Sny ostatnich dni (uwaga! Zmiana stylu - sny opisuję nagrywając je głosowo poprzez dyktowanie w telefonie - tak jest szybciej i łatwej, bo treści jest dużo):
Miałam dziś sen, w którym ktoś chciał mi coś zrobić. Wiedziałam, że jestem zagrożona, więc planowałam znokautować tę osobę. Zwabiłam ją do pokoju i po cichu wezwałam pomocnika — kobietę. Ten ktoś wszedł do jakiegoś domku i miał zaraz wrócić. W tym czasie zawołałam tę kobietę i mówiłam do niej coś szeptem, ustalając plan. Kiedy ten facet wyszedł z domku, kobieta — zamiast grać swoją rolę — zaczęła coś mówić przy nim. Wtedy zdradziła naszą zmowę. Ujawniła, że ja ją znam i że współpracujemy, chociaż miało wyjść na to, że w ogóle jej nie znam i nie mam pojęcia, co ona tu robi. Pomyślałam wtedy: „Ale wtopa, zjebała”. Miałam powiedzieć temu facetowi, że jej nie znam, ale on sam zaczął z nią rozmawiać i nie było już jak tego odkręcić. Później okazało się, że ten mężczyzna to Dyrektor. Następnie pojawił się widok z góry — jakby z monitoringu albo z nagrania. Widać było ludzi biegnących w popłochu. Dyrektor biegł razem z nimi, po czym nagle się zatrzymał i spojrzał na psa — boksera leżącego martwego, zastrzelonego na podłodze. Po chwili podniósł się i pobiegł dalej. Przewinęłam to nagranie i okazało się, że on wcale nie zatrzymał się po to, żeby sprawdzić, co z tym psem. Zatrzymał się, żeby coś powiedzieć do faceta, który upadł tuż przed nim.
Potem sen się zmienił. Miałam jechać na wakacje z moim mężem. Pojawiliśmy się w pokoju hotelowym, ale bez naszego psa. Powiedziałam Adrianowi, że nie ma sensu jechać na wakacje bez psa i że chcę, żeby był z nami. Próbowałam przywołać psa jakby przez teleport — chciałam, żeby po prostu przeniósł się do nas — ale to się nie udało. Adrian powiedział, że pewnie pies jest u teściów i że jest uwiązany łańcuchem przy budzie, dlatego teleport nie działa. Wtedy teleportowałam się na podwórko teściów, żeby sprawdzić, co się dzieje. Pies nie był uwiązany, ale okazało się, że znowu jest głupim szczeniakiem. Bardzo tego nie chciałam. Chciałam, żeby był dorosły, bo nie chciałam przechodzić tego wszystkiego jeszcze raz — całego okresu dorastania, jego głupot, tego etapu szczenięcego, który najchętniej wymazałabym z pamięci. Wróciłam z tym psem. Teleportowałam się razem z nim. Byliśmy nad jeziorem. Adrian grał w siatkówkę — jakby nad wodą, stał w wodzie. Zasady były dziwne: żeby zaliczyć poziom gry i wygrać, trzeba było uderzyć piłką kogoś w głowę. Chciałam iść z psem nad rzekę, ale Adrian nie chciał, bo cały czas grał w siatkówkę. Jeszcze wcześniej w tym śnie były prezenty od Mikołaja. Mikołajem był mój dawny crush — jakaś sympatia — która co roku zostawała tym Mikołajem. Mojej siostrze dał nowy samochód, a mnie coś innego wartościowego. Powiedział, że tym razem to ona dostanie swój samochód — czyli ja. Pod maską i brodą Mikołaja był właśnie ten mój crush. Chciałam spędzić z nim czas. Chciałam, żeby przestał już być tym Mikołajem, żeby zdjął maskę i po prostu był ze mną. Byłam też w jakiejś szkole podstawowej. Chodziłam do łazienki i czesałam włosy. Potem znów wrócił motyw, że chciałam iść nad rzekę z psem, ale Adrian nie chciał, bo grał w siatkówkę. Na końcu pojawił się smok. Ten smok palił — jakby pod wodą — inne smoki i ludzi. Odliczałam czas oraz paliwo, którego używał do tego palenia. Wszystko było bardzo dziwne, chaotyczne i niewyraźne. Były to krótkie, pourywane sny, które mieszały się ze sobą.
