzi. Inni dziwią się, że jestem tam dopiero kilka miesięcy, a już potrafię się tak dobrze posługiwać telekinezą. Po chwili, gdy nudzi mi się to, biorę kij do hokeja. Jest drewniany i dziwnie powyginany. Pytam się kolegi czemu ten kij tak wygląda, a on odpowiada mi, że później wezmę sobie inny lepszy. Strzelają do bramki, ale nie trafiają. Chcę pomóc bramkarzowi, ale zmieniam zdanie i się tylko patrzę. Nie wiem czemu, ale on nic nie robi i wtedy udaje się przeciwnej drużynie trafić do bramki. Budzę się.
Wielkie Grzyby
05.01.2015 – 21:09
Jest dzień. Idę z kilkoma osobami ścieżką w lesie. Nie wiem za bardzo co to za las, ale wydaje się w jakiś sposób podobny do tego, który jest niedaleko mojego mieszkania. Obok ścieżki rosną takie wielkie grzyby, chyba borowiki, tylko wysokie na metr, a niektóre nawet większe. Zrywam jednego i oddzielam kapelusz od nogi. Podnoszę kapelusz grzyba do góry i oglądam. Widzę, że łażą na nim drobne robaczki. Oddaję komuś kapelusz i zostawiam w trawie nogę grzyba. Idziemy dalej przez las. Po chwili postanawiam jednak, żeby się wrócić i zabrać nogę od grzyba lub od razu spróbować kawałek na surowo. Gdy się odwracam i idę kilka kroków, wzrok zaczyna mi się robić zamglony i budzę się.
Pająki I Zombie
10.01.2015 – 17:17
Jest lato, słonecznie i ciepło. Sen się zaczyna, gdy wchodzę do domku po schodach. W
rzeczywistości mam małe schodki prowadzące z balkonu mieszkania na trawnik. Ale te są trochę większe schody, którymi można wejść do drzwi domku. Dom ten znajduje się nie wiadomo gdzie, gdzieś na łące. Jest to tak jakby letni domek. Gdy tak wchodzę po schodach, zatrzymuję się przed drzwiami i obracam się. Zauważyłem coś dziwnego, o kolorze czarnym, spadającego z nieba, z chmur. Spadło parę metrów od domu. Myślałem, że to meteoryt i pobiegłem sprawdzić co to takiego tam spadło. Gdy tam dotarłem, zobaczyłem, że to duży czarny, taki bardzo włochaty pająk. Wokoło pojawiały się inne, jeszcze większe pająki, wielkości dużych psów. Szybko chwyciłem jeden i drugi kamień, które tam leżały i zatłukłem tego pierwszego pająka, ale to i tak nic nie dało, bo pojawiało się coraz więcej tych pająków. Spadały z kosmosu. Pobiegłem, więc z powrotem do domku. Wychodziła właśnie z niego moja siostra. Powiedziałem jej o pająkach, i że na zewnątrz jest teraz niebezpiecznie. Nagle z domu wybiegły dwie nasze kotki (trójkolorowe). Jedna, ta młodsza, pobiegła w stronę pająków, ale szybko ją znaleźliśmy. Była za drogą, w ciemnym miejscu niedaleko pająków. Dogoniliśmy ją i zanieśliśmy do domku. Mama pytała się co z drugą, że może ją już te pająki złapały i zeżarły. Jednak znaleźliśmy i ją. Była po drugiej stronie za domem przy krzaku. Siostra musiała złapać ją aż za ogon, bo inaczej by ta uciekła. Ja wróciłem po te kamienie. Jeden był cały w pajęczynie, to go wypuściłem. Wszędzie zwisały wielkie pająki na pajęczynach zaczepionych, gdzieś do chmur. Na ścieżce przy naszym domu stał mały chłopczyk i pytał się mnie co tu tak przyozdobione wszystko. Mówię mu, że to nie są żadne ozdoby tylko pełno pajęczyn jest w powietrzu. Niektóre były takie cienkie, że nie było ich widać, ale można było je wyczuć. Potem pobiegłem z dużą grupą osób, aby wyszukiwać te pająki i je pozabijać. Miałem ze sobą tamten kamień, wziąłem jednak także ten drugi, większy, który był oblepiony pajęczyną. Chodziliśmy po jakichś ciemnych drogach, czy korytarzach. Wyglądało to trochę jak labirynt, takie wszystko zaplątane. Trafiłem do ciemnego korytarza, a może to było, gdzieś między krzakami. Musiałem wycofać się stamtąd, ponieważ nie było dalej żadnego przejścia. Trochę się zaklinowałem i nie mogłem stamtąd wyjść. Teraz chyba się obudziłem, a może przeskoczyło do innego snu, który teraz opiszę, ale nie wiem czy to dobra kolejność i może ten poprzedni sen jakoś inaczej się zakończył, czy raczej zapauzował.
Leżę w łóżku pod kocem, jest dzień i jest jasno. Pokój wydaje się o wiele większy,
przestrzenniejszy od mojego i jest pusty. Stoi tylko łóżko, na którym teraz leżę. Przychodzi kotka i wchodzi mi pod koc. Wstaję i siadam na oparciu, które się nagle pojawiło, teraz kanapy, a nie łóżka. Spod koca wychodzi nie kotka, ale teraz już jakaś dziewczyna. Siada na oparciu po mojej lewej stronie i przytula się do mnie.
