Brudnopis
Kiedy widzę tylko absolutną czerń, wiem, że śpię.
Kiedy nie słyszę absolutnie nic, wiem, że śpię.
Kiedy nie czuję cieleśnie absolutnie nic, wiem, że śpię.
Kiedy nie jestem świadoma mojego oddechu, wiem, że śpię.
Kiedy nie mam ludzkiego kształtu, głowy, rąk ani nóg, wiem, że śpię.
Kiedy jestem wolna od myśli, wiem, że śpię.
Kiedy czuję absolutny spokój, wiem, że śpię.
Kiedy czas i przestrzeń są poza moją percepcją, wiem, że śpię.

I am pure energy
I am awareness
I am bliss.
aww tysm ;*
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Czy jesteś Wysoko Wytrzymałą Osobą? (WWO)

  • Jesteś odporny na głośne dźwięki, intensywne zapachy, mocne światło.
  • Drobne zmiany nie wytrącają cię z równowagi.
  • Kontakt z innymi nie wyciąga z ciebie energii.
  • Nie przytłaczają cię nastroje innych.
  • Nie zarażasz się emocjami.
  • Potrafisz długo pracować lub socjalizować się bez przerwy.
  • Bez problemu wykonujesz kilka rzeczy naraz.
  • Nie boli cię brzuch ani głowa z byle powodu.
  • Jesteś wolny od urojeń związanych z rzekomo negatywnym postrzeganiem ciebie przez innych.
  • Wszędzie ciebie pełno.
  • Przemoc w telewizji jest ci obojętna.
  • Nie przeciąża cię ogrom napływających bodźców.
  • Kochasz imprezy, koncerty, wydarzenia kulturalne.
  • Niełatwo cię wyprowadzić z równowagi.
  • Jesteś żywiołowy, dynamiczny i pełen życia.
  • Radzisz sobie w konfliktowym otoczeniu.
  • Nie męczą cię przejaskrawione, intensywne emocjonalnie sny.
  • Wszelką krytykę przyjmujesz na klatę.
  • Jesteś ogarnięty i nie miewasz natłoków myśli ani innych mentalnych sraczek.
  • Nikogo nie przepraszasz, że żyjesz.
  • Nie odczuwasz przymusu medytacji.
  • Lubisz, jak ciągle coś się dzieje.
  • Szybko przetwarzasz komunikaty i reagujesz na nie.
  • Nie chowasz się w mysiej dziurze.
  • Uwielbiasz poznawać nowych ludzi.
  • Niepokój i napięcie są tobie obce.
  • Łatwo adaptujesz się do nowych sytuacji.
  • Nie reagujesz na prowokacje.
  • Życie wewnętrzne nie odciąga cię od tego, co naprawdę ważne.
  • Nie żujesz myśli bezustannie, nie dławisz się mózgowym rzygiem z przeszłości.
  • Fochy i humorki innych ludzi nie robią na tobie wrażenia.
  • Bez problemu zasypiasz po ekscytującym dniu lub przed jakimś ważnym wydarzeniem.
  • Świat się nie kończy, gdy popełniasz jakiś błąd.
  • Nie masz skłonności do izolowania się.
  • Nie wykańcza cię wynaturzona, nadmierna empatia.
  • Nie masz obsesji na punkcie najdrobniejszych, ledwo zauważalnych sygnałów niewerbalnych wysyłanych przez inne osoby.
  • Nie dajesz się zmanipulować.
  • Bez trudu działasz pod presją czasu.
  • Nie płaczesz, gdy złamie ci się paznokieć.
  • Nie martwisz się hipotetycznym odrzuceniem przez innych.
  • Dzielnie znosisz zastrzyki i ukąszenia owadów.
aww tysm ;*
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Ktoś tu kiedyś chciał wrócić do czasów szkolnych, bo były rzekomo lepsze. Ja również za nimi tęsknię, dlatego powstało to zestawienie. Wydaje mi się, że wtedy funkcjonowałam lepiej.

Szkoła: pobyt od 3.5 do 7.5 h (najczęściej 5.5 - 6.5 h)
Praca biurowa: min. 8 h

Szkoła: 10 min przerwy co 45 min, 20-minutowa przerwa obiadowa
Praca biurowa: jedna 15-minutowa przerwa + ew. 5-minutowa przerwa BHP po każdej godzinie przepracowanej przy komputerze - sam musisz dopilnować, kiedy się odbywają

Szkoła: na przerwach możesz chodzić po korytarzu z plecakiem obciążeniowym, siadać pod ścianą i tulić kolana do siebie
+ do tego 2-3 h zajęć sportowych w tygodniu 
Praca biurowa: nie możesz nigdzie chodzić, tylko do toalety i/lub w sprawach zleconych przez przełożonego, nie zaspokajasz potrzeby ruchu i innych doznań, tracisz kontakt z własnym ciałem

Szkoła: komputery 1-2x w tygodniu, dwie osoby na jedno stanowisko
Praca biurowa: cały czas przy komputerze, bardzo duże obciążenie bodźcami świetlnymi i innymi wzrokowymi

Szkoła: dostajesz 3 za to, czego w innej szkole wymagają na 5 - później macie takie same wyniki matury
Praca biurowa: płacą ci minimalnie, na tym samym stanowisku w innej firmie ktoś dostaje 3k na rękę

Szkoła: nie martwisz się o ubezpieczenie zdrowotne, to problem rodziców
Praca biurowa: nie martwisz się dopóki pracujesz

Szkoła: na lekcji ktoś przynajmniej próbuje pilnować ciszy, są okresy podczas których nauczyciel nic nie mówi, rozwiązujecie zadania, po cichu czytacie coś, odpowiadacie na pisemne pytania, piszecie klasówki, rysujecie technicznie, sklejacie pudełko
Praca biurowa: nikt nie próbuje utrzymać ciszy

Szkoła: mogą cię do niej przyjąć nawet jak ustnie komunikujesz się pojedynczymi słowami
Praca biurowa: to nie takie proste

Szkoła: ustalony plan zajęć, trochę zmienia się co pół roku
Praca biurowa: niby masz określone obowiązki, ale często nie wiesz, co będziesz robić za 2 godziny, jest nieprzewidywalnie, idziesz do pracy nie wiedząc co będziesz dziś robił

Szkoła: po powrocie od 2 do 6 h czasu dla siebie zanim rodzice wrócą z pracy, możesz wyciszyć się w samotności, ciszy, izolacji
Praca biurowa: kiedy wracasz któryś z rodziców jest już w domu, TV włączony a zamknięte drzwi do pokoju niewiele pomagają

Szkoła: codziennie uczysz się czegoś nowego
Praca biurowa: jak już opanujesz umiejętności związane z danym stanowiskiem, nie uczą cię nic więcej nowego

oto czynniki
odpowiedzialne za rozpad mojej psychiki
aww tysm ;*
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Zaczynamy nowy cykl o psychoterapii.