*
Śniło mi się, że byłam u mojej koleżanki, która jest jednocześnie koleżanką mojej siostry — Agnieszki P. Chowałam się przed nią, dosłownie jakby wnikając w firankę, i w tym samym czasie myłam zęby. Nie chciałam, żeby mnie znalazła. Była bardzo nachalna, cały czas próbowała spędzać ze mną czas, a ja nie miałam na to ochoty. W pewnym momencie wyszłam na dach jej domu. Dach był dziwny — wyglądał tak, jakby był pomalowany białą farbą i przypominał raczej ścianę niż prawdziwy dach. Nie było tam ani dachówek, ani papy, ani żadnego innego pokrycia — tylko gładka, biała powierzchnia w kształcie trójkąta. Na tym dachu znajdowały się jednostki zewnętrzne klimatyzacji, obudowane estetycznymi, metalowymi osłonami. Zwróciłam na nie uwagę, bo sama chciałabym obudować jednostki klimatyzacji u siebie. Zaczęłam komentować to Agnieszce i chciałam zapytać, gdzie kupiła te obudowy, ponieważ obecnie większość jednostek klimatyzacji jest bardzo duża, a ja nigdzie nie mogłam znaleźć odpowiednich, dużych osłon. Później znalazłam się w Rossmannie. Szukałam czegoś do brwi — pomady albo kredki. Trafiłam na pozłacaną kredkę, która okazała się tuszem do brwi. Był to ostatni egzemplarz. Użyłam go (testera) i pomalowałam nim brwi. Zaczęłam się jednak zastanawiać, czy ktoś wcześniej nie otworzył go i nie używał. Sprawdziłam szybko w internecie, czy da się znaleźć nowy, nieużywany tusz, ale nigdzie go nie było — znalazłam tylko używany egzemplarz na Vinted, zużyty mniej więcej do połowy. Ten, który trzymałam w ręce w Rossmannie, był cały, więc zdecydowałam się go wziąć. Następnie szukałam jeszcze brązowej kredki do brwi. Nie widziałam jej na wystawie i pomyślałam, że wszystkie zostały już wykupione. Poprosiłam więc ekspedientkę, żeby sprawdziła, czy nie ma jej w szafce pod stoiskiem z kosmetykami kolorowymi. Wyjęła ją z jakiegoś pojemnika i podała mi. Wzięłam tę kredkę, wiedząc, że mam na karcie dokładnie 14 zł. Byłam w sklepie z mamą i liczyłam na to, że ona zapłaci za zakupy, a ja później oddam jej pieniądze. Potem znalazłam się w okolicach PKP, przy zejściu do przejścia podziemnego. Przy samych schodach, na górze, ćwiczyliśmy podnoszenie sztangi. Były to jakieś zorganizowane zajęcia, był trener, który nas instruował. Podnosiłam sztangę i opuszczałam ją, i miałam poczucie, że tego dnia idzie mi to lepiej niż zwykle. W pobliżu stał helikopter. Spojrzałam na niego i zastanawiałam się, dlaczego w ogóle tam jest. Nagle wybuchło zamieszanie, a trener — niemal jak nauczyciel WF-u w szkole — kazał nam biegać w kółko. Zaczęliśmy więc biegać dużymi kręgami. Po chwili pojawiła się jakaś dziewczyna, która zaczęła nas rozganiać, mówiąc, że zajęcia dobiegły końca i wszyscy musimy iść do domu. Byłam sfrustrowana, bo miałam wrażenie, że to wszystko trwało zbyt krótko i nie zdążyłam się porządnie wybiegać. Jednocześnie wiedziałam, że jest już około godziny siedemnastej i że w końcu wrócę do domu i coś zjem, bo to była już moja pora. Nagle scena przeniosła się do mojego domu. Moje łóżko znajdowało się tuż nad wejściem. W środku był Adrian, który udawał chorego — miał obie nogi w gipsie. W pewnym momencie zadzwonił dzwonek do drzwi. Okazało się, że to kontrola z ZUS-u. Rozpoznałam te panie — wcześniej brały udział w zajęciach sportowych, biegały razem z nami w kółko, a ja nie wiedziałam, że pracują w ZUS-ie. Zaprosiłam je do mieszkania. Jedna z nich weszła w butach prosto na łóżko, a potem na podłogę, i dopiero później zdjęła buty. Pomyślałam wtedy, że będę musiała zmienić pościel. Panie powiedziały, że zrobią zdjęcia w mieszkaniu i zdjęcia mojego męża. Powiedziałam im, że w domu jest nieposprzątane, ale odpowiedziały, że to nie problem. Zapytałam je, co chciałyby do picia — odpowiedziały, że tylko wodę. Podałam im jednak coś w rodzaju drinków w szklankach oraz zupę ramen, zrobioną z makaronu instant. Chciałam jeszcze chwilę poczekać, zanim podam zupę, żeby makaron zdążył zmięknąć po zalaniu wrzątkiem. W końcu zaniosłam im ten posiłek do salonu.