Znowu wracam do wcześniejszego snu, ale tak jakby zaczynał się od nowa. Udaję mi się wyjść z tamtej ciasnej ciemnej ścieżki. Po drodze niedaleko domu idzie moja siostra z koleżankami. I teraz właśnie dopiero spada tamten pierwszy pająk. Zdejmuję kapcia i próbuję go nim zgnieść. To jest trochę dziwne, bo ten pająk wcale nie ucieka, ale za każdym razem, gdy już mam uderzyć tego pająka, moje ruchy spowalniają. Po którymś razie jednak odwrotnie przekładam w ręku kapeć i bardziej się koncentruję, aż udaje mi się dostatecznie silnie uderzyć w pająka i go zabić. Dzięki temu więcej pająków już się nie pojawia. Ale nie znaczy to, że zagrożenie minęło - tylko się jedynie zmieniło. Dotarłem do miejsca przypominającego duży sklep, galerię z szerokim korytarzem.
Siedziałem u góry na murku i przyglądałem się jak zbierają się w grupy. Mieliśmy polować na zombie. Wstałem i poszedłem z jedną z grup. Doszliśmy do miejsca podobnego do placu zabaw przed moim blokiem. Wszędzie chaos, jedni ludzie uciekają przed zombie, a inni z nimi walczą. Jest ciemno, wieczór i chyba pada deszcz. Po chodniku idzie Japończyk. Mówię mu, żeby uciekał. Ucieka, ale w złą stronę. Jest tu niedaleko miejsce gangu, który rządzi całą dzielnicą. Z tego lokalu wybiega szef gangu, teraz przemieniony w zombie. Biegnie na tego Japończyka. Próbuję przejść przez ogrodzenie na drugą uliczkę. Nie zdążyłem, bo tamten wielkolud przygniata go łapą i zaczyna zagryzać. Zamiast przechodzić przez ogrodzenie, po prostu okrążam końcówkę ulicy (czemu o tym wcześniej nie pomyślałem?) i kopię z całej siły tego zombie, chyba go zabijam. Wchodzę do tamtego lokalu (normalnie wszedłbym do klatki schodowej do bloku na przeciwko) i widzę ludzi z gangu. Miejsce składa się ze sklepu odzieżowego po lewej i z baru (trochę przyciemnionego) po prawej stronie, gdzie siedzą ci ludzie. Spomiędzy stoisk wychodzi dziewczyna poprzedniego szefa, ładna. Teraz, jako, że niby to ja jestem ich szefem, muszę się nią zajmować, to znaczy kochać się z nią
Dziewczyna chwyta mnie rękoma i oplata moje biodra nogami. Dziwnie się trochę czuję, bo wszyscy nas tam widzą i przenoszę ją tak w głąb tego ich domu. Przechodzę z nią przez jedne i drugie drzwi kierując się na prawo. Dalej nie możemy iść, bo dalej jest jakiś zniszczony szary korytarz, zastawiony czymś zardzewiałym. Usadawiam ją na kanapie, albo jakiejś ławeczce. Sam też siadam obok niej, z prawej jej strony. Nagle przychodzi jakiś mężczyzna. We śnie wiem, że to był wspólnik już nieżyjącego szefa. Głaszcze on dziewczynę i dotyka on jej zębów. Wiem, że to może trochę boleć i aż sam wyczuwam lekki ból zębów. Przestaje i mówi, że to tak ona lubi się kochać, to znaczy, gdy ona śpi. Patrzę na nią, ma przymknięte powieki i chyba rzeczywiście śpi teraz na siedząco. Scena się nagle przenika i łączy z tamtym wielkim oświetlonym korytarzem z marketu, tam gdzie wszyscy zbierali się w grupy. Przyjechała stamtąd samochodem jedna z kobiet i idzie w naszą stronę po białych kafelkach. Wygląda mi to na superrealistyczną animację 3D. Ale wygląda to jakoś bardzo dziwnie, co mnie niepokoi, tak dziwnie się wszystko porusza, animuje. Zatrzymuje się, cofa się, przewija w drugą stronę i z powrotem, drga. Nie wiem jak to dokładnie opisać. Gdy tamta kobieta jest już blisko nas, wpływam myślami na nią i szybko cofa się z powrotem. Robię pauzę. Mówię tamtemu mężczyźnie, że widziałem już coś podobnego, w którymś anime o zombie (w rzeczywistości nigdy nie oglądałem żadnego anime o zombie), więc podaję mu adres strony o anime i tytuł. On daje mi telefon komórkowy, abym sam mu wyszukał to anime, bo mu coś nie wychodzi. Jest to dotykowy smartfon, ale jego klawiatura wydaje się fizyczna, niektóre klawisze zostały wyrwane i nie mogę wpisać wszystkiego. Oddaję mu telefon, a on mi mówi, że i tak nic by z tego nie wyszło, bo okazało się, że nie ma już pieniędzy na koncie. Ja mu mówię, że po tej katastrofie to internet i wiele innych rzeczy powinny być za darmo, że w ogóle pieniądze nie mają już żadnej wartości i wymyślam taką mądrość, że pieniądze teraz to tak jakby mieć papier toaletowy, a nie móc się podetrzeć
I w ogóle przecież teraz to oni, czyli my, rządzimy w mieście.Sen się powoli zaczął kończyć i się obudziłem.
