Kolejne sny:
Najpierw śniło mi się, że była już jesień. Było trochę chłodniej, a ja byłam nad morzem. W morzu kąpali się ludzie, ale była tam też kura, która po prostu taplała się w morzu. Wchodziła do wody, nurkowała i zachowywała się tak, jakby kąpiel w morzu była czymś zupełnie normalnym. Ja natomiast byłam w butach i nawet nie wyobrażałam sobie, żeby je zdjąć i zamoczyć w morzu choćby stopę. Wiedziałam, że jest jesień i że jest już chłodniej, więc absolutnie nie miałam zamiaru wchodzić do tej wody. Później miałam kolejny sen. Śniła mi się Arisska. Miałam ją na rękach i przytulałam ją. W tym śnie było tak, że Arisska została uśpiona. Była już starsza i została poddana eutanazji. Po jakimś czasie weszłyśmy jednak znowu do gabinetu weterynaryjnego i okazało się, że uśpienie na nią nie podziałało. Arisska żyła. Co więcej, ten zastrzyk zamiast ją uśpić, jakby ją odmłodził. Arisska znowu była młodsza. Miałam ją na rękach, przytulałam ją i byłam z nią. Później przekomarzałam się z mężem. Powiedział, że gdzieś pojechał i że była tam jakaś blondynka, która mu się podobała. Ja udawałam, że jestem zazdrosna i obrażona na niego. Później jeszcze coś mówił, że gdzieś była jakaś brunetka czy coś takiego. W pewnym momencie naprawdę się wkurwiłam na to, że cały czas sobie ze mnie jajca robi. Zaczęłam uciekać po schodach na górę w jakimś budynku. Weszłam na dach, a następnie skoczyłam z tego dachu. Miałam skrzydła. W czasie spadania rozwinęłam je i poleciałam prosto w stronę oceanu. Zanurkowałam w oceanie, żeby nikt mnie nie znalazł. Chciałam po prostu zniknąć. Ocean był ogromny, więc wiedziałam, że jeżeli się w nim schowam, nikt mnie nie znajdzie. W tym śnie słuchałam też piosenki Anki Wyszkoni „Oczy szeroko zamknięte”. Bardzo się nią jarałam. Uważałam, że jest przepiękna i że opowiada o takiej wielkiej miłości. Myślałam sobie, że ludzie już dawno zapomnieli o tej piosence, a przecież jest naprawdę zajebista. Później znalazłam jakiś plakat — właściwie wielką naklejkę — przedstawiającą nagą kobietę. Chciałam przykleić ją u siebie w szafie, po wewnętrznej stronie drzwi, tak żeby nikt jej nie widział. Nie chciałam, żeby ktoś zobaczył, że mam sobie w pokoju poprzyklejane nagie kobiety. Przykleiłam ją więc wewnątrz szafy. W pewnym momencie do pokoju wszedł mój tata. Zapytał mnie, co robię i co mam na tym plakacie. Nie chciałam mu pokazać. Powiedziałam mu, że mam tam plakat z małymi pieskami czy coś takiego. Powiedziałam, że się spieszę, i nie chciałam mu pokazywać, co naprawdę znajduje się na plakacie. W końcu tata wyszedł.
