Wiedziałem, że to sen. Wstałem, więc z łóżka i stanąłem obok w ciemnościach. Widziałem swoje nogi, ale nie czułem ich. Postanowiłem nie wychodzić z pokoju tylko poobserwować co się dzieje za oknem. Widziałem tam jakieś zmieniające się świetliste konstrukcje, trochę przypominały rusztowania.
"Obudziłem się" i od razu wyszedłem z pokoju. Robiłem kilka razy test z nosem, mogłem oddychać, ale nic mi to nie dało, a chciałem się obudzić. Poszedłem wtedy na balkon. Drzwi były jakieś inne. Wyszedłem z balkonu przez bramkę balkonową. A tam wszystko pozarastane roślinnością, las. Pomyślałem, że to przyszłość. Nie było innych budynków, tylko jak poszedłem na prawą stronę, zauważyłem ruiny czegoś co zidentyfikowałem jako kościół. Chciałem tam się dostać, ale się obudziłem.
Wkładałem długopisy do zeszytów i do plecaka. Zauważyłem dwa niebieskie bardzo podobne do siebie długopisy, jeden był trochę mniejszy. Plecak był bardzo ciężki i musiałem bardzo się wysilać idąc. Skądś miałem karabin w ręku i jakąś kartkę, która przedtem była czymś innym. Przed wyjściem ze szkoły zostawiłem broń na podłodze, tak aby nikt nie zauważył. Kilka innych osób też tak zrobiło. Gdy wychodziłem, nauczyciel pilnujący wejścia przyczepił się do mnie o tą kartkę. Jakoś się tłumaczyłem mu skąd to mam i w końcu to oddałem. Myślałem, że zauważył jak zostawiałem karabin w szkole, ale na szczęście nie. Potem spotkałem się z jakąś koleżanką, która coś tam robiła. Też przedtem miała broń. Co się działo przed tymi wydarzeniami, to ja nie wiem.
W tym śnie też nie wiem co się działo przedtem. Stałem w jakimś budynku przed windą i obserwowałem. Weszło parę osób. Wiedziałem, że mają ładunki wybuchowe i będą je podkładać. Ktoś pilnował przy windzie. Mówił do innych, aby się nie przejmowali niczym i aby poszli się przewietrzyć. Powiedziałem im, że podłożono ładunki wybuchowe i cały ten budynek zostanie zburzony. Nie wiem czy była panika czy nie. Za chwilę przyszli jacyś moi koledzy i weszliśmy do tej windy. Winda wydawała się być fraktalna, zmieniająca się. Kilka osób weszło nie do tej części windy. Jeden z kolegów podał mi rękę i pomógł przejść do drugiej części windy przez jakieś kolorowe fraktalne przejścia. Udało się i pojechaliśmy do góry. Tam stało biurko i jakaś straszna czarna istota. Krzyczała "kamienie, kamienie!". Ci koledzy jakoś przeszli przez schody, w dół do wewnątrz czy jakoś tak, przez zasłonę. Jak próbowałem przejść w dół schodów, utknąłem, bo byłem za duży i ta istota mnie dogoniła. Potem sytuacja się powtarza, ale tym razem obchodzę schody i staję na tym biurku. Tamto straszydło ma coś ostrego i mnie tnie jak nożem. Niby się budzę. Przychodzą ci koledzy czy ktoś inny. Opowiadam im co się wydarzyło tak jakby to był film. Mówię im, że na pewno będzie druga część i będziemy za rok oglądać. Jeden z nich powiedział, że na pewno nie. Miałem jeszcze te ostre przybory tej istoty, były srebrne. Schowałem je do plecaka.
Chodzę z jakąś dziewczyną po parku. Tam są na półkach miody do spróbowania i kawałek tortu. Biorę ten tort, ale zamienia się w płaską galaretkę. Jem to. Próbuję też tego miodu. Myślę o tym, że jak będę jadł miód to mnie pszczoły będą goniły.
Leżę w łóżku. Wiem, że to sen i chcę się obudzić. Kilka razy próbuję zapalić lampkę, ale nic to nie daje. Wstaję i chcę odsłonić żaluzje. Myślę, że jak będzie światło to się obudzę. Kołdra mnie łapie za stopę i mnie przyciąga.
Znowu "się budzę" w łóżku. Wstaję i idę do drzwi. Kołdra się oplątuje wokół mnie, ale zrzucam ją z siebie i wychodzę do kuchni. Straszydła powstałe z kołdry rzucają się na mnie, lecz jestem za daleko i się zatrzymują. Przychodzi jakaś kobieta i coś mówi.