Przyśpieszanie Wzrostu Roślin, Szklana Winda
17.01.2015 – 16:06
Lato, słoneczny dzień. Za pomocą myśli, wpływam na wzrost roślin. Przyśpieszam wzrost kilku drzewek na trawniku przed balkonem obok lampy. Widzę jak zaczynają szybciej rosnąć ( w ten sposób można by zasadzić natychmiast cały las). Wracam do domu, ale po chwili postanawiam, że najpierw wejdę do bloku naprzeciwko. Jednak sen przemieszcza mnie w jakieś inne miejsce. Teraz idę w trawie kamienistą ścieżką. Po lewej stronie są znajome (z innych snów?) bloki lub domy, ale chcę zobaczyć co jest po prawej stronie, więc tam idę. Jest to niby następny blok stojący naprzeciwko tamtego, do którego chciałem wejść. Niestety nie ma żadnych drzwi, tylko czarne, jakby spalone okno. Więc idę dalej i kieruję się w lewo, do poprzedniego budynku. Tutaj sen chyba przeskakuje i trafiam do windy ze szklanymi drzwiami. Gdy zatrzymuje się, chcę wyjść, ale nie mogę otworzyć. Na korytarzu przede mną idzie jakiś dzieciak, Japończyk. Wołam do niego, uderzam w drzwi. Ten mnie zignorował, nawet na mnie nie spojrzał. Przeszedł przez drzwi po prawej (też chyba ze szkła). Z kimś się bawił. Wtem przychodzi jakiś pan (może nauczyciel?) i otwiera mi drzwi. Wychodzę i zatrzymuję się obok tych drzwi z prawej strony. Wybiegają stamtąd dziewczyny i biegną korytarzem na lekcję. W tym śnie rozumiałem, że to taka szkoła dla dziewcząt. Idzie za nimi starsza pani, której normalnie bym się bardzo przestraszył, bo miała taki potworny wygląd. Te dziewczyny nazywały ją mamą (albo mi się tak tylko wydawało). Był tam też ktoś zły, wyczuwałem negatywną istotę. Musiałem pobiec razem z kolegą za nimi, by im pomóc, aby tamten nie zrobił krzywdy dziewczynom. Korytarz miał słabe oświetlenie. Po drodze mijamy stojak, na którym były zawieszone różne kurtki. Ta szkoła była takim miejscem, gdzie wszyscy się dzielili rzeczami i na przykład można było wybrać dla siebie, którąś z tych kurtek. Dobiegamy do drzwi sali, gdzie te dziewczyny miały mieć lekcję (korytarz w tym miejscu był oświetlony światłem z dworu, bo na przeciwko drzwi, były okna) i kolega otwiera salę tę po drugiej stronie, a ja otwieram tą obok po prawej. Widzę, że tam nie ma tych dziewczyn, które biegły, ale jest to inna klasa i jest tam także tamten ktoś, któremu przypisywałem złe zamiary (miał niby użyć magii, czy jakiejś energii, żeby zabić dziewczyny). Chyba wszystko było jednak w porządku. Nie wiem tylko, gdzie się podziały tamte dziewczyny, czy były w sali po lewej stronie, czy może zupełnie gdzie indziej.
Kot I Jego Zdobycz
22.01.2015 – 12:10
Patrzę przez okno (zupełnie nie wiem, gdzie to mogłoby być). Jest tam chodnik, a dalej wysoki kamienny murek, na którego górze jest niskie metalowe ogrodzenie. Przychodzi tam kot i pozostawia na krawędzi murku, między prętami ogrodzenia, martwego psa, którego wcześniej upolował. Po lewej stronie zauważam także leżącego ptaka, pewnie też wcześniej został tam pozostawiony przez tego kota na później. Kot, gdzieś sobie poszedł, pewnie znowu na coś zapolować.
Wampiry
30.01.2015 – 17:00
Stoję przed blokiem, w którym mieszka moja ciocia. W jednym oknie (pierwsze lub drugie piętro), tym po lewej stronie, siadają dwa psy (pudle, albo jakieś inne małe pieski), a w drugim oknie kot (a może koty także były dwa). Okna są otwarte i pies i kot chcą się dosięgnąć łapami, po to by się bić, a może tylko bawić. Ale, że było za daleko pies nie dosięgnął, a nie mógł już zawrócić do mieszkania, więc zeskoczył na chodnik, w śnieg. W pierwszym momencie byłem przekonany, że pies się zabił, bo się nie ruszał tylko stał sztywno, ale już za chwilę, gdzieś pobiegł. Za chwilę zeskakuje też drugi pies i biegnie za tamtym.
Jestem w szkole podstawowej (a może w gimnazjum). Wychodzimy całą klasą z sali. Zostawiłem plecak i zastanawiam się czy go jednak ze sobą zabrać. Niektórzy wzięli swoje plecaki, a niektórzy je zostawili. Postanawiam nie wracać do sali, bo i tak pewnie później tam wrócimy. Szliśmy zwiedzić jakieś miejsce, muzeum czy coś podobnego. Wchodząc do budynku, nie wiem kiedy to się stało, ale zgubiłem pozostałą część klasy. Wiem, że przed drzwiami był hol i byli tam inni ludzie, m.in. recepcjonistka. Szedłem szukać innych, ale się zgubiłem, ponieważ było tam pełno krętych korytarzy z drzwiami, niektórymi ze szkła. Doszedłem do miejsca, gdzie po prawej stronie były schodki w dół, ale tam nie poszedłem, bo nie było tam oświetlenia, a było bardzo ciemno.
