Kroniki Astralnych Motyli
#61
Dzień 32


Teraz przynajmniej byłam zła. Tak bardziej na serio.
Tego focha postanowiłam uczcić gorącą kąpielą, jako że w kuchni nic czekoladowego nie znalazłam. Prawdę mówiąc znalezienie normalnej łazienki w tym domu też najłatwiejsze nie było. Może i miałam tutaj mnóstwo pomieszczeń wypełnionych na pierwszy rzut oka przypadkowym szmelcem, ale kiedy pojawiała się potrzeba, żadne z nich nie nadawało się do praktycznego zastosowania. Na tę chwilę byłam pewna, że nie mam ochoty na wejście do wanny w łazience przy głównym korytarzu, ze wszystkimi żyjącymi tam stworzeniami. Za pralnią, która względnie zachowywała swoją lokalizację, znalazłam miejsce przypominające bardziej niedokończony i popadający w ruinę loch. W wyłożonym kafelkami długim pomieszczeniu znalazłam zabudowane niskimi murkami potencjalne zbiorniki wodne. Musiałam świecić sobie świeczką, żeby cokolwiek widzieć, ale znalazłam liczne odpływy i krany na ścianach. Przy okazji zobaczyłam też, jakiej barwy są kafelki pokrywające tu każdą powierzchnię. Były ciemnoturkusowe. Przynajmniej ciepła woda tu była. Mogłam odkręcić kran i napełnić jedną z tych zagłębionych w podłogę odgrodzonych przestrzeni. Nie był to ten nastrój, który próbowałam uzyskać, czułam raczej atmosferę pospiesznego dyskomfortu i prowizorki, ale nie miałam za bardzo innych możliwości.
Na murku otaczającym zbiornik i zalegających na podłodze fragmentach oderwanych od sufitu i ścian rozstawiłam jeszcze kilka świec. Byłam trochę zła na siebie, że nadal potrzebuję zapałek. Powinnam być w stanie zapalać je siłą woli. Nawet przez chwilę z jedną próbowałam, ale dość szybko się poddałam. Może to był błąd, ale nie miałam w tym momencie zbyt dużo cierpliwości. Co samo w sobie pewnie było błędem dużo większym…
Rozsiadłam się na tyle wygodnie, jak było to możliwe na kafelkach. Miałam wystarczająco dużo światła żeby na murku rozłożyć swój notatnik. Obok leżał mój sześciokątny amulet, resztę rzeczy rzuciłam dalej. Ostrożnie, starając się dotykać mokrymi palcami tylko rogów kartek, przerzucałam kolejne strony moich notatek.
Do diabła, chyba jednak zdążyłam zrobić jakiś postęp w stosunku do punktu wyjścia?! Czułam i rozumiałam coraz więcej, a przecież to był dopiero początek. Chyba każdy musiał od czegoś zaczynać. Byłam w stanie bez większego problemu każdej nocy nawiązywać połączenie, to się nie liczyło?! A ten niedorobiony centaur bezczelnie śmiał twierdzić, że jestem tu przez przypadek. Że moja więź z tym światem jest słaba. To w końcu było tylko kwestią czasu.
W myślach zawołałam Kiri. Tulpa zmaterializowała się w miejscu, gdzie otaczająca zbiornik ścianka zakręcała.
- Pamiętasz jeszcze, co powiedziałaś na początku? - spytałam – To, że podobno przed moim pierwszym przejściem do tego świata wielokrotnie próbowałam.
- Próbowałaś tak co najmniej kilkanaście razy – potwierdziła Kiri – Wystarczająco, żeby części twojej podświadomości częściowo się przy tym usamodzielniły. Nie wiem, może po prostu niektórzy tak mają bez żadnego szczególnego powodu, ale na tamtym etapie nie robiłaś tego świadomie i celowo.
Przyjrzałam się wiewiórce badawczo. Wcześniej nie zwróciłam uwagi na pewien drobny szczegół.
- Dlatego mogłam cię przywołać od razu, tak? - domyśliłam się.
U Ireasza trwało to podobno pół roku. Tylko próba badawcza nadal była zbyt mała. Potrzebowałam więcej danych. Więcej kontaktów z innymi podróżnikami i ich chowańcami.
Kiri bezradnie rozłożyła łapki. Tknięta nagłym impulsem, dotknęłam jej. Zewnętrzna warstwa jej sierści nadal przypominała raczej gęstą mgłę, ale ciało pod spodem było praktycznie materialne.
- To postępuje – zauważyłam – Jest coraz lepiej. To znaczy, że moja więź się wzmocniła?
- To na pewno.
Westchnęłam i odepchnęłam się od ścianki. Oparłam się plecami o ścianę za sobą, zanurzając się trochę głębiej.
Moje astralne przeżycia zaczęły się od
(Asymetrycznego?)
rozszczepienia umysłu. Bardziej autonomiczne części mnie musiały przeć na tyle wytrwale, że w końcu przebiły się przez granicę i znalazłam się tutaj. Poprzez podświadomość. To, że tu byłam, zawdzięczałam Kiri. Ona przeszła pierwsza.
- Nie zapominaj, że jesteśmy jednym. To nadal twoja zasługa.
- Może i moja, ale niekoniecznie w taki sposób, żeby z dumą się do tego przyznawać.
- I tak pewnie to też znajdzie się w twoich zapiskach…
Skoncentrowałam się i zgromadziłam w dłoni trochę energii. Tutaj światło zawsze mile widziane…
- Co zamierzasz teraz zrobić? - spytała Kiri.
- Znaleźć Ireasza – odpowiedziałam odruchowo, doskonale bezmyślnie, chyba tylko po to, żeby zdać sobie sprawę, że na to w tym momencie zdecydowanie nie miałam ochoty. Zresztą znalazłabym go i co dalej?
- I co dalej?
No właśnie nie miałam bladego pojęcia.
- Spytać go o te słowa mocy, których jeszcze nie znam… o ile istnieją… Do diabła, nie wiem!
Bawiłam się swoją energią. Zauważyłam, że kiedy nie myślałam o tym, żółte światło nie przybierało na sile, nawet, kiedy czułam, że energii gromadzi się więcej. Czułam tę gęstość i to ciepło.
Wycelowałam palcami pod kątem w powierzchnię wody i wykonałam krótki ruch, symulując pchnięcie. Po powierzchni wody rozeszły się kręgi. Zrobiłam to za pomocą energii, czy to było tylko gwałtowne zawirowanie powietrza pod wpływem ruchu? Mogłam to powtórzyć – i nadal tak samo nie być pewna właściwej interpretacji efektu. Ale powtórzyłam, tak dla zasady, jeszcze dwa razy.
- I w końcu dowiedzieć się, co można z tym zrobić poza świeceniem – mruknęłam – Bo przydałoby się na przykład rozpalanie ognia. Na dobry początek starczyłby taki mały płomyk, żeby móc chociaż zapalić cholerną świeczkę w razie potrzeby. Tutaj jest ciemno jak…
I jak to czasem bywa w komediach, przeznaczenie bezczelnie mnie ocenzurowało, nie pozwalając nawet dokończyć porównania. Kiri zaczęła mówić, zanim ja skończyłam.
- Tutaj to chyba żadna ilość świeczek i tak nie pomoże.
- To co proponujesz? Myślisz, że tu jest elektryczność?
- Na pewno są światłowody. Przebiły się przez ściany i wlazły tutaj, mogę ci pokazać, w których miejscach.
Wstałam i podeszłam do krawędzi zbiornika. Nie miałam pojęcia, jak zamierzałam uzyskać zasilanie z tych światłowodów, nie wiedziałam nic o tym, czym one właściwie były i jak działały. Czułam tylko, że ja muszę w tej chwili działać, zrobić cokolwiek, zanim irytacja na samą siebie odetnie mnie od astralnego świata.
Oni mieli tu jakiś rodzaj mentalnego bezpiecznika? Czy jeśli astralny podróżnik ulegał negatywnym emocjom i pozwalał im nadmiernie przybrać na sile, mógł zostać dla własnego dobra – i oczywiście w imię duchowego rozwoju – wyrzucony z tego Matrixa? Wolałam nie ryzykować.
- Nie sądzę, żeby ci to groziło – stwierdziła Kiri spokojnie – Kilka razy nieźle się wystraszyłaś i jakoś cię nie wywaliło.
Przeszłam przez murek. Udało mi się nawet nie poślizgnąć mokrymi stopami na kafelkach. W duchu ucieszyłam się, że tutaj nie musiałam przejmować się kałużami na podłodze i nikt nie miał mi tego za złe.
Kiri poprowadziła mnie pod przeciwległą ścianę, w jedno z tych miejsc, którędy pęki światłowodów przebiły się do pomieszczenia. Pokryte gumą przewody różnej grubości wybiły dziury w ścianie pod sufitem, jednocześnie tworząc rumowisko na podłodze pod spodem. Chyba miałam wyjaśnienie, skąd wzięły się te wszystkie strzaskane kafelki i betonowe bryły zalegające w tej hali.
Cały czas emitowałam energię, żeby chociaż trochę cokolwiek sobie oświetlić. Tutaj poświata od rozstawionych świec praktycznie nie sięgała. Jedynym innym źródłem światła były pęknięcia i przetarcia gumowej powłoki światłowodów, widoczne dla mnie jako białe punkty i smugi.
Weszłam bosymi stopami na stertę gruzu pod ścianą. Wrażenie było… dziwne. Po prostu dziwne, nie umiałabym opisać tego inaczej. W tym miejscu część przewodów opadała luźno w dół, w postaci chaotycznie splątanej sieci. Miałam znaleźć w tym końcówkę? Wydawało mi się też, że te zwisające ku podłodze światłowody były w jakiś sposób bardziej martwe niż pozostałe. Miało to w ogóle sens?
Chwyciłam równoległy pęk włókien przebiegających nad moją głową i podciągnęłam się na nich, trochę pomagając sobie tymi opadającymi wzdłuż ściany. Naga i ociekająca wodą, wpełzłam na wiązkę, która wydawała się wystarczająca, żeby utrzymać mój ciężar. Pęk światłowodów, prawie dwukrotnie węższy od mojego ciała, lekko się ugiął. Poczułam też, że kilka z nich poruszyło się już w sposób bardziej celowy.
Kiri przyglądała mi się z konsternacją, co dodatkowo poprawiło mi nastrój.
- Co robisz?
- Szukam.
- Czego?
- Jak znajdę, to będę wiedziała.
Przeczołgałam się ze dwa metry naprzód. Potem kolejne dwa. Jeśli Kiri chciała mi towarzyszyć, droga wolna.
Pokryte czarną gumą włókna światłowodów otaczały mnie z każdej strony. Chaotyczne plątanina zwisała z sufitu nade mną, podobna zaczynała się nieco niżej. Kiedy przywołałam większą ilość energii i poświeciłam w dół, zobaczyłam, że podłoga znajduje się niżej niż się spodziewałam. Ledwo mogłam widzieć odbijającą światło względnie gładką powierzchnię. W tym momencie mogłam też widzieć wokół siebie ruch tych żywych przewodów, jednostkowo prawie niedostrzegalny, ale tutaj odbywający się stale w co najmniej kilkunastu różnych miejscach. Poczułam jak Kiri przebiega obok moich nóg, łaskocząc mnie sierścią.
- Myślisz, że w ogóle jest możliwe panowanie nad tym, co dzieje się w tym domu? - spytałam.
I czy to w ogóle miało jakichkolwiek sens… Czy stanowiłoby krok naprzód? Umocniło moją więź z tym światem, pozwoliło lepiej panować nad energią?
Dotarłam do punktu, gdzie zwisające z góry przewody przebiegały pod różnymi kątami w punkcie, gdzie normalnie bym się znalazła, podążając naprzód. Odruchowo spróbowałam przesunąć je w górę, co nie rozwiązało problemu. Nadal spora część blokowała mi drogę a te mocno trzymały się czegoś na dole. Usiadłam, zaciskając nogi na pęku, po którym się poruszałam. Coraz bardziej nerwowo szarpiąc, usiłowałam usunąć przeszkodę z drogi.
- W jakimś stopniu tak? - odezwała się Kiri w mojej głowie - Pomyśl, czy kiedykolwiek w życiu panowałaś całkowicie nad swoim ciałem i umysłem?
Jedyną odpowiedzią na coś takiego mogło być gniewne warknięcie.
- Ale mogę mieć tutaj większą kontrolę niż obecnie – sapnęłam, ciągnąc w swoją stronę oporny światłowód – Centaur mówił, że nadal jestem bardzo słaba. Że mogę zostać odcięta od tego świata.
Zdołałam osiągnąć tyle, że pajęczyna kabli zacisnęła się i odsunęła nieco na bok. Gdybym puściła wszystko i spróbowałam przejść, wszystko wróciłoby prawie do punktu wyjścia.
- Muszę tu powracać codziennie, tak? Medytować, próbować coś zrobić z tą energią…
- Nic nie przyjdzie samo.
Poczułam, jak dwa światłowody o średnicy mojego kciuka nagle zwisły luźno w moich rękach. W jakiś sposób zdołałam je wyplątać z tego węzła. Kiedy je wypuściłam, odsunęły się półtora metra na lewo ode mnie. Teraz widziałam trochę więcej, światło otaczało moje ręce prawie do łokci, chociaż nadal najsilniej skoncentrowane było w dłoniach. Miałam wrażenie, że jego barwa jest nieco bliższa bieli niż wcześniej. Jednocześnie nie czułam bardziej intensywnego ciepła a efekt zagęszczenia powietrza teraz nie występował. Miałam jakiś wpływ na to, jakie cechy może przyjmować energia w danej chwili, zależnie od potrzeb?
Kolejne przypuszczenie mocno zachwiało, może nie światopoglądem, ale przynajmniej moimi roboczymi hipotezami. A co jeśli te barwy nie zależały od poziomu duchowego rozwoju astralnego podróżnika? Było przecież tyle innych możliwości… To mogło oznaczać dosłownie wszystko.
Kolejny światłowód ustąpił. Ten, który pionowo przebiegał tuż obok mojego pęku i był przy tym najbardziej napięty. Głęboko odetchnęłam i poszukałam wzrokiem Kiri. Nie wiem czemu założyłam, że w tej swojej srebrzystej bieli postać wiewiórki powinna świecić w ciemności.
- Kolejna teoria bez żadnych podstaw?
No, w zasadzie tak.
Z rezygnacją wróciłam do rozplątywania pajęczyny przewodów przed sobą. Ostatecznie zdołałam jakoś się przecisnąć nie spadając, chociaż do komfortowych to przejście nie należało.
- Może zastanów się nad tym, co wiesz… albo może nad tym o czym nie wiesz, że wiesz…
- Wiem tyle, że raczej dalej nie przejdę tą drogą – westchnęłam, wskazując ręką naprzód. Część światłowodów z mojego pęku szła do góry, dwie cienkie wiązki odchodziły w lewo pod różnymi kątami, reszta pojedynczo rozpraszała się w zupełnie losowych kierunkach. We własnoręcznie
(dosłownie!)
