Brudnopis
No robisz reklamę temu terapeucie, bardzo mi się podoba :P
Mam wrażenie, że są momenty, kiedy boisz się mu przekazać, że nie znasz odpowiedzi na jego pytanie ani riposty na jego obserwację, a szybko zasłaniasz to rozwiniętym potaknięciem, stawiając go w roli nieomylnego detektywa. Na szczęście wydaje się mu to nie umykać ;)
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Reklama? Czy to na pewno dobre określenie?
Czy te plusy na pewno należą się mnie, a nie jemu?
aww tysm ;*
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
~6~

- Wszystko, co teraz jest znajome, stabilne i bezpieczne, kiedyś było nieznajome, niestabilne i niebezpieczne.
- Czyli nic, do czego się przyzwyczaiłaś, nie było od zawsze i nie jest na zawsze. Wiesz, co możesz zrobić z tą wiedzą? To fantastyczne odkrycie!
- Dla mnie przygnębiające.
- Czemu? Przecież możesz je wykorzystać przy oswajaniu się z nowymi rzeczami.
- Tak, ale jak już się z czymś oswoję, to będę chciała to mieć na zawsze. Nadal nie będę tak elastyczna, jak powinnam.
- To prawda, ale wykonasz jakiś krok do przodu. O ile się nie mylę, twoim celem jest wyjście z klatki obecnych przekonań o świecie, a nie radykalna przemiana w kogoś neurotypowego.
- Brakuje mi „bezpiecznej bazy”, do której mogłabym powrócić, kiedy jakaś zmiana nie przebiegnie zgodnie z oczekiwaniami. Takiej „strefy komfortu”, w której mogłabym się zregenerować przed powrotem do walki ze światem.
- Być może nigdy nie pozbędziesz się do końca swojej sztywności. Rutyna pełni funkcję stabilizatora twojego „ja”. Zdrowi ludzie tego nie potrzebują. Nie w takim stopniu. Jako, że nie identyfikujesz się z niczym konkretnym, każdą zmianę w świecie postrzegasz jako zmianę w tobie. Rozumiem, że to może przerażać.
- Bardzo ładnie pan to ujął.
- Przyznam, ze z trudem to sobie wyobrażam. Nie spotkałem się jeszcze z takim przypadkiem w swojej pracy. Oczywiście, nie jest to coś, czym powinnaś się jarać.
- Jasne.
- Rutyna to zastępczy środek i nie powinnaś na niej polegać. Myślałem nad wprowadzeniem stałych elementów do twojego dnia, ale to za mało. Może pomóc, ale nie dociera do sedna problemu. Z tego co wiem, nasz bardzo sztywne sposoby wykonywania określonych czynności. Np. łatwo cię przestraszyć, jeśli ktoś pościeli ci łóżko w inny sposób, niż ty stosujesz. Moim zdaniem należałoby sięgnąć nieco głębiej, aby zwiększyć twoją elastyczność. Żeby zniwelować te przykre reakcje na najdrobniejsze zmiany.
- Są jakieś tabletki, po których lepiej akceptuje się zmiany?
- Próbowaliście sertraliny już i nie dała spodziewanego trwałego efektu. Jedyna nadzieja w psychoterapii. Stabilne ja jest potrzebne do stabilnych relacji, bez tego ani rusz. Jesteś mistrzynią w wynajdywaniu problemów nie do przeskoczenia, ale ja tak tego nie zostawię. Nie pozwolę na to.

- 6 miesięcy temu dowiedziałam się o swojej diagnozie. Nadal jestem trochę roztrzepana psychicznie. Jednak od czasu, gdy znam nowe zalecenia, zyskałam nową nadzieję na lepsze życie. Lepszy stosunek do swojego ciała. Większe poczucie bezpieczeństwa. Czy kiedyś będę takim cudownym kochającym człowiekiem jak Raun Kaufman? Porzucę potrzebę chorobliwej izolacji? Jeśli on mógł, to ja też mogę!
- Chęć dorównania komuś nigdy nie jest podyktowana miłością. Jeśli wierzysz, że cos musisz, że „tak trzeba” – to nie jest miłość do samej siebie wtedy. Na chwilę obecną mogę polecić skupienie się na homeostazie ducha i ciała. Dopiero potem będziesz mogła się zastanawiać, czego naprawdę chcesz. Ważne jest przy autoregulacji dostarczanie sobie bodźców niezależnych od czynników zewnętrznych.
- Co to znaczy?
- To znaczy, że co jakiś czas w ciągu dnia musisz znaleźć chwilę, żeby pomachać łapami, pobujać się lub coś innego w tym stylu. Nie zawsze możesz zjeść to samo, iść spać o tej samej porze i w tym samym miejscu, ale ciało masz zawsze przy sobie i możesz skorzystać ze swoich własnych powtarzalnych ruchów.
- Ludzie mnie widzą.
- Szukaj okazji, gdy cię nie widzą, rób to w niewidoczny sposób, ruszaj palcami w kieszeni, w bucie. Wysil się i wymyśl coś. Na litość boską, nie jesteś przecież stale obserwowana!
Wciąż liczysz na „zwolnienie z normalności”. To bardzo kuszące, wiem. Wciąga cię autystyczne schronienie. W tej chwili to ono panuje nad tobą, a nie ty nad nim. Utożsamiasz się z czymś, co tobą steruje… ty tym nie jesteś, choć na chwilę obecną nie potrafisz oddzielić siebie od tego. Chcesz być wierna temu w zamian za iluzję stabilności…