Poszedłem tymi schodami lewej stronie, na górę. Doszedłem, gdzieś wysoko, jakby do poddasza. Szło się tam po drewnianej konstrukcji, w niektórych miejscach trzeba było przeskakiwać, bo nie było ciągłości w podłodze (może deski się tam rozleciały). Tak chodziłem sobie w półmroku i przeskakiwałem to tu, to tam, aby zobaczyć co to za dziwne miejsce. Było tam kilku, którzy coś robili, naprawiali. Szedłem tak, by mnie nie zauważyli. Chciałem już wracać, ale gdy się obróciłem zobaczyłem, że przy drzwiach prowadzących na schody, po lewej znajduje się jeszcze inne przejście. Przeskoczyłem przez dziurę i poszedłem tam długą drogą z desek (trochę podobne do mola). Wreszcie znalazłem resztę klasy. Były tam jakieś nieznajome panie, które wprowadzały każdego po kolei. Nagle z rozumiałem, że nas oszukano. Nie mieliśmy niczego zwiedzać, wiedziałem, że to był podstęp. To były wampiry (albo obcy), którzy zmieniali tych uczniów właśnie w wampiry, albo ich po prostu zjadali. Musiałem się stamtąd jak najszybciej wydostać. Zobaczyli mnie i wpadłem w panikę. Nie mogłem trafić do schodów. Jeden z tamtych stolarzy stanął mi na drodze i się złośliwie uśmiechnął. Rzuciłem w niego książką (nawet nie wiem skąd ją miałem przy sobie), co go jeszcze bardziej rozbawiło. Okazało się, że drzwi są za mną i tam zawróciłem, zbiegłem po schodach. Nie mogłem znaleźć wyjścia i przez dłuższy czas biegałem po korytarzach. W każdym korytarzu było dwoje drzwi, po lewej i po prawej, a jak już się jedne otworzyło to dalej były jeszcze następne do otworzenia. W końcu jakoś dotarłem do drzwi wyjściowych. Była ze mną jakaś dziewczyna i mężczyzna. Myślałem wtedy, że to są normalni ludzie i chciałem razem z nimi z tamtą uciec. Biegliśmy daleko ulicą i znaleźliśmy się przed drzwiami do klatki schodowej. Weszliśmy razem do mojego mieszkania. Jak patrzyłem na tego mężczyznę to zacząłem się trochę niepokoić i już za chwilę miałem pewność, że to jest wampir, a ta dziewczyna już nie żyje tylko on telepatycznie steruje jej ciałem. Jako, że wcześniej przeszliśmy przez balkon na trawnik, tamta dziewczyna zawieszała coś na lampie, jakieś czarne przewody, czy raczej to tamten kazał jej to robić. Postanowiłem uciekać, nie wiem po co, ale wracałem przez mieszkanie zamiast od razu, gdzieś pobiec na dworze. Chyba wróciłem wtedy do tamtego budynku z zamiarem wydostania innych jeszcze nie przemienionych, ale mnie nie słuchali. Znowu się pogubiłem, biegałem w kółko po korytarzach otwierając ciągle te same drzwi. Pomogła mi tamta recepcjonistka i wskazała mi właściwe drzwi. Ona też była wampirzycą, ale mnie nie zatrzymywała. Wiedzieli, że i tak któryś z nich mnie w końcu złapie. Na Ziemi już prawie wszyscy byli wampirami. Biegłem, gdzieś ulicą. W pewnym momencie znalazłem się w bardzo wysoko położonym miejscu. Był tam wąski chodnik. Z prawej strony były sklepy, a z lewej jakby przepaść. Uciekłem stamtąd, jakoś znalazłem schody. Wiedziałem, że nie ma już po co uciekać, bo wszędzie i tak są te wampiry i nie ma i tak gdzie się schować. Przystanąłem przy górce. Tamten mnie w końcu dogonił. Wytłumaczyłem mu, żeby nic mi jeszcze nie robił, aby dał mi choć trochę czasu, bo i tak pewnie jestem już ostatnim człowiekiem. Dzwonię do cioci z nadzieją, że jednak wszystko jest z nią w porządku, ale ona mi mówi, że razem z wujkiem zeżarli już z siedemdziesiąt ludzi. Rozłączam się. Idę uliczką, za mną ktoś idzie, czuję zapach dymu papierosowego, ale mi nie przeszkadza to. Spotykam chłopca, który znalazł w krzaku monetę, może 50 groszy. Patrzę, a tam następna i następna. Pojawia się coraz więcej monet, o coraz większym nominale i je zbieramy. Po jakimś czasie przychodzi inny chłopiec z dziewczynką. Wiedziałem, że byli oni wampirami i znów zacząłem uciekać. Co jakiś czas mnie doganiali, ale udawało mi się biec szybciej. Dołączył do nich nawet tamten co wcześniej mnie gonił. Pobiegłem w śniegu za jakieś budki stojące przy lesie. I się wreszcie obudziłem.