*
Śniło mi się, że była jakaś bitwa, taka jakby domowa, w Klanie Ognia. Na początku obrzucaliśmy się kamieniami. Ktoś zrzucał ze szczytu dużej skały mniejsze kawałki skały, ale one wciąż były bardzo duże — mniej więcej wielkości drzwi. Te kawałki skały miały być używane jako płyty, żeby zagrodzić przejścia. Problem był taki, że od drugiej strony też było inne przejście. Oni nas atakowali, a my atakowaliśmy ich. W końcu poszłam tym drugim przejściem. Oni mieli jakieś krótkie, takie też jakby cizerki czy coś w tym rodzaju, a ja miałam długi miecz. Zaczęłam wbijać im ten miecz w brzuch. Oni z kolei dźgali mnie tymi swoimi cizerkami. Tylko że wszystko odbywało się trochę na zasadzie zabawy. Nikt naprawdę nie krwawił, nikomu nic się nie działo. Była to bardziej taka umowna walka. Wiele razy podczas tej bitwy miałam ochotę powiedzieć: „Po co my się w ogóle bijemy? Weźmy się pogódźmy.” W międzyczasie była też jakaś kolacja, wieczerza. Kręciłam dupą przed Aresem, żeby go skusić na mnie. Później miałam kolejny sen dotyczący mojej poprzedniej pracy. Wysłałam komuś przesyłkę, ale ta przesyłka nie dotarła, ponieważ pojawiły się z nią jakieś problemy, których nie mogłam już rozwiązać, bo nie pracowałam. Nikt tej sprawy po mnie nie przejął. Żaliłam się, że niby jak miałam to poprawić, skoro wszyscy już zablokowali mi dostępy i w ogóle nie miałam możliwości niczego zrobić. Nikt tego wszystkiego po prostu nie przejął, nikt nie chciał się tym zająć. Później byłam w salonie. Była tam moja siostra z Rudym, ale oni mieli zaraz wracać do siebie, do Pabianic. Ja miałam zostać sama i wiedziałam, że będę panikować ze względu na to, że zostałam już bez tej pracy. Wiedziałam też, że będę się trochę nudzić. Była tam moja mama, ale jednocześnie była jakby trochę moją teściową. Nalała mi jakąś zupę — taki krupnik z brokułami i makaronem. Ledwo byłam w stanie go zjeść, ale zjadłam. Potem dała mi dokładkę, bo stwierdziła, że nie zjadłam natki pietruszki. Dowaliła mi więc na talerz jeszcze tego rosołu z natką pietruszki. Znowu ledwo to jadłam. Pomyślałam sobie, że kiedy wrócę do domu, będę musiała powiedzieć mamie, że już sobie pojadłam, żeby nie dawała mi więcej jedzenia. Później robiłam jakieś popisy. Kręciłam się bardzo szybko w kółko na dywanie albo podnosiłam nogę bardzo wysoko, aż za głowę. Pytałam innych ludzi, czy też potrafią tak zrobić. Jedna dziewczyna stwierdziła, że też to zrobi. Wstała, spróbowała podnieść nogę i nie była w stanie tego zrobić, więc usiadła. Powiedziałam jej: „Nie bądź takim pewnym siebie, bo to zawsze wydaje się łatwym ćwiczeniem, a jest trudne.” Przez cały czas przewijał się jednak temat pracy. Viola, która była z jeszcze wcześniejszej mojej pracy, pomagała mi jakoś to wszystko ogarnąć. Mówiłam jej, że nie mogłam rozwiązać problemu z przesyłką, ponieważ zabrali mi już wszystkie dostępy i nic więcej nie mogłam zrobić. Nikt tego problemu po mnie nie przejął i nikt nie chciał się nim zająć.
