Szedłem z kimś nieznaną drogą. Szukaliśmy biblioteki. Niedaleko był wieżowiec. Ten ktoś powiedział, że tam są książki. Rzeczywiście było widać, że na kilku piętrach są tam książki. Jednak wiedziałem, że ta biblioteka jest zamknięta i nie weszliśmy do niej. Poszliśmy dalej szukać biblioteki w galerii handlowej. Znaleźliśmy wejście do biblioteki i tam poszliśmy. Ten ktoś kto ze mną był, chyba to była jakaś dziewczyna, zaczął szukać dla siebie jakiejś książki. Widziałem jakieś figurki na półce. Też szukałem książki. Znalazłem serię ładnie wyglądających książek. Wziąłem jedną. To było coś o czymś azjatyckim albo japońskim. Otworzyłem książkę i przekartkowałem. Było tam mnóstwo obrazków. Nagle ktoś mnie zaatakował. To był wampir lub jakiś zombie. Zacząłem go odpychać tą książką. Wychodziliśmy już z biblioteki. Poszliśmy na przystanek autobusowy. Autobus R się nie zatrzymał, ale szybko pobiegliśmy na następny przystanek i dogoniliśmy ten autobus. Tamta dziewczyna wsiadła i usiadła na siedzeniu. W przejściu stanęła gruba ciemnoskóra kobieta. Musiałem się przepychać. Udało mi się i sen się skończył.
Siedziałem w szkolnej ławce. Nogi miałem jakoś z boku poza ławką. W klasie zjawiła się pani z zerówki. Przesunąłem wtedy nogi pod ławkę. Była też nauczycielka z podstawówki od klas 1 do 3. Nagle wstaliśmy i zaśpiewaliśmy jej "Niech żyje żyje nam", bo miała właśnie urodziny. Na koniec śpiewania koleżance Kamili wyrwało się "niech śpi nam". Powiedziała jeszcze "czy ja powiedziałam 'śpi'?". Oczywiście nie uświadomiłem się wtedy. Usiedliśmy z powrotem do ławek. Ciągle znajdowałem jakieś długopisy i automatyczne ołówki. Wkładałem je do piórnika. Czegoś szukałem w plecaku. Gdy go otworzyłem, poczułem zapach kanapek. Były trzy duże kanapki. Nie znalazłem tego czego szukałem.
Była jakby wojna. Ludzie z Irlandii przeciwko ludzi z Wielkiej Brytanii. Szliśmy w jakiejś grupie. Kilka osób zaczęło uciekać. Ja pobiegłem za nimi. Najpierw po trawie, za bloki, potem po jakiejś ścieżce. Stała tam ciasno grupa małych dziewczynek. Zamachałem rękoma, a one się z tego powodu zdenerwowały. W ogóle one były jakby niewidzialne. Pobiegłem dalej. Podniosłem ręce tak jakbym się czegoś trzymał i wszedłem dzięki temu po schodach. Potem wpadłem w dół do "groty", która była dużą salą, lekko przyciemnioną. Stały tam dwa stare kineskopowe telewizory. Na jednym z nich był włączony jakiś film. Usiadłem przed telewizorem, ale zasłaniałem jakiejś pani, więc wziąłem pufę z lekko obdartą poduszką i usiadłem z boku. Za chwilę cofnęło mnie do początku snu. Tym razem spotkałem się z trzema kolegami, chyba tymi samymi co uciekali wcześniej. Jeden z nich powiedział do drugiego, aby ten opowiedział swój sen. Nie mógł nic powiedzieć, więc ja opowiedziałem mój sen. Potem jeszcze się coś działo, ale nie pamiętam.
Gdzieś tam idę z kimś na dworze. Nagle patrzę, a tu skacze do nas Spider-Man. On zdejmuje maskę. Skądś mam też podobną maskę. Daję mu ją. On chce ją założyć. Mówię, że moja maska jest ośliniona. I tak zakłada. Okazuje się, że to Superman. Stoimy pod szkołą. Ja i syn Supermana i ten ktoś z kim przyszedłem mamy lecieć z Supermanem. No to lecimy. Lecimy coraz wyżej, jesteśmy nad chmurami. Ktoś z nich pomyślał, że to będzie już za wysoko dla mnie. W ogóle patrzę, a to się okazuje, że przytrzymują mnie ręce Supermana. Czyli to nie ja sam leciałem. Za chwilę lądujemy. Próbuję znowu polecieć, ale się nie udaje mi, jedynie skaczę sobie.