Pociąg, Samolot I Meteoryt
05.02.2015 – 16:31
Na początku snu byłem, gdzieś na sali gimnastycznej. Oprócz mnie było jeszcze kilka innych osób. Działy się tam różne dziwne rzeczy, ale w sumie nic z tego nie pamiętam. Wiem tylko, że wszedłem do jakiejś bocznej sali i włączyłem pilotem telewizor. Leciało anime, w którym od okna szła dziewczyna. Miały ją bronić przed czymś jakieś magiczne, ożywione figurki. Ale, jako, że z jakiegoś powodu wydawało mi się, że to anime (figurki) zawiera elementy religijne i w ogóle było nudne, postanowiłem nie rozpoczynać oglądania nowej serii i od razu wyłączyłem. Później (nie wiem czy to był następny sen czy kontynuacja tego) szedłem uliczką pomiędzy sklepami. Wydawało się jednocześnie jakby to było na zewnątrz i w jakimś budynku, a może tam był po prostu daszek nad tą uliczką. Wychodząc stamtąd widziałem jak wracają dwie koleżanki. Nagle nie wiem jak to się stało, znalazłem się w pociągu (bardziej to wyglądało na autobus) i na dodatek było to w Japonii. Pytałem się starszej Japonki czy to rzeczywiście jest pociąg, bo dziwiłem się skąd się tam nagle znalazłem, ale ta tylko się uśmiechnęła. Zapytałem po angielsku i wtedy zrozumiała i odpowiedziała, także w języku angielskim, że tak, to jest pociąg. Wysiadłem na następnym przystanku i zawróciłem z powrotem. Rozglądałem się dookoła i oglądałem wystawy sklepowe. Zrobiło się ciemno. Szedłem ścieżką przez trawę, skręcałem za róg w lewą stronę. Zauważyłem, że w oddali lecą świecące punkciki, UFO. Jedne ułożyły się w formację przypominającą lecącą pionową pałeczkę, a inne sfery. Niektóre z tych sfer spadały i odbijały się od ziemi. Potem coś się zdarzyło, samolot został uderzony przez meteoryt i spadł do morza. Był pilnowany przez wojsko, bo ten meteoryt był dla nich ważny i chcieli go wydobyć. Kilka razy próbowałem dostać się przez wodę, ale zatrzymywało mnie wojsko. Po jakimś czasie dotarłem do tego samolotu, gdy leżał już na plaży i wyciągnąłem meteoryt ze środka. Był jasny w ciemne warstwy-paski. Tak się zakończył sen.
Dzieci Z Bullerbyn
14.02.2015 – 14:59
Wypożyczyłem książkę z biblioteki. "Dzieci z Bullerbyn". Zaczynam czytać, widzę jednak, że pierwsze strony zaczynają się od złej numeracji, od 270coś. Książka była cała i nie brakowało stron, ale patrzę na okładkę i okazuje się, że to jest po prostu druga część, "Dzieci z Bullerbyn i Ciotka Jakaśtam finał". Już chcę iść z powrotem do biblioteki, aby wypożyczyć jeszcze pierwszą część, gdy siostra mówi mi, że też wypożyczyła jakieś książki i mogę zobaczyć. Poszedłem do jej pokoju i zauważam wielką, grubą książkę leżącą na łóżku. Była trochę podobna do albumu ze zdjęciami. I tak, to była pierwsza część "Dzieci z Bullerbyn". Tylko czarne kartki też zaczynały się od 270coś, jednakże na nich były naklejone zwykłe mniejsze, takie białe z czarnym tekstem, i te miały od początku normalną numerację. Czyli były dwie oddzielne numeracje stron. Co one oznaczały to już nie wiem. W rzeczywistości nigdy nie czytałem "Dzieci z Bullerbyn", tylko jakieś fragmenty. Może powinienem przeczytać obie części?
Szukanie Miejsca 4d
19.02.2015 – 14:22
Byłem na jakiejś wielkiej sali, gdzie odbywały się tańce czy coś w tym rodzaju, nie jestem pewien. Było tam bardzo dużo ludzi. Nie pamiętam co tam robiłem, ale wydało mi się, że trwało to wiele godzin. Po wyjściu stamtąd znalazłem się w szkole (też niewiele z tego pamiętam), wiem, że miałem iść gdzieś z kolegami, chyba na w-f, ale w końcu poszli szybciej ode mnie. Zdecydowałem się ich nie szukać, bo i tak nie miałem tam nic do robienia, tylko pójść za trzema koleżankami. Kierowały się w prawą stronę. Jedna z nich szła szybciej przed tymi dwoma, które ze sobą o czymś rozmawiały. Podbiegłem do niej i powiedziałem, abyśmy poszukali tego miejsca z tańcami. Wytłumaczyłem jej, że to miejsce jest czterowymiarowe. Zgodziła się i zaczęliśmy szukać. Był słoneczny dzień. Najpierw weszliśmy, przez szerokie okno umieszczone zamiast drzwi, do dużej sali gimnastycznej na parterze, gdzie było bardzo dużo ludzi, odbywały się jakieś zajęcia, jakieś przekazywanie pałeczki czy coś takiego, może jakaś impreza. Koleżanka weszła pierwsza, ale ją zgubiłem i musiałem czekać na nią na zewnątrz. To nie było miejsce, którego szukaliśmy, ale było podobne. Później w trójkę (jedna z dziewczyn chyba, gdzieś poszła) znaleźliśmy się w budynku, prawdopodobnie szkolnym, na schodach. Jedna siedziała na podłodze oparta o ścianę, a druga stała obok niej po prawej stronie. Musieliśmy bardzo szybko dostać się na wysokość kilkudziesięciu pięter (tak naprawdę to nie wiem jak wysoko, ale wiem, że bardzo wysoko) i dlatego zażywaliśmy jakiś super silny stymulant. Pocałowałem w usta tą, która siedziała (była to ta do, której wcześniej podszedłem), ale jako, że narkotyk już zmieniał jej psychikę, udawała, że chce odgryźć mi głowę. Po odczekaniu chwili zaczęliśmy wspinać się po linach. Poruszaliśmy się do góry z tak ogromną prędkością, że wszystko się zamazywało, nawet lin nie było prawie widać. Wyglądało to trochę jak rywalizacja, chociaż wspinaliśmy się z równą szybkością. Po jakimś czasie w końcu dotarliśmy na samą górę. Tym razem byłem pewien, że to jest to miejsce, którego szukaliśmy. Odbywała się tam znowu jakaś zabawa. Było dużo ludzi w różnych dziwnych strojach. My nie mieliśmy żadnego przebrania i dlatego nas nie wpuszczono...