Wprowadzenie

Psychoterapia psychodynamiczna dociera do przyczyn problemów i pomaga je sobie uświadomić. Psychoterapia poznawczo-behawioralna pomaga rozwiązać problemy i daje narzędzia do poradzenia sobie z nimi tu i teraz. Myślę, że dla mnie najlepsze byłoby podejście integratywne.
Robię postępy dla siebie, nie dla psychoterapeuty. Zmienianie się „dla kogoś” nie jest celem psychoterapii.
Odruchowo odzwierciedlam postawę terapeuty psychodynamicznego. Jego kamienną twarz, bezstronność, obojętność, brak zaangażowania w kontakt. Dystans i poker fejs.
To jest NIE-DO-ZNIE-SIE-NIA. Nie chcę takiej relacji. Z nim czuję się jeszcze bardziej samotna, niż bez niego.
Od takiego psychoterapeuty nie można się uzależnić emocjonalnie. Dla mnie liczy się samo bycie w terapii, a nie jej efekt. Samo chodzenie do psychologa jest celem, a nie środkiem w jego osiągnięciu.
Cena jednej sesji jest niewspółmierna do ilości treści, jaką jestem w stanie na niej wypowiedzieć. Za pięć godzin może byłaby akceptowalna, nie za 50 min.
W centrum uwagi jest pacjent/klient psychoterapeuty. To patologiczna relacja, nieporównywalna z żadną inną. Brak symetrii. Brak wzajemności.

Terapia =/= interwencja kryzysowa
Wsparcie emocjonalne =/= praca nad sobą

Dzięki rozmowie z terapeutą bagaż mojej przeszłości wcale nie stanie się lżejszy. Po prostu będzie dźwigał go ktoś inny.
Moim celem jest czysty autyzm bez zaburzeń osobowości i zaburzeń emocjonalnych. Tylko CZR, bez tej nadbudowy z zaburzeń psychicznych.
Nie dać się sprowokować. Nie pozwolić, żeby pacjent grał na jego emocjach. Angażować się w problem pacjenta, lecz jednocześnie nie dać po sobie tego poznać. Nie pocieszać pacjenta, nie tulić, nie towarzyszyć mu w „użalaniu się nad sobą” – oto zadania psychoterapeuty psychodynamicznego. Owszem, może go ruszać sytuacja pacjenta, ale nie może tego w żaden sposób okazać! Bierna postawa. Bycie przy pacjencie, nieingerowanie w to, co ma sobie dzięki terapii uświadomić. Terapeuta słucha, zadaje pytania, ale nie ujawnia żadnych swoich uczuć, jakie wywołały w nim treści przekazane przez pacjenta.
To ma swój cel i sens, niepojęty dla mnie. Terapeuta nie może pokazać, że tonie wraz z pacjentem w jego emocjonalnym bagnie, w które pacjent go wciąga. Nie zlewa się z uczuciami pacjenta. Nie jednoczy się z nim w bulu, a jeśli nawet, to nie komunikuje tego. Nie reaguje na emocjonalne manipulacje pacjenta. To jest właśnie empatyczne słuchanie. Pacjent sam dociera do tego, co pozwoli mu zmienić jego życie, nie dostaje żadnej porady, żadnych wskazówek od terapeuty. Pacjent sam kieruje swoim życiem i sam odnajduje w sobie motywację do zmiany swoich nieadaptacyjnych schematów zachowania. Postawa: „rób co chcesz, mnie to nie obchodzi. Ciebie ma obchodzić, pacjencie.”
Kurde… zaczynam łapać, o co tu chodzi. Ale po co mi taka obojętna osoba? I jeszcze mam jej za to płacić? Coś tu się pojebało komuś. Żeby tak zarabiać na ludzkim nieszczęściu?
aww tysm ;*
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
No praktycznie sobie odpowiedziałaś :)
Terapeuta to narzędzie, które między innymi pozwala pracować nad relacjami społecznymi. Nie może więc sam zapewniać jakiejkolwiek relacji, ale postawa pacjenta wobec niego mówi bardzo wiele o potrzebach i zaburzeniach relacji. Na pewno pokazujesz mu, że potrzebujesz, żeby twoja osoba wywoływała w innych silne emocje :)
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
~1~

- Miałem trudne dzieciństwo.
- I co z tego  - mówi terapeuta całym swoim ciałem.
- To po co się o to pytałeś, chuju!
Pacjent zaczyna opowiadać o swoich przeżyciach w coraz bardziej histrioniczny sposób. Postawa terapeuty pozostaje jednak niezmienna. Pacjent wstaje i trzaska drzwiami, żeby nigdy nie wrócić. Znów jest kompletnie sam ze swoimi trudnymi emocjami. Terapeuta psychodynamiczny nie wypełnia sobą emocjonalnej dziury w pacjencie. To nie jest celem żadnej terapii. To nawet nie jest terapia. Nie służy do nalepiania plastrów na psychiczne rany. Celem jest rozwój i konstruktywne zmiany.
Teorię mam już w małym palcu, ale co z praktyką?
Obojętność terapeuty przypomina mi o mojej własnej obojętności na cały świat. Nie jestem gotowa, aby stanąć z nią twarzą w twarz. Uciekam od tej gotowości, jak tylko mogę. Lodowate kamienne oblicze terapeuty to moje własne odbicie. Przeraża mnie samą, tak jak przeraża innych w kontakcie ze mną. Chcę uciec od siebie jak najdalej. Niech nikt nie widzi, że taka jestem. Tak jest najłatwiej. Chcę zniknąć. A jednocześnie tak bardzo tęsknię za atencją.

To również obojętność, którą otrzymałam od dorosłych za młodu. Obojętność na wszystko, co wtedy myślałam i czułam, ale nie udało mi się tego zakomunikować. Nikt się nie domyślił, nikt nie odgadł, że mam jakiś problem, którym należy się zająć. Przyczyna nie miała znaczenia – ważniejsza była kara za to, że sobie z czymś nie radziłam. Tylko to się liczyło dla dorosłych. Kary uczą, że czegoś nie wolno robić. Czy to zamykanie agresywnego przedszkolaka w łazience, czy to wrzaski za uprawianie autostymulacji, czy pała za pustą kartkę na klasówce wymagającej dłuższej wypowiedzi własnymi słowami – to nie uczy, kurwa, NICZEGO. Nie daje żadnych praktycznych narzędzi: do poradzenia sobie z emocjami w inny sposób - społecznie akceptowany, do efektywnej komunikacji… Po prostu siedź cicho, bądź grzeczny i DOMYŚL SIĘ. Zupełnie tak samo, jak ja oczekiwałam, że inni się domyślą. A więc druga strona tez ma poważny problem. Ale to ja go mam rozwiązać, sama. Tamta strona nie robi nic. I to właśnie projektuję na biednego udręczonego terapeutę, który tylko przestrzega skrupulatnie zasad danego nurtu terapii. Nie zrobił nic złego, to nie jego wina.
Świata nie zmienię – a może zmienię świat?
Sponiewierać się i odurzyć - jedynie to mi pozostaje. Byleby tylko nie myśleć o tym. Odwrócić od tego uwagę. Zakopać w podświadomości, a za jakiś czas wypełznie znów. Jak rozprawić się z tym raz na zawsze???
What am I supposed to feel now?

Przykre uczucia związane z danymi wspomnieniami doskonale likwiduje np. EMDR – ale nie likwiduje PRZYCZYNY takich wspomnień. Nie uchroni mnie przed kolejnymi zdarzeniami podobnymi do niego…
CHCĘ ŻEBYŚ POCZUŁ MÓJ BÓL – oczekuję od terapeuty. Zupełnie tak, jak gdy biłam dzieci w dzieciństwie. One też miały poczuć ból, który mi zadawały. Nie znałam i nie znam innego sposobu, żeby sobie z nim poradzić. Masz go poczuć i już. Masz czuć to, co ja, wtedy nie będę z tym sama, będzie mi lepiej, będziemy RAZEM. Coś nas POŁĄCZY. Będziemy mieli coś WSPÓLNEGO – a nie tylko biedna samotna ja w izolacji. Pytanie, czemu akurat ból, a nie radość, coś miłego? Bo nie czuję potrzeby dzielenia się pozytywnymi emocjami, nie musze w ten sposób sobie z nimi „radzić”?
Boże, to takie trudne. <dramatyczne westchnienie>
Właśnie dotarliśmy do rdzenia ludzkiej motywacji. Problem rozwiązany. To jest baza, na której się opieramy. A że brak dzielenia się tym, co dobre to objaw mojej choroby i to jest nieuleczalne – to baj baj terapeuto. Nie pomożesz mi.
Już głębiej się nie dokopiemy.