- Panie terapeuto, mam pytanie. Dlaczego na pracach klasowych, jak mieliśmy pisać wypracowania, oddawałam puste kartki? Czego ja się niby mogłam wstydzić? Przecież nie kazali mi pisać o najbardziej kompromitującym zdarzeniu z mojego życia. Czemu wolałam dostać jedynkę, niż napisać to, co mi kazano? Dlaczego nawet głupie streszczenie lektury mnie przerastało czy opis obrazka? Ta pustka w głowie została mi aż do teraz, mimo że w liceum nauczyłam się pisać. Ale mniej i wolniej niż zdrowi rówieśnicy.
- Och. To jakim cudem zdawałaś z klasy do klasy i pokończyłaś szkoły?
- Prace domowe odrabiała za mnie mama, w tym prace na lekcji, które trzeba było dokończyć w domu. Na zajęciach siedziałam głównie wgapiona w podręcznik, a jedynek było na tyle mało, że przy piątkach z gramatyki i innych rzeczy jakoś nie robiło to wielkiego problemu. W liceum na polskim leciałam na trójach. Gramatyka była wtedy tylko na angielskim, ale z niego też miałam trzy.
- Nikt się nie zorientował, że mama za ciebie pisze?
-Nie. Ogarniała też pisemne zadania z geografii, biologii i historii. No i jakieś opracowania ze sztuki na plastykę.
Terapeuta westchnął.
- Po liceum poszłam na studia i też przebrnęłam jakoś. Zaczęłam dużo się udzielać pisemnie w Internecie. Na początku publikowałam jakieś stare gotowce z mojego pamiętnika. Potem uczyłam się dialogu. Reagowanie na wypowiedzi rozmówców w czasie rzeczywistym nadal sprawia mi problem. Mówię lub piszę za wolno i za mało. Potrzebuję dużo czasu na reakcję. Nawet, jak coś wcześniej przygotuję sobie w głowie, to wydobywam to z niej za wolno, by ludzie uznawali mnie za normalną. Reaguję albo z opóźnieniem, albo wcale. Nie daję rady inaczej. Co może poradzić psychoterapia na mój stan?
- Po pierwsze, pomóc poradzić sobie z emocjami. Co czujesz, gdy myślisz o tej pustce?
- Przede wszystkim smutek i złość. Rozczarowanie. Poczucie winy – bo zawiodłam innych, którzy mieli wobec mnie wymagania. Wstyd, że nie poradziłam sobie z czymś, co dla innych nie było takie trudne… Gorycz. Nienawiść do zepsutego generatora mowy i zdań w głowie. Ale najgorsze jest to, że okłamywałyśmy z mamą innych, i siebie też. Kreowałyśmy wspólnie kogoś, kim nie byłam.
- Ze strony mamy widzę tu strach i bezradność.
- Z mojej bezradność też.
Czytałam przynajmniej jedną książkę dziennie, miałam bardzo bogate słownictwo, lecz nie potrafiłam się nim posługiwać. Zachowywałam się, jakbym była leniwa i zbuntowana. W głębi duszy marzyłam o tym, żeby pisać sama, ale nie dawałam rady.
- Widzę tu dwa aspekty problemu. Pierwszy – wchodzenie w perspektywę innych osób. Drugi – tłumaczenie myśli na słowa, zwłaszcza „własne słowa”. Oba w jakimś stopniu w końcu załapałaś. Pierwsze nie przychodzi tak  naturalnie, jak zdrowym, jest sztuczne, świadome i wymuszone siłą woli. Wiąże się z dużym wysiłkiem. Co do drugiego natomiast, przyszedł w końcu moment, gdy twój umysł zaczął wychwytywać wzorce z bazy tekstów, którymi latami był karmiony, niczym bot obdarzony sztuczną inteligencją. Zyskałaś pewną łatwość w poruszaniu się między rozmaitymi frazami znaczącymi w zasadzie to samo. Aż doszłaś do poziomu, na którym bez pomocy rodzica udało ci się ominąć wymagania systemu edukacji.
- Tak. Ludzie, którzy teraz czytają moje teksty, nie mogą uwierzyć w to, że do końca gimnazjum nie pisałam sama prawie nic. Nie miałam gadu-gadu ani grona. Nie było ze mną kontaktu ani w mowie, ani na piśmie. Żadnych mejli do przyjaciół. Żadnych czatów, nic. Jak patrzę na siebie lata wstecz, to nie wiem, jak ja mogłam żyć bez tego. Wtedy nawet nie myślałam o tym, że kiedyś będę mogła pisać do obcych ludzi w sieci. To była jakaś abstrakcja. Ludzie, którzy to potrafili, wzbudzali we mnie podziw. Zazdrość.
- To było trudne doświadczenie.
- Owszem. Niby przeminęło, jestem już wolna, ale nie do końca. Chcę się komunikować, ale strasznie się przy tym męczę. A w dorosłym życiu nie ma ułatwień typu wydłużony czas na egzaminie. Nie, żebym kiedykolwiek korzystała z czegoś takiego. Na egzaminach pisemnych były pytania otwarte i zamknięte, i prawdopodobnie na zamknięte zużywałam mniej czasu przewidzianego przez autorów arkuszy, i to jakoś się kompensowało, że na część otwartą miałam więcej. No i też zdrowi zdolni uczniowie często kończyli przed upływem ustalonego limitu. Jakimś cudem mieściłam się w normie. Ledwo udało mi się przekroczyć minimalny, odpowiednio, na polskim – limit stron, na angielskim – limit słów.
- Ale miałaś matury ustne też, prawda?
- Do dziś nie wiem, jak to dyrekcja ogarnęła, ale potraktowano mnie jakoś ulgowo i dali mi wystarczająco punktów, żeby zdać. Miałam zaświadczenie od lekarza o „lęku społecznym”, brr, skręca mnie, jak o tym myślę… cóż, taka była moja ówczesna diagnoza.
- Hmm, taka powierzchowna i nie tłumacząca praktycznie nic, bo gdyby to była prawda, to świadczyłoby tylko o tym, że leczenie jest nieudolne... ale ten temat może zostawmy na później. Ważne, że jakoś pomogła wtedy. A na studiach?
- Było ich zaledwie trzy, na angielskim przymknęli oko, zdałam dopiero za drugim podejściem, choć pisemny poszedł znakomicie. A na obronach prac dyplomowych znałam wcześniej listę pytań, no i poza tym, hmm… chcieli mieć mnie z głowy.
- Czyli była taryfa ulgowa, pomimo braku prawidłowej diagnozy.
- No… taka zwykła życzliwość ludzka. Długo się namyślałam, potem odpowiadałam jakimiś kalekimi zdaniami… Uznali, że to stres, i tyle. Dali mi spokój.
Pomimo zdanego „egzaminu dojrzałości” i obrony – zero gotowości do dorosłego życia. Po opuszczeniu szkoły świat już nie jest taki łaskawy…
- Egzaminy zaliczone, ale jak odnaleźć się w pracy i w relacjach prywatnych, w życiu towarzyskim? Nawet, jeśli poznam kogoś „nieneurotypowego”, nie jest powiedziane, że komunikacja będzie się gładko układać. Jesteśmy naprawdę bardzo różni.
- To prawda, część Aspich trajkocze jak katarynki.
- No, a inni wyrzucają z siebie z rzadka poszarpane słowa i zdania, przez resztę czasu milcząc.
- Czasem przeciwieństwa się przyciągają, a czasem nie mogą siebie nawzajem znieść.
- No, czyli zależy, kto się trafi.
- Ech, skomplikowane to. Ważne, żeby żadna ze stron nie próbowała drugiej na siłę zmienić.
- Chcę od razu trafić na tę jedyną wspaniałą osobę, z którą będę razem.
- Chcesz w ten sposób uniknąć porażek, jakie towarzyszą testowaniu milionów kandydatów na twojego towarzysza?
Ogarnął mnie śmiertelny smutek. Nie widzę szans na poprawę. Wole  umrzeć, niż się zmienić. Jeśli się zmienię, to i tak będę martwa za życia. Już nie będę sobą. Będę osobą, którą inni chcą, żebym była. Jestem niewolnikiem ludzkich wymagań. Tylko prawdziwa śmierć może mnie od nich wybawić.
- Gdybyś mogła przeżyć swoje życie jeszcze raz, czy coś byś w nim zmieniła?
- Nic. Jeśli zmieniłabym, to już nie byłoby moje życie. Inne życie. Nie moje.
aww tysm ;*
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
~7~

Godz. 23.00.
- Interwencja kryzysowa, słucham?
- Dobry wieczór, chcę się zabić.
- Boże, dziewczyno, idź spać i nie zawracaj mi dupy! A w ogóle, to skąd masz informacje o grafiku dyżurów?
- No wie pan, ptaszki ćwierkają, powiedziano mi, że zostanę pana na linii o tej porze.
- Cholera.
- Ja już dłużej nie wytrzymam. I tak już za długo wytrzymałam.
- Chcesz do lekarza?
- Tak. Tęsknię za nim.
- Kurwa, nie do tego lekarza! Mam wezwać karetkę do ciebie? Policję? Czy wytrzymasz do jutra?
- Mam dość, niech pan zrobi cokolwiek!
Rozłączył się.
Dzwonię jeszcze raz. Cholera, trafiłam na innego konsultanta. Odebrała jakaś kobieta.
- Interwencja kryzysowa, w czym mogę pomóc?
- …
- Halo? Jesteś ze mną?
- Dobry wieczór – stękam. – Proszę pani… mam problem.
- Proszę, opowiedz mi o nim.
- Chodzi o mojego psychiatrę. On… nie żyje… nie zdążył przekazać mi diagnozy… znalazłam ją w Internecie… - szlocham w słuchawkę. – Wpisał rozpoznanie na koncie pacjenta, nie przekazał mi go twarzą w twarz! Kurwa, co za tchórz! Dlaczego tak zrobił?
- Mówi pani, że nie zdążył…
- Planował kolejną wizytę, co on kombinował… Boże, zapisałam się na nią za późno… Nie wiem, co robić, utknęłam… Nie mam papierka…
- Jakiego papierka?
- Z diagnozą.
- Jaką diagnozą?
- KURWA NIE WIEM!!! Chcę umrzeć, błagam, niech mi ktoś pomoże…
- Gdzie teraz jesteś, możesz mi powiedzieć?
- Jestem na moście. Kolejowym, nad rzeką. Na szyi mam pętlę, w jednej kieszeni osiem żyletek, w drugiej 6 paczek psychotropów. Nikt mi nie wierzy, nikt mnie nie rozumie… tylko on mi wierzył…
- Kochanie, wszystko przemija – odezwał się ciepły, miły  głos. – Ale ty nie musisz.
- Przepraszam… – smarkam.
- Zgłoś się jutro o 10.00 pod podany adres, dobrze? Dr Ludmiła Majcher, Gawroniowa 9/34. Zapisałaś?
- Tak.
- Dobranoc, kochanie, trzymaj się. Jesteś dzielna.
- Dziękuję, dobranoc.