Kosmiczny Portal, Bieganie W Powietrzu
27.03.2015 – 21:14
Idę sobie ulicą. Jestem jakby w przyszłości, wszystko wygląda inaczej. Jacyś ludzie unoszą się w powietrzu i bardzo szybko poruszają się wzdłuż ulicy, raz w jedną, a raz w drugą stronę, trochę wyglądają na straż, albo nową policję. W kierunku, z którego przyszedłem idzie dziewczyna. Za pomocą telekinezy zbiera jakieś owoce (chyba pomarańczowe) z drzewek rosnących przy ulicy. W ten sam sposób sprawiam, że wszystkie owoce, które zebrała spadają jej na ziemię. Nagle się zaczęło, bo zauważyła to tamta ochrona i musiałem uciekać. Jeden z tamtych zaczął lecieć do góry, przez co jednocześnie wzniosło mnie na bardzo dużą wysokość. Pomyślałem, że nie będę wracać i ucieknę w przestrzeń kosmiczną, co też zrobiłem. Zacząłem bardzo szybko lecieć, jak najdalej od Ziemi. Kosmos nie był ciemny, tylko jasny i bardzo kolorowy. Leciał ze mną jakiś kolega czy znajomy. Dotarliśmy do niebiesko świecącego miejsca, które było portalem prowadzącym gdzieś indziej. W tym momencie dotarła do nas ogromna fala wody (kosmiczna fala?). Mieliśmy niby zaczekać, aby woda wszystko wypełniła i wzniosła nas do tego malutkiego przejścia, ale czułem, że chyba się uduszę jak nas ta fala zaleje. Musieliśmy się trochę wysilić, aby dotrzeć tam wcześniej. W tym czasie, gdy przechodziliśmy przez ten otwór, zaczęli doganiać nas źli ludzie, coś mi podpowiadało, że są to niemieccy naziści. Okazało się, że ten portal prowadził do drzwi mojego mieszkania. Szybo przeszedłem przez drzwi i wtedy zaczęło się robić ciemno, była już noc. Przebiegłem przez korytarz i wyskoczyłem przez balkon. Skręciłem w prawo i przeszedłem przez żywopłot trawnika. Zobaczyłem, że po prawej stronie na chodniku są jakieś zamknięte drzwi, a z drugiej strony jakiś wysoki płot. Nie byłem pewien czy zdążę uciec przed tamtymi. Nie wiem czy znajomemu udało się uciec, czy nie. Patrzyłem się na balkon. Na balkon wyszły dwie ubrane na czarno postacie (nie widziałem ich zbyt wyraźnie). I wtedy zacząłem się bać jak nigdy dotąd. Zacząłem krzyczeć ze strachu. Pomyślałem, że już dłużej nie wytrzymam, a jako, że byłem częściowo świadomy, że to sen udało mi się obudzić. Gdy się obudziłem, ciemność w pokoju przez jakiś czas wibrowała (często tak mam po koszmarach).
W następnym śnie był słoneczny dzień. Także przyszli jacyś źli ludzie, chyba też ubrani na czarno, ale już się tak ich nie bałem. Też jak wcześniej byli na balkonie. Ja byłem w mieszkaniu i szybko zamknąłem balkon. Po prawej stronie drzwi balkonu, siedziała jedna kotka i się patrzyła. Chociaż na balkonie byli ci straszni ludzie wszedłem i wołałem drugą kotkę, aby przyszła, tyle, że przybiegły jakieś trzy inne inne, nieznane mi koty. W trakcie, gdy po desce wchodziły na balkon, cofnąłem się do pokoju i zamknąłem drzwi balkonu. Tak się zastanawiam czy tym razem rzeczywiście ktoś był na balkonie, czy tylko to sobie w trakcie snu wymyśliłem

Mniej więcej na początku tego snu znajduję się w nie swoim mieszkaniu. W powietrzu latają jakieś kolorowe wibrujące obiekty (kule,a może mini galaktyki?). Za pomocą jednej przechodzę w kosmos. Znowu jest bardzo kolorowo (tym razem przeważa kolor niebieski). Więc te latające obiekty były końcówkami portalów prowadzących gdzieś w kosmos i z powrotem. Później nie wiem co się dokładnie dzieje. Pojawiam się na ulicy między blokami, gdzieś w głębi dzielnicy. Od tego momentu jestem kobietą. Ogłoszono, że jest poszukiwana jakaś kobieta. Można ją poznać po tym, że ma strupki, albo jakiś zaschnięty brud przy uszach. Gdy dotknęłam uszu okazało się, że to ja mam właśnie to coś na uszach. Szybko to rozkruszyłam i wytarłam ręką. Niestety zauważył to już jeden mężczyzna. Właśnie wchodziłam do pomieszczenia, w którym on pracował, garaż, albo coś podobnego. Już wcześniej byłam u niego i mnie znał. Zezłościł się tylko, ale mnie przepuścił drugimi drzwiami. Przeszłam przez nie i zaczęłam uciekać. Ktoś mnie gonił. Tu już zaczynam powoli być sobą. Niedaleko jest mały las i chcę się w nim schować. Biegnę chwilę przez ten las. Drzewa zaczynają się rozrzedzać i zaczyna się górka, na której jest już tylko kilka drzew. Nie chce mi się tam wchodzić, bo tu i tak kończy się las. Zdejmuję buty, aby było wygodniej (możliwe też, że i skarpety, ale nie jestem pewien) i biegnę ścieżką rowerową. Oprócz mnie biegną także inni. Po pewnym czasie trafiam do miejsca niedaleko sklepów (tam też jest wejście do innej części lasu). Normalnie, żeby tam dotrzeć trzeba by iść w odwrotną stronę, ale to przecież sen. Są tam moi koledzy o koleżanki z czasów szkolnych. Zaczynają oni się unosić w powietrzu. Też chcę polatać, ale podskakuję i podskakuję i nie mogę się wznieść. Zatrzymuję się i uspokajam. Biorę głęboki wdech i wtedy, gdy nabieram powietrza w płuca udaje mi się powoli unieść w powietrze. Zatrzymuję się kilka metrów nad ziemią. Tupię trochę nogami i wyczuwam twarde podłożę, a przecież unoszę się w powietrzu! Dalej biegnę razem z inny mi w powietrzu.