*
Na początku śnili mi się moi szwagrowie, teściowie i dzieci. Byliśmy u teściów. Jeden ze szwagrów przyszedł z synem i ten syn miał tam spać u teściów. Chciałam zapytać teściową, o co właściwie chodzi, dlaczego oni cały czas tam są i cały czas korzystają z ich pomocy. Teściowa stwierdziła, że musi położyć tego syna do łóżka i coś tam przy nim zrobić. Zapytałam, dlaczego w ogóle tak to wygląda, a ona powiedziała, że dlatego, że syn jest niepełnosprawny. Później jednak oni stwierdzili, że idą do siebie do domu. Zabrali tego syna i poszli. My też mieliśmy gdzieś jechać. W międzyczasie pasywno-agresywnie dawałam im do zrozumienia, że po prostu nie lubię tego drugiego syna. Później miałam taki sen, że znowu pracowałam w mojej poprzedniej pracy. Miałam jakiś koszyczek, a Sylwia sprawdzała, czy pracuję poprawnie. Zrobiłam przesyłki i je obrobiłam, po czym wyłączyłam komputer i przesiadłam się na laptopa, żeby zajmować się swoją książką. Nagle przypomniałam sobie: „No halo, to jeszcze nie jest koniec mojej pracy. Przecież mam jeszcze maile do ogarnięcia i wszystko.” I znalazłam się na takim rozdrożu. Nie wiedziałam, czy zrobić sobie chwilę przerwy od pracy i porobić coś przy książce na laptopie, czy wrócić do komputera, od razu go odpalić i po prostu cisnąć dalej z robotą. Sylwia pisała na czacie, że sprawdza moje przesyłki. Wiedziałam, że mam je nieobrobione, więc byłam pewna, że zaraz się do mnie dopierdoli. Na szczęście coś tam zmieniła temat na tym czacie i odetchnęłam z ulgą. Później znowu pojawił się mój koszyczek. Poszłam do jakiegoś sklepu i znalazłam tam kolejny koszyczek, należący do kogoś innego. Była to żółta torba czy koszyczek, a w środku znajdowały się różne rzeczy: między innymi karta do bankomatu, magnesy na lodówkę i drzewko. Te rzeczy były jakby częściowo pomiędzy ziemią w tym koszyczku. Pomyślałam: „Kurwa, no zajebiście. Znalezione, niekradzione.” Chciałam wykupić te fanty, czyli po prostu za nie zapłacić i je sobie zabrać. Przy kasie powiedziałam, że zapłacę kartą, ale pani zapytała mnie, jak się nazywam, żeby wiedziała, kto odnalazł te rzeczy. Wtedy pomyślałam: „Kurwa, no jak podam swoje nazwisko i zapłacę tamtą czyjąś kartą, to tamta osoba, jak się skapnie, na pewno przyjdzie do tego sklepu, zapyta się o mnie i będę miała przejebane.” Wtedy wyczarowałam sobie w kieszeni spodni gotówkę. Pani powiedziała, że należy się 120 złotych, więc wyciągnęłam banknoty i jej zapłaciłam. Powiedziała mi jeszcze, że w ramach gratisu mogę sobie wybrać jednego batonika, który leżał na ladzie. Wybrałam jakiegoś truskawkowo-śmietankowego, ale przez przypadek chwyciły mi się dwa. Pani ostrzegła mnie, że mam wybrać tylko jednego. Powiedziałam: „Dobra, przecież nie ma problemu. Po prostu mi się palce jakby skleiły.” Byłam tam z Adrianem. Okazało się, że ten sklep znajdował się na jakimś statku. Statek zaczął się bujać i Adrian stwierdził, że ma chorobę lokomocyjną i będzie rzygał. Powiedziałam mu: „Idź tam na koniec i nie rób mi tu wiochy, że będziesz kurwa rzygał przy mnie.” Adrian poszedł na koniec statku i się pochylił. Ochroniarze pytali go, czy wszystko jest w porządku. Na szczęście nie zwymiotował. Kiedy wróciłam ze sklepu, zauważyłam jednak, że jest cały mokry. Okazało się, że pod moją nieobecność wskoczył do wody ze statku i po prostu się kąpał. Powiedziałam: „No chłopie, co ty robisz w ogóle? Tu nie można tak robić, że wyskakujesz za burtę i się kąpiesz.” Później wyszliśmy ze statku. Chciałam zabrać ten koszyczek do domu. Był z nami też jakiś biały pies. Był bardzo puchaty, wyglądał trochę jak owczarek podhalański i był brudny. Chciałam go wykąpać. Poszłam odstawić koszyczek i okazało się, że weszłam do domku na działce mojej babci. W środku była właśnie moja babcia oraz Aśka, moja kuzynka, z którą się nie lubimy i z którą nie mam kontaktu. One wspominały razem dzieciństwo. Ja powiedziałam do Aśki: „Pamiętam, że jak byłyśmy małe, to cały czas używałaś słowa…” I próbowałam sobie przypomnieć to słowo. Nie „katastrofa”, tylko „kapa”. W końcu powiedziałam coś w stylu: „Kapa. Pamiętam, że cały czas mówiłaś ‘kapa’.” Później była jeszcze scena, w której byłam już u siebie w mieszkaniu. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam stojącego tam kota. Był szary, tygrysowaty. Powiedziałam do Adriana: „Zobacz, kot tu przyszedł.” Adrian podszedł i odgonił tego kota. Powiedziałam: „Jak mogłeś odgonić koteczka?”