- Czy to znaczy, że chciałabyś, żeby ludzie dzielili się z tobą tylko tym, co negatywne?
AAAAAA!!!!
- Nie no, oczywiście, że nie.
- To czego w takim razie od nich oczekujesz?
- Pan nie rozumie, WSZYSTKO, czym dzielą się ze mną inni ludzie, sprawia mi ból. Obojętnie, czy dobre, czy złe, dla mnie jest zbyt przytłaczające emocjonalnie. Bolą mnie OBCE energie.
- I teraz chcesz je oddać komuś innemu? Hmm… Ale to TY chcesz obrzygiwać swoim bólem innych. A im ciebie nie wolno, tak? Czekaj… czy ty chcesz, żeby inni ludzie dzielili z tobą twój świat, a nie swój?
- Tak.
- Czyli nie akceptujesz tego, że inni ludzie mogą mieć swój świat, swoje życie, swoje pragnienia, swoje upodobania?
- Tak.
- A czy wiesz, co z tym zrobić? Myślę, ze tu tkwi źródło twojego problemu.
- Mam zaakceptować.
- Ale czy wiesz, jak to zrobić? Co cię może skłonić do tej akceptacji? Nie można cię do tego zmusić.
Jak zaakceptować to, że inni ludzie mają swój świat? Co zrobić, żeby to nie bolało?
- Boję się, że jak zaakceptuję, to coś stracę. Coś będę musiała poświęcić.
- Ale to krok w stronę „naszego” świata.
- Będę musiała się z czymś pożegnać.
- Ale to naturalny etap w rozwoju każdego człowieka. Każdy trzylatek musi się z tym pożegnać, gdy zaczyna rozumieć, że jest odrębną osobą. To jest naukowo udowodnione i mam nadzieję, że to rozumiesz. Spróbuj przekroczyć tę barierę; może się okazać, że za nią czeka na ciebie coś magicznego, wspaniałego. Pozwól innym ludziom być sobą, to wtedy ty też będziesz mogła być sobą. Nic wtedy nie stracisz.
Widzę teraz takie zwątpienie… zawahanie… aha, schematy myślowe zostały naruszone. Po raz kolejny. W końcu nie pierwszy raz próbujesz to zrobić, prawda?
- No, nie dało się złamać tego oporu na wszystkich poprzednich terapiach.
- Ale to dlatego, że cały czas szukasz poczucia bezpieczeństw nie w sobie, a w innych ludziach.
- No tak, „ja” jest nadal niestabilne.
- Znów wracamy do koncepcji rozwoju człowieka. Wiesz, co pozwala zbudować malutkiemu dziecku zdrowe, stabilne poczucie „ja”? Bez tego nie ruszysz dalej.
- Chodzi o ciało, świadomość ciała i poczucie sprawczości – recytuję bez namysłu.
- Brawo! Tym zajmiemy się w pierwszej kolejności.

„Chyba raczej JA się zajmę”, pomyślałam. Na tego faceta nie ma co liczyć. Przez twarz mężczyzny przemknął delikatny uśmiech, jak gdyby na chwilę udało mi się rozbić jego szczelną osłonę. MI się udało. Ja to zrobiłam? Zaraz! Czy on się UCIESZYŁ, bo udało mu się mnie zmanipulować? Terapia daje efekty? Pranie mózgu DZIAŁA?
Znów wycofuję się do mojej skorupy. Jak zwykle. Muszę kontrolować emocje innych, ale nie pozwolę, żeby inni kontrolowali mnie… Ech.
To nie ma sensu… w kółko to samo, wieczne wywalanie kasy w błoto. A relacji z ludźmi jak nie było, tak ni ma. Moja chęć samoobrony jak zwykle jest silniejsza od potrzeby przyjaźni i miłości, nie wygrasz z nią. Będę bronić granic swojego świata do upadłego.
Możemy to w nieskończoność drążyć i nic! Zasrany autyzm psychogenny. Gdyby to był problem o podłożu psychicznym, wywołany jakimś, nie wiem, kurwa, urazem, zaniedbaniem w dzieciństwie… ale nawet coś takiego robi poważne alteracje w mózgu. Takie zmiany neurologiczne mogą być nieodwracalne! Psychoterapia tu nie pomoże, pomimo najszczerszych chęci i wiary w neuroplastyczność.
Wszelka próba wyrwania mnie ze schematu kończy się powrotem do niego. Nawet, jak wytworzę nowy szlak nerwowy w mózgu, to ten stary nie znika, dalej funkcjonuje. Nie da się permanentnie zablokować tego niewłaściwego toru, gdy jakaś sytuacja mnie przerasta, zjeżdżam na niego z powrotem… a nie powinno tak być. Za mocno mi się to utrwaliło przez całe moje życie. To nie powinno się w ogóle zdarzyć! Powinnam od urodzenia być normalna!

Pieprzyć to. Pieprzyć to wszystko! Mój mózg pali się ze smutku. Nigdy nie poznam tej osoby, którą od zawsze miałam być. Tego normalnego dziecka bez problemów społeczno-emocjonalnych. Brakuje mi go. Jakie by miało zdolności? Jakie by miało zainteresowania? Czy też grałoby w Tetris? Co lubiłoby jeść? Czy miałoby w tej chwili dwoje już własnych dzieci? Co czułoby podczas stosunku? (Ech, zbereźne myśli.) W jaki sposób porozumiewałoby się ze światem? Czy wisiałoby godzinami na słuchawce, czy preferowałoby kontakt w realu? Jakie ubrania by nosiło, czy tez takie szorstkie i plastikowe jak inni? Czy byłoby dobre z WFu, w grach zespołowych? Czy umiałoby kłamać, plotkować, opowiadać bajki? Jak reagowałoby na alkohol? Jaki kierunek studiów by wybrało? itd. itp.
aww tysm ;*
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
~2~

- Spróbuj przypomnieć sobie jak najwięcej z wczesnego dzieciństwa. Musimy ustalić, w którym momencie powstały uwarunkowania, które sprawiają, że funkcjonujesz tak jak teraz.
- Chyba w momencie, gdy mój mózg przestał produkować właściwą ilość serotoniny i przestał redukować nadliczbowe połączenia nerwowe – cedzę jadowitym tonem.
Źrenice terapeuty rozszerzyły się na ułamek sekundy.
- Hmm… - milcząca pauza. – Skupmy się, proszę, na tym, co to w praktyce oznacza.
- Traktuję innych ludzi jak zagrożenie. Niezależnie od tego, co o mnie myślą. Co MOGĄ o mnie myśleć. Sama ich obecność jest dla mnie zagrożeniem.
Normalnie ludzie mają odruch komunikacji na widok drugiego człowieka. U mnie zamiast tego jest odruch braku kontaktu. Przezwyciężanie go powoduje ból. Żeby przezwyciężyć ten odruch, muszę odciąć się od tego bólu. Dokonać pewnego rodzaju dysocjacji. Nieadekwatne reakcje odłożyć na później, gdy już ludzie nie będą widzieli. Odreagowuję z opóźnieniem, rozumie pan.
Oczy terapeuty przybrały na chwilę wyraz utraty kontaktu z otoczeniem, jakby się nad czymś głęboko zastawiał. Ale zaraz powrócił do rzeczywistości, nie przestając się jednak trzymać za okolicę ust. Mam go! Zagięłam go tym stwierdzeniem. Teraz zrozumie, że NIE DA się mnie zmienić. Jest bezradny… Terapia w tym nurcie nie ma sensu. Zaraz sam to przyzna.