*
Śniło mi się, że byłam w swoim pokoju w domu rodzinnym. Stały tam moje rośliny - juki. Jedna była mniejsza, wyhodowana przeze mnie od sadzonki — zaczęła już rosnąć, wytworzył się jej pień. Druga była większa, kupiona już jako dorosła roślina, również z pniem. W tym śnie wydarzyło się jednak coś dziwnego — wszystkie moje rośliny zaczęły obumierać. Ich liście robiły się brązowe. Nie wiedziałam, co zrobiłam źle. Cały czas zastanawiałam się, co mogło być nie tak w pielęgnacji. Po jakimś czasie ponownie weszłam do swojego pokoju i zobaczyłam, że juki są ścięte w połowie. Widziałam obcięte do połowy pnie obu roślin. Okazało się, że przyszła jakaś dziewczyna — chyba ogrodniczka. Chciała ratować te jyuki i obcięła je do połowy, planując wrzucić je do wody i ukorzenić z samych pni. Powiedziała, że włożyła je do wody z mydłem potasowym, żeby pomóc im się ukorzenić. Zasugerowałam, że mogę dodać do tej wody kilka kropli olejku neem, ale ona stwierdziła, że ma wszystkie potrzebne olejki do ratowania roślin i że nie trzeba dodawać neem — że nie muszę jej go dawać. Tak właśnie ucięła w połowie pnie moich juk. Moje lucky bamboo również obumierały. Później opowiadałam tej dziewczynie, jak bardzo szkoda mi tej mniejszej juki. Płakałam przy niej. Mówiłam, że miałam ją od małej sadzonki, że obumarła dokładnie w momencie, kiedy zaczęła tworzyć pień, kiedy tak dobrze rosła i wszystko było w porządku, a nagle zaczęła marnieć. Widziałam, jak mama zabiera tę jukę gdzieś ze sobą. Widziałam jej pieniek. Wtedy właśnie to mówiłam — że była ze mną od początku. Mama chyba zabrała ją na chwilę, żeby sprawdzić, co z nią zrobić, po czym po krótkim czasie przyniosła ją z powrotem, nadal obumarłą. Później pojawiła się scena jakichś zawodów. Trzeba było biegać dookoła i wygłupiać się. Miałam biegać razem z moim mężem. Ludzie mieli z tego niezły ubaw, bo wyglądało to tak, jakbyśmy mieli biegać dla zabawy, a wszystko było nagrywane i emitowane w telewizji. Był to jakiś program telewizyjny. Pamiętam też, że w tym śnie miałam mieć dziecko, byłam w ciąży. Zastanawiałam się wtedy, jak bardzo „przejebane” będę miała z małym dzieckiem i jak bardzo będzie to trudne.