*
Śniło mi się, że leciał jakiś samolot. Robił takie akrobacje na niebie, ale był to jakiś wojskowy, myśliwski samolot. Poleciał trochę za nisko i rozpierdolił się obok czyjegoś domu. Podeszłam tam i okazało się, że dziewczyna, która sterowała tym samolotem, żyje. Dziewczyna, obok której ten samolot pierdolnął, również żyła, a cały dom nadal stał. Zapytałam tę dziewczynę, o co chodzi i jak to zrobiła, że przeżyła. Odpowiedziała po prostu, że nie wie. Zapytałam ją: „Wpisałaś kod na nieśmiertelność?” Powiedziała, że nie. Po prostu miała długi pasek życia i uderzenie sprawiło, że z tego paska zostało jej jeszcze troszeczkę. Później byliśmy gdzieś na grillu i czekaliśmy na grilla. Był tam mój tata i zapytał mnie, czy podoba mi się ten dom, ponieważ był to jakiś domek letniskowy. Powiedziałam, że nie, że u siebie bardziej mi się podoba. Okazało się, że ten domek letniskowy należał do mojej szwagierki i szwagra, których nie lubię. W środku domku było jednak nawet ładnie. Były tam całkiem fajne firanki w oknach, a za oknem było widać góry. Pogoda była piękna. Pomyślałam sobie: „Kurde, ale widoki za oknem są zajebiste.” Stwierdziłam też, że w tym domku letniskowym jest trochę lepszy styl niż w ich domu, który później wybudowali. Zaczęłam sobie przypominać historię tego wszystkiego. Najpierw kupili domek letniskowy i jakąś działkę. Postawili tam ten domek, ponieważ już nie mogli wytrzymać i koniecznie chcieli mieć własny dom. Później jednak się wybudowali i postawili ten swój murowany, duży dom. Cały czas chodziłam po podwórku tego domku. Tutaj był basen, tam były huśtawki dla dzieci, gdzieś dalej jeszcze jakieś inne huśtawki. Patrzyłam na to wszystko i pomyślałam: „Ja pierdolę, wszystko kurwa tylko tym dzieciom.” Po prostu one miały tam wszystko. Pomyślałam, że ja w ich wieku nie miałam takich rzeczy. Wszyscy — rodzice i dziadkowie — robili wszystko pod siebie, a nie pod dzieci. Nie było tak, że wszyscy myśleli o dzieciach i robili wszystko pod nie. Zaczęłam się zastanawiać, jakim cudem ich w ogóle stać na domek letniskowy i jeszcze na dom. Przecież mogli zostać tutaj. Ten domek letniskowy był całoroczny, więc normalnie mogli tutaj zamieszkać. Co prawda działkę kupili trochę daleko od miejsca, z którego pochodzę i w którym pracuję, ale mimo wszystko pomyślałam, że mogliby tutaj zostać. Później sama sobie odpowiedziałam: „No tak. Przecież tutaj było za mało miejsca. A trzeba było sobie jebnąć wielką chatę dla dzieci, żeby miały nie wiadomo jak duży wybieg kurwa w domu.” Chodziłam dalej po podwórku i zastanawiałam się nad tym wszystkim. Pomyślałam też o tym, że moja szwagierka pracuje w sklepie. Widziałam kiedyś w internecie, że w jej miejscu pracy szukają kierownika. Pomyślałam: „No kurwa, jakby ona była kierownikiem, to jeszcze bym zrozumiała, że ma po prostu kasę.” Ale ona nie była kierownikiem. Była zwykłym pracownikiem sklepu. Zaczęłam się więc zastanawiać: „To skąd ona kurwa ma kasę?” Doszłam do wniosku, że pewnie ma po prostu w chuj dużo kredytów. I wtedy pomyślałam, że właściwie dobrze, że ja tego kredytu nie mam. Bo gdybym miała mieć dom, ale jednocześnie być przez całe życie na kredycie i nigdzie nie pojechać, niczego sobie nie kupić i cały czas tylko spłacać kredyt, to w sumie cieszę się, że mam mniej. Przynajmniej jestem wolna finansowo.