Wstaję i idę na bosaka bez skarpet do drzwi. Wychodzę na klatkę schodową i wchodzę do mieszkania trójki. W łazience pali się lekko światło. Słyszę jak sąsiadka coś mówi.
Chyba znowu wstaję z łóżka i idę do pokoju siostry. Jest jasno. Przez chwilę myślałem, że jest tam mama, ale to jakaś inna kobieta siedzi tam. Obok niej stoi klaun. Ta kobieta zmienia maski. Jedna z masek przedstawia obcego. Patrzę przez okno, a w dole jakieś budynki są. Skaczę przez okno jakoś w bok, aby nie wpaść do tego dołu.
Straszydła (i duchy?) powstałe z kołdry i ciemności są za oknem jako cienie. Jest słoneczny dzień. Nie pamiętam dobrze co się działo, ale wiem, że jakaś dziewczyna wchodzi struktury czegoś czy dziwnego budynku i wychodzi. Trochę to wygląda jak gra komputerowa. No i potem, gdzieś idzie. Robi się ciemno. Mam gazetkę ze sobą i ją przeglądam idąc. Widzę różnego rodzaju sklepy, a w tej gazetce podobne rzeczy. Nagle jest napis, że coś dla dzieci, a tam sklep z butami. I jakieś rośliny tam są. Kobieta z mężczyzną się nimi zajmują. Próbuję wrócić do, którejś ze stron, chyba do tej dla dzieci, ale wszystko zostało zmienione. Idę dalej.
Czymś się zajmowałem w kuchni. W tym czasie głośno o czymś rozmawiałem z siostrą i mamą. Nagle jakiś facet otwiera nam okno i zagląda do środka. Każe ściszyć to radio, bo on z córką siedzi przy stole czy coś (przez okno było widać okrągły biały stolik na trawie i kogoś przy nim siedzącego). Ja mówię, że my możemy we własnym domu rozmawiać jak chcemy. Poszedł sobie. Przez chwilę był spokój. Po jakimś czasie wybucha okno i błyska na zielono, dymi. Siostra i mama uciekają. Ja trzymam w ręku wyrwane drzwi i mam zamiar nimi uderzyć. W ogóle kuchnia zamieniła się w tym czasie w większą salkę z dużą ilością roślin. Tamten mówi, że tylko chce podlać roślinki nawozem. Czuję zapach szamponu czy czegoś takiego. Nie do końca mu wierzę, ale upuszczam drzwi. Podajemy sobie ręce. Pytam się o jego imię. Jednak on nie odpowiada tylko mnie zagaduje o to samo i jeszcze, gdzie mieszkam. Daję mu odpowiedź. Wychodzimy z salki na szkolny korytarz. On mnie ciągle trzyma za rękę. W którymś momencie robimy kółko. Niektórzy tam się znajdujący jakby chcieli się z nas śmiać. Idziemy dalej. Przez ułamek sekundy widzę, że jego ręka jest zielona i pomarszczona. Wiem już, że to iluzja. To jest tak naprawdę zła czarownica, która zabiera mi energię. Wyrywam się mu i czuję zimno w ręce. Na to ten chwycił się mojego boku. Mówię mu, że nie może mnie tak trzymać. Puszcza. Przed wejściem do szatni od wfu leży przecięty w pół wąż. Jedna połówka jest niegroźna, a druga z paszczą. Ruszają się, więc są jeszcze żywe. Omijam je i idę korytarzem. Jednak za chwilę się wracam, próbując przejść przez drzwi. Skręcam na węża, ale w porę unoszę się w powietrzu i omijam go. Czarownica chce mnie znowu chwycić. Jeszcze groziła, że uszkodzi komputery. Popycham ją i wpada bezwładnie na kogoś i się przewraca. Jej iluzja została chyba zniszczona.
Leżałem w sennym łóżku. Kołdra zaczęła mnie przykrywać jakby była falą wody. Wstałem z łóżka bez odkrywania się (kołdra została nieruszona). Poszedłem obudzić siostrę, ale nie wiem kogo budziłem, bo było ciemno i niewyraźnie i nie wiem kto tam leżał.