*
Śniło mi się, że miałam jakąś sympatię, takiego crusha. Miał na imię Peter. Pisałam z nim. Mieszkał i pracował na północy Polski razem z Dorotą B., moją dawną przyjaciółką. W pewnym momencie mówił coś o niej, że to jego żona. Poszłam więc do Doroty, żeby ją skonfrontować. Okazało się, że ona nigdy nie była jego żoną i nigdy nią nie będzie — że to jego ex, ale nigdy nie byli małżeństwem. Wyszło też na jaw, że pracują razem. Peter mówił, że z nią pracuje i że do niej dzwoni. W pewnym momencie zadzwonił do niej, ale telefon odebrał jakiś facet. Peter bardzo się o to wkurzył. Zapytałam go, po co w ogóle dzwonił do swojej ex, a on tłumaczył, że pracują razem i chciał po prostu zapytać ją o grafik. Zdenerwowało go to, że telefon odebrał jakiś jej kolega. Poszłam ponownie do Doroty. Nagrywałam rozmowę i pytałam ją, kim jest ten kolega i dlaczego jej „mąż” jest zazdrosny. Wtedy ona wyjaśniła, że to nie jest jej mąż, że nigdy nim nie był. Nagle znalazłam się w tej samej pracy co oni. Przyszedł tam Peter. Miał na imię Peter, ale mówił po polsku, chociaż był z zagranicy. Siedzieliśmy na parapecie, a miejsce przypominało trochę szkołę. Wziął mnie za rękę i powiedział, żebym wybrała coś ze stołówki, że on zapłaci. Widziałam wcześniej, jak sam jadł na stołówce — siedział i memlał kanapkę. Wtedy dopiero zorientowałam się, że on naprawdę tam jest, i byłam niebowzięta, że w końcu mogę spotkać go na żywo. Powiedziałam mu, że to jeszcze nie jest moja pora na jedzenie. Wziął mnie za rękę, przytulił, a potem mnie pocałował. Zwróciłam mu uwagę, że jesteśmy w miejscu publicznym i że nie możemy tak robić, ale on odpowiedział: „No i co z tego?”. Później poszliśmy w tango, na całego. Dotykałam go przez spodnie, a potem nagle byliśmy bez ubrań i na parapecie doszło do ostrej, dzikiej akcji w pozycji misjonarskiej. Proponowałam, żebyśmy poszli na zaplecze, ale on powiedział, że woli tutaj — i tak właśnie na tym parapecie było naprawdę ostro. Nagle nastąpiła zmiana sceny. Byłam w domu rodzinnym, w wannie. Wanna była bardzo głęboka — zanurzyłam się w niej cała, jakby miała nawet dwa metry głębokości. Do łazienki weszła moja siostra. Powiedziałam jej: „Zobacz, co ci pokażę”, i zanurzyłam się cała pod wodę. Czekaliśmy, aż Adrian wróci z pracy. W pewnym momencie wszedł tata i powiedział, że będzie smutna historia. Zaczęliśmy się martwić o mojego męża. Chciałam do niego zadzwonić z telefonu siostry, ale nie pamiętałam numeru, więc musiałam iść po swój telefon, który się ładował, żeby go spisać. Wyszłam z wanny. Tata znowu wszedł i poprosił o węgiel. Okazało się, że ma rozwolnienie i to była ta jego „smutna historia”. Poczułam ogromną ulgę, jakby spadł mi kamień z serca, bo nie chodziło o to, że coś stało się Adrianowi. W międzyczasie pisałam z Peterem. Napisałam mu, że mi się śnił — że zrobiliśmy wszystko od pocałunków aż po dziki seks, że byliśmy u niego w pracy. Cały ten wcześniejszy ciąg wydarzeń okazał się snem w śnie. Wysyłałam mu emotikony jak z Gadu-Gadu: kiss, sex, hug. Myślałam sobie, że Adrian powinien iść do straży albo do wojska i dostawać delegacje, żeby mógł wyjeżdżać, a ja mogłabym zapraszać do siebie Petera. Sprawdzałam, skąd Peter jest — okazało się, że z północy Polski. Pomyślałam: „O kurwa”. Planowałam pojechać do niego w weekend, ale nie wracać na noc. Zastanawiałam się, jak to wszystko pogodzić, mając męża. Wcześniej byłam o Petera bardzo zazdrosna i ciągle mu dogadywałam, że „niech idzie do żony, do Doroty”. Byłam o Dorotę bardzo zazdrosna. On jednak nie chciał do niej iść. Pracowali razem, ale trzymali się na dystans i mieli ze sobą mało kontaktu. Widziałam to na własne oczy, kiedy pracowałam razem z nim w tym miejscu przypominającym szkołę.