generowanym świetle próbowałam zorientować się w otoczeniu. Widziałam kilka pęków równoległych kabli, ale żaden nie był tak gruby jak ten, na którym siedziałam, większość też znajdowała się poza moim zasięgiem. Nie byłam pewna, czy dam radę przeskoczyć i chwycić coś w locie. Miałam ryzykować? Poświeciłam w miarę możliwości w dół. Podłogi nigdzie nie było widać, tylko kolejne plątaniny przewodów zawieszone w pustce.
- Czy jeśli bym spadła, świat znowu ochroni mnie przed upadkiem? - spytałam.
Pytanie zawisło w próżni i nagle straciło sens. Było bezsensowne w tym swoim braku podstaw. Tak. Kolejny. Raz. Znów popełniałam ten sam błąd.
- Kiri? - odezwałam się niepewnie – Wtedy to nie Astral mnie chronił, tak? To ja sama… może moja energia… Jakoś przypadkiem, odruchowo to zrobiłam.
Cholera, a może to teraz się myliłam? Znów szale wagi zatrzymały się na równej wysokości, wirująca moneta znieruchomiała na krawędzi.
Zaryzykować??
Chwyciłam się pojedynczych włókiem światłowodów wiszących nad moją głową i stanęłam stopami na swoim pęku. Tak było zdecydowanie łatwiej. Skoczyłam. Trochę do przodu, trochę po skosie w lewo. Mniej więcej tam, gdzie w ciemnościach widziałam dość gęstą pajęczynę kabli.
Gdybym miała rację tym razem… Gdyby okazało się, że to ja sama jestem w stanie się chronić, w razie potrzeby mogłabym to powtórzyć. Jeśli nie, niech Kraina Czarów mi wybaczy i zlituje się nade mną.
Zdołałam chwycić ręką jakieś włókna. Stopami odnalazłam inne, spróbowałam w miarę pewnie stanąć. Zaczęłam wspinać się po tej plątaninie. Zauważyłam mgłę, może dym, ujawniający się w słabym świetle emitowanym przez moje dłonie. Kiedy przestałam się na tym koncentrować, uwalniałam niewiele energii, dużo mniejszą powierzchnią skóry. Postarałam się, żeby świecąca mgiełka sięgała mi przynajmniej do połowy przedramion. Przy odrobinie szczęścia może nie wyczerpię całej energii do momentu, kiedy znalazłabym gdzieś pewniejsze źródło światła.
- Mówiłam, skoncentruj się najpierw na tym, co wiesz.
Słysząc srebrzysty głosik mojej tulpy omal nie spadłam w pustkę. Takie coś powinno być tu zakazane…
Wpełzłam na biegnący mniej więcej poziomo pęk światłowodów i ruszyłam dalej. Poza przewodami widziałam teraz także filary, początkowo pojedyncze, pionowe albo nieco przechylone, czasami łączące się po dwa w łuk. Kiedy znalazłam się dość blisko jednego z nich, uniosłam rękę i na chwilę wygenerowałam większą kulę światła, żeby się temu przyjrzeć. Filar miał kwadratowy przekrój i pokryty był takimi samymi turkusowymi kafelkami.
Przede mną, kilka metrów poniżej, od łuku, ciągnęła się wyjątkowo gęsta sieć kabli. Tworzyły niemal zwartą poziomą płaszczyznę. Zmrużyłam oczy, oceniając, czy mogłabym bezpośrednio skoczyć z miejsca, gdzie w tym momencie się znajdowałam. Gestem nakazałam Kiri podejść bliżej i wspiąć się na moje ramię.
- Przyznaję, że nadal nie jestem w stanie stwierdzić, czy potrafiłabym sama ochronić się przed upadkiem – powiedziałam spokojnie – Ani czy w ogóle tutaj mamy powody, żeby obawiać się upadku. Może po prostu wtedy się budzimy, tak jak po koszmarnych snach.
Chwyciłam dość gruby przewód luźno zwisający przede mną i skoczyłam. Wylądowałam na tej gęstej sieci, z trudem utrzymałam się na nogach. Dalej nie było lepiej, podłoże okazało się dość nierówne. Kilka razy upadłam, zanim uznałam, że może lepiej i wygodniej iść tędy na kolanach.
- A jeśli chodzi o rzeczy które wiem – odezwałam się znowu – Mam wrażenie, że trochę rozumiem to… coś. To serce. W tej chwili jestem prawie pewna, że to nie jest naszym… moim wrogiem. To po prostu ISTNIEJE. I nawet nie ma pojęcia, jak na mnie działa. To nie jest jego wina. Tak samo, jak nie jest winą czarnej dziury, że posiada taką silną grawitację.
- Coś jeszcze?
- Nie mam pojęcia… To znaczy chyba jest połączone z całym tym Fokusem. We wszystkich warstwach i wymiarach. Nie wiem, w której warstwie rzeczywistości to przebywa… Może jest ponad czasem i przestrzenią… Cholera! Wszędzie i nigdzie?!
Utknęłam. Zdałam sobie sprawę, że jestem unieruchomiona. Moje nogi oplatały różnej grubości światłowody w tej swojej czarnej otoczce. Zapadłam się w tę gęstą plątaninę, ledwie zdążyłam wyszarpnąć dłonie, zanim pogrążyłam się na dobre.
Spróbowałam w miarę możliwości świecić całą powierzchnią ciała, żeby zobaczyć, jak wygląda sytuacja. Nawet zdołałam zrobić to w stopniu wystarczającym, ale nie spodobało mi się to, co wówczas zobaczyłam. Dwa kable o pokaźnych średnicach owijały mi się wokół bioder i talii jak jakiś przeklęty wąż dusiciel. Nogi miałam całkiem wplątane w gęsto plecione podłoże.
Zdałam sobie sprawę, że nie mam przy sobie klucza portalu. Byłam w zasadzce.
- Zanim całkiem wpadniesz w panikę, chcę cię poinformować, że nadal jesteś na swoim terenie.
- Tak, ale chyba jesteśmy gdzieś głębiej… Z tym jest trochę tak jak z warstwami rzeczywistości, prawda? Jak z moim podwórkiem i przejściem do domu. Jak z tymi wrotami w Lamgdo… Tam jest…
Kiri, do diabła, gdzie jest granica Lamgdo?! Wiesz, granica w czwartym wymiarze… Tam nie ma takiej bramy jak w Dhihrung-Jetter!
- A w tamtym baśniowym lesie, którego nazwy nie poznałaś, była jakaś brama?
Zawyłam jak ranny wilk, szarpiąc się w swoich ciasnych więzach.
- Spokojnie. Złość w niczym nie pomoże. Może czasem granice nie są takie oczywiste.
Tak. Spokojnie. Inaczej utkwię w martwym punkcie na wieki. A przynajmniej do momentu, kiedy zwątpienie przeważy i zerwie moją wątłą więź z wymiarem astralnym.
- Zamierzasz się poddać? Pomyśl, co możesz zrobić…
- Mogę iść tam w wolnej chwili – jęknęłam – Jak tylko się uwolnię. Takie rzeczy można sprawdzać doświadczalnie.
Szarpnęłam jeden z przewodów otaczających moją talię. Ustąpił. Powoli ściągnęłam go z siebie, przez chwilę trzymałam jak najdalej w wyciągniętej ręce jak jadowitego węża. Widziałam jego ostro zakończoną końcówkę, półprzezroczysty mały grot. Światłowód wił się w mojej ręce, póki go nie puściłam. Nie próbował mnie atakować, energicznie zanurkował pomiędzy innymi i zniknął w tej czarnej masie.
- Pewnie inne rzeczy też możesz sprawdzić.
- Jasne. Na przykład, czy ten centaur też jest Prawdziwy. Bo jestem prawie pewna, że tak.
Teraz przynajmniej mogłam się pochylić na tyle, żeby spróbować pozbyć się światłowodów zaciskających się wokół moich ud. Kiri zeskoczyła z mojego ramienia i stanęła przed mną.
- Coś jeszcze?
- Nie wiem… To serce? Nawet jeśli nie mogę go zlokalizować… Przynajmniej JESZCZE nie mogę… W transie jestem w stanie do niego sięgnąć. Mogę zobaczyć je przez Strukturę. Może jeśli wejdę w głębszy trans, znajdę sposób, żeby chronić się przed jego wpływem. To znaczy nie wiem… To kolejna teoria bez podstaw… Ale mogę przynajmniej próbować je badać…
Spokojnie, zachować spokój. Myśleć. Nie wpadać w panikę, nie miotać się bez sensu.
Wyplątałam dwa grube przewody i jeden cienki. Teraz mogłam w jakimś stopniu poruszać nogami. Sięgnęłam dalej, do kabli wokół łydek i kostek.
- Myślisz, że da się z tym czymś porozumiewać?
- Językiem Czynu czy czymś podobnym?
- Może… Nadal nie wiem, czy istnieje kilka języków w kodzie tego Matrixa.
Więzy były już na tyle luźne, że zdołałam uwolnić nogi. Szybko znalazłam przewody zwisające na tyle nisko, że mogłam się ich chwycić i podciągnęłam się w górę. Wolałam nie pozostawać dłużej na tej zdradliwej zwartej masie.
Informacja dla tych, którzy grali w stare gry komputerowe, w których bohaterowie poruszali się podwieszeni pod rozciągniętą siecią: poruszanie się w taki sposób jest diabelnie niewygodne! I z pewnością nie da się tego zrobić tak gładko, sprawnie, bez problemu i z taką gracją jak owe gry to przedstawiały. Gry kłamią. Dziękuję za uwagę.
Czasem kątem oka widziałam Kiri, przebiegającą po światłowodach. Tak, nadal byłam w stanie sobie świecić. Co jakiś czas zerkałam w dół, posyłałam tam wtedy niewielki świecący obłoczek energii. Ręce miałam zajęte, dlatego starałam się uwalniać energię przez klatkę piersiową i szyję. Czy przypadkiem ezoterycy nie mówili, że tam ludzie posiadają jakieś czakry?
W którymś momencie zobaczyłam na dole mały fragment stałego podłoża, kwadratowy, o boku mniej niż metr. Ale to już było coś, a coś zawsze jest lepsze niż nic. Postarałam się znaleźć nad nim i skoczyłam w dół, obracając się w locie. Lądowanie na cztery łapy. Mrrrau!
Czułam pod dłońmi i stopami chłodne kafelki. Uniosłam rękę, uwolniłam więcej energii, rozejrzałam się. Mój stabilny kawałek podłoża wystawał kilkanaście centymetrów ponad drgającą gęstą masę czarnych kabli.
- Jak ci tak zależy, to kilka metrów dalej jest kolejny.
- Dzięki. I uznaj, że ja po prostu temu nie ufam.
Zaciskając zęby, przeskoczyłam po zbitej powierzchni światłowodów, starając się jak najkrócej dotykać ich stopami. Odetchnęłam z ulgą, kiedy znów znalazłam się na stałym podłożu.
- Kiri, jeśli możesz coś widzieć z góry w tych ciemnościach, to prowadź mnie do kolejnych.
Tulpa prowadziła mnie. Czasem musiałam przebiegać w podskokach jak za pierwszym razem, czasem pęki włókien wisiały na tyle nisko, że mogłam się ich chwycić i pokonać niewielki dystans wisząc na rękach. Światłowody nie próbowały mnie zatrzymywać, ale naprawdę nie ufałam temu draństwu. W pewnym momencie Kiri poinformowała mnie, że kilkanaście metrów przed nami zaczyna się normalna podłoga. Przebiegając ten niewielki dystans wyobraziłam sobie, że coś spróbuje mnie powstrzymać teraz, na samym końcu. Nic takiego nie nastąpiło.
Wyglądało to jak stopnie schodzące do basenu, tylko w tym wypadku zamiast wody basen wypełniały te przeklęte kable. Weszłam po szerokich schodach, przeskakując nad światłowodami, tutaj podobnymi do korzeni drzew zarastających porzucone ruiny. Byłam w krótkim korytarzu o ścianach popękanych i wykruszonych w wielu miejscach. Tutaj także na posadzce zalegał gruz i fragmenty pokruszonych kafelków.
- To nie może być ślepa uliczka, prawda?
Gestem podbródka wskazałam na kończącą korytarz ścianę. Tutaj światłowody spróbowały chyba odtworzyć wizerunek drzewa życia, układając się we wzór, w którym mogłam rozpoznać pień i odchodzące od niego gałęzie. Obejrzałam to z bliska, oświetliłam kąty, w których przewody tworzyły już swoje zwyczajne chaotyczne kłęby. W miejscu wyglądającym prawie jak gniazdo gigantycznego ptaka znalazłam COŚ.
Była to szklana fiolka, coś jak wielka probówka, ale gładko zamknięta z obu stron. Miała ponad dwadzieścia centymetrów długości i obwód wystarczający, żebym nie mogła do końca objąć tego placami. Wewnątrz znajdował się kilkunastocentymetrowy odcinek kabla zakończony wtyczką. Nie światłowód, normalny elektryczny przewód. Z jego ściętej końcówki sterczał pęk lśniących miedzianych drucików.
Zauważyłam że wokół miejsca, w którym chwyciłam fiolkę, szkło pokryło się parą. To dlatego, że łapiąc to, cały czas emitowałam z dłoni trochę energii? Jeśli tak, to byłby pierwszy raz kiedy moja energia zamanifestowała się w inny sposób niż tylko jako mgła albo światło. Para szybko znikała z powierzchni fiolki, kiedy przesuwałam palce.
- Co to jest? - zdziwiłam się.
- Widzę tyle co ty. Ale ten sposób przechowywania sugeruje, że to może być cenne.
Westchnęłam.
- Albo że to jakiś wyrafinowany astralny żart, którego nasze mało oświecone umysły nie potrafią zrozumieć.
Przekładałam fiolkę z ręki do ręki, powodując na przemian powstawanie na szkle śladów pary i ich zanikanie. Poszukałam wzrokiem Kiri. Zobaczyłam jak moja tulpa usiłuje łapkami przekopać się przez stertę światłowodów w przeciwnym kącie sali i niewiele myśląc, odruchowo przyszłam jej z pomocą.
Okazało się, że za kablami znajdowały się drzwi, niewiele większe od otworu w dużej psiej budzie. Ale w końcu od czego mieliśmy tu wyższe wymiary?
- Mam nadzieję, że jakoś wrócimy do punktu wyjścia – powiedziałam – Muszę zabrać moje rzeczy.
- Zdecydowanie nie chciałabyś stracić swojego amuletu.
- Oczywiście. I nie wiem, czy zostanie mi jeszcze czas… Jutro też jest dzień. A ja powinnam wracać tu codziennie, tak? Zwłaszcza teraz, na początku… Trzeba będzie kilka rzeczy ogarnąć.
- Trzymam za słowo.
- Czy kiedykolwiek zaczniesz we mnie wierzyć?
Odpowiedzi oczywiście nie otrzymałam. Kiri sprytnie się wykręciła, wchodząc w ozdobne owalne drzwiczki kiedy tylko stały się na tyle dostępne, żebym zdołała je uchylić. Ale jak to mówią, co się odwlecze to nie uciecze…
UG9kcGlzdWrEmSBzacSZIGtyd2nEhSAtIG5pZSBwb3TEmXBpYWpjaWUgbW5pZSB6YSB0byE=
Jak coś to tutaj jest klucz do odblokowania zablokowanej części mojego contentu. Takie tam haki i obejścia...

Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#62
Dzień 35

Korzystając z przypływu motywacji popłynęłam z prądem. Tak aktywnie, nie jak zdechła ryba. Może lepiej byłoby powiedzieć, że ZŁAPAŁAM WIATR W ŻAGLE?
Przez dwa dni próbowałam nadrabiać zaległości w medytacji. Robiłam to nie tylko dla nauki osiągania głębszego transu, ale przede wszystkim dlatego, że osiągnięty w ten sposób wewnętrzny spokój ułatwiał mi inne ćwiczenia. W tej kwestii też się zawzięłam. Uparłam się, że odkryję jakieś inne zastosowania mojej eterycznej energii. Szybko zauważyłam, że byłam w stanie do pewnego stopnia wpływać, czy moja energia posiada wyraźną barwę albo jak intensywnie świeci. Raz udało mi się wyemitować ją w prawie niewidocznej postaci – właściwie byłam zadowolona, że była ona tylko PRAWIE niewidoczna. W przypadku pełnego sukcesu nawet nie zauważyłabym, że cokolwiek osiągnęłam. Wrażenia czuciowe w większości przypadków były mało wyraźne, zwłaszcza po dłuższym treningu.
Kiri – a jakże! - uczynnie podpowiedziała mi, że nie miałabym takiego problemu, gdybym już potrafiła wywołać jakiś mierzalny efekt. Nie skomentowałam tego w żaden sposób – czy to liczyło się jako kolejny krok w opanowaniu i samodyscyplinie?
Zdałam sobie sprawę, że właściwie nie wiedziałam JAKICH mierzalnych efektów mam prawo oczekiwać. Telekinezy? Materializacji obiektów w postaci umownie materialnej? Aż na chwilę powróciła urocza wizja ektoplazmy…
Ireasz użył przy mnie energii do ogłuszenia jakiegoś niewielkiego stworzenia. Zatem to mogło oddziaływać na astralne istoty. Kilka razy spróbowałam użyć swojej energii wobec Kiri. Emitowałam tego trochę z dłoni i prosiłam swoją tulpę, żeby pozostawała w zasięgu. Kiri stwierdziła, że to czuła, nawet już bez złośliwych komentarzy o tym, jak mogłabym postarać się bardziej. Zadając sobie więcej trudu spróbowałam stworzyć bardziej gęstą kulę energii i rzuciłam nią w Kiri z większej odległości. Uzyskałam wtedy wystarczająco wyraźny kolor, żeby widzieć, jak znaczna część z tego rozproszyła się w powietrzu jeszcze przed osiągnięciem celu. Ale część dotarła. Podobno trochę wyczuwalna. Nie zaspokoiło to mojej ciekawości. Kiri jako część mnie zapewne wyczuwała wszystko powiązane ze mną – czy też z nami. Potrzebowałam innego celu do ćwiczeń.
Próbowałam tego z kilkoma włochatymi owadami albo pajęczakami, jakie znalazłam na dole w Wieży. Może dwa czy trzy razy zauważyłam, że pod wpływem moich działań zatrzymywały się one w miejscu i trwały nieruchomo do momentu, kiedy mgiełka energii praktycznie całkiem się rozpływała. Zastanawiałam się, na ile mogły mieć tutaj wpływ jakieś inne czynniki, te pająki-owady mogły widzieć moją rękę albo jej cień na ścianie, wyczuwać moje mimowolne ruchy w powietrzu albo coś podobnego. Że pralnia była blisko, poszłam tam szukać bardziej rozumnych istot. Miałam cichą nadzieję, że spotkam tam Dudu, ale tyle szczęścia nie miałam.
(Czy nadal masz wątpliwości, że ten świat to coś więcej niż projekcja umysłu kreowana przez oczekiwania?!)
Trochę poeksperymentowałam z Hissem w kuchni. On też potwierdził, że mógł to wyczuć. Więzi między mną a Hissem nie miałam siły analizować. Nie miałam siły ani ochoty w tamtym momencie szukać w lasach jakiejś driady, żeby mieć trochę bardziej obiektywny wynik. W razie potrzeby mogłam zrobić to przy innej okazji.
I tak najbardziej obiektywnym dowodem na cokolwiek byłoby dla mnie potwierdzenie możliwości interakcji z obiektami nieożywionymi.
(UMOWNIE nieożywionymi, Kiri! Tak, wiem, że tu wszystko tak czy tak ma duszę!)
Próbowałam wywołać kręgi na powierzchni wody w naczyniu. Kilka razy się udało, ale nadal nie miałam pewności, której bym sobie życzyła. Za duże było prawdopodobieństwo wpływu innych czynników. Może nawet powinnam rozważyć przeprowadzenie tego testu w fizycznym świecie, żeby się przekonać jak łatwo uzyskać fałszywie pozytywny wynik takiego eksperymentu. Podobne mieszane uczucia miałam po tym, jak usiłowałam poruszyć zawieszonym na nitce małym skrawkiem papieru. Tak niewielkie ruchy, jakie w większości uzyskiwałam były prawie na pewno szumem pomiarowym. Raz drgnęło mocniej, ale trwało to bardzo krótko. I też o niczym nie świadczyło. Przy próbach zmiany odchylenia strumienia wody z odkręconego kranu nie uzyskałam absolutnie nic. Prawdę mówiąc nie potrafiłam sobie wyobrazić jakiejkolwiek możliwości oddziaływania na coś tak zmiennego i niestabilnego. Kiri także wyraziła się o podobnych ćwiczeniach niezbyt przychylnie.
- Co będzie następne? Radiestezja?
Nawet przez chwilę miałam ochotę pobiec na górę i poszukać jakiegoś praktycznego poradnika w dziale „FAŁSZYWYCH TEORII OKULTYSTYCZNYCH” a potem demonstracyjnie przetestować opisane tam praktyki, ale nie chciałam tracić czasu.
Spytałam zresztą, czy tutaj radiestezja miała prawo działać. Otrzymałam kolejną niejasną odpowiedź, że jest pewne prawdopodobieństwo, ale zapewne działałoby to na innych zasadach niż wyobrażałoby to sobie to czy owo samozwańcze medium.
W pewnym momencie poczułam się trochę wyczerpana tym wszystkim. Nie byłam tym zaskoczona, w końcu nigdy wcześniej nie zużywałam energii w takim stopniu. Już bardziej dziwiło mnie to, ile byłam w stanie zrobić do momentu, kiedy pierwszy raz odczułam jakiś rodzaj zmęczenia. Było to dziwne uczucie, raczej mentalne niż fizyczne, ale niewątpliwe realne. Kiri zasugerowała, że może chłodny prysznic dobrze by mi zrobił. Nie miałam na to ochoty, nawet jeśli miałoby to mieć jakiś mistyczny dobroczynny wpływ. A miało mieć, a jakże! Wszak sam Bardon zalecał kąpiele w wodzie o temperaturze około czterech stopni, co moja tulpa podpowiedziała mi z czarująco jadowitą słodyczą. Spróbowałam wyekstrahować z siebie odrobinę podobne żrącego jadu, pytając, czy może widziała tu jakiś termometr, żebym się upewniła, czy używam wystarczająco potężnej magicznie wody.
Z przyrządów mierniczych pod ręką miałam tylko ów dziwny kompas-zegarek, który kiedyś znalazłam na strychu. Jego wskazówka cały czas drgała w zakresie od 250 do 350 bliżej nieokreślonych jednostek na skali. Ciągle przy dolnej granicy. Zniosłam go na dół do salonu, razem z resztą rzeczy wygrzebanych swego czasu z różnych zakamarków. Położyłam cały ten chłam na stole, obok zdobytej ostatnio szklanej fiolki z przewodem.
Nie podjęłam jeszcze próby wydobycia tajemniczego kawałka kabla ze środka. Widziałam jasno, że jedyny sposób wiązał się z nieodwracalnym zniszczeniem szklanej powłoki, a z tym wolałam się nie spieszyć. Normalnie nie przejmuję się opakowaniami, ale to była wyjątkowa sytuacjanie, nie taka wyjątkowa sytuacja, polityki proszę w to mieszać! Jesteśmy w cholernym raju, gdzie nie dociera zepsucie doczesnego świata…
Na wszelki wypadek chciałam pozostawić tajemniczy artefakt w nienaruszonym stanie przynajmniej do momentu, kiedy dowiedziałabym się, z czym mam do czynienia.
- Możesz go trzymać w gablotce albo na aksamitnej poduszce…
No, do tego na pierwszy rzut oka się nadawał. Tylko chyba taką gablotkę z poduszką musiałabym postawić w głównym korytarzu na parterze, w dowolnym innym pomieszczeniu zginęłoby to wśród gratów. Mogłabym równie dobrze wstawić do tego oto salonu tron i chyba nikt nie zauważyłby różnicy. A gdzie indziej było tylko gorzej…
Zwróciłam uwagę na fakt, iż krótki odcinek przewodu zakończony był wtyczką. Nie przypominałam sobie, żebym chociaż raz widziała w tym domu normalne gniazdko. Były tu w ogóle jakiekolwiek urządzenia typowo elektryczne?
- W kuchni są chyba lodówki. Co najmniej dwie. I może jeszcze kuchenkę.
Ze słowami Kiri spłynęła na mnie kolejna fala natchnienia. Oczywiście natychmiast musiałam przebiec do kuchni, żeby to sprawdzić. Tak, miałam tu dwie lodówki i okap. Kuchenka była na węgiel. Wszystko dobrze wpasowane w szafki i blaty, tak doskonale tonące w chaotycznych stertach rozmaitości. Wybrałam lodówkę bliżej mnie, podeszłam, próbując zbadać sytuację. Jeśli był tam jakiś przewód, to dobrze schowany z tyłu. Zajrzeć za nią się nie dało, przynajmniej nie z tego miejsca, w którym stałam. Tylko nikt nie mówił, że aby przestrzegać reguł gry, należało grzecznie stać na podłodze. Zatem z tego blatu obok obok. Zajęty? Jak to zajęty? Zaraz nie będzie!
Huknęło i łupnęło zdrowo. Poziom entropii w kuchni trochę wzrósł. Ale tak tylko trochę. Delta i tak wyszła niewielka.
Miałabym się tym przejmować? A to ja tu musiałam sprzątać?!
Lodówka przylegała do ściany na tyle ściśle, że z trudem mogłam wcisnąć palce w szczelinę. Niewiele to pomogło. Próbowałam sobie trochę poświecić, nadal nic nie widziałam. Zaparłam się ramionami o ścianę i próbowałam pchać, żeby odsunąć lodówkę od ściany. Tyle osiągnęłam, że zrzuciłam więcej rzeczy z blatu na podłogę. W tym momencie do kuchni weszła Kiri. Promieniujące z niej złośliwe zadowolenie poraziło mnie jak prąd, którego szukałam.
- Mam dziwne wrażenie, że gdzieś tu był czajnik elektryczny.
- No to trzeba było mówić od razu…
Spróbowałam przebić się przez zalegającą na wszystkich powierzchniach mieszankę gratów i żywności w pełnym spektrum świeżości, wywołując tym coraz bardziej ostre protesty zamieszkujących kuchnię istot. Nawet mnie nie dziwiło ich syczenie i fukanie ze złości, pewnie na ich miejscu też bym tak zareagowała. Kilka niewielkich stworzeń posiadających zdolność lotu postanowiło tymczasowo opuścić pole bitwy przez okap. Ponuro pomyślałam, że teraz pomoc Hissa bardzo by mi się przydała. Jeden czajnik, mały, kiedyś chyba biały, obecnie mocno i nierównomiernie beżowy, znalazłam za kilkoma opakowaniami skamieniałych pierników. Jak na złość miałam tylko czajnik, bez tej podstawy. Ale obejrzałam go sobie od spodu jak miałam okazję. Metalowe elementy układały się we wzór trochę przypominający mandalę. Znalazłam po jakimś czasie drugi czajnik, już w kompletnym zestawie. Jak dogrzebałam się w końcu do interesującej mnie części, zobaczyłam krótki i sztywny odcinek przewodu, najwyżej kilkanaście centymetrów, łączący się z wyraźnie cieńszym od niego światłowodem. Sprawdziłam to rozdzielając te elementy, w pierwszej chwili czułam znaczny opór, potem nagle światłowód ustąpił i wysunął się z zagłębienia. Szybko podłączyłam go z powrotem. Trochę się obawiałam, że jak położę go luźno obok, jeszcze postanowi stąd uciec.
Tak, dokładnie tym w wolnych chwilach zajmują się wędrowcy w Astralu. Starają się rozpracować działanie tutejszego sprzętu AGD. I tak miałam wrażenie, że na efekt moich badań miało nastawienie, z jakim do nich podeszłam. I nie mogłabym z czystym sumieniem stwierdzić, że WSZYSTKIE urządzenia tutaj działały na podobnej zasadzie.
Miałam nawet wrócić do działań bardziej konstruktywnych, acz nie zawsze owocnych, ale tego połączenia już mi nie starczyło. Przecież zawsze mogłam to zrobić przy dzisiejszym przejściu.
No i nie do końca mogłam…
Aż chciałoby się stwierdzić „a nie mówiłam?”. A przynajmniej „a nie myślałam”…
Chciałam kontynuować swoje zabawy z energią, ale z trudem byłam w stanie cokolwiek z siebie wykrzesać. Prawie nie czułam w sobie żadnego przepływu, jedynym zauważalnym wrażeniem było ogólne spięcie. Głupia myśl o wyssaniu trochę energii ze światłowodów nie chciała tak łatwo odpuścić, w końcu spróbowałam. Niewiele wyciągnęłam w ten sposób, pewną pociechę stanowiło spostrzeżenie, że teraz mogłam przynajmniej to POCZUĆ. Mogłam stwierdzić, w którym momencie ciało astralne zaczęło cokolwiek pobierać i jak przepływ nasilał się albo słabł.
Szukałam w notatkach, moich własnych i tych znalezionych w domu, sposobów, żeby przyspieszyć regenerację. Tyle wywnioskowałam, że najprościej byłoby czekać, zachować spokój i pozwolić, żeby energia z otoczenia powoli mnie nasyciła. Określenie „ładować akumulatory” chyba właśnie nabierało nowego, bardziej dosłownego znaczenia.
Zamierzałam usiąść pod drzewem w salonie – wszak drzewa posiadały korzystne rodzaje energii - i mimowolnie zauważyłam, że szarawe owoce były dość mocno przejrzałe. Postanowiłam astralnym sposobem to naprawić.
Nie byłam tego całkowicie pewna, ale wydawało mi się, że oddziaływanie, to oparte na interakcjach ze światem, było niezależne od poziomu energii. Jeśli dobrze rozumiałam, polegało to na zainicjowaniu procesu, który miał zostać wykonany przez mechanizmy istniejące w świecie, tym samym nie wymagało od podróżnika wysiłku poza koniecznością wyciszenia się i osiągnięcia pewnego stopnia transu. To mogłam zrobić zawsze.
- ushtirr deart – wyrecytowałam, kiedy uznałam, że nadszedł odpowiedni moment. Tym razem mentalnie mogłam wniknąć głębiej niż wcześniej.
W pierwszej chwili wydało mi się, że dłoń, którą położyłam na pniu, trochę się w niego wtopiła, niewiele, może ze trzy centymetry, jakby zewnętrzna warstwa kory była utkana z mgły. Wyczuwałam gałęzie drzewa jakimś dziwnym zmysłem, rejestrowałam nieznaczne ruchy liści. Nie musiałam dotykać gałęzi, żeby wiedzieć, że najcieńsze, nie całkiem zdrewniałe odgałęzienia są chłodne od wypełniających je soków. Odczułam też sam proces, lekki opór, na który napotykała działająca siła. To było jak koncentracja na jednym, pchnięcie i utrzymanie się w ruchu…
Wybiłam się z transu.
Spojrzałam na swoje dzieło i tym razem byłam pewna, że było ono dobre. Owoce były znowu prawie niedojrzałe. Cofnęłam rękę od pnia, nawet zerknęłam podejrzliwie na korę, ale nie pozostawiłam na niej odcisku dłoni. Dotknęłam najbliższego owocu, na nowo twardego. Przesunęłam palcami po ogonku, potem po tych cienkich gałązkach, żeby sprawdzić, czy naprawdę poczuję taki wilgotny chłód.
Oderwałam się w końcu od drzewa, spojrzałam na rzeczy pozostawione dzień wcześniej na stole. Szklana fiolka ciągle kusiła i irytowała swoim nieznanym przeznaczeniem. Jakoś tak się stało, że mały okrągły miernik leżał teraz dość blisko niej, wystarczająco blisko, żeby ją wyczuć. Wskazówka po raz pierwszy wybiła się bardziej, prawie do 500 nieznanych jednostek. Podeszłam, żeby przyjrzeć się temu z bliska. Było to dokładnie 481. Plus minus pięć, bo wskazówka drgała. Ale średnia była właśnie taka.
- A teraz zaczniesz wyliczać odchylenie standardowe i czas, w jakim wskazówka przebywa w określonym punkcie.
- Nie gadam z głosami w mojej głowie.
Kiri przesłała do mnie nie uformowaną w słowa irytację i zaczęła materializować się na stole na skraju mojego pola widzenia.
Materializować – to było właściwe słowo tym razem. Kiedy moja tulpa podeszła bliżej, odruchowo wyciągnęłam rękę i pogładziłam ją palcami po głowie i grzbiecie. Wyczułam ją dokładnie, miała już całkiem stały stan skupienia.
- Chyba się udało – westchnęłam – Sama nie wiem co, ale się udało. Jesteś już prawdziwa.
Wiewiórka cicho prychnęła.
- Czy kiedykolwiek byłam NIEPRAWDZIWA?
Dałam się w to wciągnąć, uwikłałam się w tłumaczenia, na które nie miałam cierpliwości. Może jedną prowokację zgrabnie odbiłam, drugiej już nie uniknęłam. Na sposoby są sposoby.
Poddałam się i uznałam za haniebnie pokonaną, żeby w spokoju poczekać, aż moja autonomiczna podświadomość przestanie się nade mną znęcać. Dużo ciekawsze było dla mnie w tym momencie sprawdzanie, jak obecność tego przewodu z fiolki wpływa na miernik. Położyłam go na szkle, najbliżej jak się technicznie dało, wskazówka trochę bardziej zbliżyła się do 500, chociaż nadal nie przekroczyła tej wartości. Poczułam z tego powodu lekkie rozczarowanie.
- Co to właściwie mierzy? - spytałam.
- Licznik Geigera chyba to nie jest…
Taką miałam nadzieję. Chociaż może nawet jakby jakimś cudem występowało tu promieniowanie jonizujące, niekoniecznie musiało ono stanowić zagrożenie. To w końcu nie było fizyczne ciało…
- Nie istnieją astralne nowotwory, prawda?
- Nie sądzę.
Czy istniały tu w ogóle komórki? Atomy już chyba tak, przynajmniej według Arthura Powella. Astralne atomy miały rzekomo posiadać więcej elektronów niż ich fizyczne odpowiedniki. O ile Powell sobie tego nie wymyślił.
- Nawet jeśli, to nie kłamał z premedytacją.
Podniosłam wzrok znad miernika i szklanej fiolki i spojrzałam na Kiri uważnie.
- To znaczy? - spytałam ostrożnie.
- Może robił to co ty… to co MY robimy teraz. Może po prostu nie wiedział, jak interpretować swoje obserwacje.
Popatrzyłam na swoje ręce. Nadal nie wiedziałam, co oznaczają kolory emitowanej energii. Jeśli w ogóle miałam przyjąć założenie, że oznaczają cokolwiek. Pomieszczenie, w którym się znajdowałam w tym momencie, z jakiegoś powodu zachowywało swoją ogólną formę, praktycznie się nie zmieniało w porównaniu z resztą domu. Podobnie jak kuchnia. Dlaczego tak się działo?
- Może masz rację – westchnęłam – Co możemy zatem zrobić lepiej? Przestać przyjmować założenia? Czy może przekopać się przez kolejne teorie i poszukać jakichś punktów wspólnych?
- Czy jedno wyklucza drugie?
No, w zasadzie nie.
- W zasadzie nie.
Kiri skinęła głową. Nie mogłam się powstrzymać i dotknęłam jej jeszcze raz.
W końcu. Wiedziałam od jakiegoś czasu, że mój dajmon przybiera coraz bardziej pseudomaterialną formę, ale nie zastanawiałam się zbytnio, kiedy – i że w ogóle – proces dobiegnie końca.
Chyba nie do końca to miałam na myśli, mówiąc, że Kiri jest teraz bardziej prawdziwa. Czułam raczej, że to ja jestem bardziej prawdziwa.