Byłem z dwoma kolegami w lesie. Nie pamiętam co się tam działo. Potem poszliśmy do jakiegoś sklepu. Spodobał mi się kolorowy kompas, więc go wziąłem do ręki. Był problem z ustaleniem ceny. Dałem 3zł i kilka groszy, ale to i tak prawdopodobnie było za mało. Sprzedawca nie wiedział ile to kosztuje. Odłożyłem kompas na miejsce i wyszliśmy ze sklepu. W innym sklepie przewróciłem coś używając jakiegoś patyka, który przeniknął szybę. Powiedziałem koledze, że jak się chce to można nie używać kijka, tylko ręką przeniknąć szybę. Drugi kolega miał ukraść jakieś perfumy, ale chyba nie ukradł i wyszliśmy. Na dworze stała lodówka z lodami. Przeniknąłem ręką szybkę i wyciągnąłem dwa lody na patyku w polewie czekoladowej z orzeszkami, lecz szybko je odłożyłem, bo sprzedawczyni myślała, że jestem złodziejem. Musiałem uciekać. Skręcałem kilka razy. Dotarłem na tereny kościelne. Wbiegłem w tłum. Tam był śnieg.
Ciemno. Leżę na sennym łóżku. Mam szklankę wody. Trochę piję. Myślę jednak, że to sen i wylewam część na poduszkę. Wydaje się realistycznie mokra, więc to chyba nie sen, myślę. Wypijam resztę i wstaję. Idę obudzić siostrę, ale w jej pokoju nikogo nie ma. Jest jasno. Zauważam jakieś duże pluszaki na kanapie. Idę na balkon. Tutaj jest mama i jacyś goście. Wskakuję na płot balkonu i zeskakuję. Jakaś pani robi coś przy żywopłocie. Słońce mocno świeci. Z lewej strony w oddali robi się nagle ciemno. To prąd odcięli. Mówię do mamy, że oprócz słońca musiało być coś innego elektrycznego co świeciło. Z ciemności wyłania się czarny obiekt latający i leci w naszą stronę. Szybko otwieram bramkę i wyskakuję na trawnik. Ufo jest mniejsze ode mnie, ale łapię za krawędź i lecimy. Niby lecę w chmurach, ale za wiele nie widzę. Za chwilę się budzę.
Jest noc. Wróbel leci nad domami. Siada na dachu i zasypia. Ktoś pościelił sobie na balkonie. Ma tam kołdrę i poduszkę. Ten wróbel wstał i wleciał pod poduszkę. Ten ktoś wyszedł na balkon i się położył. Miał raz głowę człowieka, a raz kota. Coś mu uwierało pod głową i słyszał dziwne dźwięki. Sprawdził poduszkę, a ptak wyleciał spod niej i zaczął się z chłopakiem kontaktować telepatycznie.
Stoję, gdzieś przy schodach na korytarzu, ale jednocześnie ulicy. Widzę różne potwory m.in. wielkie oko. W tym śnie dużo się działo, ale niewiele pamiętam. Razem z kimś przed czymś uciekamy. Jest mróz i ten z kim uciekam wylewa wodę na schody, aby zamarzła i można było się szybko prześlizgnąć. Zakładam znalezione klapki i czym prędzej ześlizguję się po schodach. Potem przeskakujemy przez wodę w szczelinie. Łapią mnie czarne pasy czy macki. Udaje mi się wyskoczyć. Obok mnie leżą dwie ręce. Zrzucam je i wchodzę na górę.
Jakiś chłopak odkrył wielką poczwórną rybę. Ta ryba przybyła z innego wymiaru. Najpierw wyglądało to tak, że ta ryba była rysowana w przestrzeni. Potem zaczęła się unosić w powietrzu. Usiedliśmy na niej i zaczęła lecieć. Była mowa o tym, że ta ryba nie w każdych warunkach przetrwa, np. w zimnie. Poczułem wtedy w nogach zimno i uniosła się do góry, gdzie było cieplej. Lecieliśmy, gdzieś pomiędzy skałami. Za chwilę wylecieliśmy na drogę. Ryba trochę się zmniejszyła już i obniżyła lot. Po prawej stronie był las i był taki mostek prowadzący do kościoła w tym lesie. Ominęliśmy kościół. W lesie było "dziwne miejsce" widoczne jako falowanie powietrza. Ryba jeszcze bardziej się zmniejszyła i już nie latała, musiałem ją nieść. Szliśmy w stronę tego dziwnego miejsca. Było tam jakieś pole siłowe, bo nas odpychało, ale szliśmy dalej. Ktoś tam siedział. Gdy nas zauważył, wszedł przez drzwi obok do salki. My też tam weszliśmy. To była szkoła. Usiedliśmy w ławce i czekaliśmy, aż zacznie się lekcja. Przyszła nauczycielka. Wtedy wstałem, bo ktoś ukradł rybę. Gdy znalazłem tą osobę, ten rzucił rybę, albo raczej to co zostało z ryby, na podłogę. Były to dwa żelki. Myślałem, że te pozostałości po rybie jakoś urosną jeśli dostaną wody, więc nauczycielka przyniosła dzbanek wody. Niestety ktoś go zabrał do robienia ciasta. Chciałem wtedy wyjść z klasy, ale nauczycielka mnie zatrzymywała. Powiedziałem, że przyszedłem tutaj dobrowolnie i nie ma prawa mnie zatrzymywać. Jakoś udało mi się wyjść. Szedłem korytarzem. Spotkałem jakąś dziewczynę, która zaprowadziła mnie do stołówki (przed drzwiami było okno z widokiem na morze) i dała wody. Wrzuciłem te dwie niby rybki do wody i one jakby zaczęły się poruszać i pić. Powiedziałem, że jeszcze lepiej byłoby jakby dostały sok. Ktoś przyszedł i nalał soku pomarańczowego z pieczarkami. Nie wiem co się stało z niby rybkami, ale w końcu chyba zniknęły.