Nie mogę patrzeć, jak moje życie się rozpada. Jak ja się rozpadam. Odpływam sama, w ciemność. Podwójna dawka klonitrazepamu przyjemnie otumania umysł. Byle wytrzymać do jutra. Przetrwać… i tak przez całe życie.
Od ośmiu miesięcy nikt ze mną nie rozmawiał poza mamą.
Nastał poranek.
- Dzień dobry. Widzi pani tę diagnozę, prawda? – po mojej twarzy spływają łzy. Nie wiem, jakim cudem udało mi się wydobyć głos.
- Tak, płomyczku, widzę… Za tym kryje się jakaś straszna historia, co?
- Można tak powiedzieć. Ale nie powiem pani, jak to się stało. Nie mogę.
- W porządku. A możesz napisać?
Dostaję papier i długopis. Myślę. Udało mi się naskrobać 2 zdania. Podaję kartkę lekarce. Widzę, jak jej twarz momentalnie się zmienia. Zatkało ją. Milczy przez dłuższą chwilę.
Siedząc w ciszy, przyglądam się jej bezsilności. Mojej bezsilności, którą zdecydowałam się z kimś dzielić. W końcu. Po tylu latach…
- Chrupku, tu jest napisane, że… Jesteś pewna?
- Tak, jestem pewna! Na 100 procent!
- Ale… to niemożliwe.
- Wierzyłam w panią. Zaufałam pani. Uwierzyłam, ze pomoże mi pani to załatwić. A teraz mówi mi pani, ze nie?
- Nie w ten sposób. Oczywiście, możemy przeprowadzić całą procedurę od nowa. Za stosowną opłatą. Ale wtedy nieodzowne będzie zaangażowanie mamy w ten proces.
- Wchodzę w to.
- Uprzedzam, to potrwa. Dopiszę cię do listy oczekujących. 3-4 miesiące. 1800 zł. Jesteś pewna?
- Już mówiłam.
Nie wiem, co mi to da, ale czuję, ze potrzebuję tego… Muszę to zrobić… Nie mogę dłużej żyć na niby.
…po co ci to, to nic nie zmieni. Jest za późno…
Nikt nie przeżył tego, co ja. To jakiś koszmar.
…to nie sprawi, że świat cię zacznie rozumieć, że pokocha cię taką jaka jesteś…
Nie robię tego dla siebie. Muszę wypełnić swoją misję.


Dwa dni później.
- Chcę powtórzyć proces diagnostyczny. Wtedy dostanę prawdziwą, namacalną diagnozę. Papier z podpisem żywego lekarza. Psycholog specjalizujący się w spektrum będzie rozmawiał ze mną i z moją mamą. Za prawie dwa tysiące. W końcu będzie profesjonalnie. Zostanę też przebadana pod kątem innych zaburzeń. Ze szczególnym naciskiem na ewentualne zaburzenia osobowości.
Jestem aż tak skomplikowana i przerażająca z moją bogatą przeszłością. Boją się mnie.
Terapeuta pozostaje jednak niewzruszony.
- Chcesz, żeby bez końca ktoś słuchał o twoich objawach. Żyjesz tylko tym. To cię nie uzdrowi. Żadna relacja tak nie działa. Myślisz, że to czyni cię kimś wyjątkowym? Są setki innych powodów do cierpienia. Nie tylko twój.
- W jakim kierunku potoczyłoby się moje życie, gdybym nie wiedziała, co to jest autyzm? Byłoby mi łatwiej udawać, że go nie mam czy co?
- Ta wiedza przyszła do ciebie zdecydowanie za wcześnie, rybko. Zniszczyła twoja delikatną psychikę.
- To nieprawda! Zaniedbania systemu edukacji ją zniszczyły. Za dużo czasu mi dali na „wyrastanie” z tego! A potem musiałam sama prowokować, prosić się o ich uwagę!
- Czyli celowo wyolbrzymiałaś objawy, by ktoś z nauczycieli stwierdził, że coś jest nie tak?
- No… coś w tym rodzaju. Byłam bardziej spontaniczna, bezmyślna. Celowo osłabiałam swoją samokontrolę -  to na pewno. Kręciło mnie, że nie udowodnią mi choroby, bo jestem inteligentna i mówiąca. Dzika część mojej osobowości nie chciała się podporządkować „normom społecznym”. Szczerze wierzyłam, w to, że „udaję autyzm”, podczas gdy tak naprawdę przestawałam udawać normalność. To był bardzo silny mechanizm obronny. Czułam się tak bardzo odrzucona przez innych, że aż w końcu zaczęłam odrzucać samą siebie.
- Co ty na to, by dziś sesja była bardziej psychodynamiczna? Cofniemy się w przeszłość troszkę, zanim autyzm cię zafascynował. Zanim zaczęłaś szukać schronienia w rozrywaniu swojej tożsamości. Kiedy to się zaczęło?
- Dwanaście lat. Siedemnaście lat temu.
- Kupa czasu. Spróbuj przywołać jakieś wspomnienie z tego okresu. Rówieśnicy… Dorośli… Rodzina…
- Dziewczynki mówiły, że jestem niedorozwinięta. Nie rozumiałam, dlaczego… A potem okazało się, że można być niedorozwiniętym i zdolnym jednocześnie.
- Chryste.
- Dla dzieci byłam głupia, dla nauczycieli geniuszem. Autyzm dopiero pozwolił mi scalić te dwa sprzeczne aspekty siebie.
- Rozumiem. Przypominasz sobie coś jeszcze?
- Choroba zdjęła odpowiedzialność za moje zachowanie zarówno ze mnie, jak i z otoczenia. To była wina choroby, nie wychowania, jedynactwa, nie dzieci, które były „głupie” tylko dlatego, że mnie nie lubiły, etc.
- Tak, to dla mnie jasne. Nie chciałaś czuć się winna. Ale czy naprawdę było aż tak źle?
- No, miałam kolegów, koleżanki, miałam urodziny w 3 klasie, dawałam innym prezenty, chciałam, żeby wpisywali się do pamiętnika... Próbowałam, czego się dało, ale albo nie wychodziło, albo się szybko psuło. Jedną koleżankę zraniłam niechcący, druga zraniła mnie, kolega musiał zmienić szkołę… no i to by było na tyle, jeśli chodzi o moje socjalne podboje. Popełniałam błędy nie do naprawienia. Niewybaczalne. Niewarte – dla tej drugiej strony – kontynuowania relacji ze mną. Ze mną, kaleką. Z litości można było gadać do mnie albo z wielkiej desperacji. A tak to szukałam uznania u nauczycieli. Dla nich byłam „kimś”. To też się jednak skończyło… i wtedy po raz drugi zaczęłam szukać odpowiedzi. Na własną rękę, nie mogąc nikomu zaufać. Każdy widział tylko kawałek mnie, dla niego najwygodniejszy.
- Jestem z tobą w tym doświadczeniu.
- Kto by chciał mieć koleżankę, która bełkocze i macha rękami, ignoruje to, co czujesz i nie potrafi robić nic naprawdę RAZEM. Jest jak irytujący dwulatek pętający się pod nogami, którym ciocia kazała się zaopiekować pod swoją nieobecność.
- Umiałabyś pokochać taką siebie? Co by z nią zrobiła ty z przyszłości? Opowiesz mi o tym na następnym spotkaniu.
aww tysm ;*
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
Jak juź pewnie się domyśliliście, w italicsach daję moje najbardziej dramatyczne chore fantazje, które z jakiegoś powodu odstają poziomem od reszty tekstu.

~8~

Żyjemy w czasach, w których na światło dzienne wychodzi na pęczki podobnych historii. Moja jest tylko jedną z wielu. Lecz podczas gdy inne dziewczyny tego typu lgnęły do społecznych prawideł, odgrywając sztuczne role, ja obrałam przeciwny kierunek. Tworzyłam wynaturzony, patologiczny obraz siebie. Pragnęłam, aby mój autyzm był najgłębszy, jak się da – i jednocześnie nie rzucał się w oczy. Zamplifikowany i podkreślony na maksa, karykaturalny wręcz, a przez to odrealniony. Im bardziej „udaję”, tym bardziej odsuwam od siebie prawdziwość swoich problemów. Wyrzekam się normalności, w szczególności tej fałszywej.
Chciałam być tak zamknięta w sobie, żeby aż ludzie mówili „to niemożliwe, nie da się tak funkcjonować, nikt nie wytrzymałby tego psychicznie”. A ja chciałam udowodnić, że wytrzymam. Po co angażować się w relacje, jeśli po chwili i tak się coś zepsuje? I tak mnie odrzucą, porzucą, nieważne, co robię. Nie mogę liczyć na innych, olewają mnie, gdy wykazuję gotowość do kontaktu – no to ja będę olewać ich. Nie obchodzimy siebie nawzajem. Już więcej mnie nie zranicie. Ani dokuczaniem, ani obojętnością na mnie.