To co nazwałem Słonecznym Dziełem jest teraz zakończone.

~[i]Tablica Szmaragdowa[/i], jedno z licznych tłumaczeń


================================================================

## Spowiadam się wam, śniący bracia i siostry, że pisząc to, osobiście sprawdzałam, czy wykonując ruchy ręką nad naczyniem z cieczą można uzyskać fałszywie pozytywny wynik w próbach telekinezy :P Faktycznie powoduje to falowanie powierzchni, chociaż nie taki pełny wyraźny efekt kręgów na wodzie. Ze skrawkiem papieru na nitce rzeczywiście próbowałam eksperymentować w czasie mojej trzyletniej weryfikacji teorii ezoterycznych (opisy być może przetrwały gdzieś na Psajko), odchylać za pomocą "pola siłowego" strumienia wody z kranu nie próbowałam. Za to kiedyś widziałam na jakimś "magicznym" forum opisy podobnych doświadczeń w związku z radiestezją, dokładnych szczegółów niestety obecnie nie pamiętam. ##
UG9kcGlzdWrEmSBzacSZIGtyd2nEhSAtIG5pZSBwb3TEmXBpYWpjaWUgbW5pZSB6YSB0byE=
Jak coś to tutaj jest klucz do odblokowania zablokowanej części mojego contentu. Takie tam haki i obejścia...

Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#63
Dzień 36


Czułam się jakbym została szamanką. Najpierw otworzyły się drzwi, teraz związałam się z tym światem mocniej. Nadszedł czas, a ja przeszłam próbę.
Kiedy kolejny raz badałam ten przewód w szklanym cylindrze, sama jego obecność była dla mnie jak potwierdzenie. Coś takiego było w sposobie, w jaki weszłam w jego posiadanie, w drodze, jaką musiałam przejść, zanim dotarłam do niego. Może to był kolejny powód, dlaczego nie wydobyłam go ze szklanej osłony. Może czułam, że sam moment otwarcia także musi być uroczysty i dokonać się w odpowiednich okolicznościach.
Jakiś głosik wątpliwości popiskiwał złośliwie, że może się okazać, iż przedmiot ten okaże się zwyczajnym kawałkiem drutu i na tym skończą się wielkie fantazje o potężnych artefaktach. Ale na razie, kiedy nie miałam żadnego dowodu na potwierdzenie którejkolwiek z równorzędnych przecież tez, mogłam wierzyć w to co chciałam.

Ludzie są głupi, uwierzą w kłamstwo, albo dlatego, że chcą, by to była prawda, albo też dlatego, że boją się, iż to może być prawda.

~Pierwsze prawo magii, Terry Goodkind „Miecz Prawdy”

Mogłam sobie pozwolić na małe niewinne wbijanie się w dumę tak długo, jak myśli te nie dominowały mojej świadomości. W przeciwnym razie Kiri z pewnością wyczułaby i zdecydowanym cięciem postarałaby się ukrócić moje sny o potędze.
Takie bardziej praktyczne teorie miałam dwie. Ów przewód mógłby być rodzajem klucza, podobnie jak ten amulet, który zawsze nosiłam przy sobie. Tylko na przykład związanym bardziej z miejscem, nie ze mną. Z miejscem, w którym znajdowałoby się coś w rodzaju gniazdka, do którego dałoby się wtyczkę wetknąć. Albo mógł to być element jakieś mechanizmu, przełącznik, źródło zasilania – a weryfikacja tej tezy również wiązała się ze znalezieniem gniazdka. I nikt nie powiedział, że to gniazdko miałoby znajdować się koniecznie w moim domu. No dobra, prawdopodobieństwo było wystarczająco wysokie… Zwłaszcza znów uwzględniając to, w jaki sposób zdobyłam ten niezidentyfikowany kabelek.
Tyle wiedziałam na pewno, że poziomem energii ten przedmiot wyróżniał się z tła. Spróbowałam zbadać go telepatycznie, w tym własny tymczasowo niski poziom energii nie przeszkadzał. Był jednocześnie czymś określonym i podobnie nieaktywnym jak te martwe drzewa obok domu. Gdyby ktoś spytał mnie o zdanie, powiedziałabym, że w jego przypadku, jeśli chodziło o teoretyczną możliwość „przebudzenia”, rokowania byłyby lepsze. Mogłabym niemal powiedzieć, że on nie jest martwy, tylko śpi.
Kabel w śpiączce… Cholera. Jakbym znalazła jakiś sposób, żeby przenieść te notatki do fizycznego świata i ktoś by je, o zgrozo, przeczytał, przymusowe spotkanie z psychiatrą miałabym jak w banku.
Spróbowałam trochę eksperymentować z samym miernikiem. Próbowałam promieniować na niego tą żałośnie małą porcją energii jaką w sobie aktualnie miałam. Tak jak się spodziewałam, wywołałam niewielki efekt, wskazówka przesunęła się trochę w górę skali. Mniej niż przy badaniu kabla w fiolce, ale też cudów nie oczekiwałam. Wystarczającym cudem było to, że dałam radę wyemitować COKOLWIEK.
Właściwie dlaczego nie spróbowałam tego wcześniej.
Przynajmniej tyle miałam zdrowego rozsądku – a czy samo moje powracanie tutaj każdej nocy wszelkiemu rozsądkowi nie przeczyło? - żeby poczekać z próbami kontrolowanego upadania z wysokości. Jeśli to zależało od mojej energii, teraz nie był najlepszy moment. Ale na wszelki wypadek już rozejrzałam się za potencjalnym miejscem, gdzie takie rzeczy mogłabym ćwiczyć. W pierwszym odruchu poszłam szukać takowego w Wieży. Teoretycznie tam mogłabym skakać z dowolnej wysokości, większym problemem byłoby samo lądowanie. Idealnym przypadkiem byłaby odsłonięta, równa powierzchnia podłogi. Wprawdzie dolny poziom Wieży był zdecydowanie mniej zagracony niż większa część tego domu, jednak nawet gdybym zadała sobie trochę trudu i przeniosła rzeczy gdzie indziej, nadal pozostawał ten mały nieszczęsny budyneczek na dole. Nie miałam gwarancji, że będę upadać idealnie pionowo w dół i na pewno nie zawadzę o tę drewnianą kopułę.
- Martwisz się bardziej o siebie, czy o ewentualne uszkodzenia konstrukcji, jak spadniesz na nią z hukiem?
Jak ktoś dużo mądrzejszy ode mnie kiedyś powiedział, jeśli może się stać coś złego, zapewne się stanie. Lepiej było nie ryzykować, zwłaszcza w obecnej fazie eksperymentów. To nawet nie było stadium alfa. Istniało w ogóle na coś takiego jakieś techniczne określenie?
Przez chwilę pomyślałam, że mogłabym przy okazji sprawdzić, czy Hipotetyczne Gniazdko, to pasujące do wtyczki z fiolki, nie znajdowało się gdzieś tutaj. Jeśli jego obecność na moich ziemiach była tak bardzo prawdopodobna, to co najmniej równe, jeśli nie wyższe, było prawdopodobieństwo, że będzie to w Wieży. Nie pozwoliłam sobie chwilowo na więcej niż otwarcie kilku drzwiczek, które znajdowały się w zasięgu moich rąk. Zapamiętałam sobie lekcję Kiri o unikaniu miotania się i rozwiązywaniu problemów po kolei.
Naturalnym ciągiem skojarzeń jako kolejne miejsce dobre do ćwiczenia bezpiecznego spadania wytypowałam łagodne wzgórza Okręgu Jetter, tam, gdzie już raz, w sposób nieplanowany, tak spadłam. Lądowanie miałabym tam dostatecznie komfortowe.
Znalazłam w mojej umownej sypialni mały plecak, wrzuciłam do środka zeszyt i długopis, zawołałam Kiri. Wolałam mieć swoją tulpę przy sobie, tak na wszelki wypadek, nawet jeśli w razie kłopotów prędzej drwiłaby ze mnie zamiast jakoś pomóc. Miałam przy tym wrażenie, że pogrążanie mnie nie leżało także w jej interesie. Bo gdybym tak naprawdę miała poważny problem… Gdybym tak hipotetycznie straciła więź z tym światem. Nie bieżące połączenie, ale to, co pozwalało mi tu wracać. To, o co jaśnie pan centaur tak wzruszająco się troszczył, przypominając jak bardzo jest kruche… Czy wówczas Kiri nie zniknęłaby całkowicie?
Możliwe, że ona także o tym pomyślała (albo odczytała to z mojej części świadomości) bo wydawała się zadowolona, kiedy wślizgiwała mi się do plecaka.
Przeniosłam się do Dhihrung-Jetter. W duchu dziękowałam nieznanym astralnym bogom za teleportację i jednocześnie ze złością im złorzeczyłam. Dlaczego dając podróżnikom astralnym dostęp do tak przydatnego narzędzia, musieli zarazem uczynić je tak mało praktycznym z tym brakiem precyzji?!
Miałam tyle szczęścia, że skały, latające czy nie, mogłam znaleźć tu w wielu miejscach w tym rejonie. Nie miałam w tej kwestii szczególnych preferencji. Rzuciło mi się w oczy kilka interesujących obiektów, potem na swoje nieszczęście – a może szczęście, zależy jak na to patrzeć – natrafiłam na którąś z biegnących między wzgórzami dróg. Odruchowo zaczęłam nią podążać, cholerny pies Pawłowa, przyuczony od dziecka do wybierania spośród chaosu tego, co uporządkowane. Jakimś niepojętym sposobem, nawet nie za bardzo korzystając z możliwości skracania odległości poprzez pięty wymiar, dotarłam do tych trzech budynków, które znalazłam poprzednim razem. Teraz miałam wrażenie, że znajdują się one nieco dalej od siebie nawzajem, ale uznałam, że nawet jeśli rzeczywiście tak było, nie miało to większego znaczenia. Nie wykluczałam, że takie wrażenie mogłam odnieść po prostu dlatego, że teraz podeszłam bliżej niż poprzednio.
Wiedziałam, że w środku znajdowało się co najmniej kilkoro innych podróżników. Widziałam ich przez otwarte łuki drzwiowe, słyszałam jak czasem ktoś bardziej podnosił głos. Zakładałam, że wszyscy tutaj byli Prawdziwymi Ludźmi.
Dziwnie czułam się z tą świadomością. W końcu wierzyłam w obiektywne istnienie poza moim umysłem tego świata. Ci tutaj, jeśli podróżowali po innych wymiarach dłużej niż ja, mieli tę świadomość wcześniej. Możliwe, że dla nich przyjęcie jej było dużo łatwiejsze i nie trwało aż tak długo. Czy wyczuliby we mnie tę niepewność? Czuliby odór lęku płynący ode mnie w postaci myślokształtów? Bo może oni byli tu na tyle wprawni (albo OŚWIECENI), że widzieli je stale.
- Wchodzisz?
A głosy w głowie rzadko przecież bywają pomocne. Raz na jakiś czas może są. I to tyle.
Odetchnęłam głęboko. Coś mi tu groziło? Co mogliby mi zrobić, krzywo na mnie spojrzeć? Coś sobie pomyśleć? Tylko czy tutaj myśli nie miewały sprawczej siły?
Jednak wbrew sobie jakoś znalazłam się w największym z tych budynków. Kilka par wielce oświeconych oczu zwróciło się ku mnie. Było ich może sześcioro, akurat tak się złożyło że wszyscy płci męskiej. Siedzieli przy małych kwadratowych stolikach, jakich było kilka w tej sali i zajmowali się swoimi sprawami. A były to sprawy zaiste mało oświecone. Jeden siedzący samotnie, blondyn ubrany jak Jedi z „Gwiezdnych Wojen”, miał przed sobą szklankę z napojem, dwaj inni, przy stoliku obok wejścia, swoje naczynia zdążyli wcześniej opróżnić. Pozostali trzej, w czarnych skórzanych strojach w mocno cyberpunkowym klimacie, szybko wrócili do przerwanej rozmowy. Ci zajmowali stolik mniej więcej pośrodku tego lokalu. Najdłużej patrzył na mnie osobnik o chudej twarzy, naprzeciwko którego nikt nie siedział. Zdążyłam zauważyć jego nieprzyjemnie, nienaturalnie chude dłonie, zanim zabrał je z blatu. Nad tą małą grupką latał pod sufitem sokół, prawie na pewno chowaniec któregoś z nich.
Zajęłam miejsce dość taktyczne, to znaczy w rogu, niedaleko drzwi, tak, że za sobą miałam ścianę. W każdej opowieści szpiegowskiej obowiązkowo trzeba siadać właśnie tak.
Obserwowałam trójkę w czerni. Jeden z tych siedzących naprzeciwko siebie rysował żółtą kredą równoległe linie na blacie, pośrodku, jakby dzieląc stół na pół między siebie i kompana z drugiej strony, następnie symetrycznie po obu jej stronach kolejne. Chudy przyglądał się temu, oceniając (?) na ile równo linie zostały narysowane. Chyba uznał, że jest dobrze, bo przytaknął, po czym wszyscy trzej zaczęli negocjować warunki zakładu. Przez chwilę ustalali, kto komu ile drinków postawi jak przegra, po czym po dżentelmeńsku uścisnęli sobie dłonie i od tej chwili umowa stała się wiążąca. A potem w końcu postanowili zademonstrować, o co można zakładać się w Astralu.
Jeden z tych po przeciwnych stronach stołu wyjął z kieszeni płaski krążek podobny do hokejowego i położył go na środku środkowej linii. Pozostali patrzyli mu na ręce z takim natężeniem, że tylko jakimś cudem nie wypalili mu w dłoni dziury na wylot tym wzrokiem. Może ów gość to poczuł, może po prostu był uczciwy, ale na ile mogłam ocenić, położył to równo. Pozostali dwaj z moją oceną też się najwyraźniej zgodzili, bo pokiwali głowami i wszyscy cofnęli się od blatu. Ci z przeciwnych stron stolika położyli ręce płasko na kolanach i skupili uwagę na krążku.
Przez chwilę pozornie nic się nie działo. Pozornie, bo na twarzach tych dwojga widziałam coraz bardziej wytężony wysiłek. Aż czułam tę zagęszczającą się atmosferę. Dosłownie.
Krążek zaczął w pewnym momencie drgać. Przesuwał się bo blacie w stopniu bardzo niewielkim, tylko jego krawędzie podskakiwały coraz bardziej energicznie. Dwa razy na nieskończenie krótką chwilę całkiem oderwał się od powierzchni i upadł na nią z cichym stuknięciem.
Widziałam nad głowami młodzieńców i w mniejszym stopniu wokół nich coraz liczniejsze smugi światła. Powietrze krystalizowało w ostre geometryczne kształty.
Głos w mojej głowie wymruczał cichą zachętę.
- Spójrz głębiej.
Spojrzałam. Nawet nie musiałam się starać, skoro myślokształty same z siebie praktycznie wypływały na powierzchnię.
Ich wytężone skupienie było złotawe i iskrzyło jak świeży śnieg w słońcu. Linie wychodziły z oczu obojga i jak zebrane przez soczewkę skupiały się na krążku.
Pchali obaj, każdy z całych sił, zawzięcie i energicznie, z uporem, który musi zmiażdżyć przeszkodę – albo samego siebie. Ten który z mojego punktu widzenia znajdował się po lewej stronie parł trochę silniej. Świetliste linie drugiego były bardziej zmienne. Białe iskry nagłego zrywu błysnęły między nimi i bezgłośnie zgasły. I kolejne szarpnięcie.
To był błąd, bo w tym ujawniała się słabość. Wysiłek dzielił się na krótkie nagłe zrywy. Kiedy tylko zryw opadał, przeciwnik napierał mocniej, swoim stałym uporem. Tym sposobem krążek pierwszy raz zsunął się z środkowej linii i przesunął się w stronę słabszego zawodnika. Ten pchnął w kolejnym zrywie i trochę go oddalił. Tylko trochę, bo już nie do osi. I przez chwilę znów pchali obaj, do momentu, kiedy ten silniejszy drugi raz przełamał opór. Przełamał go tak jeszcze dwa razy, zanim zadał ostateczny cios własnym nagłym zrywem. A ten zryw nie był już rozpaczliwy. Zwyciężyła mobilizacja.
Krążek przesunął się poza drugą linię, tę bliżej słabszego z młodzieńców. Obaj w tej chwili odpuścili, dając temu wyraz głośnym westchnieniem. Tu kończyła się chwilowa nadprzyrodzona wzniosłość. Już zaczęli się śmiać, już poklepywali się kumpelsko po plecach, ten trzeci krzyknął, że czas się napić.
Byłam zasadniczo pogodzona z tym, że więcej osobliwości tu nie zobaczę, kiedy nagle w kącie, nad niewielkim podwyższeniem, na które wcześniej nie zwracałam uwagi, ściana zaczęła migotać. Na szaroniebieskim tle wykwitły rzędy symboli, po czym otworzył się portal. Dosłownie niebiańskie wrota z falującego światła. Z tej bramy wypłynęła – tak, ona naprawdę prawie płynęła – wyjątkowo urodziwa istota.
Miała w sobie coś z driady, powiedziałabym, że tak właśnie wyglądałaby driada, która dorosła. Smukła dziewczyna miała skórę brązowawą, po odsłoniętych częściach ciała mogłam stwierdzić, że w pręgi i cętki w rozmaitych odcieniach jesiennych liści, które łącznie musiały tworzyć złożony symetryczny wzór. Burza brązowych falujących włosów z rudawym połyskiem opadała jej na ramiona. W przeciwieństwie do driad, ta istota była wzrostu mniej więcej dorosłej kobiety, miała tylko trochę inne proporcje ciała, co podkreślał jej obcisły czarny strój. Gdyby do tego miała ostro zakończone uszy, mogłaby uchodzić za elfa. Jeżeli uznałoby się driady za boginki wiosny i wczesnego lata, ta dziewczyna byłaby uosobieniem jesieni.
Piękna istota niosła dwie szklanki z zielonkawym płynem. Podeszła do stolika przy drzwiach, postawiła te szklanki przed siedzącymi i wzięła z blatu puste. Z uśmiechem skinęła głową, odwróciła się na pięcie i powoli ruszyła w stronę portalu, który stracił trochę ze swojego blasku.
- Do was zaraz wrócę! - krzyknęła jeszcze do tych w skórach i czerni, i tyle ją widzieli. Zniknęła a przejście zamknęło się za nią.
Teraz, kiedy zwracałam na to uwagę, zauważyłam, że ściana w kącie nad tymi dwoma płaskimi stopniami podwyższenia nie była całkiem gładka. Tam cały czas musiały znajdować się ledwie widoczne znaki, nieznacznie tylko ciemniejsze od tła. Podeszłabym bliżej, żeby się temu przyjrzeć, gdybym tylko była tu sama.
A potem podeszłabym do tej dziwnej istoty, tej driady-nie-driady. Może spróbowałabym jej dotknąć.
- O ile nie jest Prawdziwa.
Tak, o ile nie była Prawdziwa, jasne. Zawsze mogłam to sprawdzić.
- Jakoś tego nie zrobiłaś.
Też prawda, nie zrobiłam. Mogłam zrobić.
- Zrobię to jak wróci.
- JEŚLI wróci.
- Wróci. Przecież przed chwilą powiedziała.
Byłam pewna, że wróci i jeszcze bardziej pewna, że nic nie zrobię. Nic poza sprawdzeniem, z czym właściwie miałam do czynienia. Nie jeśli tuż obok było sześciu innych Prawdziwych mogących obserwować każdy mój ruch.
- Byłoby głupio, co?
UG9kcGlzdWrEmSBzacSZIGtyd2nEhSAtIG5pZSBwb3TEmXBpYWpjaWUgbW5pZSB6YSB0byE=
Jak coś to tutaj jest klucz do odblokowania zablokowanej części mojego contentu. Takie tam haki i obejścia...

Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#64
Dzień 39


Czyli jak nie udało mi się zostać wampirem.
Zaczęło się od tego, że zwyczajnie chciałam realizować ustalony wcześniej plan. Nadal kręciłam się po Okręgu Jetter, szukając dobrego miejsca do ćwiczenia skoków. Odpowiednich miejsc dość szybko miałam pod dostatkiem, problemem było raczej moje ciało astralne, które nie dawało się tak z marszu skłonić do współpracy. Utracona energia wracała do mnie z czasem, ale nie był to zbyt szybki proces. Kilka prób czerpania z otoczenia bardziej zmęczyło mnie mentalnie przy i tak znikomej wydajności. Nie zdziwiłabym się, gdyby po prostu nie był to WŁAŚCIWY RODZAJ energii. W końcu z jakiegoś powodu obiekty w odczuciu różniły się od otoczenia albo od siebie nawzajem.
Następna myśl była już tylko konsekwencję poprzednich. A była to myśl rewolucyjna zaiste. Ciała astralne podróżników musiały wyróżniać się szczególnie w tym całym energetycznym szumie, czyż nie? Ale jak bardzo różniły się esencje poszczególnych ludzi? Mogło być tak - co oceniałam jako wysoce prawdopodobne – że energia pochodząca z dowolnego ciała astralnego byłaby zgodna z każdym innym.
Ale na przypuszczeniach nie zamierzałam poprzestać. Myśl miała przejść w czyn zaraz po tym jak się narodziła. Ochoczo zabrałam się za badania w terenie. W terenie, który niejako częściowo poznałam, wystarczająco, żeby znaleźć któreś z miejsc, w których ostatnio widywałam innych Prawdziwych Ludzi.
Chciałabym móc powiedzieć, że w ciągu tych dwóch dni zrobiłam pierwsze kroki w szlachetnej sztuce wampiryzmu energetycznego, z taką lubością opisywanej przez niepewnych siebie, zakompleksionych nastolatków. Przecież z ich opowieści wynikało, że wszystko powinno być cudownie proste, wystarczyło jedynie znaleźć się w pobliżu ofiar, wczuć w energię w otoczeniu… i wysysać. Dwa pierwsze warunki mogłam spełnić bez większych problemów.
Na początku weszłam do jednego z tych niewielkich lokali, pubów, czy czym one były. Tutaj było trochę więcej miejsca, w środku siedziało już prawie dziesięć osób. Oceniłam, że siedzący przy stolikach byli wędrowcami jak ja, krążący pomiędzy brązowoskóry stwór musiał być czymś podobnym do tamtej nie-driady. Ktoś z siedzących skinął głową, kiedy weszłam. Do mnie to było? Nikt inny się nie pojawił, zatem pewnie do mnie. Może już mnie tu widział, też tak samo przelotnie. Na wszelki wypadek odpowiedziałam tym samym. I wyszukałam szybko miejsce dość taktyczne, ze ścianą za plecami. Starałam się zachować możliwie największy dystans od pozostałych.
Zgodnie z wytycznymi nastoletnich wampirów wybrałam ofiarę, osobnika siedzącego najbliżej i spróbowałam go wyczuć. Założyłam, że nie będzie się to wiele różnić od zwyczajnego skanowania otoczenia, w czym ostatnio zrobiłam pewne postępy. Miałam szczęście i wybrany człowiek był odwrócony do mnie tyłem. Łatwiej było mi się skupić, kiedy ofiara nie była świadoma moich niecnych poczynań i nie zastanawiała się, czemu ta niewyrobiona podróżniczka spod ściany wpatruje się w cel z takim natężeniem. Inni, którzy znajdowali się dalej, raczej nie wydawali się mną zainteresowani.
Wyczuwałam wokół słabą obecność innych. Tyle, że byli obok. I rzeczywiście bardzo się wyróżniali z otoczenia. W przestrzeni wokół ich ciał astralnych unosiły się mdłe, ledwie widoczne myślokształty. Żadnych jaskrawych barw, żadnych ostrych krawędzi. Biorąc pod uwagę, że wszyscy na pierwszy rzut oka wydawali się spokojni, nie oczekiwałam czegoś innego.
Skupiłam się na karku i plecach tego gościa przede mną. I co dalej? Co mówiły poradniki dla początkujących?
Spróbowałam wyobrazić sobie rodzaj nici, może bardziej liny, pomiędzy sobą a ofiarą. Wydało mi się to sztuczne i nie wywoływało żadnego efektu. Z punktu widzenia energii nie czułam nic, nic faktycznie się nie zmieniło. Moja urojona lina nie zaczęła istnieć. Miałam w tym celu zejść w głębsze warstwy rzeczywistości? Nie byłam tego taka pewna. Zresztą jeśli tutaj nie wykonywałam WŁAŚCIWEGO DZIAŁANIA, tam miałabym dokładnie ten sam problem.
Wyobrażałam sobie coś coś w rodzaju wiru albo leja, rodzaj miniaturowej trąby powietrznej tuż za plecami nieznajomego podróżnika. Dokładnie z takim samym rezultatem, czy może raczej jego brakiem. Kątem oka widziałam swoje spoczywające na blacie ręce. W pewnym momencie zauważyłam, że moja skóra lekko świeci. Od skupienia musiałam mimowolnie emitować trochę energii, w odruchu podobnym do nieświadomego zaciskania zębów. Odetchnęłam i odsunęłam się od stołu, dając sobie trochę czasu na rozluźnienie. Dyskretnie zbadałam otoczenie, czy przypadkiem moje dziwne zachowanie nie zwróciło uwagi któregoś z pozostałych. Było dobrze, nadal mnie ignorowali, zajęci swoimi myślami, rozmowami albo szklankami na stolikach. Ktoś nowy wszedł do środka, dwie osoby wstały i opuściły swoje miejsca.
Próbowałam, wciąż bezskutecznie, do momentu, kiedy nie byłam w stanie dłużej utrzymywać wytężonej uwagi. Niedługo później moja niedoszła ofiara wstała i powoli ruszyła do wyjścia. Na jego stoliku pozostała pusta wysoka szklanka. Chwilowo postanowiłam sobie odpuścić, odczekałam tylko tyle, żeby nie wyglądało to jakbym śledziła tamtego nieznajomego.
Na chwilę wróciłam do siebie. Chciałam znaleźć więcej informacji na temat wampiryzmu energetycznego ale tutaj również nie miałam szczęścia. Powell twierdził, że pobieranie energii z ciał astralnych innych osób mogłoby następować samoistnie w przypadku osób z uszkodzonym własnym ciałem astralnym. Nawet jeśli istniała możliwość świadomego pobierania energii, autor nie dostarczał praktycznego poradnika, jak tego dokonać. Zniechęcona, poprosiłam Kiri o przeszukanie biblioteki a sama wróciłam w teren.
Wielokrotnie wpadałam na trochę do budynków, w których spotykali się podróżnicy. Choćby dla zasady podejmowałam próby wyssania energii z tego lub owego. Przerobiłam w wyobraźni wszelkie warianty lin, tuneli i ssących lejków, poniesiona fantazją próbowałam nawet przywołać obraz i odczucia, jakie mogłyby towarzyszyć rzeczywistemu piciu krwi. Starałam się myśleć o metalicznym zapachu i gęstym strumieniu wlewającym się do mojego gardła, chciałam poczuć wypełniające mnie ciepło. Osiągnęłam tylko tyle, że ogarnął mnie niesmak.
Kiedy nie usiłowałam awansować na wampira, zwyczajnie obserwowałam innych podróżników. Nie udało mi się być świadkiem kolejnego zakładu z telekinezą ani czegoś podobnego. Nie widziałam zbyt wielu rzeczy nadprzyrodzonych poza tymi brązowoskórymi, pręgowanymi istotami, które zdawały się być w jakimś sensie na służbie astralnych wędrowców. Próby skanowania ich przyniosły podobne odpowiedzi jak w przypadku driady, którą badałam swego czasu. Pewne było tylko to, że pochodził← one stąd, były częścią tego świata i – przynajmniej osobniki, które miałam okazję widzieć – wydawały się bezimienne. Nie pytałam ich wprost, nie próbowałam w żaden sposób nawiązywać kontaktu, polegałam jedynie na swoich mocno niedoskonałych zdolnościach wyczuwania i czytania kodu Matrixa. No i widziałam pewne zmiany w ciałach astralnych niektórych podróżników. Nie natrafiłam na nikogo z tak widocznymi zmianami jak skrzydła u Ireasza, najbardziej zwracał uwagę wychudzony młodzieniec o skórze barwy popiołu. U innych, którzy ulegli pewnym transformacjom, były to przede wszystkim oczy w nietypowych kolorach albo dziwne kształty źrenic. Jedna dziewczyna, wyraźnie ode mnie młodsza, miała długie ostre kły. Oczywiście zastanawiałam się przez chwilę, czy była ona lepszym wampirem energetycznym niż ja do tej pory. To była tylko przelotna myśl, nic więcej.
Drugiego dnia przywołałam do siebie Kiri. Miejsce do znikania i ponownej materializacji w Astralu wybrałam sobie takie, że miałam blisko do budynków a jednocześnie odległość była wystarczająca, żeby kręcący się w okolicy podróżnicy mnie nie zauważyli. Czułam się nieswojo z myślą, że ktoś mógłby obserwować, jak nawiązuję połączenie. Miałam wrażenie – tylko wrażenie, zupełnie nie zweryfikowane – że w takich momentach byłam całkowicie bezbronna.
Tym razem, kiedy wchodziłam do pomieszczenia, nie kazałam Kiri ukrywać się w plecaku. Wolałam, żeby moja tulpa wraz ze mną obserwowała. Miałam nieśmiałą nadzieję, że zauważy ona coś, co mnie umykało albo przynajmniej wyciągnie inne wnioski z obserwacji. Teraz byłam skłonna uznać, że pokazywanie się ze swoimi chowańcami przy innych podróżnikach nie było źle widziane. Kilka razy widziałam, że któryś z Prawdziwych miał przy sobie dajmona. Nie udało mi się jak dotąd takiego dajmona usłyszeć, bardzo możliwe, że przemawiały one w umyśle podróżników podobnie jak Kiri w moim.
Jednak z jakiegoś powodu kilka osób, które znajdowały się w środku przede mną, patrzyło na mnie podejrzliwie. Ich twarze nie wydawały mi się w żaden sposób znajome, była to zupełnie inna losowa grupa niż poprzedniego dnia. Raczej mało prawdopodobne było, żeby ktoś tutaj wiedział o moich nieudanych eksperymentach z wampiryzmem. Coś takiego było w ich wzroku. Dezaprobata? Politowanie? Rozbawienie? Jakiś taki rodzaj pobłażliwości, zarezerwowany dla kogoś, kto właśnie powiedział w towarzystwie coś bardzo głupiego.
- Amulet! - syknęła Kiri – Chyba patrzą na twój amulet.
Tak, to nie byłoby głupie, gdyby głosy dajmonów były słyszalne tylko dla pozostałych części świadomości danego podróżnika.