- Postawa obronna jest wyraźnie zaznaczona u Pani. A co by się stało, gdyby nie odcinała się Pani od tych przykrych odczuć? Zaakceptowała je?
- Nie rozumie pan. Te uczucia właśnie powstrzymuję mnie przed kontaktem. Sprawiają, że nie mogę mówić, nie mam do tego motywacji. Równie dobrze mogłabym mówić do drzewa w lesie, do ściany, do telewizora.
- Próbowała pani?
Oszalał. Kurwa, oszalał.
- Nie! – odpowiadam oburzona. – Rozumiem, że o to właśnie chodzi w kontakcie. Żeby wyobrazić sobie, że ktoś cię słyszy, słucha, rozumie, co do niego mówisz. Że jest zainteresowany tobą, kontaktem.
- Ale mówiła pani, że ma pani potrzebę kontaktu.
- Ale nie wiem, skąd ona się bierze! Jest taka kapryśna. Często jej nie ma wtedy, gdy ludzie tego kontaktu potrzebują. Kiedy próbują rozmawiać ze mną. A ja pozostaję obojętna na próby rozmowy dopóki nie UDOWODNIĄ, że naprawdę im na tym zależy.
- Czyli nie wierzy im pani? Nie wierzy, że ci ludzie chcą nawiązać z panią kontakt?
- Tak, dokładnie. To wydaje mi się takie nierealne i nienaturalne. Tu nawet nie chodzi o to, że oni mogą pomyśleć, że jestem nudna i głupia.
- Przyzwyczaiła się Pani, że ludzie tak o Pani myślą. Dawali to Pani do zrozumienia, jak mniemam?
Skubany jest.
- No, w przedszkolu, szkole podstawowej zdecydowanie tak.
- A potem?
- Potem… już nie, bo nie próbowałam nawiązywać kontaktu, inni ze mną też nie, olewali mnie, w liceum już nawet nikt mi nie dokuczał z powodu mojego zachowania. Czasem jakaś dziewczyna powiedziała coś niemiłego, ale nie po to, by czerpać przyjemność z dręczenia mnie. To była taka chwila szczerości.
- A więc jednak były jakieś kontakty.
- Gdy zmuszano nas do prac w grupach, tak. Często to nauczyciele dobierali te zespoły, przydzielali mnie do jakiegoś. Nikt z własnej woli by raczej nie chciał.
- To musiało być dla Pani trudne.
Empatyczne słuchanie w pełnej krasie. Nie daję się nabrać na ten szablonowy tekst. Zaraz, przecież ja sama non stop posługuję się szablonowymi tekstami. Kurwa. Ale chuj z tym, bez tego nie ma komunikacji z mojej strony.
- Owszem, było trudne. A teraz nie mogę się odnaleźć w środowisku pracy. O rynku pracy już nie mówiąc.
- Dokończymy w następny wtorek o siedemnastej.
- Nie chcę o tym rozmawiać.
- A o czym chce pani rozmawiać?
- Nie wiem. Pan ma zgadnąć. Niech pan wymyśli, i to ma być coś takiego, żeby mi się podobało. Ja nie wymyślę, mam pustkę w głowie.
- Rozumiem.
- Ale ja nie CZUJĘ, żeby pan rozumiał. Skąd mam wiedzieć, czy pan nie mówi tak, bo TAK TRZEBA?

Wiara w nieuleczalność mojego autyzmu ogranicza możliwość robienia postępów. Uniemożliwia jakąkolwiek drobną zmianę. Wczepiam się w swoją chorobę, bo daje mi poczucie stabilności. Moje myślenie jest bardziej sztywne, niż wynikałoby to z samego odmiennego funkcjonowania mózgu. Innymi słowy – za nieelastyczność mojego myślenia tylko w niewielkim stopniu odpowiadają fizyczne bariery. Problem owszem jest „w głowie”, ale nie ma aż tak silnego podłoża neurologicznego, jak próbuję wszystkim wokół wmówić. I zasłaniam się tym, zamiast po prostu „zmienić swoje myślenie”.

- Gdy w pani życiu nastąpi jakaś zmiana, naturalnie może się pojawić więcej zachowań powtarzalnych, ale one ustępują w momencie, gdy organizm i umysł zaadaptują się do tej zmiany.
- A jeśli się nie zaadaptują? – wypalam roztropnie.
- To znaczy, że trzeba wybrać inne rozwiązanie, kolejną zmianę, przy której obciążenie psychofizyczne będzie mniejsze.
- A te zachowania powtarzalne? Co z nimi?
- Niestety musisz pogodzić się z tym, że do jakiegoś stopnia zawsze będą obecne w twoim życiu. Można je modyfikować, zamieniać na inne, bardziej „znośne” dla otoczenia, ale nadal to będzie część specyfiki twojego układu nerwowego. Jesteś niejako „skazana” na nie, jeśli chcesz radzić sobie bez leków. Musisz umieć uspokajać się niefarmakologicznie.
Poczułam ciepło w sercu. W końcu czuję się rozumiana. Chłop przyznał mi rację. Nie muszę z nim dłużej walczyć. Teraz muszę poukładać sobie to wszystko w głowie.
Czuję przedziwną lekkość na duszy, ale i zarazem ścisk w gardle. Nikt do tej pory mnie tak nie traktował. Nikt, przez całe życie…

Przepełniało mnie cukrowe uczucie, jakiego dotychczas doznawałam po uwalniających emocjonalnie snach. Tym razem jednak całkiem na jawie. Nikt przedtem nie dotknął mojego jestestwa tak głęboko. Terapeuta ofiarował mi coś bardzo cennego. Nigdy nie czułam się tak rozumiana i akceptowana. Może tylko raz, na obozie terapeutycznym, ale wtedy to uczucie szybko się ulotniło, gdyż nie poszanowano mojej odmienności. Czegoś wtedy zabrakło, jak gdyby terapeuta niedostatecznie się przyłożył… i nie udało się do końca przeniknąć przez moją maskę i dotrzeć do prawdziwej mnie, wolnej od chorych społecznych oczekiwań.
Odczuwałam ciche zadowolenie, wykonując zadaną „pracę domową”. Miałam ustalić, na ile sposobów można wykonywać powtarzalne ruchy palcami. Okazuje się, że jest ich nieskończenie wiele. Nieograniczoność w ograniczoności.