*
Byłam w szkole i szłam do szkoły z Iloną. To był chyba nasz ostatni dzień razem w szkole. Miałam zielono napisany plan zajęć. Na ósmą były jakieś zajęcia. Spojrzałam na godzinę i było już 8:22. Zapytałam Ilonę: „Czy my nie mamy teraz jakichś zajęć?” Ilona uznała, że mamy, ale powiedziała, że ona już na nie nie chodzi, bo trzeba mieć tylko 60% frekwencji. Pomyślałam: „No kurwa, ja nie zdam.” Przecież ja nigdy w życiu nie byłam na tych zajęciach. Miałam 0% frekwencji, a nie 60%. Pomyślałam sobie, że jest już czerwiec i na pewno nie dam rady wyrobić 60% frekwencji, skoro nie byłam ani razu. Później dzieci bawiły się jakby w moim domu. Było tam bardzo dużo łóżek, a dzieci skakały po każdym z nich, rozkopywały je i przesuwały. Pouczyłam je, że nie można tak robić. Kiedy odsunęły któreś z łóżek, kazałam im przesunąć je z powrotem. Wiedziałam, że nie będą miały tyle siły, żeby zrobić to łatwo. Na dworze były psy, między innymi jakiś owczarek. Były trochę zdziczałe. Pojawił się też jakiś rolnik, który był zapładniaczem i pobierał nasienie od jakiegoś lemura. Później szukałam kogoś do bara-bara. Miałam w sobie jakieś białe dildo. Była tam też jakaś kobieta, którą wygoniłam, i chciałam, żeby zawołała jakiegoś kolesia — takiego rolnika. On przyszedł i położył się obok mnie. Całowaliśmy się, ale miał bardzo gęsty wąs i dziwnie było się z nim całować. Później doszło między nami do seksu. Byłam aktywna, ale niestety nie udało mi się osiągnąć orgazmu. Później on mnie pieścił i dotykał. Po wszystkim powiedziałam mu: „To jest sen.” On odpowiedział, że mi nie wierzy. Powiedział, że mnie kocha i że to na pewno nie jest sen. Powiedziałam mu jeszcze raz, że to jest sen. I nagle jakby okazało się, że rzeczywiście jest to sen. Zapytałam go, jak się z tym czuje — z tym, że jednak jest tylko postacią w moim śnie. On tylko pokręcił głową. Pocałowałam go w czoło i powiedziałam: „Ja też cię kocham, ale muszę odejść do męża.”
