NeuroWonderland
Znalazłem się w pustym kościele. Obok stał konfesjonał. Za chwilę przyszedł proboszcz. Zauważył mnie. Powiedział, że skoro jestem to może mnie wyspowiadać i usiadł w konfesjonale. Odpowiedziałem, że nie potrzebuję. Odszedłem na parę kroków. Położyłem się na brzuchu z myślą o unoszeniu się. Mówię do księdza, aby patrzył jak się unoszę. Uniosłem się może na milimetr. Chociaż za chwilę poczułem jakbym miał ulecieć za wysoko i zatrzymałem to. Wstałem i zacząłem podskakiwać. Tym razem lepiej mi szło. Skakałem może na półtora metra i powoli opadałem. Za każdym razem przebijałem się przez coś ciekłego i wychodziłem po za przestrzeń tego snu do innego, gdzie była cieplarnia z bujną zieloną roślinnością. Po chwili przeniosło mnie do domu do dużego pokoju i nic już nie dawało skakanie.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Wychodzę z klatki schodowej i idę przed siebie. Patrzę na budynki. Nudzi mi się. Mówię, aby sen się zmienił. Lekko wszystko zafalowało. Znalazłem się za ulicą. Ziemia się rozpada, sypie się piach. Pomyślałem, że jak wpadnę do tej dziury w ziemi to wpadnę do innego snu.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Przed kimś uciekałem. Oczywiście jak zwykle dużo się działo, ale nie pamiętam. Skradałem się pomiędzy korytarzami i przechodziłem przez drzwi. Prawie mnie złapała czarownica wampirzyca. Byłem zawieszony w powietrzu w świetlistym kurzu, nie widziałem swojego ciała i nie mogłem się poruszyć. Przypomniałem sobie, że trzeba, tak jak pisał Castaneda, się patrzeć na stopy. Zauważyłem swoje stopy i mogłem się ruszyć. Raczej miało się patrzeć na ręce, też zobaczyłem jak macham dłońmi. Widziałem tylko stopy i dłonie. Wyszedłem stamtąd przez, któreś z drzwi, świeciło mocno słońce. Widziałem jak jakaś dziewczynka idzie z dziadkiem na rozpoczęcie szkoły. Poszedłem za nimi. Niby miałem na nią czekać. Przed wejściem do szkoły było zeschnięte drzewko. Poszedłem je podlać. W tej chwili zostało zasłonięte stołami przed, którymi ktoś siedział, ale jakoś je podlałem. Wszedłem do szkoły. Kątem oka zobaczyłem jakąś dziewczynkę z różowym plecakiem ubraną całą na różowo. Spojrzałem na nią. Miała dziwnie zniekształconą twarz, aż się wzdrygnąłem. Przeniosło mnie do łazienki. Powiedziałem jej, aby zaczekała. I ją, tą filiżankę, odstawiłem na wannę w miejsce z numerem osiem (?). Umyłem zęby. Jak wyszedłem z łazienki, wziąłem tą filiżankę, bo mieliśmy wyjść z domu. Okazało się, że na tej filiżance nie było ósemki tylko szóstka (?).
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Biegnę lasem z jakąś dziewczyną i innym znajomym. Musimy wykonać jakieś zadanie zanim nas te wampiry czy tam wilkołaki złapią. Mamy chyba coś uruchomić i wrócić. Przenosi nas do przeszłości. Na mieście spotykamy syna Supermana. Chcemy, aby jego ojciec nam pomógł. Przez chwilę widzę jakąś postać wychodzącą z pomiędzy skał, a za tymi skałami woda i kolorowa roślinność. Cofa nas do przeszłości, znowu biegniemy. Mam spowolnione ruchy. Zatrzymuję się w połowie i wracam. Ktoś z "naszych" informuje mnie, że komnata była już pusta i ten obiekt zniknął lub został przez kogoś przemieszczony. Dobiegam do miejsca, gdzie mogę się schować. Już mogę tylko powoli iść. Wrogowie też tu już są. Wtapiam się w tłum zakładając szary kaptur bluzy. Przechodzę przez drzwi po boku korytarza, dla nich są jakby niewidoczne. Tam jest połączenie szkoły i szpitala. Jest dużo łóżek. Pielęgniarki pomagają rannym.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Sikałem w ubikacji, kiedy ktoś zaczął dzwonić do drzwi. Zawołałem mamę, aby otworzyła, chociaż pewnie zasnęła przed telewizorem. Wyszedłem. Skądś wiedziałem, że jest to jakaś znajoma z rodziny, miała w nazwisku coś z chrzęszczeniem korzeni czy coś podobnego. Trochę się zdziwiłem, bo o tej porze to tylko ćmy siadają na domofonie i dzwonią. A tu ktoś niezapowiedziany. Ktoś otworzył drzwi, ale nie wiem kto. Poszedłem obudzić mamę. Jednak już wstała. Nawet otworzyła okno w moim pokoju, aby wywietrzyć. Ciekawe po co w nocy? Jednak nie zobaczyłem tej niby znajomej.