*
Śniło mi się, że zabierałam takie jakby kuny z drogi. To były chyba łasice. Zabrałam jedną z nich i chciałam ją gdzieś bezpiecznie odstawić. Była zamknięta w kartonowym pudełku i cały czas próbowała się z niego wydostać. W pewnym momencie jechałam samochodem, a ta łasica siedziała obok mnie, na miejscu pasażera. Próbowała wyjść z pudełka, a ja próbowałam je zamknąć. Przez przypadek przytrzasnęłam jej głowę, ale na szczęście zdążyła ją cofnąć i nic jej się nie stało. Ktoś chciał ją zabić, uważał ją za szkodnika. Ja natomiast wiozłam ją w tym pudełku po to, żeby wypuścić ją na wolność. Później pojawiła się scena w ogrodzie przy domu rodzinnym moich rodziców. Przychodziły tam różne zwierzęta: łasice, koty, króliki, lisy. Przychodziły, ponieważ dawałam im tabletki na odrobaczenie i na inne pasożyty. Wołałam je do siebie, a one podchodziły tak, jakby rozumiały ludzką mowę. Podawałam im te tabletki. Bardzo się dziwiłam i cały czas to komentowałam — że te zwierzęta do mnie podchodzą, że mam niesamowite podejście do wszystkich zwierząt. Były tam też ptaki. Jednym z nich była zielona papuga ara. Zastanawiałam się, czy jej również mogę podać taką tabletkę. Szukałam informacji — chyba w internecie, na jakimś forum, albo pytałam ludzi, którzy byli obok mnie. Ktoś odpowiedział mi, że nie mogę dać tej papudze tabletki, ponieważ jest ptakiem, a tabletki, które rozdawałam, są przeznaczone wyłącznie dla ssaków. Pamiętam, że chodziłam po ogrodzie i wołałam na głos: „Czy są tu jakieś łasice? Czy są tu jakieś łasice?”. Wtedy wszystkie łasice zbierały się razem i przybiegały do mnie, a ja dawałam im tabletki na pasożyty. Miałam do opisania przepis — recepturę — na te tabletki oraz na spray przeciwpasożytniczy. Musiałam to wszystko spisać w komputerze, w Wordzie. Wiedziałam też, że muszę dodatkowo spisać kilka moich wcześniejszych snów, co bardzo mnie frustrowało (dużo na głowie). W pewnym momencie jedna z łasic przyszła do mnie do łóżka. Byłam producentem sprayu, którego cała filozofia polegała na spryskiwaniu łasic oraz wszystkich przedmiotów, z którymi miały kontakt. Były to łasice, fretki i inne zwierzęta z rodziny łasicowatych. Ta łasica weszła do łóżka i zaczęła trącać mnie wąsami, żebym się obudziła i jej pomogła. Okazało się, że jakiś chłopak wysłał ją do mnie, żebym ją spryskała tym sprayem. Spałam wtedy w łóżku z moją mamą, w jej sypialni. Jeszcze wcześniej, zanim ta łasica do mnie przyszła, wydarzyła się sytuacja, że moja mama była na mnie zła, bo podczas snu przypadkowo kopnęłam i coś spadło z łóżka, uderzając o podłogę. Mama się obudziła, zła na mnie. Nic nie powiedziałam na głos, ale pomyślałam, że jest hipokrytyczna — bo kiedy coś przypadkiem spadnie z jej strony łóżka, udaje, że nic się nie stało, a kiedy coś spadnie z mojej strony, robi się dramat. Ta łasica należała do tego chłopaka, który ją do mnie przysłał. Później dzwoniłam do niego przez telefon i omawialiśmy szczegóły usługi. Zapłacił mi z góry — była to przedpłata, chyba 35 zł. Moim zadaniem było wzięcie łasicy z jej lokum — z pudełka lub klatki — spryskanie jej sprayem przeciwpasożytniczym oraz spryskanie wszystkich jej akcesoriów, które znajdowały się w klatce. Cały czas byłam z tym chłopakiem na łączach. Było już bardzo późno, dzwonił do mnie późno w nocy, chyba przed północą. Cały czas omawialiśmy, co dokładnie muszę zrobić z tą łasicą. Nagle zmieniła się scena. Nie byłam już w swoim pokoju, tylko na jakiejś hali, w dużym budynku. Pojawiła się tam cała rodzina tego chłopaka. Chcieli zobaczyć, jak spryskuję sprayem łasicę i wszystkie jej rzeczy. Zaczęłam spryskiwać łasicę oraz jej akcesoria. Rodzina zaczęła coraz bardziej wydziwiać. Mieli koszyk, do którego wkładali wszystkie już spryskane rzeczy i