Moje dłonie na powrót wypełniły się energią życiową. Pozwoliłam sobie uwolnić je od dokuczliwego napięcia spowodowanego samym moim istnieniem. Czułam się, jakbym „robiła sobie dobrze”, lecz w totalnie nieseksualny, nieerotyczny sposób, nawet nie mający nic wspólnego z genitaliami. Eksplorowałam nieznaną krainę, leżąc w ciemności w łóżku przed zaśnięciem.
Wszystko zaczęło układać się w całość. To dlatego na wspomnianym obozie nazwano moje dłonie „rękoma staruszki”. To dlatego z fascynacją wpatrywałam się w poruszające się palce przygłupa-sawanta na filmie sensacyjnym. Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo za tym tęsknię… i dlaczego. Muszę to robić, jeśli chcę odzyskać swoje ciało. Jeśli zbyt długo to powstrzymuję, ogarnia mnie dysocjacyjny bezwład, znieczulenie.

Nie mogę dłużej odcinać się od mojego ciała… Byłam dla niego tak okrutna przez wiele lat. Nie mogę w to uwierzyć, jak bardzo. Nie docierało to do mnie, zanim nie zaczęły się kłopoty psychosomatyczne na studiach. Wtedy ciało powiedziało mi, że nie można go dłużej ignorować, nie daje się oszukać. Osiągnęło limit swojej wytrzymałości. Wszystko ma swoją cenę – zwłaszcza pozorny psychoruchowy spokój… Leki nie dadzą mi permanentnej ulgi. Pozostaje tylko zaakceptować naturę swojego ciała.
Nie mogę sobie przypomnieć, kiedy przestałam to robić i dlaczego. Przecież wszyscy to robią na pewnym etapie życia, prawda? Wszystkie niemowlaki niekontrolowanie poruszają paluszkami i wtedy jest to urocze i słodkie… Ale co dalej? Co, jeśli jakaś część ciebie utknie w tym miejscu?
aww tysm ;*
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
~3~

- Siadaj, kochanie. Widzieliśmy się 2 tygodnie temu, tak?
- Tak jest.
- Dziś opowiemy sobie o systemie relacji. Widzisz, nie z każdą osobą uda ci się osiągnąć ten sam stopień zażyłości co z mamą. I to jest w porządku. Nie możesz podchodzić do relacji zero-jedynkowo; albo brak kontaktu, albo ekstremalna bliskość, symbiotyczna wręcz. U maluszków to naturalny etap rozwoju, ale z wiekiem u zdrowej osoby jest coraz więcej relacji, coraz bardziej zróżnicowanych. Rozumiesz?
- Tak – odpowiadam, przyjmując do wiadomości. Nie wiem jednak, jak to wcielić w życie.
- Nie warto więc zrywać relacji tylko z tego powodu, że nie jest „taka jak z mamą”. Część z nich pozostanie taka już na zawsze, nie pogłębi się, one też są potrzebne.
- Boję się. Czuję, ze nie mogę polegać na ludziach, którzy nie traktują mnie jak mama.
- Może nie jesteś w stanie polegać na sobie? Hm? Jak to widzisz?
Zastanawiam się.
- Nie panuję nad swoim ciałem, tak jak już panu mówiłam. Nie w takim stopniu jak się ode mnie tego oczekuje. Moje ciało jest zbyt roszczeniowe.
- Inni ludzie nie zaakceptują potrzeb twojego ciała, jeśli ty ich nie zaakceptujesz. Prędzej czy później będziesz musiała zacząć nawiązywać relacje z ludźmi. Przyda ci się to. Nie uciekniesz od tego – jeśli chcesz przetrwać. Pracuj nad głębszym osadzeniem w ciele dalej. I to chyba tyle na dzisiaj. Poprzednia sesja była zbyt długa. Na razie nie ma więcej tematów do przepracowania, przyjdziesz, jak się pojawią. Poobserwuj siebie. Potem zastanowimy się, z kim mogłabyś nawiązywać relacje i jakiego typu.
- Grupa dla autyczek na fb to szambo, siarkowodór.
- Och.
- Koniec na dziś. Wracam do łóżka. Będę mieć mnóstwo czasu na rozmyślanie o sobie.
- Ale nie odpłyń za bardzo. Dam ci wskazówkę, skup się na tym, co w przeszłości pomogło ci nawiązać kontakt z ludźmi. Przywołaj wszystkie pozytywne doświadczenia i zobacz, czym się charakteryzowały.
- Inni ludzie nie są zainteresowani zwiedzaniem mojego świata.
- A co z tymi, którzy jednak byli? Nie przeciągaj sesji na siłę. Widzimy się we wtorek, co ty na to?
- OK. Dziękuję.
A teraz muszę uporządkować swój świat, by był bardziej zrozumiały dla innych.
Kręcą mnie ludzie, którzy walczą o kontakt ze mną. Reszta niech wypierdala.
Niektóre relacje są jak sałata, inne jak czekolada.
aww tysm ;*
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
~4~

Człowiek pragnie kontrolować świat i wszystkich innych, nie potrafiąc nawet kontrolować samego siebie. Chce mieć wszystko na zawołanie, będąc opanowanym przez żądzę.
Psychoterapeuta psychodynamiczny nie jest od opatrywania ran emocjonalnych pacjenta. Pacjent musi je opatrzyć sobie sam, a P.P. będzie się tylko przyglądał. Nie ponosi odpowiedzialności za życie pacjenta, za jego cierpienie. Otrzymasz jednorazową zapomogę na wędkę, nie stałe dostawy ryb. Wykorzenia stare schematy funkcjonowania, które powodują powstawanie ran. Moją roszczeniową postawę wobec pracodawców: akceptujcie mnie! kochajcie mnie! A to ja powinnam kochać samą siebie, nie wymagać tego od innych. Przychodzę do nich z postawą „nie wolno mnie kochać” i jednocześnie domagam się miłości. Zgadnijcie, co dostaję??? Nie chcę, byście byli jak mama. Nie bądźcie tacy. Mama uczy, że świat NIE KOCHA i ona też nie będzie. Żeby nie przyzwyczajać. Żeby uczyć się odporności. Rozbiłam się o swój własny mur obronny…