Wcześniej tej samej nocy miałam jeszcze inny sen. Orzeł krążył po niebie. W pewnym momencie dopadł innego ptaka, rozszarpał go i zaczął go jeść. Byłam też z moim mężem i miało albo miało mieć miejsce bara-bara. Adrian jeździł Mustangiem. Chciałam pokazać Patrykowi, mojemu byłemu, że mamy Mustanga, ponieważ on lubił Mustangi. Później byłam w wannie, chyba z jakimiś innymi ludźmi. Jakaś dziewczyna chciała olejek kokosowy, więc poszłam po niego. Weszłam do wanny i byłam wtedy bardzo wulgarna. Przeklinałam na tych ludzi i ich wyzywałam. Później jednak nagle odpowiedziałam komuś miło. Pomyślałam, że właściwie wolę być miła, bo lepiej mi się żyje jako miłej osobie. Powiedziałam wszystkim, że mam dla nas wyzwanie: wszyscy mamy być dla siebie mili. Kto wygra, ten dostanie ode mnie nagrodę. Poszłam później na jakiś bazar i oglądałam figurki psów, ponieważ chciałam kupić je jako nagrody dla zwycięzców.
*
Miałam iść na randkę z jakimś ziomem, który miał dalmatyńczyka. Niby był to brat mojego Kentucky'ego. Trevor mnie gonił, a ja przed nim uciekałam, schodząc po balkonach w jakimś bloku. Uciekałam do mieszkania jakiejś babci, która miała kota. Później okazało się, że ten chłop od dalmatyńczyka wcale nie był chłopem, tylko babą. Była to taka duża baba. Potem szliśmy sobie jakąś wycieczką. Była noc i byłam na plaży. Skakałam w fale i wchodziłam do wody. Woda była ciepła, mimo że była jesień. W pewnym momencie nagle skoczyłam i poleciałam gdzieś na jakąś wyspę, gdzie odbywała się ta wycieczka. Porównywałam swoje dłonie z dłońmi tej baby. Ja miałam małe dłonie, a ona ogromne. W pewnym momencie, kiedy szliśmy, ktoś wziął mnie za rękę. Myślałam, że to ona, ale okazało się, że to jakieś dziecko. Później schodziliśmy schodami i przede mną była jakaś creepy piwnica. Nie wiem już, czy naprawdę tam była, czy tylko sobie ją wyobrażałam. Potem chyba znowu okazało się, że ta baba jest jednak tym chłopem i tylko udaje babę czy coś. Było między nami bara bara. Miałam być na nim, ale on nas przekręcił i znalazłam się na dole. On jednak się nie ruszał, bo nie umiał, więc to ja się ruszałam. Później jeszcze mnie dotykał i całowaliśmy się. Potem miał być jakiś ślub z jakąś babką. Jechałam autobusem i chciałam narysować dalmatyńczyka, żeby mu go pokazać. Chyba siedział przede mną. Na tym ślubie ta babka wcale nie chciała tego chłopa, ale i tak się pobrali, żeby potem się rozstać. Jeszcze później szłam z tym kolesiem i były tam owce i kozy. Stały wiadra z ich mlekiem, a ludzie je doili. Czułam się wtedy trochę jak w Minecrafcie. Miałam prawie pusty pasek głodu i musiałam coś zjeść, żeby nie umrzeć z głodu. Jadłam kurczaki — zarówno surowe, jak i pieczone — tak jak w Minecrafcie. W końcu zapełniłam sobie pasek głodu. Potem poszłam wziąć mleko, ale kozy zaczęły mnie stukać rogami. Uspokajałam je, żeby przestały. Obok ludzie doili kozy i owce, a mleko było w takich wiaderkach. Ten chłopak w pewnym momencie powiedział: – Chodźmy stąd, bo już mi się rzygać chce na ten widok mleka. Powiedziałam mu, że mnie też brzydzi mleko, chociaż doskonale wiedziałam, że to nieprawda i wcale mnie ono nie brzydziło.
*
Kapało z sufitu w kuchni i w sypialni prosto na łóżko. Przeciekał mi dach. Nosiłam mojego dalmatyńczyka na rękach. Miałam tabletkę musującą. W domu rodzinnym było widać przez dziurę górę, korytarz i mój pokój. Tabletka się rozpuściła, a ja trochę jej wyplułam. Mama od razu posądziła mnie, że rzygam. Przyszedł Fajgast i wymieniał papę na dachu na naszej części. Wspominałam wtedy, jak przy dachu pomagał nam kiedyś mój dawny przyjaciel Grzesiek. Adrian i jego teść nie mogli przyjść zrobić tego dachu, bo chyba któryś z nich złamał nogę. Mama odkryła na dachu pilnik i powiedziała, że to właśnie jest powód tego, że dach przecieka. Ktoś rzucił pilnik na dach, przez co dach zrobił się dziurawy i zaczął przeciekać.