W piwnicy jest sklep spożywczy. Mam coś kupić dla siostry. Biorę kilka różnych czekoladowych słodyczy, jakieś wafelki i banany. Przy kasie płaci właśnie jakaś pani. Kasjerka pyta o jej dane. Ta mówi swoje imię i nazwisko. Ma takie samo jak moja mama, ale to ktoś inny. Dodaje, że mieszka w Ameryce i odchodzi od kasy. Idę do kasy i płacę. Mam w kieszeni krótkich spodenek dwa razy po 20zł. Nagle przychodzi moja mama. Mówi, że to co ja kupiłem to tylko mała część. Bierzemy torbę wielkich solonych pistacji, kosztujących 20zł. Te okazują się jakieś dziwne. Nie są pojedyncze, tylko jakby w strączkach. Przechodzimy obok działu z kosmetykami. Mówię mamie o tej pani co miała takie samo imię i nazwisko. Wychodzę z piwnicznej części sklepu i idę daleko korytarzem. Szukam zwykłych pistacji. Nigdzie nie mogę znaleźć ich i chcę wrócić. Po drodze zapominam nazwy tego czego szukałem. Ciężko się mi idzie. Uciskam lewą nogę, ale idę bardzo powoli.
Idę na dworze. Przylatują dwie kawki. Jeden z ptaków ma więcej niż dwoje oczu, może z dziesięć nawet. Jedna kawka chce mnie dziobnąć. Odganiam ją patykiem. Idzie dziewczynka z dziadkiem. Ona idzie o kulach. Jedna kula jej wypada z ręki. Dziewczynka płacze. Podaję jej kulę. Idziemy teraz tamtym korytarzem do sklepu.
Szedłem sobie podziemnym korytarzem. Panowała tajemnicza atmosfera. Stały pod ścianą dziwne meble. Był tam wielki telewizor, który coś wyświetlał. Skręciłem w lewo i tam był mniejszy telewizor i jakaś duża szkatułka z czymś tam. Otworzyłem ją i wyjąłem wiele drobnych rzeczy. Potem znowu skręciłem korytarzem i tam była lada. Za ladą stała jakaś starsza pani, uśmiechała się. Skojarzyło mi się, że to jest wiedźma. Miała przy sobie kociołek z zupą. Podszedłem i powąchałem. Dalej poszedłem tym korytarzem i tam była za ladą druga czarownica. Także miała kociołek z zupą. Potem otworzyłem drzwi na końcu tego korytarza i sen się zmienił. Tym razem oglądałem z kimś (były chyba dwie osoby) na telewizorze coś jakby grę komputerową pokazującą właśnie to miejsce, które przeszedłem. Kamera była głównie ustawiona w dół, więc słabo się to oglądało. Gdy doszliśmy do tej szkatułki, znowu ją otworzyłem i znowu wyjąłem dużo drobnych przedmiotów. Najbardziej zapamiętałem wypolerowany minerał zawieszony na breloczku. Zastanawiałem się jak ja go zatrzymam skoro to się działo na ekranie telewizora, ale jakoś wyjąłem ten kamień i w ciemności się w niego wpatrywałem. Był podobny do bursztynu. Coś było w nim zatopionego. Sen znów się zmienił. Był słoneczny dzień. Szedłem niedaleko domu z jakimiś kolegami (tymi co z nimi to na telewizorze oglądałem to miejsce). Szukaliśmy wejścia do tego dziwnego miejsca, ale coś się zmieniło i to było gdzie indziej. Około pięć budek stało obok siebie. Były chyba spalone. Gdzieś poszliśmy, ale się potem wróciliśmy do tych budek. Chyba tam jest jednak to wejście. Rozwaliliśmy drzwi jednej budki i pojawiły się schody prowadzące na górę. Dziwiłem się, bo pomyślałem, że skoro to były podziemia, to schody powinny prowadzić na dół, ale no nic, weszliśmy tam. Pojawiła się tam jakaś pani. Powiedziałem jej dzień dobry. Okazało się, że tam jest dosyć wysoko. Tam w dole były jakieś piwniczne miejsca. Możliwe, że między innymi biblioteka. Zeskoczyłem tam. Koledzy za mną. Coś ktoś do mnie powiedział. Zauważyłem zamknięte przejście do tego dziwnego korytarza, było bardzo malutkie. Otworzyłem je i wszedłem. Znowu tam byłem. Wskazałem na telewizory i mówiłem, że choć tam nie ma kamer te ekrany pokazują nas. Jednemu z kolegów to w ogóle nie interesowało. Pokazałem jeszcze na tą szkatułkę i na wiedźmę z zupą, ale sobie poszedł dalej. No to też szedłem dalej. Druga osoba, kolega czy ktoś przytrzymał się mnie ręką. W ogóle był mały na kilka centymetrów i jechał na takiej jakby przyczepie. Odepchnąłem go, bo nie chciałem mieć z nim nic wspólnego. Dogoniła mnie ta pani co była na schodach. Powiedziała do mnie "teraz już wiesz, że gdy się nauczyłeś chodzić...". Nie wiem za bardzo o co jej chodziło, chyba o chodzenie w snach. Otworzyłem drzwi. Tam było wyjście na miasto. Był słoneczny dzień. Cofnąłem się do środka. Była tam odnoga korytarza i inne wyjście. Ktoś powiedział, że jest tam minus 35 stopni Celsjusza. Padał śnieg. Wyszedłem i chwilę tam postałem. Jednak się wróciłem. Nie chciałem tam dalej iść. Tam było wejście do labiryntu dla dzieci. Dzieci, które tam wchodziły gubiły się i rzadko wychodziły. Nagle ta pani chwyciła mnie za rękę i zaczęliśmy biec zupełnie innymi korytarzami. Tam był jakiś szpital. Widziałem napis "Nano szpital". Bałem się, że będą znowu chcieli mi zrobić zastrzyk jak to w innych moich snach, ale nie. Widziałem kogoś niby znajomego, jakiegoś starszego pana. Siedział w poczekalni. Miał amputowaną nogę i założoną złotą protezę. Pobiegliśmy dalej. Ta pani powiedziała, że chce abym coś zobaczył. Na podłodze leżał śnieg. Nie chciałem na to patrzeć i gdy otworzyły się drzwi, skierowałem się w ich stronę. Zanim wyszedłem z autobusu obudziłem się.