- Jak się dzisiaj czujesz?
- Lepiej. Już nie chcę się zabić. Teraz czuję taki żywy smutek. Jakby coś odmarzło wewnątrz mnie. Byłam świadoma wiecznej zmarzliny we mnie, ale nie miałam pojęcia, że jest aż tak rozległa.
- Tak bywa, że czasem podczas terapii następuje pogorszenie, by potem mogło być lepiej.
- Wiem. Teraz dzięki ruszaniu rękami i bujaniu tułowiem łapię lepszy kontakt z ciałem. Przedtem to było zamrożone. Przez cały okres edukacji od 5 do 25 lat przez 90% czasu byłam odcięta od tego, co czułam. Chciałam tylko przetrwać, wytrzymać do końca dnia w szkole, przecierpieć i wrócić do domu… Byłam odcięta od własnego ciała, musiałam ignorować to, co się w nim działo – inaczej uciekłabym, wrzeszczała, zrobiła komuś krzywdę. Albo zatracałabym się w dziwnych bezcelowych ruchach. Nie mogłam tak się zachowywać. Musiałam być taka jak inni, a nie „psychiczną wariatką”. Wstydziłam się siebie i chciałam zniknąć. I teraz czuję jakby ta dziecięca część mnie się integrowała z tą dorosłą. Już nie czuję martwej pustki, tylko ten smutek. Jest jak lodowata woda, słonawa, jak odmrożone łzy. A wcześniej czułam ból w całym ciele i nie mogłam jeść. Jeśli jadłam, to bez przyjemności, nie smakowało mi, pchałam jedzenie w siebie na siłę. Teraz czuję, jakby jakieś drzwi otworzyły się we mnie.
- Bardzo dobrze. Czyli widzisz jakiś efekt terapii?
- No, tak jak mówiłam.
- Żeby spełniać marzenia, trzeba być dobrze osadzonym w ciele. Zbudować pomost pomiędzy myśleniem a działaniem. Myśli bez działania nie przynoszą owoców. Z kolej działanie bez myślenia, bez kontaktu z samym sobą i swoim sercem, poddawanie się czyimś sugestiom na ślepo – też nie prowadzi do niczego dobrego.
- A co to ma do rzeczy?
- Mam na myśli, że bez spójności umysłu, duszy i ciała nie zrealizujesz swojego celu. Wyrażasz siebie za pomocą ciała. Ogranicza cię to wszystko, co w nim zamrożone. Masz w sobie na pewno dużo nawyków, których nie rozumiesz, a które zaczną mieć sens dopiero po odmrożeniu tych zablokowanych emocji.
- Czuję obrzydzenie do niechcianych/złych/niegrzecznych/nieadekwatnych reakcji mojego ciała.
- Dlaczego?
- Bo są tak bardzo w kontraście do tej rzekomo „prawdziwej mnie”, tak bardzo oderwane i niepasujące do ślicznego, inteligentnego, wybitnie uzdolnionego dziecka, fajnego i rozgadanego… To się tak gryzie ze sobą.
- Każde dziecko bywa czasem niegrzeczne, problematyczne.
- No, ale nie aż w tak rażący sposób, odstający od… hmm… jego funkcjonowania intelektualnego… nie wiem, czy to dobre słowo… w sensie, ze jak nie radzi sobie w jakiejś sytuacji, to jakby nagle stało się kimś innym… jakby je szatan opętał czy coś… jakby na czas „złego zachowania” podmieniono normalne, zdrowe dziecko na jakąś kukłę z niedojebaniem mózgowym, którą kontroluje nie wiadomo kto… że to aż niemożliwe, że dziecko, które dorośli znają jako bystre, kontaktowe, mogłoby zachowywać się w ten sposób… - poczerwieniałam na twarzy.  – Od najmłodszych lat byłam świadoma tego, że nie panuję nad sobą. Robiłam różne złe rzeczy, których nie umiałam powstrzymać. A inne dzieci umiały panować nad sobą i wykorzystywały to do manipulowania dorosłymi. Tak łatwo było mnie rozdrażnić, sprowokować do ataku, a potem wychodziło na to, że to prowokator był ofiarą. Czułam się gorsza od innych dzieci, bo kontrolowały swoje reakcje emocjonalne, były lepsze ode mnie, choć nie potrafiły czytać, pisać i liczyć.
Wiedziałam, że brakuje mi czegoś, że inne dzieci są z jednej strony niby głupsze, za to pod wieloma względami znacznie lepiej rozwinięte ode mnie. Nie wiedziałam, z czego to wynika. A psycholog powiedziała matce, że to się samo naprostuje w późniejszych latach, jak będę więcej z dziećmi przebywać. Bo niby za dużo z dorosłymi przebywałam. No i przez te osiem lat przyglądałam się dzieciom, obserwowałam je, ale postępy w kontakcie były bardzo nieznaczne. Nawiązano ze mną parę płytkich, powierzchownych relacji, ale porozpadały się.
Do trzynastych urodzin ciągle jeszcze miałam nadzieję, że po prostu trafiam na „niewłaściwe osoby”, że to z nimi coś jest nie tak, a nie ze mną. Że w gimnazjum wszystko się ułoży i tam w końcu będą ci dobrzy ludzie, którzy mnie polubią. Jednak poznałam pierwszego fikcyjnego przedstawiciela mojego gatunku… i to odmieniło moje postrzeganie siebie i świata. Wtedy też zostałam zraniona…
zaprzeczenie… chronić tę część osobowości… nie zabiorą mi jej… ona nie jest kłamstwem… zręby pod PTSD… istniały już wcześniej…

- I co takiego się potem wydarzyło?
- Odkryłam, że zamykanie się w sobie sprawia mi przyjemność. A nie powinno. Nie wolno mi było odpuszczać kontroli nad sobą.
Ten chłopiec z filmu… on nie był wkurwiający, bo po prostu był sobą… a przynajmniej taką grał rolę. Normalnie odbierałam dzieci jako drażniące,,, a tej fikcyjnej postaci nie. On był taki bliski, jak nikt wcześniej, taki podobny do mnie, uosobienie mojej prawdziwej natury – nie tego, co chcieli widzieć we mnie dorośli.
Nie rozumiałam, o co chodziło, gdy mama po kilku razach zabroniła mi przebywać sama z ojcem, bo wtedy „dziczeję”. Kiedy miała złamaną nogę, to już było po pierwszej komunii, mieszkaliśmy wszyscy u babci, ale ja chciałam chodzić do kościoła, po drugiej stronie ulicy, przy której był nasz prawdziwy dom. Żeby nie chodzić daleko z samego rana po śniadaniu, nie wstawać specjalnie wcześniej, szłam do prawdziwego domu z ojcem na noc i potem szedł ze mną do kościoła rano. Ale że ojciec niekontaktowy człowiek, to nie kwapił się do wciągania mnie w kontakt, dawał jeść, pilnował i tyle, a ja odpływałam w swój świat, swoje zabawy, klocki itd. I jak po kilkunastu godzinach wracałam do babci, to ona i mama widziały, że jestem jakaś inna, jakbym zapomniała,  jak mam się przy nich zachowywać… Ich upomnienia, uwagi wpędzały w mnie w poczucie winy, wstydu. Jakbym zrobiła coś złego. Aż trzeba było zaprzestać mnie puszczania mnie z ojcem samej gdzieś na dłużej.
Teraz trochę im współczuję, bo robiły to ze strachu o mnie. Dla mojego dobra…
- A ty o czym marzysz? Jaki jest twój cel obecnie?
- Osiągnąć maksymalne zaangażowanie w relacje i  jednocześnie nie stracić dostępu do maksymalnej głębokości własnego świata.
- Hmm… brzmi ciekawie. Co jest potrzebne, aby to osiągnąć?
Zorientował się, że lepiej reaguję na „co jest potrzebne” niż „czego potrzebujesz”. No fajnie. Tego drugiego mój umysł nie trawi.
- Wybaczyć sobie i innym, wyczyścić swoje zbiorniki na emocje, zacząć robić coś inaczej niż zwykle. Ale tak, żeby siebie nie przestraszyć. Pokonać strach przed zmianami. Zmniejszyć swoje wymagania wobec innych osób.
I żeby życie nie składało się z samego autyzmu. Obsesji na jego punkcie. I doszukiwania się coraz to nowszych objawów w dzieciństwie, wcześniej pomijanych – obecne nie mają znaczenia, bo autyzm manifestuje się w dzieciństwie, a w dorosłości te same objawy mogą być oznaką czegokolwiek. Te z dzieciństwa są najważniejsze, późniejsze mogą oznaczać dowolną chorobę psychiczną.
Wyjść z tej pętli, w którą wpadłam w wieku 14 lat.
aww tysm ;*
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
~9~