Weszliśmy do jakiegoś domku. W powietrzu unosił się zapach pizzy. Za ladą (sprawdziłem) nikogo nie było. Było tam raczej ciemno. Po prawej stronie były schody. Weszliśmy na górę. Ciężko mi się szło po tych schodach, musiałem w dziwny sposób podskakiwać. Drzwi, które tam były też ciężko się otwierały i wydawały się za małe. Wszedłem na poddasze. Tam znajdował się tylko jeden duży pokój. Zauważyłem dziecięce zabawki, być może klocki. Dalej było niby przejście na balkon, ale nie było tam żadnego balkonu, tylko molo i woda. Na ciasnym przejściu siedziało kilka osób i nie dawało przejść. W końcu jakoś udało mi się wyjść. Szedłem chwilę molem, aby wejść do wody. Woda była do kolan. Widziałem dziwnych ludzi tam się bawiących. Zacząłem płynąć.
W kiosku, którego już nie ma chciałem kupić gazetkę National Geographic, ale moją uwagę zwróciło CD-Action za 14,50zł i zacząłem przeglądać. Oprócz artykułów o grach były różne inne rzeczy, np. program telewizyjny. Pamiętam screeny z odtwarzacza muzyki Poweramp. Była też tam scenka z gry o lądowaniu na księżycu. Widziałem astronautów i jakichś ludzi bez kombinezonów. Pomyślałem wtedy, że miałem kiedyś podobny sen. Odłożyłem gazetę na miejsce. Przed kioskiem było pełno książek. Widziałem dział romansów z książkami z różowymi okładkami. Znalazłem też starsze wydanie używanej już książki pt. "Astralnia". Potem w kiosku zobaczyłem książkę dla dziewczynek o kosmosie. Na okładce była dziewczynka. Nie otwierałem jej. Chyba znowu przeglądałem CD-Action. Widziałem obrazki pszczół. Podczas, gdy przeglądałem gazetę, sprzedawczyni z kimś rozmawiała, prawie się kłóciła. Odszedłem od kiosku bez gazety. Tam za kioskiem też było dużo książek. Pomyślałem, że to targi książki. Z daleka widziałem dział fantasy. Ciężko mi się szło, aż przyklęknąłem. Miałem bardzo ciężki plecak. Przewróciłem się prawie na ulicę i już nie mogłem wstać. Obudziłem się.
Trwała jakaś lekcja (fizyki?). Na ścianie wisiał telewizor i nauczyciel coś pokazywał. Na ekranie widać było jakby galaktykę. Nagle nauczyciel zamienił się w Severusa Snapea i wymówił bardzo długie zaklęcie celując różdżką w ekran. W galaktyce zaczęły odbywać się różnego rodzaju eksplozje i ta galaktyka zmieniała się fraktalnie. Widać było jasny środek. Potem włączyłem dźwięk, który pojawiał się przy wciśnięciu przycisku start w Windowsie. Kolega siedzący w ławce ze mną wydrukował paragon i mi go dał. Spytałem się go, śmiejąc się, po co on wydrukował ten paragon. Od dziewczyn dostaliśmy jakieś kolorowe zeszyty, które przeglądałem. Jeden zeszyt był pusty, niezapisany, tylko miał roślinne tło na każdej ze stron. Inny zeszyt był pamiętnikiem jakiejś dziewczyny. W międzyczasie usłyszałem jak dziewczyny mówią coś o wygrywaniu, że oni mogą wygrać i dostałem więcej zeszytów do przeglądania. Mogłem tylko przeglądać, na czytanie nie było czasu. Po przeglądnięciu oddawałem zeszyt. Jeden z zeszytów nie miał okładki. Był to "szczęśliwy zeszyt" jakiejś dziewczyny. Wszyscy zaczęli śpiewać "Happy birthday to you", ja nie śpiewałem. Nie wiem kto miał urodziny.