Wieża Obserwacyjna
28.03.2015 – 14:52
Idę między blokami. Szukam jednej dziewczyny, córki nauczycielki angielskiego. Jest tam wysoka wieża, na której na samej górze jest wielki teleskop podobny trochę do działa czołgu. Zaczyna się obracać w prawą stronę. Widzę, że zaraz zderzy się z blokiem. Nagle, cała wieża zaczyna się zawalać. Chwilę tak stoję i patrzę. Gdy już uciekam przewracająca wieża robi się niewyraźna.
Morderczyni I Studnia
30.03.2015 – 13:06
W tym śnie jestem obserwatorem. Ulicą szła dziewczyna. Ciągnęła ona ze sobą krwawiącego, martwego człowieka. Poszła za wysoki biały płot, tam gdzie mieszkała. Ktoś, jakiś chłopak z brodą, ją widział i był ciekaw o co chodzi. Poszedł za nią. Za płotem był piach i studnia na środku. Była ciemna i głęboka. Usiadł na jej brzegu. Gdy przyszła tamta dziewczyna, czytał właśnie gazetę i tłumaczył jej, że w tej gazecie napisali, o tym, że ktoś wpadł do tej studni, a może go ktoś wrzucił tam. Poszedłem, czy raczej mój wzrok przeniósł się za płot. Słyszałem jego krzyki. Pewnie go zabiła i wrzuciła do tej studni. Później, gdy tam wróciłem dziewczyna bawiła się jakimś robakiem. Wsadzała palec w piasek i ten robak podążał do zaznaczonego przez nią miejsca (we śnie mówiłem, że też się kiedyś tak bawiłem, chociaż wcale nie, a może tak, nie pamiętam). Obserwował nas wielki dzik. Wydawał się on trochę ludzki, może to był jakiś człowieko-dzik?
Trzmiel I Inne Urywki Snów
18.04.2015 – 13:48
Wieczór. Jestem w dużym pokoju. Są stare szafy sprzed lat. Razem ze mną jest mama i siostra. Coś lata w powietrzu. Jest to wielki trzmiel. Siadł na mnie i go strzepnąłem z siebie. Kilka razy tak na mnie siadał, wydawało mi się nawet raz, że mi wszedł do lewego rękawa, ale na szczęście nie. Schowałem się pomiędzy dużą szafą a małą szafeczką, na której stał telewizor. Ten trzmiel mnie jednak znalazł. Trochę się przestraszyłem, ponieważ zaczął się zachowywać jak pająk. Tworzył pajęczynę między szafkami i robił to naprawdę bardzo szybko. Musiałem uciekać. Po lewej stronie były pozostałości pajęczyny zrobionej przez prawdziwego pająka, którego nie było widać, się schował gdzieś albo dawno już odszedł stamtąd. Trochę się zawahałem, ale trzmiel był już ze swoją pajęczyną bardzo blisko mnie, więc zerwałem tamtą pajęczynę (nie było jej widać, tylko czuć) i uciekłem.
Chodzę z rodzicami po supermarkecie. Jest trochę dziwny. Są tam jakieś pojedyncze produkty. Mama chce kupić. Odtwarzacz muzyki, taki szaroniebieski. Odradzam jej, mówię, że w domu mamy lepszy, a tu nie ma dużego wyboru, jest tylko ten jeden. Po za tym jest jakiś obtłuczony i powyginany. Nie kupujemy go i idziemy stamtąd pomiędzy regałami. Mama się spojrzała na mnie, coś powiedziała. Nie mam pewności także czy się rozpłakała czy roześmiała.
Jest noc, a w nieznanym mi mieszkaniu, w którym się znajduję jest półmrok. Jest tam jeszcze jakiś znajomy czy kolega, nie wiem kto to. W łazience (a może w kuchni) siedzi tam także (na krześle czy w wannie) kobieta. Ta kobieta jest jakaś dziwna. Z tego co pamiętam, albo mi się wydawało to obsypuje się takimi małymi szklanymi kulkami. Chwilę się jej przyglądam. Po krótkim czasie czuję niepokój. Tamten drugi mnie chyba uspokaja coś tam mówi. Ona nagle wstaje. Uciekam i zamykam się w którymś z pokoi. Ona ma długą igłę. Chce mnie nią ukłuć przez otwory w drzwiach.
Jest dzień. Oglądam to, albo sam jestem jakby w grze komputerowej. Na początku jest to dwuwymiarowa gra. Obserwuję jak postać przeskakuje nad wodą z małej wysepki na drugą. Wchodzi do jakiejś jaskini. Teraz zaczyna się trójwymiar i to ja teraz tamtędy przechodzę. Jest tam ciemno. Idę czy biegnę wąskim skalistym korytarzem. Coś tam mówię, opisuję, nie wiem. Zatrzymuję się przed przepaścią. Mam linę, albo sobie tylko wyobrażam, że ją mam. Nie skaczę, bo lina raczej była tylko wyobrażona. Wychodzę z tej jaskini jakimś bocznym przejściem. Chodzą tam jacyś szarzy zakapturzeni ludzie. Oddalają się. Wyobrażam sobie, że wytwarzam energię, pole elektromagnetyczne chroniące mnie, które można użyć jako broni. Myślę, że wracają ci zakapturzeni. Są to jednak dwie dziewczyny. Nie znam ich. Niestety nie mogę nic zrobić, bo unoszę się kilka centymetrów nad ziemią i cofa mnie do tyłu, budzę się.