Zintegrowałam osobowość.
Wszystkie aspekty mnie tworzą teraz całość. Żaden nie jest mną bardziej niż inne.
Po co powstały kryteria diagnostyczne autyzmu? Żeby segregować ludzi? Na zdrowych i nieuleczalnie chorych zjebów?
Przez Internet jestem w stanie wchłonąć większą dawkę ludzi niż w realu – ale jest to kontakt odrealniony, brakuje zmysłowych doznań z nim związanych, to trochę jak sen. Nie wydarzyło się naprawdę. Może i mniej obciąża, ale czasem pozostawia duży niedosyt.
Potrzebne mi doświadczenie korekcyjne. Pozytywne relacje, które staną się ważniejsze od przeszłości, a forum Inny Świat będzie nic nieznaczącym epizodem. Cofnąć się do momentu, zanim to się wydarzyło. A potem do 14 ½. I 12 ½. Dorastać z zerową wiedzą o autyzmie, tak jak moje nowe koleżanki.
Czy cechy autystyczne ujawniłyby się, gdybym nie wiedziała o tym nic??? Czy popadłabym w jakiekolwiek zainteresowania (oprócz sexu i przyrody, i dobrych ocen z matmy, i powieści o NT dziewczętach dla NT dziewcząt, i… dużo tego).
Na ich miejscu zrobiłabym to samo. Zemściłabym się, widząc uosobienie zła, skoncentrowanej krzywdy otrzymywanej latami od ludzi niezwiązanych z autyzmem.
Jesteś neurotypowa, jesteś naszym wspólnym wrogiem. Zniszczymy cię. Za to, że nic nie rozumiesz, nie wiesz nic o naszym cierpieniu. Jak śmiesz wielbić autyzm? Po co ci ta etykieta? Czego w niej szukałaś jako dziecko?
To miało być wytłumaczenie, dlaczego praca nad sobą nie przynosi efektów.
Jestem zagadką, tajemnicą.

- Boję się autostymulacji. Nawet, jak je wykonuję, to mam wrażenie, że zaraz ktoś mnie ukarze za to. Poza tym wolałabym mówić na to „zachowania autoregulacyjne”.
- Dobry pomysł. A odnośnie kary to… no cóż. Ciało wymierzy ci karę, jeśli nie będziesz tego robić.
- Czuję się jak urządzenie, do którego dołączono instrukcję od całkiem innego modelu, innej firmy. I cały czas próbuję odkryć tę właściwą.
- Jak sobie z tym radzisz?
- Wiem już bardzo dużo, ale nadal za mało, by być samodzielna. W tej chwili funkcjonuję źle.
- Ale nie zawsze tak było, prawda? Nic nie jest dane nam na zawsze. Zawsze może być lepiej.
- Albo gorzej. Wiem, że mogłabym powiedzieć innym, żeby byli cicho, wyłączyli radio, ale ich jest więcej, muszę się dostosować. Pokazano mi to zresztą dobitnie w poprzedniej pracy. „No przecież masz słuchawki”. Tak, ale one służą do tego, aby moją ulubioną muzyką odwrócić uwagę od tamtej i innych dźwięków. Przynajmniej częściowo. Nadal dociera do mnie za dużo bodźców, których nie lubię.
- Myślałaś o profesjonalnych ochraniaczach słuchu? Zatyczkach?
- Nauszniki odpadają, są mało dyskretne. Nie chcę epatować autyzmem jak postać z serialu „Atypowy”. A zatyczki… nie odfiltrują tylko tych dźwięków, które są mi potrzebne. No i też nie wiem, jak się przyzwyczaić do… chodzi o obraz ciała, który kształtuje się dzięki docierającym dźwiękom. Czucie siebie w przestrzeni. Nie wiem, jak umiejscowię siebie bez tych wszystkich drgań docierających do ucha wewnętrznego.
- Skomplikowane to, widzę.
- Bym musiała się nauczyć percepcji siebie od nowa.
- Może warto podjąć to ryzyko. Może powstaną w końcu nowe połączenia w mózgu i nadmiar dźwięków okaże się zbędny, by czuć siebie. Jako dziecko również musiałaś się nauczyć przetwarzania informacji zmysłowych w określony sposób.
- Tak, może narządy propriocepcji, równowagi zaadaptują się do zmniejszonego napływu danych. A ja stanę się innym człowiekiem. Bardziej towarzyskim, kontaktowym.
- W głębi duszy nadal boisz się tego. Dlaczego?
- Bo jeśli się okaże, że TO jest odwracalne, to będzie znaczyło, że całe życie udawałam, kłamałam. A ja brzydzę się kłamstwem, a zatem i sobą.
- Skąd przekonanie, że prawdziwy autyzm jest nieuleczalny?
- Nie udowodniono naukowo, że jest. Ale że nie jest, także nie ma dowodów.
- No właśnie. Każdy spektrumiarz jest inny. Nie ma dwóch identycznych mózgów, układów nerwowych. Kształtują nas nasze indywidualne doświadczenia. Do tego, jeśli nadal nie ustalono dokładnej przyczyny autyzmu, nie powinno się „zatwierdzać” jego nieuleczalności. Myślałaś już, co będziesz robić, jak już wyzdrowiejesz?
- Nie.
- Bo za bardzo się trzymasz określonej wizji siebie. Sztywne myślenie wynikające z choroby, której nie możesz pokonać. Błędne koło trochę.
- Gdybym potrafiła wyobrazić sobie siebie zdrową, byłabym zdrowa.
- Dokładnie. A więc ogranicza cię tylko twoje myślenie. Twój opór przed zmianą, niemożność dostrzeżenia możliwości zmiany.
- Moja choroba nie pozwala mi wyzdrowieć.
- Ale przyszłaś tutaj.
- Tak, bo nie mam już dokąd uciec. Ani w książki, ani w pracę, ani w muzykę, ani w internetowe pogaduchy… Czuję się uwięziona sama w sobie. Do tej pory całe życie uciekałam przed przyznaniem się przed sobą, że jest mi źle.
- Chciałaś być dzielna i samowystarczalna, niezależna od „złych” ludzi.
- Tak. Moja naiwność mnie zgubiła i doprowadziła do odrzucenia przez innych.
- Do pewnego stopnia z pewnością tak, jednak w dużej mierze problem leży w tym, że nie respektujesz odrębności innych. Ich indywidualnych światów.
- Tak, przeszkadza mi, że nie są mną. Za dużo różnic między mną i nimi, i u nich miedzy sobą. Przytłacza mnie to. Ogarnąć tyle różnych perspektyw naraz.
- No i tutaj jestem bezradny. Możemy pracować z twoimi emocjami, możemy stosować techniki radzenia sobie ze stresem, ale nie przywrócę ci wewnętrznego wzroku, Izabelo.
- Wiem.
- Razem musimy odkryć, jak poruszać się w świecie bez niego.
- Boli mnie to, że wiele dziewczyn zdiagnozowanych jako aspergerowskie wkłada w życie tyle samo wysiłku co ja, a efekty uzyskują znacznie lepsze. Ich odbiór społeczny jest zbliżony do osoby neurotypowej. Tak są postrzegane.
- Tyle samo? Da się to jakoś obiektywnie zmierzyć, czy to twoja interpretacja?
- To wynika z tego, co piszą. Reaguję identycznie jak one, ale w innych sytuacjach, niż one opisują. Robią trudniejsze rzeczy ode mnie, bardziej „normalne”, ale tak samo się wypalają od tego. To jest inny level życia, mimo, że wiele trudności wspólnych.
Samorzecznicy chcą usunąć podział na nisko- i wysokofunkcjonujących, ale jak widzę tę przepaść między mną a nimi, to mam wątpliwości. Dla mnie problematyczne jest jedynie uzależnianie poziomu funkcjonowania od poziomu inteligencji i umiejętności językowych. No i tak jak HFA może mieć gorszy dzień, tak samo LFA może mieć jakieś przebłyski „normalności”. Dla mnie poziom funkcjonowania określa to, jak długo i ile razy w ciągu dnia jesteś w stanie zachowywać się w sposób, który czyni cię nieodróżnialnym od neurotypowych. Ile godzin jesteś w stanie przeharować na etacie normalności bez konieczności późniejszego odreagowania, załamania, wypalenia, etc. I to się liczy, a nie jakieś IQ, czy verbal fluency. Mogę się cały dzień nie odzywać, ale zrobić pranie, zakupy, obiad, zarobić dwieście złoty na monotonnych czynnościach w komputerze. Ale nie mogę zrobić jednego i drugiego, pogodzić obu sfer ze sobą. Nie mam takich zasobów energetycznych, które wystarczyłyby jednocześnie na komunikację, i na całą resztę.
Bodźce, na które zwykli ludzie nie zwracają uwagi – dzięki synestezji stają się w trójnasób okropne lub przyjemne. To bywa wyczerpujące.
- Rozumiem. Każdy ma swoje upodobanie sensoryczne, ale niektórzy bardziej…
- No tak, ale sądzę, że z maskowaniem mój poziom jest zbliżony do poziomu dziewczyn z aspergerem, kiedy się nie maskują.
- To przykre. Możesz się czuć niezrozumiana z tego powodu.
- Staram się koncentrować na moich mocnych stronach. Jestem dobra w wielu zajęciach, które nie wymagają komunikowania się z otoczeniem.
- To cenne spostrzeżenie. Ale wierzę też, że uda ci się poprawić twoją komunikację. Polepszy się, gdy traumy zostaną przepracowane. Ale jako, że autyzm nie jest zaburzeniem psychicznym, to tutaj moje kompetencje się kończą. Najlepiej, żebyś spróbowała czegoś w rodzaju fizjoterapii, pracy z ciałem, czy coś.
- Czyli im wyżej człowiek funkcjonuje, tym mniej energii potrzebuje na „udawanie normalności”, hm?
- Tak jest. Im więcej energii poświęcasz na utrzymanie iluzji normalności, tym niższy jest twój faktyczny poziom funkcjonowania. „Po godzinach”, że tak powiem, możesz być całkiem inną osobą, nie do poznania. Dwie osoby, które znają cię w różnych kontekstach, mogą znać dwie różne wersje ciebie… Każda widzi inny obraz ciebie. Nie całościowy.
aww tysm ;*
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
~10~