Byłem na dużym balkonie nieznanego mieszkania na wysokim piętrze. Rzuciłem na dach zepsutą klamerkę i coś jeszcze. Pamiętam niebieską linkę. Dziwnie mi się szło, jakbym był pijany. Dobrze, że nie wypadłem poza balkon. Wyszedłem z balkonu do mieszkania. Szedłem uliczką. Miałem ze sobą małą konewkę i miałem iść po wodę. Poszedłem przed dom, skąd ponoć się wyprowadziliśmy kiedyś. Przy drzwiach był w ścianie kran. Trochę wody wlałem, ale mało, bo pani, która tam mieszkała otworzyła drzwi i zauważyła mnie. Niby oni, ci którzy tam teraz mieszkali, nie lubili nas. Uciekłem stamtąd. Ktoś siedział na ulicy i przyglądał się niewielkiej dziurze w ulicy. Patrzę, a tam 5zł. Oczywiście biorę. Pod tą monetą są następne, coraz więcej i coraz dziwniejsze. Zbieram garściami. Rzucam je na ulicę, mówiąc że rozdaję pieniądze. Miałem brudne, klejące ręce, więc musiałem poszukać łazienki. W męskiej łazience ktoś przytrzymywał drzwi, ale udało mi się otworzyć je. Okazało się, że jacyś chłopcy tam stoją i coś robią. Uśmiechają się jakby przyłapani na gorącym uczynku. Trzymali chyba książki. Sprawdzam dwie kabiny, ale są jakieś dziwne, nie ma tam zlewu, ani muszli. Zawalone jakimiś rzeczami. Idę do łazienki dziewczęcej. Kran był dziwnie schowany między jakimiś rurkami, ale znajduję go. Szybko myję ręce niewielką ilością wody.
Kończy się przerwa i idziemy do klasy. Wchodzę do sali i widzę, że wszystkie krzesła zajęte są, nie ma dla mnie miejsca. Jednak okazuje się, że to nie moja klasa. Sprawdzam jeszcze w głębi sali coś i wychodzę. Ktoś za mną z tamtej nie mojej klasy idzie. Mówi coś o czasie, że mam czas w dłoni. Mówił też coś, że będę dużo podróżował samochodem i pociągiem. Pokazuję zaciśniętą dłoń i mówię, że mam czas. Potem znajduję moją klasę, czekamy przed drzwiami na panią. Kolega podstawia mi nogę. Nie przewracam się, na chwilę unoszę się w powietrzu pochylając się do przodu. Siadam pod ścianą i jakby zasypiam na bardzo krótki czas. Mam założony hełm, przez który nic nie widać i jakiś kombinezon. Ktoś pomaga mi zdjąć ten hełm. W hełmie tym były kolce, które wbijały się w szyję. Okazuje się, że obudziłem się w przyszłości. Leżę może na łące, a elfy pomagają mi wstać. W rękawicach też były takie kolce i chwilę trwało, aż wyjąłem ręce. Któryś z elfów jeszcze odcinał coś, jakąś taśmę, z prawego buta, a już z lewego nie zdążył. Świat ten został zaatakowany przez najeźdźcę z kosmosu. Wszyscy, gdzieś biegli. Jedni walczyli, a inni uciekali do schronów. Widziałem w oddali miasto z wieżowcami. Tam zaatakował King kong. Skierowałem się do schronu za innymi. Nagle ten niby King kong i dwóch innych obcych znalazło się blisko nas. Biłem się z nimi na pięści. Potem nie wiem co się działo, chyba sen się zmienił. Byłem z jakąś dziewczyną w jej pokoju. Znaleźliśmy płyty CD z muzyką. Wzięliśmy jedną, zatytułowaną "Haakers and the wheel", czy jakoś tak. Miała okładkę w odcieniach zieleni i tam była na niej narysowana cytryno wiewiórka, która prawdopodobnie śpiewała. Otworzyliśmy to. Tam było tak na prawdę aż pięć płyt, jedna główna i cztery dodatkowe. Ojciec dziewczyny wziął te płyty. Chciał