Wstydzę się tego, że nie żyję tak jak zdrowi ludzie. I że nie za bardzo mam wpływ na swoje potrzeby. Cały czas, w kółko te same stare problemy, zamiast z nich wyjść i zgodnie z zaleceniami po prostu normalnie żyć teraz, bez rozpamiętywania przeszłości. Czy jest to możliwe, jeśli pominęło się etapy normalnego rozwoju?
Być normalnym bez doświadczenia?
Wybrakowany człowiek – wrak.
- Czego potrzebujesz, by rozwinąć potrzebne umiejętności?
- Kurwa, nie wiem, to ja się pana pytam.
- Co się tak denerwujesz?
- Bo pan się zachowuje, jakby nie rozumiał, że ja mam jakiś problem! Że to poważna sprawa!
- Ale to ważne, z jakimi emocjami podchodzimy to tego problemu. W tobie jest opór i niechęć do normalności, jak mniemam. Przychodzisz tu po to, żebym cię naprawił, nie wykazując ani odrobiny zaangażowania w poprawę swojego stanu.
- Gdybym wiedziała, jak się zmienić, to bym do pana nie przychodziła!
- Ach, jaki zły dzień, pełen furii.
No super, teraz kpi z moich „dziecinnych humorów”.
- Odnoszę wrażenie, że nie chcesz być normalna, ale chcesz nadal zachowywać się tak, jak teraz i jednocześnie otrzymywać taki sam szacunek, jak zdrowi ludzie.
Tak, „Isabelo, szacunek jest dla normalnych osób. Dla pani jest tylko szambo, darcie ryja i publiczne ośmieszenie”. Jasne. SPOKO. Jest pan psychologiem czy psycholem?
- A pomoże mi pan to osiągnąć?
- Mam zmienić cały otaczający świat bez zmiany twojego wnętrza, stylu reagowania na rzeczywistość?
- Dobrze pan wie, że psychoterapia nie wpłynie ani na moje deficyty poznawcze, ani na sposób przetwarzania bodźców zmysłowych.
- W takim razie co tu robisz?
Kretyn. Pojeb jeden.
- To zalecenia od psychiatry – wykręcam się.
- Jak chcesz wypełniać zalecenia, musisz uczestniczyć w terapii. UCZESTNICZYĆ. Mam ci powiedzieć, co to znaczy???
Przełknęłam ślinę. Milczę.
- Przypomnij mi twoją RZECZYWISTĄ motywację do ustalonych wcześniej celów.
Zero odpowiedzi.
- Wiesz, co się z tobą stanie, jeśli nie będziesz pracować nad sobą?
- Pójdę do zakładu.
- Nie ma zakładów obecnie dostosowanych do twoich potrzeb. Za dużą masz inteligencję na taki zakład. Będziesz się w nim męczyć.
- No to otworzę taki.
- Za mało jest takich jak ty, żeby go otworzyć.
- No to nie wiem.
- Wpadamy w rolę bezradnego dziecka, co?
Chcę uciec, chcę schować się, zapaść się pod ziemię. Byle jak najdalej od tego człowieka i moich [rzekomych] problemów…
- Ktoś stale ci pomaga w zaspokajaniu twoich, że tak powiem, interesów życiowych. Nie powinno tak być… Nie w tym wieku… Do tego sama powinnaś pomagać innym w zaspokajaniu ich…
Milczę. Co za bzdety. Jestem na nie.
- Dzidzia nie lubi zmian, co?
- Zamknij się!!! ZAMKNIJ. TEN. PIERDOLONY. RYJ!!!


- Czy czegoś ode mnie oczekujesz? – pierwszy raz zadał pytanie zamknięte tego typu. Ohyda!
- Tak. Moja mama każe mi wyjść za mąż. Potrzebuję pomocy.
- W zabiciu jej i ukryciu zwłok?
No kurwa, joker jebany. Zatkało mnie.
- Czy czujesz się z tym źle?
- Tak.
- Dlaczego?
- Bo nie podejmuję samodzielnie decyzji adekwatnych do wieku. Nie pozwolę, by wybrano mi męża.
- Czyli myśli, że jest w stanie sterować osobą, która cię poślubi?
- Może znajdzie kogoś tak samo sterowalnego i dogada się z jego matką.
- Zatem możesz czuć się jak królewna, jak szlachcianka jakaś.
<grumpy cat face> Krzywię się niemiłosiernie.
- Jak myślisz, jak zachowywała się twoja mama, zanim się urodziłaś, zanim zostałaś poczęta?
- Ciężko mi to sobie wyobrazić.
- Być może doświadczyła czegoś podobnego. I teraz powielacie pewien schemat. Ale to ty możesz go przerwać. W przeciwnym razie przeniesiesz go na swoje hipotetyczne dziecko.
- Nie wiem, co się stanie po wykluczeniu mamy z mojego życia.
- Stanie się to, co ma się stać. – uśmiechnął się. – Na razie twoje życie to ciągła ucieczka od mamy, zwłaszcza w Internet. Czujesz lęk przed tym, że zniszczysz świat mamy, na tej samej zasadzie, co niszczony jest twój. Chcesz ją uchronić przed tym.
- Tak.
- No i ten raniący strach przed odpowiedzialnością za uczucia innych ludzi blokuje cię… W każdej relacji, w którą wejdziesz, ktoś wywoła w tobie uczucia i ty też wywołasz w nim uczucia. Nie da się tego uniknąć. Dlatego trzymasz się kurczowo tej jednej relacji, którą masz, bojąc się ją stracić.
- Zgadza się.
- Trochę jak w przedszkolu: ktoś ci zabierze łopatkę do piasku, a ty komuś wiaderko. Czasem dorośli utykają w takiej postawie do końca życia.
Nie wiem, czy teraz mówi o mnie, czy o mamie, a może o nas obu? To chyba bez znaczenia.
- Rozwinął się w tobie pewnego rodzaju uczuciowy perfekcjonizm… czujesz się winna z powodu każdego negatywnego nastroju, który pojawia się w relacji z tobą. Chciałabyś, żeby ludzie byli wiecznie zadowoleni z ciebie.
- Żeby zrekompensować im to, co z mojego powodu musieli przeżywać w dzieciństwie.
- Nawet osobom, które nie miały z tobą wtedy do czynienia?
- Tak.
- Poruszymy teraz troszkę inną kwestię: jak uwolnić ciebie od potrzeby ciągłego dramatyzowania. Co by napędzało twoje życie bez niej, masz jakiś pomysł?
- Nie.
- Już się nauczyłem, że przy twojej chorobie nie wolno ciebie nękać pytaniami o pomysły. Za to masz inne mocne strony, które być może to rekompensują. Nie spotkałem do tej pory kogoś równie analitycznego.
- :) no, miło mi, ale nie mam na to wpływu, tak jak i na mój niedobór pomysłów.
- Jasne. Staram się dostosować do sposobu pracy twojego umysłu,. Wtedy będę mógł ci lepiej pomóc.
- Fajnie – przytakuję smutno. – Wiem, że jest panu ze mną trudno.
- Owszem, twój problem stanowi dla mnie wyzwanie. Mam wrażenie, ze jako dziecko obracałaś się stale wśród dorosłych, ale nie było wśród nich nikogo dojrzałego.
- No, może tak być, nie patrzyłam na to w ten sposób. Dojrzałe wzorce osobowości z rzadka pojawiały się w moim otoczeniu.
- Tak. To widać.
- Dwie nauczycielki i jedna pani z przedszkola. Nie wiem, jak bym przetrwała bez nich. A od liceum już zaczęło się dno. Takich ludzi jest jak na lekarstwo.
- Czasem to my musimy być zmianą potrzebną w świecie.
- Tak, znam to powiedzonko.
- Mówię na serio. Masz talent, który nie może się zmarnować. Ludzie mają bardzo zróżnicowane zasoby. Mogą potrafić bardzo wiele z różnych obszarów życia, ale mogą mieć przy tym bardzo niską inteligencję emocjonalną. Mogą wikłać się w toksyczne relacje, pozornie będąc bardzo dobrze przystosowanym.
Chyba nie chcę wiedzieć, o kim mówi.
- Wróćmy do twojego uzależnienia od Internetu. Co cię motywuje do wypowiadania się w przestrzeni publicznej? Czemu potrafisz wzbudzić tam zainteresowanie twoim dramatem, a w realu nie mówisz ani słowa do Obcych?
- Bo nie przejmuję się tym, czy są zainteresowani, czy nie.
- Brawo! Właśnie o to chodzi!
- W realu jestem ślepa na ludzi, nie dostrzegam ich. Zachowuję się, jakby ich nie było, ale z drugiej strony, jestem świadoma ich obecności i tego, jak negatywnie mogą ocenić moje autostymulacje, od których się powstrzymuję.
- Czyli postrzegasz ludzi jako zagrażających, negatywnie nastawionych, niezainteresowanych tobą.
- Tak, ale ja też nie umiem się nimi zainteresować. Wzajemne zainteresowanie to klucz do kontaktu.
- Otóż to.
- Wspólne pole uwagi. Kształtuje się na bardzo wczesnym etapie życia. Udało mi się je zbudować z mamą, z babcią, z tatą, ale z obcymi czegoś mi brakuje… Czuję się, jakbym nie miała w sobie nic interesującego. Jakby rodzina zwracała na mnie uwagę tylko dlatego, że jest moją rodziną. Inicjuje kontakt ze mną i podtrzymuje go, a obcy ludzie bardzo rzadko mają do tego motywację. Ja zaś prawie nigdy. Wiem, że nie mogę zmusić obcych ludzi do kontaktu ze mną.
- Omawialiśmy to już poprzednio, prawda?
- Tak… ale w trochę innym kontekście chyba.
- To znaczy, że trzeba ugryźć od innej strony. Nie możemy kręcić się w kółko.
- Interesuje mnie ten wewnętrzny zapalnik emocjonalny, coś, co sprawia, że ludzie spontanicznie dzielą się czymś z innymi, a konwersacja jest płynna i naturalna. I obie strony czują się do niej zobowiązane, mimo że często jedna czerpie z tego większą przyjemność, niż druga.
- Widzę, że rozumiesz, że nie każda rozmowa daje obydwu stronom super hiper ekstazę. Tak naprawdę praktycznie żadna.
- Tak, ale mimo to ludzie to robią. Lgną do siebie i funkcjonują lepiej niż ja. Wiem, że często muszą podtrzymywać pozory i uprawiają gry towarzyskie. Ze mną tylko rodzina musi utrzymywać kontakty.
W ogromnym kotle bulgoce czyste zło. Wypełnia ono moją duszę.
- Oni nie dostają napadów złości, gdy muszą zrobić coś wbrew sobie.
- Mówisz też o mnie, prawda? Jako terapeuta też należę do „zdrowych”.
- Tak. Przepraszam pana.
- Nie szkodzi. Wiem, co miałaś na myśli. Twoja zdolność do tworzenia relacji jest uszkodzona. Nie robisz tego w „typowy” sposób. Musimy pomóc ci ją rozwinąć. Na razie czekasz, aż przyjedzie książę na złotym koniu. Nie z lenistwa, nie ze strachu przed podjęciem inicjatywy – po prostu nie widzisz innych możliwości. Nie widzisz w innych człowieka, inni nie widzą w tobie człowieka. Musisz zacząć od zobaczenia człowieka w samej sobie. Zostawiam cię z tą myślą do następnej sesji.
Własny bezosobowy świat czy oddzielny określony ludzki świat?

