14-06-2013, 14:52
Całe miesiące nie miałem już dobrej wizji, tak jak się spodziewałem powrót do starego notatnika od razu przyciągnął obfite jakościowo LD.
Uświadomiłem się ze snu o Wildzie, podczas słuchania hipnagoga, w pewnym momencie po prostu pojawiłem się w nowej krainie. Osadzona wysoko w górach mieścina na kształt azteckiej doliny z piramidami, wypełniona masą lepianek, w całości wykonane z jakiejś ceramicznej masy, co przypominało starożytne naczynia, gdzieniegdzie jawnie ukształtowane na podobieństwo mis, garnków i durszlaków. W mieście znajdował się patelniopodobny budynek mający odgrywac rolę stadionu, w oddali ogromna ceglasta trójkątna wieża, pnąca się w góre niczym Eiffla, przesłonięta gęstą mgłą. Całe miasto ogrodzone wysokim drewnianym murem, na rogach którego sterczały stare gontowe kościoły. Wewnątrz tej palisady po ulicach chodzili hebanowi tubylcy, z których niektórzy nosili wysokie, walcowate, zdobione różnymi ziołami korony. Od muru aż po horyzont ciągnęły się pasy równo ułożonych kościołów o płaskim stropie, przykryte wielkimi obrusami. Cały czas rytm wybijały rytualne chóralne stęknięcia tłumu. Każdy przedmiot, którego dotknąłem i wydał odpowiedni dla siebie dźwięk, dołączał się jako nowy beat do tego rytmu, tak że pod koniec snu grała już melodyczna symfonia drum'n bass z odgłosów tłumu, trzaśnięć drzwiami, tłuczonego szkła, przesuwanych słoi i kroków po różnych podłożach. Im dłużej zwiedzałem, tym niebo i przestrzeń stawały się coraz bardziej przesłonięte ruchomymi ścianami. Nie potrafiąc się przez nie przedrzeć wycofałem się do ostatniego niezajętego miejsca - szczytu piramidy-miasta. Tam powitała mnie ciemnoskóra wersja mojego dawnego asystenta z fizjologii w opisywanym wcześniej cylindrycznym nakryciu głowy. Będąc pewny, że w jego obliczu stracę świadomość, wybudziłem się, żeby nie zapomnieć całego doświadczenia - jak się okazało w samą porę, bo już wkradło mi się myślenie, jako bym był prawowitym władcą tamtej ludności
Uświadomiłem się ze snu o Wildzie, podczas słuchania hipnagoga, w pewnym momencie po prostu pojawiłem się w nowej krainie. Osadzona wysoko w górach mieścina na kształt azteckiej doliny z piramidami, wypełniona masą lepianek, w całości wykonane z jakiejś ceramicznej masy, co przypominało starożytne naczynia, gdzieniegdzie jawnie ukształtowane na podobieństwo mis, garnków i durszlaków. W mieście znajdował się patelniopodobny budynek mający odgrywac rolę stadionu, w oddali ogromna ceglasta trójkątna wieża, pnąca się w góre niczym Eiffla, przesłonięta gęstą mgłą. Całe miasto ogrodzone wysokim drewnianym murem, na rogach którego sterczały stare gontowe kościoły. Wewnątrz tej palisady po ulicach chodzili hebanowi tubylcy, z których niektórzy nosili wysokie, walcowate, zdobione różnymi ziołami korony. Od muru aż po horyzont ciągnęły się pasy równo ułożonych kościołów o płaskim stropie, przykryte wielkimi obrusami. Cały czas rytm wybijały rytualne chóralne stęknięcia tłumu. Każdy przedmiot, którego dotknąłem i wydał odpowiedni dla siebie dźwięk, dołączał się jako nowy beat do tego rytmu, tak że pod koniec snu grała już melodyczna symfonia drum'n bass z odgłosów tłumu, trzaśnięć drzwiami, tłuczonego szkła, przesuwanych słoi i kroków po różnych podłożach. Im dłużej zwiedzałem, tym niebo i przestrzeń stawały się coraz bardziej przesłonięte ruchomymi ścianami. Nie potrafiąc się przez nie przedrzeć wycofałem się do ostatniego niezajętego miejsca - szczytu piramidy-miasta. Tam powitała mnie ciemnoskóra wersja mojego dawnego asystenta z fizjologii w opisywanym wcześniej cylindrycznym nakryciu głowy. Będąc pewny, że w jego obliczu stracę świadomość, wybudziłem się, żeby nie zapomnieć całego doświadczenia - jak się okazało w samą porę, bo już wkradło mi się myślenie, jako bym był prawowitym władcą tamtej ludności






Ale faktycznie układ podobny, tylko jakiś taki drobny w porównaniu z tym z mojego snu