Coś się śniło jeszcze o dziewczynie kontrolującej elektryczność i jej pokemonie pikachu. Były chyba walki innych pokemonów i wchodzenie na górę. A, i coś się działo w nieznanej, ciemnej piwnicy. Było tam dużo osób.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Na parkingu w dzień nagle z powietrza wyskakuje czarnoskóry, skacze na białego, a ten jeszcze na kogoś innego. Tak jak się pojawili nagle znikli. Została tylko kobieta. Leży i śpi. Nad nią stoi wysoki mężczyzna. Ma długie blond włosy niezauważalnie wchodzące w rudy i resztę ciała także porośnięte krótkimi skręconymi włosami. Jego oczy są głęboko zielone. Coś chce od leżącej na betonie, lekko ją dwa razy dotyka stopą. Ta się budzi. Patrzy się na nagiego mężczyznę stojącego przy niej. Nie boi się jednak, że ten jej coś zrobi, bo widzi, że nie ma narządów płciowych tylko coś zasklepione w kroku. Mówi do niej w dziwnym nieznanym języku. Po chwili domyśla się, że temu chodzi o to czy ona nie ma rozmienić 20 złotych.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Siedziałem w ławce. Był język angielski. Chyba znowu nie miałem czegoś zrobionego. Podeszła do tablicy czarnoskóra nastolatka. Miała w ręku podręcznik i kartkę. W podręczniku było zdjęcie czaszki. Na kartce miała podpisać rysunki i zrobić obliczenia. Uprościła to do iksów i igreków. Nie wiedziała co dalej. Zaczęła się zasłaniać tym, że to szczątki muzułmanina. Nie może nic pisać, ani rozwiązywać zadań z matematyki, bo tak by zbezcześciła muzułmańskie szczątki. Wymazała co zrobiła do tej pory i zabrała kartkę. Miałem to rozwiązać. Byłem trochę na nią zły, że usunęła to co już zaczęła, to bym miał szybciej. Kolega w blond włosach zaczął coś mówić i się z czegoś śmiać. Wyszedł po chwili z klasy. Ta cała sala stała na platformie umieszczonej na wysokich drabinkach. Chciałem pokazać im jak latam. Niestety prawie upadłem na plecy, w ostatniej chwili uniosłem się z milimetr nad ziemią, co zamortyzowało upadek, gruba zimowa kurtka także.

Ciemna noc. Otworzyłem w pokoju okno i wyskoczyłem na zewnątrz. Wszędzie było pozalewane, że jak bym wszedł do wody to do pasa. Przeskakiwałem z miejsca na miejsce, gdzie była trawa. Wszystko wyglądało inaczej i rozleglej niż w rzeczywistości, nie było niektórych obiektów. Spotkałem niby dawnych trzech lub czterech kolegów (może trochę ich tylko przypominali). Przeszliśmy przez ulicę całą zalaną. Byłem lekko świadomy tego, że to sen i wiedziałem, że można chodzić po wodzie bez zanurzania się, prześlizgnąłem się po jej powierzchni. Na chwilę przystanąłem. Na czarnym tle nocnego nieba zobaczyłem przelatujący meteor spalający się w atmosferze. Dalej był leśny pagórek. Poszedłem na prawą stronę, ale zobaczyłem, że drzewa robią się przezroczyste i znikają. Pojawiało się inne miejsce. Wiedziałem, że przeniosłoby mnie w daleką część snu i się wróciłem. Drzewa znowu się pojawiły jak hologram. Poszedłem za sennymi znajomymi. Jeden z nich musiał mi podać rękę i mnie wciągnąć, bo inaczej bym się ześlizgnął, a zaczęło już wszystko zamarzać. Poszliśmy do sklepików na piętrze, których w rzeczywistości tam nie ma (po obudzeniu byłem pewny, że kiedyś tam były). Oni poszli po jakieś słodycze, chodzili od sklepiku do sklepiku. Dziwnie się czułem, taki ściśnięty, niekomfortowo, jakbym miał coś z mięśniami brzucha lub kręgosłupa. Po jakimś czasie wyszedłem. Skądś wiedziałem, że jak polecę na 60 mil do góry, to dolecę do sfery, gdzie egzystują duchy ludzi zmarłych. Skoczyłem i zacząłem szybko lecieć. Wszystko się rozmazało. Trochę zwolniłem i prosiłem kogoś (chyba tych duchów, których nie widziałem), aby mi pomógł. I znowu leciałem. Znajdowałem się w czymś podobnym do wiru czy tornada. Widziałem kątem oka czerwone zarysy tego wiru. Znowu mnie tamci przyciągali w górę. Nie wiem czy doleciałem, bo się obudziłem.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post


Skocz do:

UA-88656808-1