Tunel Z Wodą, Most, śnieg
28.04.2015 – 11:30
To była ciemna piwnica albo jakieś podziemia. Można było wpłynąć w dół przez prostokątny otwór na środku tego pomieszczenia. Był tam podziemny tunel o szarych piwnicznych ścianach właśnie wypełniony wodą. Ja i inni tam weszli i płynęli tym tunelem. Dosyć długo tak płynąłem i trochę się dziwiłem, że mogę tak długo wytrzymać bez powietrza. Nie dopłynąłem na drugi koniec tunelu, bo dostałem ostrzeżenie, tak jakby nagranie z kamerki, że w tym tunelu jest wielka (duża na całą wysokość, szerokość tunelu), chyba koloru szarego, niebezpieczna ryba skręcająca za rogiem i zbliża się w moją stronę. Wróciłem, więc tą samą stroną i wyszedłem na zewnątrz tym samym otworem do tej ciemnej piwnicy. Byli tam już inni.
Przechodziłem przez wielki most zawieszony nad przepaścią. Przechodząc bardzo się chwiał, cały falował. Doszedłem nim na drugą stronę przed drzwi jakiegoś wysokiego budynku. Później chciałem przejść z powrotem, ale jednak nie wróciłem tym mostem. Wiedziałem wtedy, że ten most jest fraktalny i dlatego tak się chaotycznie porusza.
Otworzyłem okno i wtedy kotka przez nie wyskoczyła na dwór. Był dzień, wszędzie pełno śniegu. Wybiegłem za nią przez balkon. Weszła pod, któryś z balkonów. Tak idąc, balkon zamienił się w przejście pomiędzy blokami do miejsca, dużej wnęki, w której był plac obrośnięty trawą. Stamtąd wychodzili jacyś ludzie. Tam znalazłem kotkę. Ta się jednak niepostrzeżenie zmieniła w dziewczynę. Ktoś chciał nas podwieźć w dół mostu, ale zdenerwował się i zmienił zdanie, po tym jak mu powiedziałem, że ta dziewczyna była kotką.
Dmuchawce
07.06.2015 – 13:58
We śnie był kolega, który w rzeczywistości, już dawno, gdzieś się wyprowadził. Pamiętam, że widziałem dmuchawce. Liczyłem i doliczyłem się trzydziestuiluśtam. Wiem, że śniło mi się o wiele więcej snów, ale niestety ostatnio nie mogę sobie przypomnieć.
Szef, Zdenerwowanie
08.06.2015 – 19:17
Schodzę z jakiegoś ziemistego pagórka. Jest tam jakiś wielki szef. Wysyła na mnie kogoś z nożem, aby mnie zabił. Gdy już jestem na samym dole, uciekam, ale widzę jak tamtego z nożem łapie jakaś maszyna. Jest podobna do autobusu, a z przodu ma zamontowane różnego rodzaju ostrza. Zaciąga go do innych maszyn, w celu poćwiartowania.
W innym śnie wracam do domu z biblioteki. Okazuje się, że wziąłem sześć książek, chociaż maksymalnie można wypożyczać tylko cztery.
W mieszkaniu mamy grać w coś, w tenis, hokeja, nie wiem w co. Ktoś uderza kijem w piłkę. Zdenerwowałem się, bo już zaczął/zaczęli grać, a ja jeszcze nie byłem przygotowany. Zamknąłem, więc drzwi do pokoju. Zdjąłem okulary (w rzeczywistości już wiele lat nie noszę okularów), ponieważ szkło było jakieś takie zamazane. Był tam smark z zaschniętą kropelką krwi w środku.
Zacząłem wycierać, ale się tylko rozmazało. K…. mać, powiedziałem i tak się skończył sen...
Spiralne Schody, Kurz
09.06.2015 – 12:27
Jest dzień. Idę z kimś, chyba jakimś znajomym. Zauważam, że coś ciekawego jest za szybą, znajdującą się nisko przy chodniku. Wyglądało to jak wystawa sklepowa, albo okno piwniczne, a może obie rzeczy razem. Chcę przejść i zobaczyć co tam jest. Ten znajomy jest bardzo niechętny, nie chce mu się nic oglądać, ale w końcu zgodził się pooglądać, ale tylko część. Znaleźliśmy się na ogromnych spiralnych schodach. Były one chyba przezroczyste, albo przynajmniej białe. Chciałem zobaczyć co jest na dole, ale tamten już kierował się do góry do wyjścia. Nagle coś nas zaatakowało, stwór z ogonem, taki jakby obcy. Zaczęliśmy do niego strzelać i uciekaliśmy. Kolega uciekł, a ja jeszcze biegłem. Już przy progu, czy takim większym schodku, myślałem, że ten stwór mnie złapie (działo się to w spowolnionym tempie), bo był za moimi plecami, ale jakoś udało mi się stamtąd wyskoczyć.
W moim pokoju było pełno kurzu unoszącego się w powietrzu. Ale tak gęsto jakby to był pył podczas remontu. Wyjrzałem przez okno. Na trawniku zostały zasadzone różne nowe roślinki poprzedzielane zielonymi plastikowymi ściankami.