Rzeczywiście w tym momencie klucz portalu był doskonale widoczny. Nie zwróciłam na to uwagi wcześniej, bo byłam przekonana, że nadal jest ukryty pod ubraniem. Najchętniej naprawiłabym to natychmiast, ale nie mogłam przecież tak na widoku… Nie stojąc metr przed wejściem, na środku, na oczach ich wszystkich. Nie jak publicznie skarcone dziecko, zdecydowanie nie.
Zajęłam miejsce w kącie, pomiędzy jakąś dużą rośliną w donicy a wyłączoną szafą grającą. Odczekałam, aż pozostali zajmą się czymś innym i ukryłam amulet pod bluzą.
Spytałam Kiri, CO właściwie było z nim nie tak. Pytanie zadałam w myślach, czując się przy tym dziwnie. To była jedna z rzeczy, nad którymi też musiałam popracować. Nie byłam przyzwyczajona do myślenia właśnie w tym celu, żeby moje myśli zostały odczytane. Kiri odpowiedzi nie znała. Przypomniała mi tylko uprzejmie, że myśli innych podróżników nie jest w stanie poznać.
Chciałam jakoś uwiarygodnić swoje przebywanie w tych miejscach. Zdążyłam zauważyć, że większość osób przychodziła tu z towarzystwem, a nawet jeśli nie, w nadal nie do końca zrozumiały dla mnie sposób prawie każdy zamawiał przynajmniej coś do picia. Widziałam jak niektórzy płacili tym brązowym istotom, podając im do ręki nieokreślone małe obiekty albo okazując karty. Ze swojego miejsca widziałam tyle, że karty były mniej więcej rozmiaru zwyczajnych ludzkich kart płatniczych.
- Mówiłaś coś, że tutaj nie ma dokumentów? - spytałam w myślach.
- Mówiłam tyle, że dokumenty potwierdzające tożsamość raczej nie miałyby w tym świecie racji bytu.
Super, serdeczne dzięki.
Obserwując pozostałych Prawdziwych, bawiłam się swoją energią. Hamowałam się na tyle, że trzymałam ręce pod stołem, żeby nie robić tego tak ostentacyjnie. Nie musieli widzieć tego tak na pierwszy rzut oka, a może czytać w myślach przypadkowej osobie nie mieli ochoty.
- Podobno Prawdziwi nie mogą czytać sobie nawzajem w myślach.
No to mogli zawsze zobaczyć myślokształty. Czy cokolwiek innego, o czym na tym etapie jeszcze nie mogłam wiedzieć. Nadal nie wiedziałam, czy po pewnym czasie, przy odpowiednio silnej więzi z tym światem nie widziało się myślokształtów spontanicznie przez cały czas. Tego nie miałam jak sprawdzić.
Czułam się trochę jakbym robiła coś złego. Nie obiektywnie złego, ale raczej jakbym sabotowała własne plany. Odzyskiwałam potrzebną mi energię i jednocześnie bezsensownie ją marnowałam. Próbowałam zamiast tego skupić się na dalszej obserwacji. Wyciągnęłam swój notatnik – może to przynajmniej nie wyda się nikomu podejrzane – i jak hipokrytka sama zaczęłam bezczelnie wypatrywać myślokształtów innych podróżników.
- Szukasz zależności między myślokształtami a konkretnymi emocjami?
Potrząsnęłam głową. Nie planowałam tego, ale mogłam to też zapisać jako zadanie na później. Teraz raczej szukałam w aurze innych osób jakichś wskazówek mogących pomóc mi w zrozumieniu, jak właściwie działała indywidualna energia danej osoby.
Z postrzegania energii dość płynnie przeszłam na widzenie w Strukturze. Wrażenie obecności stało się pewnym potwierdzeniem przebywania w danym miejscu konkretnych osób. Gdybym chciała, mogłabym zapewne sprawdzić ich ident.
- A dlaczego nie możesz tego FAKTYCZNIE ZROBIĆ?
- Bo nie mam pojęcia, jakie tu są zasady przetwarzania danych osobowych. Nie mam ochoty zostać pozwana przez któreś z nich.
- Jeśli nie ZAPISZESZ ich imion, to chyba nie będzie PRZETWARZANIE danych…
Westchnęłam. Była w tym jakaś pokrętna logika.
Naprawdę trochę sprawdzałam. W celach czysto edukacyjnych. Samokształcenia. Samodoskonalenia. Duchowego rozwoju.
Nie poczułam się wskutek tego bardziej oświecona. Czułam się najwyżej jak bezczelny stalker i nieco większa hipokrytka.
Oczywiście wyczuwałam też te cudowne pola siłowe, które uniemożliwiały wzajemne czytanie w myślach. Czy było możliwe, że to właśnie one uniemożliwiały mi pobieranie energii od innych astralnych podróżników? Nie byłoby to całkiem pozbawione sensu.
Miałam wrażenie, że nikt nie zauważył mojego telepatycznego wścibstwa. Osoby, których imiona wydobywałam z kodu Matrixa, nie reagowały w żaden sposób. Każdy zajęty był własnymi sprawami.
- A ty byś wyczuła, gdyby ktoś teraz sprawdzał ciebie?
Oczywiście…
...że nie.
Ale moje umiejętności nadal pozostawiały wiele do życzenia. Umiałam tyle, żeby utrzymać się na powierzchni – to znaczy nie gapić się na wszystko wokół z kompletnie zbaraniałą miną. A i tak nieraz zdarzało się, że jednak się tak gapiłam.
- Może przeceniasz ich zaawansowanie. Skąd wiesz, że ci tutaj są dużo lepsi od ciebie?
- Ja nie potrafiłabym poruszyć siłą woli kłębka kurzu na stole.
Nawet zamierzałam poszukać kurzu albo jakiegoś okrucha na blacie przede mną, żeby to udowodnić, ale jak na złość stolik był całkiem czysty.
Zaraz potem pomyślałam sobie, że wyższy poziom rozwoju wcale nie musiał oznaczać, że cały czas odczuwało się wszystko na głębszych warstwach rzeczywistości. Nawet jeśli ja sama robiłam postępy, uczyłam się raczej ZAGLĄDAĆ GŁĘBIEJ W RAZIE POTRZEBY. Nie pozostawałam w transie przez cały czas, zwłaszcza, kiedy byłam zajęta czymś innym.
Trzeciego dnia lekko straciłam kontrolę.
Znowu próbowałam wampirycznych sztuczek na losowych ludziach. Nawet przeszło mi przez myśl, że może powinnam wkrótce zmienić mój teren łowiecki, jeśli nie zamierzałam stać się podejrzana. W końcu z każdym dniem, kiedy tu przychodziłam, rosły szanse, że ktoś mnie zapamięta. Jeśli nawet nie Prawdziwi to te stworzenia przynoszące im drinki z jakiegoś innego wymiaru za portalem. W każdym razie w tamtym momencie wciąż szukałam ofiar w tych samych okolicach Okręgu Jetter.
Eksperymentowałam z innymi rodzajami wyobrażeń. Chciałam, żeby chmury energii wypływały z ciał astralnych innych ludzi i poprzez przestrzeń przemieszczały się w moją stronę. Usiłowałam najpierw wczuć się mentalnie w bardziej wewnętrzne warstwy rzeczywistości i tam przeprowadzać te wszystkie myślowe operacje. Albo zwyczajnie próbowałam mentalnie pchać… czy może w tym wypadku mentalnie ciągnąć. Jak czuli się ci młodzieńcy od zakładu, kiedy przesuwali po stole krążek siłą swoich myśli?
Próbowałam też zrobić inną rzecz, którą mgliście zapamiętałam z opisów wampiryzmu energetycznego. Mianowicie należało sobie wyobrazić, że podchodzi się do wybranej osoby i ręką wyobrażonego ciała dotyka się jej. Wówczas powinno się próbować pobierać energię przez dotyk w tym punkcie styku. Zabawna rzecz, ale o ile pamięć mnie nie myliła, ktoś to wyobrażone ciało nazywał właśnie ciałem astralnym. Jakoś nie pomyślałam, że skoro JUŻ byłam swoim ciałem astralnym, powinnam bardziej zastanowić się nad sensem takich porad.
Usiadłam wygodnie i skoncentrowałam się.
Nie-wstałam z miejsca, nie-zrobiłam tych kilku kroków. Nie-przeszłam w ten sposób kilku metrów pomiędzy moim miejscem a siedzącym najbliżej Prawdziwym.
Ja tylko MYŚLAŁAM, że to robię, tak miało być prawda?
Tylko w którymś momencie coś poszło nie tak. Bo naprawdę znalazłam się kilka metrów dalej niż byłam. Przerzuciło mnie, teleportowało z tego krzesła, na którym siedziałam. To stało się tak szybko, że nawet nie zdążyłam zmienić pozycji. A nie byłam jeszcze na tyle oświecona, żeby lewitować, siedząc na powietrzu…
Upadłam na posadzkę z hukiem. Leżałam tuż za siedzącym przy swoim stoliku nieznajomym młodym człowiekiem, który zaskoczony odwrócił się i spojrzał na mnie. Nie on jeden zresztą. I do nikogo poza sobą samą nie mogłam mieć pretensji. Nawet gdyby – całe szczęście, że to się naprawdę NIE stało – wokół mnie rozległ się głośny zbiorowy śmiech. Zresztą, czy było dużo lepiej? Różnica polegała na tym, że ponieważ pozostali tu obecni wiek szkoły podstawowej mieli dawno za sobą, zamiast śmiechu użyli wymownych spojrzeń i uśmieszków pobłażania.
Mamrocząc przeprosiny i czując się jak żałosny tchórz uciekający z podkulonym ogonem, dźwignęłam się z podłogi i opuściłam lokal.
Zdecydowanie powinnam zmienić swój teren łowiecki.
- Równie dobrze mogłabyś naprawdę ruszyć tyłek z tamtego krzesła, podejść do gościa i położyć mu rękę na ramieniu. W ten sposób na pewno nie zwróciłabyś na siebie uwagi AŻ TAK.
Cóż, moja szanowna tulpa niestety po raz kolejny miała rację.
UG9kcGlzdWrEmSBzacSZIGtyd2nEhSAtIG5pZSBwb3TEmXBpYWpjaWUgbW5pZSB6YSB0byE=
Jak coś to tutaj jest klucz do odblokowania zablokowanej części mojego contentu. Takie tam haki i obejścia...

Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#65
Jak zostać wampirem energetycznym: Poradnik w pięciu krokach


1. Wybierz ofiarę.
2. Usiądź i rozluźnij się.
3. Wyczuj energię swojej ofiary.
4. Wysysaj!
    ...a przynajmniej próbuj i wyobrażaj to sobie...
5. Zanotuj swoje próby i dołącz notatki do zbioru "FAŁSZYWE TEORIE OKULTYSTYCZNE"...
    ...i nie zapomnij rozpowszechniać tej techniki na paranormalnych forach dla młodzieży!
UG9kcGlzdWrEmSBzacSZIGtyd2nEhSAtIG5pZSBwb3TEmXBpYWpjaWUgbW5pZSB6YSB0byE=
Jak coś to tutaj jest klucz do odblokowania zablokowanej części mojego contentu. Takie tam haki i obejścia...

Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#66
Dzień 40

Kiedy postanowiłam przez jakiś czas trzymać się z daleka od Prawdziwych Ludzi, nie zakładałam konieczności całkowitego unikania Dhihrung-Jetter. Przestrzeni było tam aż nadto, już prędzej, żeby kogoś spotkać, należało się celowo postarać.

- A to pierwsza twoja kompromitacja tutaj?
- Chyba… tak?
- Nie martw się. Na pewno nie będzie ostatnią.