włączyć inną płytę. Mówię do dziewczyny, że w takim stanie czy rzeczywistości (nie chciałem mówić, że to sen) będą tylko słyszalne trzaski i szumy. Obudziłem się w białym dużym pokoju. W pokoju tym oprócz mnie była jeszcze mama na oddzielnym łóżku i jeszcze ktoś. Chciałem jak najszybciej sprawdzić ten tytuł płyty CD. Miałem półprzymknięte oczy. Wstając zahaczyłem o taboret, który przewrócił się z głośnym trzaskiem. Chwyciłem za telefon. Najpierw myślałem, że to telefon mamy, ale nie, to był telefon kogoś innego, jakiejś dziewczyny, która go tam zostawiła. Miał okładkę w kwiaty i był podpisany. Nie mogłem go odblokować. Znowu się "obudziłem". Tym razem byłem z grupą osób. Cofnęliśmy się w czasie o jakieś 20 lat, a może więcej. Przez chwilę widzę wszystko w bieli, aż zaczną wyłaniać się kształty otoczenia. Mówię, że tak, to na pewno nasza dzielnica. Wchodzimy poprzez plac zabaw na górkę do mini lasu i jakby unosimy się w powietrzu. Ktoś mówi "dzieci was nie widzą". Potem przechodzimy przez ulicę. Widzę różne osoby, w tym te które już w rzeczywistości nie żyją. Biegniemy przez trawnik goniąc pomniejszającą się niebieską kulę energii. Każdy kto ją dotknie znika i wraca do odpowiedniego czasu. Dotykam ją i budzę się.
Jakaś dziewczyna ustawiła na środku ulicy stolik z różnymi świątecznymi ciastami. Właśnie wychodziłem z klatki schodowej. Miałem kawałek jakiegoś ciasta. Zauważyłem wtedy tą dziewczynę i poszedłem w jej kierunku. Coś do mnie mówiła, wyraźnie słyszałem. Położyłem to ciasto na jej stoliku z innymi ciastami, a sam chciałem spróbować czekoladowego ciasta. Później zauważyłem dziwny samochód, który tam niedaleko stał. Był koloru żółtego. W środku znajdowała się walizka. To ona mnie zainteresowała. Jakoś udało mi się wsiąść do tego samochodu. Z tyłu zostawiłem dwa pluszaki. Na dworze było ciepło, ale w środku samochodu zrobiło się bardzo zimno. Wiedziałem, że to przez ciekły azot albo jakiś radioaktywny pierwiastek składowany właśnie w tym samochodzie. Chciałem jak najszybciej wyjść na zewnątrz, ale nie mogłem otworzyć drzwi. Zadzwoniłem, więc do mamy, aby jakoś mi pomogła. Przyszła moja siostra. Gdzieś dzwoniła, niby do właściciela tego auta. Znalazłem jednak jakoś klucz. Był giętki. Otworzyłem drzwi i wysiadłem. Otworzył się drugi samochód stojący obok. Właściciel samochodu właśnie wychodził z domu. Był to ciemnoskóry mężczyzna. Coś do mnie mówił. Powiedział, że nie dostanę jeść dzisiaj. Uśmiechał się. Oddałem mu kluczyk, który spadł mi na ziemię. Dwóch robotników coś sprawdzało w tym samochodzie. Wziąłem jeszcze dwa pluszaki z tyłu i sen się skończył.
W kuchni była mama. I patrzyliśmy właśnie przez okno kuchenne. Tam, gdzie był plac zabaw, a teraz już go nie ma tylko trawa rośnie, stało bardzo dużo samochodów. Takich super nowoczesnych. Po lewej stronie stało nawet kilka takich samych samochodów (chyba żółtych). Powiedziałem do mamy, że pewnie parking tu będą robili. Gdy odszedłem od okna zauważyłem, że tak na prawdę byliśmy w autobusie. Mama nadal wpatrywała się w okienko i nie chciała wysiadać. Byliśmy daleko od miejsca zamieszkania, gdzieś w centrum Gdyni.