te, które jeszcze nie były spryskane. Cały czas jednak dokładali coś nowego. Wyciągali z mojej szafki różne przedmioty i dorzucali je do koszyka. Wyjęli między innymi zupki chińskie. Dzieci wrzucały wszystko do koszyka. Zajrzałam do środka i zobaczyłam, że są tam także zupy z soczewicy w torebkach. Nie chciałam, żeby dzieci zabierały moją ulubioną zupę z soczewicy. Wzięłam więc inną zupę z soczewicy i podeszłam do rodziców tych dzieci. Powiedziałam im, że odradzam tamtą zupę, a polecam tę drugą, bo jest lepsza w smaku. Zgodzili się, więc spryskałam tę zupę sprayem i włożyłam ją do koszyka. Chwilę później zaczęłam tego żałować — to jednak była moja ulubiona zupa z soczewicy. Pomyślałam, że mogłam im zostawić tę gorszą, skoro i tak ją chcieli. Doradzałam im też, żeby wzięli sezam z szafek, ponieważ miałam bardzo dużo opakowań. Mówiłam, że świetnie nadaje się do prażenia na patelni. Jedno opakowanie sezamu również trafiło do koszyka. Z czasem wszyscy ci ludzie zaczęli robić się coraz śmielsi. Dzieci zaczęły wyciągać z mojej szafki długopisy — zabierały wszystkie moje ulubione. Po cichu zabierałam je z powrotem i odkładałam do szafki. Zabierali coraz więcej rzeczy. W końcu uznałam, że tak dalej być nie może i że muszę policzyć im dodatkowo za wszystkie rzeczy oraz za całą usługę. Spojrzałam na zegarek — była prawie druga w nocy. Wiedziałam, że następnego dnia muszę iść do pracy i wstać o szóstej rano. Zaczęłam liczyć i doszłam do wniosku, że mam tylko cztery godziny snu, a powinnam mieć osiem. Powiedziałam tym ludziom, że muszę już iść, bo mam tylko cztery godziny snu. Zastanawiałam się, czy za to, że zabrali mi tak dużo czasu i przez to będę niewyspana, również powinnam doliczyć do usługi. Kiedy chciałam już wyjść i wrócić do domu, zaczęłam szukać rodziców tych dzieci. Pytałam dzieci, gdzie są ich rodzice, ale nigdzie ich nie było. W końcu znalazłam matkę tych dzieci na sali konferencyjnej. Okazało się, że prowadziła tam jakieś zajęcia. Sala była ogromna, wyglądała jak sejm — pełno ludzi siedziało na trybunach. Było mi głupio wejść i ją zaczepić, ale wiedziałam, że nie mam czasu. Weszłam więc na salę i poprosiłam ją, żeby podeszła do mnie na chwilę. Wszyscy się patrzyli. Powiedziałam jej, że jest bardzo późno i że muszę iść spać. Odpowiedziała „okej” i natychmiast chciała wrócić do przemówienia. Zatrzymałam ją jeszcze, mówiąc: „Chwileczkę, chciałabym jeszcze coś powiedzieć”, bo bałam się, że odejdzie, zanim zdążę. Wtedy powiedziałam jej, że policzę dodatkowo za usługę, ponieważ bardzo dużo rzeczy zostało dodanych do koszyka i straciłam przez to bardzo dużo czasu. Zrobiłam coś, czego sama nie chciałam zrobić — zamiast po prostu postawić granicę, zapytałam ją, czy to w porządku i czy mogę policzyć dodatkowo. Od razu ugryzłam się w język, myśląc, że znowu jestem zbyt uległa i za miła. Ku mojemu zaskoczeniu matka powiedziała, że oczywiście powinnam policzyć więcej, żeby dzieci nauczyły się, że nie można dorzucać tyle rzeczy do koszyka. Wiedziałam, że mam tylko cztery godziny snu, ale jednocześnie wiedziałam, że to sen — że budzik i czas działają jak chcą i że być może nie jest jeszcze druga w nocy, tylko dopiero około dwudziestej trzeciej i że tak naprawdę mam przed sobą całą noc. Kiedy oddalałam się od tej matki, zamieniłam się w wilka i zaczęłam biec. Wbiegłam w coś w rodzaju teleportu — okrągłego portalu, który miał mnie przenieść prosto do łóżka, żebym mogła pójść spać. W tym momencie się obudziłam. Pamiętam jeszcze, że wcześniej, zanim poszłam szukać tej matki, podeszłam do blatu i wzięłam tabletki nasenne, które miały mnie wyciszyć i przygotować do snu. Bałam się, że przez emocje nie zasnę i zarwę noc. Z trudem połknęłam te tabletki, a potem poszłam szukać tej matki.