Zmiany rozpierdalają moją psychikę.
Nie podoba mi się, że moje ciało nie reaguje na polecenia mojego umysłu z taką prędkością, jak komputer.
- Nie chcę chodzić spać przed północą. Wtedy czuję się wolna. Nie muszę się z nikim kontaktować. Mama nic ode mnie nie chce. Uspokajam się.
- O 23.00 iluzja bycia sobą jest najsilniejsza. Ale to sztuczne czuwanie, podtrzymywane elektrycznym światłem. Wymuszone, nienaturalne. Sądzę, że bez tego światła prędko zachciałoby ci się spać.
- Nie dam się uśpić. W ten sposób kontroluję swoją furię. Zwykle szukam porządku w chaosie, ale kiedy pojawia się porządek, wraz z nim nastaje nuda. I pragnienie rzeczy niemożliwych.
- Jakich?
- Kontaktu. Bliskości. Bycia razem. Nie chcę być uzależniona od bliskości, to mnie brzydzi.
- Narusza twój ideał samowystarczalności.
- Tak. Chyba.
- Im bardziej będziesz sobą w ciągu dnia, tym słabsza będzie ta potrzeba w momencie, gdy masz zasypiać.
- Rozumiem.
- Wygląda na to, że tylko wieczorem widzisz możliwość przebywania na jawie bez kontaktu z otoczeniem.
- No, tak.
- Za pomocą patologicznego trybu życia odwracasz uwagę od swojego wewnętrznego dramatu. Wszystkie aspekty ciebie równają w dół. Przeszkadza ci twoja zaburzona część, więc dążysz do tego, by wszystko w twoim życiu było zaburzone. Żeby było dla twojej podświadomości spójne i pasowało do siebie.
- Co z tego, że będę punktualnie rano przychodzić do pracy, jeść posiłki o ludzkich porach, ścielić łóżko, utrzymywać czystość wokół siebie, jak i tak nie zmieni to moich zdolności społecznych?
- Wydaje ci się, że im więcej sztucznych problemów wygenerujesz, tym mniej będzie się rzucać w oczy twoja socjalno-komunikacyjna skaza na ich tle.
To było jak olśnienie. W końcu dotarło do mnie, dlaczego wciąż pakuję się w takie głupie i żałosne sytuacje. Prowokuję je sama. Jako zasłonę dymną dla tego, co mnie naprawdę dręczy.
Ucieczka w patologię mi nie pomoże. Koniec z obiadami o dwudziestej i kąpielą o drugiej w nocy.