   

Naście lat temu, na terapii indywidualnej terapeutka kazała mi narysować taki krąg relacji. W środku JA, a dalej bliskie osoby, znajomi, inne osoby mniej ważne w moim życiu. Im dalej, tym słabsza i płytsza relacja.
Nie umieściłam wtedy mamy w kręgu tuż przy mnie. Pozostawiłam go pustym.

Autyzm = dziecko, które nie chce/nie wie jak być OSOBĄ
niby osobno, ale nie osobowo
Żadnych relacji nie nawiązałam świadomie. Te, które mam, powstały pod wpływem Theta Trance of Childhood. Wykształciły się w tych latach życia, których nie pamiętam.
Wszystko będzie dobrze… kiedyś dzieci cię polubią…
Inne dzieci zamieniły się w dorosłych, a ja pozostałam sama. Nie zdążyłam z nimi porozmawiać.
aww tysm ;*
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
~5~

- Dziś zajmiemy się kontaktem wzrokowym. Jakie odczucia on w tobie powoduje?
- Ścisk w brzuchu. Jeśli próbuję go rozluźnić, wtedy zaczynam się trząść albo nie mogę mówić. Moje palce stają się ruchliwe i niespokojne. Czuję szczypanie w różnych częściach ciała. Moje serce bije mocniej, szypciej.
- Mimo braku fizycznego, realnego zagrożenia?
- Tak.
- A co w myślach? Lęk przed oceną? Krytyką, odrzuceniem, wszelkimi negatywnymi reakcjami?
- Tego trochę też jest, ale staram się działać pomimo tego lęku. Wydaje mi się, że przezwyciężam go, ale efekt jest niedostateczny w oczach innych.
- Wymagają od ciebie więcej niż mama?
- Tak. Za mało mówię, za mało się uśmiecham. Wszystko źle. Równie dobrze mogłabym się nie odzywać, kopać, gryźć, krzyczeć nieartykułowanie, uciec… Ale nie robię tego, a oni nie doceniają moich wysiłków. Źle mi z tym.
- Oczekujesz podziwu od innych ludzi?
- Nie. Szacunku, normalnego traktowania. Ludzkiego, życzliwego podejścia. Powinni się cieszyć, że nie mają do czynienia z nie kontaktowym, kiwającym się czymś.
- Dostajesz od tyle, ile od ciebie dostają oni. I nie masz prawa oczekiwać więcej. Wymiana jest równowartościowa, każdy ma dostać tyle samo, ile dał z siebie.
- Ale oni nie wiedzą, ile ja z siebie daję!
- A czy ty wiesz, ile oni musze znieść, by podtrzymać kontakt z tobą? Dociera to do ciebie w ogóle? Czy w kółko tylko ty i ty, tylko twoje potrzeby się liczą?
- Nie nadaję się do kontaktu. Nie zaspokajam ich potrzeb w kontakcie. Nie powinnam w ogóle istnieć…
- To nie tak, żabko… Zbyt daleko idące wnioski. Po prostu musisz popracować nad pewnymi umiejętnościami.
- Wy macie je z przyrodzenia. Macie lepsze predyspozycje do kontaktu.
- To prawda. Ale to nie znaczy, że twojego funkcjonowania nie da się poprawić.
- Chciałabym poczuć na własnej skórze, co czuje osoba próbująca nawiązać ze mną kontakt. Wyobrazić sobie siebie widzianą z drugiej lub trzeciej osoby. To powinno mi pomóc.
- Owszem. Twój rozmówca zapewne czuje się za szybą tak mocno, jak ty.
- Nie gadam z ludźmi, którym nie zależy na mnie.
- OK, ale czy ty pokazujesz ludziom, jak bardzo zależy ci na kontakcie z nimi? Nie. Musisz dać im to, czego od nich oczekujesz.
Kiedy dajesz coś ludziom, nic nie tracisz. Nie zachowuj się tak, jakbyś w kontakcie coś traciła.
- To, co dostaję w zamian, nie rekompensuje mi wysiłku kontaktu.
- To wina podejścia, jeśli się tak nastawiasz, to nic dziwnego, że tak to się kończy. Chyba nie wiesz, do czego służy kontakt i jak się czują w kontakcie zdrowi ludzie!
- Mam się odciąć od swoich uczuć? Ignorować swoja niechęć, swoje blokady? Ale cały czas to robię…
- Może za słabo? Musisz powstrzymać swoje nawyki. „Zapomnieć”, że kontakt to coś złego.
- Zresetować umysł.
- Dokładnie. Nie dostaniesz wymarzonej karteczki z napisem „Autyzm, dożywotnie zwolnienie z pracy nad sobą”.
- Jestem leniem, parszywym śmieciem.
- Teraz stosujesz autoagresję i wchodzisz w rolę ofiary, wymuszasz na innych współczucie z powodu tego, co sama sobie robisz. Nieczyste zagranie. Nikt cię nie krzywdzi, tylko ty sama.
Zaczynam płakać. Nie zniosę tego dłużej.
- Chcę wyjść.
- Proszę bardzo, wyjdź. Ale jak wyjdziesz, to nigdy nie wracaj. Każdego terapeutę robisz w konia, że niby „chcesz się zmienić”, a potem płacz. Chcesz towarzysza do gierek, to szukaj go sobie gdzie indziej. Baw się z kimś innym, nie ze mną. Cenie swój czas i mógłbym teraz pomagać komuś innemu, kto widziałby w  tym sens, nie odrzucałby pomocy. Zrozumiałaś?
Pociągam nosem, kiwając głową na „tak”.
- Dobrze. Pozbądźmy się zatem demona, który każe ci wierzgać i pluć w przypadku jakichkolwiek zmian.
Łzy ciekną mi po brodzie, razem ze smarkami.
- Twoje „ja” jest tak kruche, że jakakolwiek zmiana może je zniszczyć. Trzeba je wzmocnić. Ustabilnić. Chcesz stać w miejscu, nigdy się nie zestarzeć, nigdy nie umrzeć. Pokazujesz to bardzo dobitnie całą swoją osobą. Nie rozwijasz się.
- Ludzi, którzy dostrzegają moją odrębność, odbieram jako zagrożenie. Och odrębność jest zagrażająca dla mnie. Np. gdy muszę komuś odpowiedzieć na „dzień dobry”. Niby nic, a mnie sprawia tak straszny ból. Boli mnie to, że mnie widzą. A kiedy chcę być widziana, to wtedy nie zwracają na mnie uwagi…
