07-12-2015, 16:21
Noc 06/07 grudnia 2015r.
Dzisiaj miałem trochę okropną noc. Położyłem się spać po 23 i po pewnym czasie zasnąłem. Niby zasnąłem, a w środku nocy budziłem się co chwilę z dziwnymi myślami w głowie. Myślałem o jakichś obliczeniach, których wynikiem był kawał... Ileś plus ileś równa się kawał i hahaha. Tak mniej więcej to wyglądało, jednak nie jestem pewny, zbyt słabo pamiętam to co się działo. Jedno jest pewne, wydawało mi się, że do póki nie zadzwonił budzik o 6, myślałem, że nic nie przespałem, a po prostu miałem problemy. Magiczny sygnał, dał mi sen.
Byłem na alejkach, jak często w moich snach. Była ładna pogoda, świeciło słońce, środek lata. Obserwowałem błękitne niebo i nagle z lewej strony względem mojej perspektywy (w realu to strona północna) wyleciał gigantyczny czerwono-biały samolot koncernu Tupolewa. Świdrował w powietrzu, był ogromny, kręcił się wokół własnej osi, wszystko było strasznie powolne. Leciał, leciał i nagle bum o ziemię, wszyscy krzyczeli "O Boże", nastąpił ogromny wybuch, który zapalił łąki, jednak chwilę po wypadku zaczęła się burza i rozpadał się deszcz. Dowiedziałem się, że był to atak terrorystów i zobaczyłem, że ktoś zaczął do nas biec z nożami w ręku, zacząłem uciekać, jednak jak zawsze w moich snach byłem po prostu powolny i stwierdziłem, że nie dam rady uciec. Pobiegłem do najbliższej kryjówki, za jakiś randomowy murek i się schowałem. Czekając, zacząłem słuchać rozmowy tych co przechodzili obok murków, czyli terrorystów.
No kurde no, było coś więcej, ale chyba pierwszy raz sen mnie tak zaintrygował, ze względu na swoją fabułę. Katastrofa była straszna, ale widoki były niesamowite i strasznie realne, mimo swoich nienaturalnych praw fizyki.
Dzisiaj miałem trochę okropną noc. Położyłem się spać po 23 i po pewnym czasie zasnąłem. Niby zasnąłem, a w środku nocy budziłem się co chwilę z dziwnymi myślami w głowie. Myślałem o jakichś obliczeniach, których wynikiem był kawał... Ileś plus ileś równa się kawał i hahaha. Tak mniej więcej to wyglądało, jednak nie jestem pewny, zbyt słabo pamiętam to co się działo. Jedno jest pewne, wydawało mi się, że do póki nie zadzwonił budzik o 6, myślałem, że nic nie przespałem, a po prostu miałem problemy. Magiczny sygnał, dał mi sen.
Byłem na alejkach, jak często w moich snach. Była ładna pogoda, świeciło słońce, środek lata. Obserwowałem błękitne niebo i nagle z lewej strony względem mojej perspektywy (w realu to strona północna) wyleciał gigantyczny czerwono-biały samolot koncernu Tupolewa. Świdrował w powietrzu, był ogromny, kręcił się wokół własnej osi, wszystko było strasznie powolne. Leciał, leciał i nagle bum o ziemię, wszyscy krzyczeli "O Boże", nastąpił ogromny wybuch, który zapalił łąki, jednak chwilę po wypadku zaczęła się burza i rozpadał się deszcz. Dowiedziałem się, że był to atak terrorystów i zobaczyłem, że ktoś zaczął do nas biec z nożami w ręku, zacząłem uciekać, jednak jak zawsze w moich snach byłem po prostu powolny i stwierdziłem, że nie dam rady uciec. Pobiegłem do najbliższej kryjówki, za jakiś randomowy murek i się schowałem. Czekając, zacząłem słuchać rozmowy tych co przechodzili obok murków, czyli terrorystów.
No kurde no, było coś więcej, ale chyba pierwszy raz sen mnie tak zaintrygował, ze względu na swoją fabułę. Katastrofa była straszna, ale widoki były niesamowite i strasznie realne, mimo swoich nienaturalnych praw fizyki.
Drogi wszechświecie, ześlij nam potężne LDki i niezwykłą pamięć snów.