- Dzieciństwo nigdy już nie wróci. Nie zaznasz już więcej cierpienia z jego powodu. Wyjdziesz na prostą. Lgnięcie do uwięzionych emocji nie może ciągnąć się w nieskończoność.
- Pan Bogdan z forum… on zachowywał się jak dzieci z mojego przedszkola i SP. Miał coś, czego potrzebowałam, ale dawał to innym, mnie nie. Bo nie zasłużyłam, byłam zbyt „nienormalna”, żeby to dostać. I jeszcze zamiast kontynuować rozmowę z koleżanką na priv, to wspomniał o tym publicznie, żebym widziała, że nie należy mi się nic ciepłego.
- Twoje emocje cię przytłaczają. Bardzo mocno przeżywasz wszystko, co cię spotyka. Musisz nauczyć się odprężać, relaksować, ignorować świat, kiedy to potrzebne. To bardzo ważne. Dobrze osadzenie w ciele jest niezbędne.
- Tak, teraz wyrażam dużo starego smutku palcami. On nie jest już jak studnia bez dna… kiedyś się skończy. Napełnię ciało miłością. Ale boję się, że wtedy będzie już za późno na dziecko. Nie chciałabym go skrzywdzić sowimi zaburzeniami. Co ja mówię, przecież ja nawet nie zaczęłam jeszcze nawiązywać jakichkolwiek relacji poza domem i terapiami, a co mówić o związku, rodzicielstwie… Bredzę chyba.
- Dopóki nie ma cię we własnym ciele, nie możesz w pełni decydować za siebie. Nie jesteś odpowiedzialna ani za siebie, ani za innych. Do opieki nad dzieckiem odpowiedzialność jest niezbędna. Nie mogę w tej chwili przewidzieć skutków terapii.
- To coś jak psychiczne odmrożenia, wiem. Jest we mnie dużo napięcia, szczególnie w brzuchu. Moja mama nie lubi, jak moje ciało się rusza, żeby uwolnić napięcie. Zaczynam się trząść i przestaję panować nad sobą. Próbuję w ten sposób zastępczo „ukołysać siebie”, żeby się uspokoić. Krępuje ją to. Zamiast tego każe natychmiast zażyć leki uspokajające, a ja jestem w tym stanie zbyt słaba, żeby się jej przeciwstawić. A jak tylko przestaję się ruszać, to przestaję czuć siebie i to nasila lęk i mdłości.*
Jest w tym trzęsieniu się ślad moich dawnych ruchów z dzieciństwa, których nigdy nie pozwalałam jej zobaczyć, bo chciałam chronić ją przed tym… i siebie, przed jej reakcją. Wystarczyło, że pani z przedszkola tak źle na to reagowała. A ja wiedziałam, że nie wolno, że nikt nie może mnie na tym przyłapać. Ale jednocześnie było mi to potrzebne do przetrwania i musiałam to ukrywać.
- Być może mama jest równie słaba jak ty. Również nie ma kontaktu ze sobą, więc odbiera jego możliwość innym. Jeśli ona nie może, to inni też nie będą, żeby było sprawiedliwie. Ale dopóki kochasz mamę bardziej niż siebie, pozwalasz, by to się działo. Oddajesz jej kontrolę nad tobą.
- Bałam się swojego ciała jako dziecko. A mama bała się mojego, gdy się urodziłam.  Swojego też, że mnie skrzywdzi, że nie będzie umiała się mną zaopiekować. Jej ciało, moim ciałem.
Myślę, że przestraszyła się też swojej nagłej odrębności ode mnie. Mój osobny byt był dla niej przerażający. Nagle przestałam być fizycznie jej częścią. To mogło być przerażające.
- Teraz stapiacie ze sobą za mocno. Gdyby tylko udało się to przekroczyć…
- Nigdy nie mieszkała sama. Najpierw z rodzicami, potem z nimi i mężem i córką, a teraz tylko we trójkę… Boję się ją zostawić. Nie chcę, żeby była tak samotna, jak ja.
- Trzeba was rozdzielić, zanim będzie za późno.
- Mając 24 lata próbowałam się wyprowadzić od rodziców. Dusiłam się w mamy towarzystwie, przytłoczona zwiększoną ilością uwagi od niej po tym jak tata wyzdrowiał z ciężkiej choroby, babcia zmarła, a nasz ukochany kot zdechł. Gdy zostałam sama w mieszkaniu po dziadkach, w próżni dorosłości… w ścianach, które widziały mój dziecięcy dramat - nie było mi łatwo. Kupione na siłę podwójne łóżko miało zmotywować mnie od znalezienia partnera. Niestety, nie udało się. Nie wierzę, że kiedykolwiek będę zdolna spać z kimś, w jakimkolwiek tego słowa znaczeniu.
- Byłaś dla siebie zbyt okrutna. Zbyt surowa i wymagająca.
- Tak mnie nauczono traktować siebie.
- Teraz już nie musisz. Byłaś ofiarą hipnozy. Możesz się od niej wyzwolić. Nie musisz dalej wierzyć w to, czego cię uczono.
- Boję się, że ją skrzywdzę.
- Ale nie boisz się skrzywdzić siebie. To nie jest miłość.
- Bzdury! Nie można mnie oddzielić od mamy! Jestem nieuleczalnie chora i żadna terapia mi na to nie pomoże!
Wstaję, wywracając krzesło i kieruję się do wyjścia. Nikt nie rozbije mojej iluzji cierpienia. Foch, kurwa.
Nie zmieniajcie mnie. Chcecie mnie zabić… Zostawcie mnie.
Płaczę na korytarzu.
Nic mnie nie przekona. Nic mnie nie zmotywuje do walki z chorobą…
- Halo. – terapeuta wyszedł do mnie. – Wybrałaś to, co najwygodniejsze tu i teraz. A potem będziesz cierpieć jeszcze mocniej. Nie chcesz tego, prawda?
Łkanie skutecznie uniemożliwia mi odpowiedź.
- Hej, jestem przy tobie...
- Ale nie na zawsze! – chlipię wrzaskliwie.
- Jasne, że nie. Uczymy się to akceptować. Spójrz na mnie, he? Widzę, jak się miotasz. Stare schematy są silniejsze.
- Jak macka potwora wciągającego w otchłań.
- Dokładnie tak.
- Musimy zrobić coś, żeby twoje „ja” poczuło się bezpiecznie.
- 14-letnia, 10-letnia, 7-letnia, 5-letnia, 3-letnia ja – jestem z tobą. Kocham cię.
- Co byś zrobiła, gdybyś była mamą? Gdyby przyszła do ciebie twoja nastoletnia córka i spytała: „Mamo, możemy porozmawiać o autyzmie?” Też byś ją odtrąciła? Jeśli tak, to dlaczego? A jeśli nie?
- Coś musiało być nie tak, skoro ani mama, ani babcia nie wytłumaczyły mi na spokojnie, dlaczego nie mam autyzmu ich zdaniem.
- No więc właśnie. To tez ich ból, strach, lęk.
- Już czuję się lepiej. Nie jestem taka rozedrgana w środku, gdy o tym myślę. Ale nadal „pracuj nad sobą” odbieram jako „zniszcz siebie”…
- Jeśli „ja” to coś tak bardzo kruchego, to czy można na tym polegać? Czy warto się tego trzymać? Nadal testujesz moje granice. Sprawdzasz, czy się od ciebie nie odwrócę, niczym dziecko oddalające się od matki. Czemu to ma służyć?
- Ja chyba utknęłam na tym etapie dziecka i w kółko go odtwarzam.
- A co byłoby potrzebne, żeby ruszyć dalej?
- Nie wiem... Jako dziecko atakowałam innych, żeby bronić swoich granic. Nie pamiętam, kiedy pierwszy raz to się stało. Inne dzieci mnie drażniły. Nie chciałam nimi być. Przeszkadzała mi ich obecność. A jednocześnie pragnęłam towarzystwa, uwagi, wspólnej zabawy. Nie potrafiłam ich zaakceptować takimi, jakimi były.
Teraz, gdy dorosłam, oczekuje się ode mnie, że będę lubić dzieci, rozumieć je, swobodnie nawiązywać z nimi kontakt. Czy kiedyś do tego dojrzeję? Nie wierze w to. Jak ktoś mnie pyta, czy mam własną rodzinę, to we mnie jest takie WTF, o czym ona mówi? Boże, przecież ja mam dopiero 14 lat! Za kogo ona mnie uważa?
- Miałabyś własną rodzinę, ale świata nie widzisz poza mamą.
- Oczekuję, że inni będą mnie traktować jak mama, a oni nie są w stanie mi tego dać. No i boję się też porzucić mamę w pustce.
- Nauczono cię być odpowiedzialną za mamy uczucia. Ale jej problemy nie są twoimi problemami. Powstały jeszcze przed twoim narodzeniem. Nie masz z nimi nic wspólnego. Mama odpowiada teraz za siebie, a ty za siebie.
Słowa terapeuty przygniotły mnie jak kamień, ale musiałam przyznać mu rację.
Czemu nie dojrzałam do tej wiedzy wcześniej? Czemu musiałam męczyć się tak długo?
*Podczas prawie rocznej kuracji sertraliną taki atak dysocjacji zdarzył mi się tylko raz, w noc przed drugą dawką szczypionki. Jednak wkrótce po zakończeniu brania leku konieczne stało się rozbrojenie problemu za pomocą psychoterapii.
aww tysm ;*
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
~11~

Autyzm to choroba neurologiczna, która daje objawy podobne do zaburzeń psychicznych. Lęk, depresja, objawy negatywne schizofrenii – to wszystko może przypominać autyzm. Trauma u małego dziecka, silnie zaburzająca jego rozwój – też.
1% społeczeństwa poniósł ofiarę w postaci swoich umiejętności społecznych, aby pozostałe 99% mogło żyć w lepszym świecie. Ewoluować dzięki wybitnym zdolnościom, niezwykłym umysłom. Geniusze, wynalazcy, naukowcy pchają ten świat do przodu. Za cenę ogromnego upośledzenia. „Muśnięci” robią ogromną przysługę, ale zdarzają się też jednostki niezdolne do samodzielnego życia. Z nimi jest więcej strat niż zysków. Ale to ruletka, genetyczna loteria, nie wiadomo, co się trafi, czasem skumuluje się zbyt dużo…