*
Najpierw miałam sen o Arissce. Miałam takie wspomnienia, jak kiedyś z moim ojcem leżała na dole, a potem brała mnie na górę, żebym poszła z nią spać w nocy. Zabierałam jej ropki z oczek i w ogóle bardzo chciałam cofnąć czas. Później ją nosiłam i chciałam z nią gdzieś polecieć przez okno sypialni. Chciałam po prostu wyskoczyć razem z nią przez okno sypialni i gdzieś polecieć. Potem miałam sen, że był mój ostatni dzień pracy w poprzedniej firmie. Tylko że był poniedziałek, a w piątek dali mi jeszcze konsy, czyli po prostu przesyłki do zaopiekowania. Te przesyłki miały dziwną treść, taką prywatną. Były tam jakieś wiadomości w stylu: „Jak twoja mama pływa, to ma brzydkie spodenki” czy coś takiego. Na balkonie miałam biurko. To było takie jakby moje mieszkanie, ale zupełnie inne. Miałam mały, ciasny balkon, a na nim biurko i komputery. Była noc, a ja jeszcze pracowałam. Chciałam koniecznie zrobić te konsy, zanim definitywnie skończę swoją pracę. Uznałam, że super byłoby pracować na balkonie z komputerem, czyli mieć taką pracę zdalną. Później przyszła moja przełożona, a ja płakałam jej w ramię. Mówiłam, że kocham tę pracę i że może kiedyś po prostu uda mi się do niej wrócić. Potem poszłam gdzieś do galerii. Kiedy brałam swoje rzeczy, chciałam zabrać moje rękawiczki bez palców. Miałam dwie czerwone, a czarną miałam tylko jedną, bo drugą zgubiłam. Poszłam do galerii i w jakimś sklepie pokazywali mi różne rzeczy zawinięte w kolorowy papier, ze złotymi napisami. Później mnie żegnali i pozwolili mi wziąć kawę, jakieś mleko w proszku i inne takie rzeczy. Żegnali mnie, ponieważ odchodziłam z tej pracy.
*
Pisałam jakąś książkę i byłam umówiona z jakimś kolesiem. Wysłałam mu SMS-a, że nie mogę się doczekać, jak mi nie od tyłu wygrzmoci. Dzwonił do mnie ten numer potem. Okazało się, że to nie jego numer, tylko odebrał jakiś stary dziadek. To była jakaś agencja. Ja miałam jakieś małe dziecko pod opieką, szła inna jakaś kobieta i na mnie napluła. Poszłam umyć twarz. Ona szła za mną, żeby znowu na mnie napluć i napluła mi na nogi jakimś takim szlamem zielonym. Postanowiłam wziąć odwet. Jakoś wzięłam wszystkie rzeczy tej baby i ją samą, bo się nagle zamieniła w jakiś przedmiot, i wrzuciłam wszystko do jakiejś wanny i chciałam podpalić, ale oczywiście sen płatał mi figle. Więc powiedziałam tak jakby do tego snu: rzeczy w wannie palą się i ogień wszystko trawi. I dopiero wtedy wszystko zaczęło się, jak na polecenie, palić. Cały czas mówiłam polecenia: plastik stapia się i robi się papka. I tak się stało. Później zalałam wszystko wodą i wylałam te spalone prochy i papkę z plastiku gdzieś tam na glebę. Miałam jeszcze jakieś psy i puściłam je do ogrodu, żeby węszyły karmę. Chyba to był mój dalmatyńczyk i jeszcze jakieś inne.