- Chcesz, żeby inni byli całkowicie podporządkowani twoim potrzebom?
- Nie, mogło to tak zabrzmieć. Jak są zestrojeni ze mną, wtedy kontakt nie boli. Nie aż tak.
Chciałabym nabrać „normalnych zachowań” – ale jednocześnie zostawić sobie coś z tego, co mam teraz. Nie wyrzekać się tego całkowicie.
- Chcesz nawiązać bliskie więzi, ale w razie potrzeby móc wycofać się bardzo głęboko, tak?
- Yhym.
- Jak myślisz, co stoi za tą potrzebą.
- Nie wiem.
- Nie oczekuję natychmiastowej odpowiedzi. To błąd. Wiem, że nauczono cię, że natychmiastowa reakcja jest wymagana, gdy ktoś o coś pyta, ale tu nie o to chodzi. Nastawiasz się, że będziesz tęsknić za chorobą, że kontakt z ludźmi jednak nie spełni twoich oczekiwań i będziesz zmuszona poszukiwać autystycznego samozaspokojenia.
Podchodzisz nieufnie do czegoś, czego nawet nie miałaś szansy dobrze przetestować. Oceniasz negatywnie coś, co czego tak naprawdę jeszcze nie zaznałaś. Okopujesz się w nieprawidłowych zachowaniach, które interpretujesz jako dobre, znane, bezpieczne. „Zawsze taka byłam – i zawsze taka będę”. Tak ma być i już. Nie pozwalasz cierpieniu odejść.
Żyjesz ruinami przeszłości – i rujnujesz swoją przyszłość.
- Inni ludzie są nieprzewidywalni, są poza moją kontrolą. Nie mam wyrobionych schematów adekwatnego reagowania na nich.
- Zawsze posługujesz się schematami? W domu też?
- Tak.
- Masz ci los… - terapeuta złapał się za głowę. – Przejdźmy do twojej pracy domowej. Jacy byli ludzie, którzy cię akceptowali?
- Psycholog, psychiatra, pielęgniarka, nauczycielka, rówieśnica z młodszym rodzeństwem i osobą chorą umysłowo w domu… Osoba z doświadczeniem przemocy w rodzinie…
- Czyli, ogólnie mówiąc, osoby o podwyższonej empatii lub szczególnie doświadczone przez życie.
- Tak jest. Więc nie mam szans na akceptację od przypadkowej osoby, która nie miała styczności z takimi, jak ja.
- Po to jest terapia, by rozwinąć twoje umiejętności dogadywania się ze zwykłymi ludźmi. Bez żadnych dodatkowych ułatwień.
- Nie mogę sobie przeżyć spokojnie reszty życia jako osoba specjalnej troski?
- Życie raczej nie będzie ci dawało forów ze względu na twój upośledzenie. Wręcz przeciwnie. Musisz być przygotowana na wszystko. Zapewne doceniasz wagę samodzielności. Nie chcesz, żeby ktoś rządził za ciebie twoim życiem, prawda?
- Nie.
- A więc postaraj się, dobrze ci radzę.
- Potrzebowałabym mapy do poruszania się po świecie relacji międzyludzkich.
- A innym jest potrzebna mapa twojego świata. To działa w obie strony, cukiereczku. Chcesz zatrzymać autyzm jako stały element twojego „ja”. To zrozumiałe, że chcesz osiągnąć spokój, komfort, poczucie bezpieczeństwa, ale nie osiągniesz tego poprzez identyfikacje z chorobą.
- Jest uznawana za nieuleczalną, więc inni ludzie nie mogę mi jej odebrać.
- A może oprócz choroby jest jeszcze coś innego, czego ludzie ci nie zabiorą, może jest coś lepszego? Pomyśl nad tym.
- Wykorzystuję chorobę głównie do tego, żeby usprawiedliwić moją przeszłość. Moja ja = moja przeszłość.
- Hmm… to mogłoby być dobre w odniesieniu do dzieciństwa, ale jako dorosła powinnaś przestać umacniać swoją postawę z przeszłości… Nie cofniesz czasu, nie musisz generować więcej patologicznej teraźniejszości, by  była spójna z twoją przeszłością. „TERAZ” z minuty na minutę przeistacza się w przeszłość, a ty wciąż powielasz stare schematy, nie mogąc przestać. Jakby coś się w tobie zacięło.
- Jestem zacięta.
- Ze strachu. Co jest takiego przerażającego w normalności? Ja nie jestem przerażający, prawda?
- Pan nie, ale to dlatego, że jesteśmy w relacji terapeutycznej, niesymetrycznej, oderwanej od rzeczywistości. Pan daje, ja biorę. Ja daję panu w zamian swoje pieniądze. Poza gabinetem terapeutycznym nie ma takich relacji. Nie wiem, jak pan funkcjonuje w życiu prywatnym. Jak to wygląda. Buduję z panem coś nienaturalnego, czego nie wyniosę poza gabinet, ani nie wykorzystam w kontaktach z innymi.
- Widzę, że jesteś mocna w gębie, ale za cholerę nie potrafisz uwierzyć w siebie. Wolisz wierzyć w głupi, nieuleczalny autyzm.
- Chciałabym, żeby sześciolatki wytłumaczyły mi, jak się bawić w sklep.
- A gdybyś mogła zrobić to teraz? Zapytać je?
- Nie zrobię tego. Na pewno nie będą chciały się zadawać ze świrniętą dorosłą. To niemożliwe, żeby dziecko było w czymś lepsze od dorosłego… Wyśmieją mnie. Jeszcze większa kompromitacja, niż kiedy byłam w przedszkolu.
- OK, rozumiem. Musimy kończyć na dziś. Praca domowa… Spotkaj się z kimś poznanym w Internecie. Obserwuj bariery w kontakcie.
- Jestem beznadziejna w płynności konwersacji, w szczególności w odpowiadaniu na pytania otwarte, no i w zadawaniu pytań.
- Ale za to jesteś dobrym słuchaczem. Do zobaczenia za tydzień.
aww tysm ;*
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post


Skocz do:

UA-88656808-1