Może powinnam uznać to za nauczkę. Zgrzeszyłam niecierpliwością. Wszak mistrz Bardon zalecał wstrzemięźliwość i rozsądek w dążeniach do celu. Mogłam spokojnie poczekać aż energia sama wróci, bez niepotrzebnych kombinacji. Czy uznanie swojej głupoty wystarczało, czy koniecznie musiałam zapisać w swoim magicznym dzienniku, że niecierpliwość jest moją wadą, nad której przezwyciężeniem będę medytować, póki nie poczuję poprawy? Niech mi duch mistrza Bardona wybaczy, ale nie miałam na to w tym momencie czasu. Wychodziłam. Bez gwarancji, że tego dnia w ogóle wrócę do domu.
Czułam, że mogę używać swojej energii mniej więcej w takim stopniu jak wcześniej. Wyniki szybkiego testu musiały mnie zadowolić. Nie zamierzałam stracić całej odzyskanej energii na sprawdzanie, ile jej miałam.
- To byłoby uroczo absurdalne…
Może popełniałam głupie błędy, ale nie AŻ TAK głupie.
Znalazłam wypatrzone wcześniej skupisko skał na pustkowiu i wspięłam się na jedną z nich. Wysłałam Kiri, żeby stała na czatach nieco dalej. W razie pojawienia się na horyzoncie jakiegokolwiek Prawdziwego, moja tulpa miała mnie telepatycznie ostrzec ZANIM się ewentualnie skompromituję.
Chyba doczekałam czasów, kiedy posiadanie częściowo autonomicznego skrawka podświadomości przynosiło jakieś KORZYŚCI.
Powierzchnia, na której za pierwszym razem stanęłam, znajdowała się półtora metra nad ziemią. Może trochę mniej. No co? W niektórych przypadkach tchórzostwo jest najrozsądniejszym wyborem i to chyba był jeden z nich.
W ogóle nie wiedziałam, co powinnam zrobić. Skoncentrować się jak przy medytacji chyba nie. Prędzej tak, jakbym chciała użyć energii. Jak tylko o tym pomyślałam, mimowolnie zacisnęłam pięści. Paskudne ludzie fizyczne odruchy. Powinnam nauczyć się bardziej używać umysłu. Wcale bym się nie zdziwiła, gdyby to właśnie to powstrzymywało mnie przed znalezieniem sposobu na telekinezę. W tym spinanie się zdecydowanie nie mogło pomóc.
- Jednak odczuwasz potrzebę, żeby się biczować za swoje wady…
Uprzejmie kazałam mojej tulpie zamilknąć. I skoczyłam.
Wylądowałam w przysiadzie. Ogólnie bez szału, tutaj nawet nie było to trudne. I nie o lądowanie mi w końcu chodziło ale o lot chwilę przed nim. Wtedy, kiedy powinnam coś poczuć a nie stało się absolutnie nic.
Szybko wstałam, otrzepałam ręce i znów wspięłam się na owalny głaz. Skoczyłam tak kolejne pięć razy, nie uzyskując żadnego efektu. Może jednak naprawdę było tu za nisko i spadałam za krótko, żebym zdążyła cokolwiek zrobić. Po mojej lewej stronie mniejszy skalny odłamek lewitował w niewielkiej odległości od tego, na którym stałam. Przechodząc tam, zyskiwałam kolejne kilkadziesiąt centymetrów.
Skacząc, pomyślałam, że problem był dokładnie taki sam jak w moich pożałowania godnych próbach wysysania energii od innych podróżników. Nie miałam blago pojęcia CO na poziomie umysłu powinnam zrobić, żeby zadziałało.
Próbowałam przed skokiem koncentrować się w podobny sposób jak przy emitowaniu energii. Jedyny skutek był taki, że po pewnym czasie świeciłam jak radioaktywna. Próbowałam bardziej wyluzować, żeby nie emitować energii bez sensu, ale podstawowego problemu to nie rozwiązywało.
- A może jesteś właśnie zbyt spokojna?
Zamarłam w bezruchu na lewitującym kawałku kamienia.
- Co to znaczy, że jestem zbyt spokojna? - spytałam ostrożnie.
- No wiesz, do tej pory w większości przypadków, kiedy coś ci się przypadkiem udawało, było to w sytuacjach takich trochę… bardziej kryzysowych.
No, to był fakt. I nie brzmiał bynajmniej zachęcająco. Raczej jak sytuacja nie dająca zbyt wielkich możliwości kontroli. Przystająca bardziej do ulegania przypadkom niż świadomego postępu.
- Wiem. I dlatego raczej tego nie polecam. Ale…
Ale tutaj czułam się za bezpiecznie, tak? Podświadomie wiedziałam, że nic mi nie grozi i nie mogłam uwolnić swoich Ukrytych Mocy, które miały mnie chronić. Niedobrze. Niedobrze, ponieważ zbyt dobrze…
- To co mam zrobić?! - krzyknęłam w kierunku, w którym Kiri wcześniej się oddalała, zanim zniknęła mi z pola widzenia.
Jedyne, co przychodziło mi do głowy w danym momencie to zwiększenie wysokości. Dodatkowe pół metra nie stanowiło chyba problemu przy tej grawitacji. Może nawet trochę więcej. Widziałam parę miejsc idealnych do tego. Ale nie widziałam, jak niby miałoby to w czymkolwiek pomóc. Po kilkunastu próbach stwierdziłam tyle, że przy wysokości około trzech metrów czułam opór przed skokiem. O to chodziło.
Skoczyłam. Podczas krótkiego lotu w dół próbowałam przybrać taką pozycję, żeby wylądować w przysiadzie. Po raz kolejny na cztery łapy.
Coś zaburzyło ostatnie ułamki sekundy przed lądowaniem. Byłam w podpartym przysiadzie wysokiej trawie, która położyła się pod moim ciężarem. Poza tym lekkim zaburzeniem nie odczułam wyraźnego spowolnienia upadku. Może trwało to za krótko. W każdym razie w końcu coś zrobiłam.
Wdrapując się z powrotem na swoje ostatnie stanowisko czułam przypływ nadziei. Starczyło mi jej na dwa kolejne skoki. Osiągnęłam ten sam efekt. Zaburzenie, przypominające raczej przeskok w czasie. Spowolnienie upadku z pewnością to nie było. Kolejne kilka prób uświadomiło mnie, że nie nastąpiło żadne uwolnienie energii. Nic nie odczuwałam, nie widziałam też charakterystycznej żółtej mgiełki, która z dużym prawdopodobieństwem pojawiłaby się w razie powodzenia.
- Do przebijania się przez piąty wymiar nigdy dotąd nie musiałaś używać energii…
Niech. To. Szlag.
Miałam odtworzyć sytuację, w której poczułabym się niepewnie, żeby wywołać reakcję, to odtworzyłam. I wywołałam reakcję, najbardziej pierwotną, jaką w przeszłości udało mi się uzyskać. Nic dziwnego, że w pierwszej chwili tego nie rozpoznałam. Zdążyłam zapomnieć, że to działało przy spadaniu.
Spróbowałam jeszcze kilka razy, tylko po to, żeby potwierdzić obserwację. Stwierdziłam w końcu, że najsensowniejszym wyjściem byłoby przerwanie treningu. Wielokrotne uzyskiwanie tego samego rezultatu mogło doprowadzić jedynie do powstania złych nawyków. Było to podejrzenie uzasadnione, bo czułam już, że z każdą próbą odruch obronny w postaci przeskoku w przestrzeni wydawał mi się całkiem naturalny.
- To też jest jakiś sposób.
- Ale nie ten, na którym mi zależy.
Przeszłam pomiędzy skałami, potem oddaliłam się od nich.
Tym razem nie próbowałam strzelać focha ani nic demonstrować. Naprawdę uczciwie robiłam przerwę.
Kiri, samowolnie porzucając posterunek, pobiegła za mną. Nie starałam się na nią czekać, zwolniłam dopiero wtedy, kiedy kątem oka widziałam ją biegnącą przy mnie. Schyliłam się i podstawiłam jej rękę, żeby mogła wspiąć się po niej na moje ramię.
Nie wiem, dlaczego przyszło mi w ogóle na myśl, że tak będzie łatwiej. Kiri i tak znalazłaby sposób, żeby za mną nadążyć. Chociażby przebić się przez ten cholerny piąty wymiar.
Parłam przed siebie przez trawy sięgające mi niekiedy do kolan, mijałam drzewa o regularnie, fraktalnie rozmieszczonych gałęziach. Przynajmniej przez moje postanowienie trzymania się z daleka od innych podróżników nie starałam się szukać dróg. Przeciwnie, kiedy tylko widziałam ubity grunt, skręcałam w przeciwnym kierunku.
- Jak Ireasz to nazwał? Popadanie w solipsyzm?
Może. Ale nie o tym mówił. I nie w takim kontekście.
A mnie dobrze było w tej trawie do kolan i nikt nie miał prawa powiedzieć, że było inaczej. To była moja droga. Albo moje bezdroże.
Czy bezdroże mogło być drogą? Tak samo, jak czerń mogła być kolorem. A zero liczbą.
- Czerń to raczej brak koloru.
- Wchodzimy w dyskusje filozoficzne? Zaraz mi powiesz, że zło to nieobecność boga?
- A potem że ateizm to religia…
Nie, tego zdecydowanie nie mogłaby powiedzieć. Zdałam sobie sprawę, że wiedziałam to praktycznie na pewno. Kiri mogła mi dogryzać na różne sposoby, ale nigdy w tym celu nie posłużyłaby się bezczelnym bluźnierstwem przeciwko logice.
- No to co właściwie zamierzasz teraz zrobić?
Spokojnie Maddigan. Jeden krok naraz. Nie daj się wplątać w te nieskończone spirale planów nigdy do końca nie wprowadzonych w czyn.
- Dotrzeć do granicy między Dhihrung-Jetter a… tym pierwszym miejscem. Zbadać ją. Zobaczyć, jak wygląda granica. W Strukturze, czy gdzie tam to się czuje… Żeby mieć próbę kontrolną, jeśli w końcu będę badać granicę Lamgdo.
Mówiąc to, zdałam sobie sprawę, że kompletnie nie potrafiłam ocenić, jak daleko od granicy się znajdowałam. I nie miałam innego sposobu niż tylko iść, drogą albo bezdrożem. Najwyżej mogłam trochę skracać drogę przez piąty wymiar. Tylko tym razem horyzontalnie, nie wertykalnie.
- I nie myśl, że z tym spadaniem się poddałam. Ja naprawdę tylko robię przerwę.




## To, że czerń to brak koloru bezczelnie zgapiłam z remake'u "Halloween" z 2007. Śmiało, można oskarżać o plagiat :P
UG9kcGlzdWrEmSBzacSZIGtyd2nEhSAtIG5pZSBwb3TEmXBpYWpjaWUgbW5pZSB6YSB0byE=
Jak coś to tutaj jest klucz do odblokowania zablokowanej części mojego contentu. Takie tam haki i obejścia...

Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#67
Dzień 41


Ostatecznie przebiłam się przez obce pole siłowe.
To znaczy nie do końca obce. I nie było to do końca przebijanie się siłą. W końcu tutaj takie rzeczy nie są możliwe wbrew woli podróżników, czyż nie?
Jak to powiedział Ireasz swego czasu, byłam w pewnym sensie jak wampir. Tak, oczywiście, a już zamierzałam stwierdzić, że nie miało to również nic wspólnego z jakąkolwiek formą wampiryzmu. Ech, te zbiegi okoliczności!
Kiedy pojawiłam się na pustkowiach Okręgu Jetter – to chyba jasne, że nie zdołałam przed utratą połączenia dotrzeć do granicy! - Kiri przy mnie nie było. Może dlatego właśnie dość szybko zboczyłam ze swojej drogi. A dokładniej to zboczyłam ze swojego bezdroża na drogę.
Drogą okazały się szyny kolejowe o niewielkim rozstawie. Znalazłam je niedaleko miejsca, w którym się zmaterializowałam i od razu rozpoznałam, z czym mam do czynienia. Trasy pana krasnoludka. Nie zdziwiła mnie zbytnio ich obecność tutaj, pomyślałam tylko o czymś, co zastanowiło mnie wcześniej, kiedy dopiero odkryłam międzywymiarową bramę oddzielającą Dhihrung Jetter od… no, tamtego podstawowego miejsca. Jeśli brama była tylko jedna, jakim sposobem pan Zgubnik wraz ze swoją ciuchcią pokonywał barierę między tymi lokacjami?
A może jednak istniało więcej podobnych przejść? I ożywiona ową myślą wiarołomnie porzuciłam swoje przyjemne bezdroże, aby podążać szlakiem krasnoludkowych torów kolejowych.
Szłam dłuższy czas po tej prostej kładce przecinającej morze żółtawych traw. Przeskakiwałam po łączących szyny deskach. Stopy na deskach, brońcie astralni bogowie, żebym stanęła na ziemi pomiędzy nimi.
(Kto na rysie stanie, zrobi krzywdę mamie!)
Przyspieszyłam. Mogłabym zachować ten rytm, nawet gdyby świat wokół się rozpadł, gdyby wokół ziała bezdenna przepaść i gdybym pozostała na tej wąskiej kładce ponad nią. Stuk, stuk, stuk stopami o drewno. Nie spadnę, nie zmylę kroku, o nie! Nie straszne mi czarne otchłanie z wrzącą lawą na dnie.
Przynajmniej dopóki mój most nie postanowił gwałtownie się skończyć. A urywał się tak jakby w środku niczego. Widziałam, jak kilkanaście metrów przed mną kończył się niską drewnianą barierką. Barierką karykaturalną wręcz. A między ową barierką a miejscem, w którym stałam, znajdował się otaczający tory niezbyt wysoki kamienny łuk. Mógłby być wlotem do tunelu, ale reszty, wraz z przeszkodą, przez którą miałby przebiegać, najwyraźniej nie dobudowano.
Zeszłam na ziemię – przecież w końcu żadnej przepaści tam nie było – i obeszłam powoli ostatnie metry torów wraz z łukiem nad nimi. Na pierwszy rzut oka nic szczególnego tu nie było, poza jakże oczywistym skojarzeniem z tamtą bramą w lesie. Tyle że tutaj mogłam chodzić dookoła normalnie. Nie widziałam ostrej granicy wyznaczającej koniec Dhihrung-Jetter. Mogłabym iść dalej przed siebie, tam gdzie byłaby dalsza część torów, jakby nie przestały być. Kilkaset metrów dalej na pewno.
Było to PRAWIE oczywiste, że miałam do czynienia z jakimś rodzajem bramy. Nawet jeśli nie miałam nawet cienia podejrzenia, dokąd mogła prowadzić.
(prosto do twojej zguby!)
Obeszłam tory i łuk z drugiej strony, tak że znalazłam się znów w punkcie wyjścia. Domknęłam krąg. Oczywiście nie wywołałam tym żadnej cudownej reakcji, kamienny łuk wydawał się tak samo martwy i obojętny jak wcześniej. Podeszłam bliżej. Odruchowo już spróbowałam przywołać maksymalny spokój, jaki mogłam w krótkim czasie osiągnąć. To było jak hipnoterapia.
Z każdym kolejnym krokiem jestem coraz bardziej zrelaksowana. Z każdym krokiem mój trans się pogłębia. Pięć… Cztery… Trzy… Dwa… Jeden…
Zaglądam głębiej.
Nie starałam się szczególnie. Nie zależało mi na jakościowym zbadaniu głębszych warstw rzeczywistości. Nie zwracałam uwagi na STAN otoczenia ale występujące ewentualne RÓŻNICE.
(...dlatego właśnie punkt przegięcia krzywej miareczkowania lepiej wyliczyć na podstawie pochodnej…)
Szukałam charakterystycznych elementów szczególnie wyróżniających się z tła i znalazłam.
Wyczułam cudownie wyraźny, odcinający się od otoczenia wir umieszczony wewnątrz kamiennego łuku. Punkt kolizji wymiarów przybierał ściśle określony kształt.
Punkt. To było właściwe określenie. To nie była granica. Hipotetyczna międzywymiarowa brama była lejkiem, przebijającym płaszczyznę rzeczywistości Okręgu Jetter. Lejkiem na pierwszy rzut oka jednostronnym, umieszczonym w odpowiednim kierunku. To znaczy tak, żeby prosto w niego wjechał zbliżający się do kamiennego łuku pociąg. Inaczej to nie miałoby sensu.
Jak otrząsnęłam się z transu, postanowiłam nawet to sprawdzić. Obeszłam łuk po raz kolejny. Od tej drugiej strony podeszłam, najpierw tylko ręką sięgnęłam poprzez łuk, bo ostrożności nigdy za wiele. Nie sądziłam, żeby naprawdę było to groźne, ale wypadało trochę rozsądku i przyzwoitości zachować. Nic się nie stało, tak jak podejrzewałam, podeszłam jeszcze bliżej, w końcu weszłam pod łuk. I jeszcze jeden krok.
(Stoimy nad przepaścią, ale robimy krok naprzód)
Przeszła całkiem pod tym łukiem i nie stało się nic. Nadal stałam na tych samych torach. Łuk miałam metr za sobą. Miałam się cofnąć teraz, obejść ten łuk i na czysto przejść we właściwym kierunku?
(jeśli coś wygląda głupio i działa, może wcale nie jest głupie...)
Cofnęłam się. Trochę chyba się spodziewałam, że coś wydarzy się podczas powrotu. Że może okaże się, że nie muszę wracać, że już to przejście będzie się liczyć.
Przeszłam. Tak zwyczajnie, nie przebiwszy się przez czwarty wymiar. Okrążyłam łuk (który to już raz?!), stanęłam na torach i w końcu przeszłam naprawdę. Ów lejek, wir wessał mnie, aż szarpnęło. I wypluł mnie po drugiej stronie.
Tyle chociaż dobrze przewidziałam, że naprawdę trafiłam do tego… pierwszego miejsca.
Informacja dla mnie: przy najbliższej okazji spytać Ireasza, jak to miejsce u licha się nazywało.
Mogłam w jakimś stopniu przewidzieć możliwą odpowiedź, jaką uzyskam. Że mogłabym sama bezpośrednio zapytać o to ten świat. Mogłam, prawda? Może nawet to byłoby podobne do odkrycia Einnat, mała różnica polegała na tym, że wtedy chociaż znałam właściwe słowo mocy. Swoje możliwości znalezienia czegoś takiego, działając wyłącznie na wyczucie, bez Języka Czynu, oceniałam nie najlepiej. Zaczęłam próbować tylko dlatego, że raczej nie miałam wyboru.
Przynajmniej idąc po torach, ciągnących się przede mną od drugiego praktycznie identycznego kamiennego łuku, nie ryzykowałam wpadnięcia na jakąś nieoczekiwaną przeszkodę. Szyny biegły po względnie równym terenie, zanim weszłam w płytki trans zauważyłam nawet ślady usuniętych drzew, które musiały znajdować się zbyt blisko trasy pociągu.
To że tory wyróżniały się w głębszych warstwach rzeczywistości, już mnie nie dziwiło. Zwróciłam tylko uwagę na to, że odcinały się dość mocno. Prawie jak te granice pomiędzy wymiarami, zdawały się odrębne od miejsca, w którym przebiegały. Kiedy skoncentrowałam się mimowolnie na nich samych, w moim umyśle pojawił się runiczny zapis fragmentów opisującego je kodu źródłowego. Pośród tych chwilowo bezwartościowych dla mnie danych wychwyciłam coś dziwnie swojskiego. Zrozumiałego i czytelnego nawet dla Prawdziwych Ludzi. Wyczułam, że tory kolejowe są powiązane z Panem Zgubnikiem i w tym kawałku kodu znalazłam nawet coś, co musiało być prawdziwym imieniem krasnoludka. Jego imieniem w Języku Czynu. Invhint. To wydało mi się tak jednoznaczne jak ident dla astralnych podróżników.
Powtórzyłam to słowo na głos, niejako wyprowadzając je ze sfery domysłów do rzeczywistości. Chciałam je poczuć. Posmakować.
Na chwilę wybiło mnie z transu. Przyjęłam do wiadomości dystans jaki przeszłam. To i tak była tylko mała cząstka. Cały czas szłam przed siebie, bardziej lub mniej bezmyślnie, usiłując w transie badać otoczenie. Zaczęłam wędrówkę w lesie, w którymś momencie wyszłam na łąkę. Jakie to miało w tym momencie znaczenie?
- Twoje postanowienie nadal jest w mocy?
Cholerna Kiri! Jakie postanowienie do diabła?! Że mam omijać drogi? Tory się nie liczyły.
- Że masz się trzymać z daleka od Prawdziwych – podpowiedziała mi moja tulpa uprzejmie.
- Zdaje mi się, że tak.
Nawet nie wysiliłam się na tyle, żeby spojrzeć przez ramię. Nie spodziewałam się, że Kiri będzie w widocznej postaci gdzieś obok. Nie musiała. Ona chyba nic nie musiała.
- To takie stwierdzenie ogólne, czy dotyczy tylko NIEZNAJOMYCH Prawdziwych?
- Do czego zmierzasz?
- Pytam, czy przewidziałaś wyjątek dla tych Prawdziwych, których znasz osobiście?
- Pytasz dlatego, że uważasz, że przed takimi już i tak nie zdołam się bardziej skompromitować?
- Do licha, nie! Pytam tylko dlatego, że może chciałabyś szybko zwiać z pola widzenia temu Prawdziwemu, który leci nad nami i wydaje mi się, że już cię zauważył… Tak, widzi cię. Zaczyna zniżać lot…
Niemal mogłam słyszeć ten złośliwy telepatyczny chichot.
Spojrzałam w górę. Na tle błękitu widziałam wyraźnie sylwetkę Ireasza. Teraz zniżył lot na tyle, że widziałam, jak świeci swoim nagim, bynajmniej nie atletycznym bladym torsem. Oświecone chuchro ze skrzydłami.
Może przed tym Prawdziwym nie musiałam się ukrywać. W końcu Ireasz moich ostatnich popisów nie podziwiał. Nie miałam się czego wstydzić, przynajmniej na razie. Musiałam tylko robić dobrą minę do złej gry. Tak dosłownie. Uśmiechnąć się szeroko, pomachać na powitanie. Zaraz, byłam przypadkiem na niego obrażona? Nawet nie za bardzo pamiętałam, o co. A do notatek nie chciało mi się zaglądać.
Ireasz stanął przede mną i ukłonił się jak aktor amatorskiego teatru na koniec występu. Nawet udał, że ściągnął przy tym nieistniejącą czapkę.
Do pytania, które sobie przezornie w głowie zanotowałam, nagle dołączyły kolejne. Tak wszystkie naraz, zatłoczyły się nagle jak niewychowani pasażerowie w pociągu. I nagle ten pociąg w myślach się radośnie z hukiem wykoleił i nie było już żadnego pytania. Wszystkie przykrył wzbijający się w górę gęsty obłok kurzu.
A i tak trzeba było zacząć jakąś gadką-szmatką. Do momentu, kiedy Ireasz nagle zaproponował, żeby może iść porozmawiać do niego. I ja tak jakby się zgodziłam. Nawet nie myśląc, na co.
Prawie krzyknęłam, kiedy chwycił mnie za ramiona, wzbijając się w górę. Wzleciał, cały czas mocno mnie trzymając. Ziemia, moja stabilna pewność, uciekła mi spod nóg. W dół pomknęła łąka, w dół pomknęły drzewa. Tory się oddaliły, zlewając się coraz bardziej w jedną wąską nitkę. A ja wybiłam wzwyż, wyzwolona gwałtownie od nadającej pozory ładu grawitacji. Hej, witajcie, przestworza!
Ireasz zatrzymał się na pewnej wysokości i spróbował lecieć bardziej w poziomie. Czułam, że jego lot był nie całkiem stabilny, nic dziwnego przy takim dodatkowym obciążeniu. Miałam nadzieję, że opanuje sytuację, w końcu nie był aż tak zielony jak ja. Czułam jego ruchy, coraz pewniejsze i mniej chaotyczne.
- Możesz mi zaufać, wiem co robię – odezwał się Ireasz jakieś pół metra nad moją głową. Przymknęłam oczy. Jak to było? Zacznij ufać?
(dopiero tak otworzysz się na ten świat)
W zadumie patrzyłam w dół, na wierzchołki drzew, nie zawsze zielonych. Widziałam ruch ciemnych plam, leśnej zwierzyny przemykającej w zaroślach. Wówczas pierwsze pytanie samo wyłoniło się z pustki.
- To miejsce… ono ma jakąś swoją nazwę?
- Ascabia – odpowiedział Ireasz obojętnie. Tak w pozytywnym znaczeniu obojętnie, nie dorzucając do tego irytującego „dlaczego pytasz?” Trochę ośmieliło to inne moje pytania, które stopniowo zaczęły wychodzić z ukrycia. Niekoniecznie w kolejności, jaką wyobrażałam sobie wcześniej.
- Czy dobrze zgaduję, że tutaj wszystkie miejsca się łączą? To znaczy z tej Ascabii można się dostać do innych lokalizacji… no, tu są granice i bramy, tak? I nasze domy?
Ireasz zaprzeczył.
- To nie tak – zaczął ostrożnie – Domy chyba tak, jakoś to się z tym łączy, przez jeden wymiar. Reszta chyba nie do końca bezpośrednio. Nie zawsze. Bramy mogą być wszędzie i łączyć różne miejsca.
Poczułam, że stopniowo zniżamy lot.
- Można sprawdzać jakoś te miejsca, tak? - wypowiadając pytanie na głos, już znałam odpowiedź. Oczywiście, że musiało to być możliwe.
- Jeśli chodzi ci o Język Czynu, to właściwe słowo brzmi fehgir’r.
- fehgir’r – powtórzyłam.
Teraz lecieliśmy ostrym łukiem, niemal pionowo. W dół. Wierzchołki drzew tym razem się przybliżały, z szybkością, od której poczułam się co najmniej trochę nieswojo.
Ireasz NA PEWNO wiedział, co robi. Smętnie pomyślałam o moim treningu bezpiecznego spadania. Czy w razie potrzeby samo przeskakiwanie przez piąty wymiar mogłoby w czymś pomóc. Tutaj spadałabym z dużo większej wysokości.
Na szczęście nie musiałam tego sprawdzać doświadczanie. Wylądowaliśmy bezpiecznie na polanie. Mniej więcej rozpoznawałam miejsce. Tam, gdzie teren lekko się wznosił, widziałam kolumny z białego kamienia i okrągłą altankę. Wiedziałam, że nie zdołam dotrzeć do nich z miejsca, w którym stałam. Gdybym zaczęła iść, w połowie drogi zatrzymałaby mnie niewidzialna ściana energii.
Ruszyłam się dopiero, kiedy Ireasz ponaglił mnie gestem.
- Wiesz, że ja nie dam rady… - zaczęłam. On w odpowiedzi uśmiechnął się szeroko.
- Mówiłem ci przecież, że są na to sposoby.
Podeszliśmy do granicy. Ireasz zatrzymał mnie gestem ręki, zupełnie niepotrzebnie, skoro bez problemu mogłam wypatrzyć nieregularnie rozstawione graniczne słupki. Powoli sięgnęłam ręką przed siebie, żeby wyczuć otaczającą enklawę Ireasza barierę. Było to takie dziwne przy jej niematerialnej, a jednak tak trwałej, nieustępliwej naturze.
Stojący obok Ireasz zrobił to samo, pochylił przy tym głowę i przymknął oczy. Szeptał coś niesłyszalnie, uchwyciłam tylko, że na koniec powiedział coś, co zabrzmiało jak „wejść”. Kiedy nie zareagował od razu na moje pytające spojrzenie, uznałam, że powinnam spróbować. Dałam krok do przodu, potem na wszelki wypadek jeszcze jeden. I dalej, już bez zastanowienia. Badać to dokładniej mogłam później.
Przeszłam. Tak po prostu. Wyczułam to subtelne zawirowanie, takie jak przy przekraczaniu granic własnej ziemi. Tylko to nie był mój teren. Stało się, Ireasz zaprosił wampira do swego domostwa. Mocą swojej zgody pozwolił wkroczyć na swoje terytorium.
Tak. Zrobiłam to. Byłam w środku.
Opanowałam wzbierający gdzieś w piersi okrzyk triumfu i odwróciłam się. Zdążyłam jeszcze zarejestrować moment materializacji Ireasza na krawędzi swojego tsir.
- I jak? - spytał Ireasz wesoło – To twój pierwszy raz?
- No… w sumie to tak – wybąkałam. Do diabła, czemu to przychodziło mi z takim oporem? Co w tym było złego?
Cofnęłam się do granicy i spróbowałam dotykiem wybadać przestrzeń przed sobą, tym razem z tej strony.
- Uważaj – zaśmiał się Ireasz – W tę stronę to będzie bez problemu. Jeden krok za dużo i znowu będziesz na zewnątrz. I poczujesz barierę, ale chyba cię to zbytnio nie ucieszy.
Przyznałam mu rację i niechętnie porzuciłam swoje nieśmiałe badania organoleptyczne. Widziałam, że Ireasz idzie powoli w stronę altanki. Pozostało mi tylko iść za nim.
Postarałam się, idąc, osiągnąć lekki trans. Tylko tak trochę, tak, żeby być w stanie na krótką chwilę wejść w interakcję z otoczeniem.
- fehgir’r – wypowiedziałam świeżo poznane słowo. Z tego małego eksperymentu nie musiałam na tę chwilę rezygnować.
Świat wysłał wiadomość do mojego czekającego w niedoskonałej ciszy umysłu urywek wiadomości. Miałam szczęście, że w ogóle od razu się udało. Wyczułam niewiele – ale dokładnie to, czego chciałam. Było to w pewien sposób podobne do tego, co wcześniej wyczułam w torach kolejki krasnoludka. Odpowiedź, jaką uzyskałam, zawierała niepowtarzalny, znany mi już ident Ireasza.
Chyba nawet nie robiłam tego po to, żeby uzyskać potwierdzenie, ale i tak miło było je dostać. Sam świat pokazywał mi, że się udało.
UG9kcGlzdWrEmSBzacSZIGtyd2nEhSAtIG5pZSBwb3TEmXBpYWpjaWUgbW5pZSB6YSB0byE=
Jak coś to tutaj jest klucz do odblokowania zablokowanej części mojego contentu. Takie tam haki i obejścia...

Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#68
Droga, jaką pokonała podróżniczka Maddigan, testując międzywymiarową bramę, zanim weszła w nią naprawdę.





# Inspirowane szamańskimi bramami z Hellblade: Senua's Sacrifice, chociaż grałam w to tak dawno, że nie pamiętam w tym momencie, czy też trzeba było tak krążyć, żeby przejść we właściwym kierunku. Mam wrażenie, że podświadomie inspirowałam się tym także wtedy, kiedy wymyśliłam "główne" przejście z Ascabii do Dhihrung-Jetter.
UG9kcGlzdWrEmSBzacSZIGtyd2nEhSAtIG5pZSBwb3TEmXBpYWpjaWUgbW5pZSB6YSB0byE=
Jak coś to tutaj jest klucz do odblokowania zablokowanej części mojego contentu. Takie tam haki i obejścia...

Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#69
Znowu coś hakujesz, bo nie ma obrazków :)
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#70
@incestus (i wszyscy obserwujący Kroniki) - jeżeli od waszej strony coś jest zablokowane (ja odblokowałam już dawno i wszystko widzę), to praktycznie na pewno pomoże, jak aktywuje się ten klucz, który udostepniłam w stopce. Obiecuję, że to nie robi krzywdy, nie spowoduje ściągnięcia wirusa ani nie doprowadzi do innych szkód.
To działa na poziomu danego systemu i utrzymuje się do momentu jego reinstalacji (albo użycia nowego/innego urządzenia). Jak raz się odblokuje, to działa na wszystko co byłoby ewentualnie blokowane w przyszłości.
Byłoby miło, jakby osoby już połączone z tym kluczem potwierdziły, że od tego żadna krzywda się nie dzieje :D To nie trzeba by tylko mnie wierzyć na słowo :P
UG9kcGlzdWrEmSBzacSZIGtyd2nEhSAtIG5pZSBwb3TEmXBpYWpjaWUgbW5pZSB6YSB0byE=
Jak coś to tutaj jest klucz do odblokowania zablokowanej części mojego contentu. Takie tam haki i obejścia...

Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post


Podobne wątki
Wątek: Autor Odpowiedzi: Wyświetleń: Ostatni post
  iSenowe Kroniki Filmowe Slavia 6 1,707 12-05-2018, 22:40
Ostatni post: Slavia

Skocz do:

UA-88656808-1