- Co mi dzisiaj opowiesz?
- Jest mi strasznie smutno od paru dni.
- To dobrze. W końcu nie uciekasz od swojego smutku. Masz szansę poczuć go w pełni. Gdzie on jest w ciele?
- Dusi mnie, pod żebrami. Ciężko mi oddychać. Nie chcę tego czuć. Wolałabym umrzeć, żeby tego nie czuć.
- To żałoba po zdrowym dziecku, którym nigdy nie będziesz. Pozwól mu odejść.
Głęboki wdech i głęboki wydech. Wydychaj smutek. Wdychaj nowe możliwości.
- To tak strasznie boli.
- Po operacji też boli i trzeba to przeczekać. To przeminie. Nie uciekaj od bólu. Bądź w nim, uważna, świadoma i obecna.
- Kiedyś psycholog kazał mi przytulić i pocieszyć „małą mnie”. Nie umiałam tego zrobić. Czułam się, jakby oczekiwano ode mnie, że sam fakt uzyskania przeze mnie pełnoletności sprawi, że będę umiała poradzić sobie ze sobą. Ale nic z tego. Ja żyję w wiecznym teraz. Nie zmieniam się. Nie rozwijam, nie dojrzewam. Skoro mam sama sobie pomóc, to równie dobrze mogłam to zrobić jako dziecko. Po co miałabym szukać wsparcia i ciepła u dorosłych? Dlaczego nie poradziłam sobie wtedy sama, a teraz mam sobie poradzić tylko dlatego, że uznają mnie za dorosłą? Cały czas jestem taka, jak wtedy.
- Rzeczywiście, mogłoby tak być, że nawet gdybyś dostała diagnozę w dzieciństwie, to nie szłoby za tym adekwatne do twoich potrzeb wsparcie. Musiało ci być bardzo trudno jako dziecko bez tej wiedzy, którą masz teraz. Jestem pod wrażeniem twojej wnikliwości. Opowiadasz o rzeczach, które trudno byłoby odgadnąć na podstawie jedynie obserwacji zewnętrznego zachowania.
- To prawda, przez ostatnie kilkanaście lat wiele nauczyłam się o sobie i to samopoznanie wciąż trwa. Idę do przodu w pewnych rzeczach, ale inne stoją w miejscu i nie mam na nie pomysłu. Np. dlaczego kontakt tak boli.
- Do kontaktu potrzebne jest odrębne „ja”, a twoje jest tak kruche. Pomyśl o wrodzonej łamliwości psychiki. Umysł niczym mózg pozbawiony czaszki. Serce na wierzchu, poza ciałem.
- Moje „ja” jest jak galaretka, która nigdy nie zastygnie.
- Indywidualne „ja” kostnieje po trzecim roku życia. U niektórych nigdy to nie nastąpi. Mogą oni wymagać czegoś w rodzaju mentalnej protezy. Stałość „ja” to pewna iluzja. W pewnym sensie pułapka.
Weźmy taki mechanizm, którego zadaniem jest przypisywanie innym ludziom myśli – dowolnych, o jakiejkolwiek treści. U jednych jest nadproduktywny i mamy do czynienia ze stanami lękowymi, paranoją, psychozą. U innych zaś nie działa w ogóle i wtedy nie ma mowy o kontakcie. Do kontaktu niezbędne jest założenie, że inni ludzie myślą i te myśli można z nimi wymieniać poprzez rozmowę. Potrzebny jest złoty środek. Z jednej strony mamy „inni ludzie myślą o mnie źle”, „inni ludzie chcą mnie skrzywdzić”, „inni ludzie zdają sobie sprawę z mojej wspaniałości i wyjątkowości”, z drugiej „po co się komunikować”, „nie zapytam pana o drogę, bo on pewnie też jej nie zna”, „gdyby chciał się tego dowiedzieć, to przecież by mnie zapytał”, „dlaczego ktoś miałby słuchać innej muzyki niż ja i jeszcze chcieć o tym gadać?” Kontakt z innymi w dużej mierze opiera się na wyobraźni i czasem za mocno się w niej zamykamy. A czasem nie dopuszczamy jej do głosu wcale. Dlatego tak ważna jest elastyczność w myśleniu. Dopuszczanie różnych perspektyw. Innych punktów widzenia. Domyślam się, że jest to dla ciebie trudne.
- Najtrudniejsze ze wszystkiego.
- Nie można się fiksować ani na swojej perspektywie, ani na oderwanych od rzeczywistości urojeniach, których nijak nie można potwierdzić, jedynie rozmyślając o nich.
Czuję  się taka spokojna i wyciszona. Przy panu terapeucie nie ma euforii ani fascynacji jego osobą, takiej nadmiernej, z idealizacją. Nie ma też wyzywania go w myślach od najgorszych, złośliwych, nierozumiejących mnie, fałszywych idiotów- manipulatorów. Po prostu jest przy mnie. Tak kojąco i dobrze. Zwyczajnie, swobodnie. Cały czas pamiętam, że jest tylko terapeutą, a nie „osobą, w której mogłabym się zakochać”. Czuję jego autorytet, stanowczość, a zarazem łagodność. I co najważniejsze – nie jestem zazdrosna o innych pacjentów, ani o jego rodzinę. Czuję się silniejsza dzięki jego obecności w moim życiu. Lecz mam świadomość, że ta niezwykła relacja się kiedyś skończy. Jak już uda mi się zinternalizować jego osobę.
Być czułym, uważnym, otwartym na samego siebie – oto jego dewiza.

Normalne, zdrowe życie wyobrażam sobie jako nudne, pozbawione dramatycznej głębi. A tak naprawdę nie mam o nim pojęcia. Jest dla mnie abstrakcją. Nigdy go nie doświadczyłam.
Nachodzi mnie myśl, że to bez znaczenia, czy przeżyję resztę życia w zdrowiu, czy w patologii psychicznej – moje życie i tak się przecież kiedyś skończy i nie zostanie po nim śladu.
Przedtem wydawało mi się, że w ciągu dnia mam za mało czasu, by być sobą. Ale nie wydłużę doby. Muszę wyegzekwować od otoczenia to prawo do bycia sobą. Teraz.
- Powiedzmy, że skrzywdzono mnie w dzieciństwie, niewłaściwie traktowano, ale gdzie byłabym teraz, gdyby pozwalano mi ruszać ciałem? Kiwać się, machać rękami itp.?
- Tego nie wie nikt. Być może wybrano „mniejsze zło”.
Jestem brudna i obrzydliwa, bo przy ludziach udawałam kogoś innego. Na pokaz dla innych. W izolacji muszę odzyskać siebie. Pozbawiona osłony, nasiąknięta ohydą, w samotności muszę odbudować swoje „ja”.
- A gdyby to wszystko się nigdy nie wydarzyło? Gdyby się okazało, że to wszystko było kłamstwem? Całe moje dotychczasowe życie? Jeśli wyzdrowieję, tak właśnie będzie. Okaże się, że tylko udawałam, że jestem chora…
- Tak samo możesz udawać, że jesteś zdrowa. Nie mam na myśli maskowania/ukrywania objawów. Pomyśl, że zarówno zdrowie, jak i choroba są takim samym kłamstwem. Nic nie jest dane nam na zawsze i nie jest permanentną cechą naszego bytu. Kiedy to zrozumiesz, przestaniesz się tak kurczowo trzymać swojej tożsamości. Będziesz miała tak jakby pewien repertuar zachowań do wyboru. I żadne z nich nie będzie bardziej „twoje” niż inne. Rozumiesz? Zarówno te z przeszłości, jak i te, których nigdy nie próbowałaś. Przypomnij sobie, kiedy spróbowałaś czegoś nowego? Najłatwiej pomyśleć o jedzeniu.
- Kisiel… Pizza… Krupnik… - wyliczam potrawy, których spróbowałam jako nastolatka.
- Co sprawiło, że udało ci się to zrobić?
- Nie wiem. Po prostu poczułam w sobie taką gotowość do zrobienia czegoś na przekór wcześniejszej mnie.
- Przywołaj to uczucie. To wspomnienie.
- Poczułam, że dobrze jest stać się kimś innym.
- Dlaczego?
- Wyszłam ze schematu. Jakbym wtedy zapomniała, że tego nie lubię.
- Doskonale. Czyli odcięłaś się od „wiecznego teraz” i wybrałaś inne, bardziej pasujące do sytuacji?
- No jakoś tak.
- Ale co cię do tego skłoniło? Musiał być jakiś powód. Czemu miałaś dość przeszłości? Nasyciłaś się nią?
- Nie wiem. To się stało i już. Nie mogę nazwać tego swoim wyborem. Chyba tak, jak w nieświadomym śnie wcieliłam się w postać całkowicie oderwaną od mojego wcześniejszego życia na jawie. Nie umiem tego wyjaśnić. Ale spróbuję zbadać ten temat dogłębniej.
aww tysm ;*
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
~12~

Jako nastolatka marzyłam o tym, by słowo „autyzm” dotyczyło również takich ludzi, jak ja. Po latach okazało się, że ma dotyczyć także ludzi, którzy radzą sobie o niebo lepiej, niż ja. Już nie mogę tłumaczyć się zaburzeniami, jeśli nie robię tych wszystkich rzeczy co one. Są tak blisko normalności.
/fragment nigdy nie wysłanego listu do Ewy Pisuli, pisanego łzami i krwią/

Jeśli potrafię nawiązać kontakt z rodzicami, psychologami i psychiatrami, to znaczy, że jestem zdolna do relacji. Pytanie, dlaczego nie robię tego z innymi ludźmi? Gdzie relacje dojrzałe, partnerskie, koleżeńskie, macierzyńskie z mojej strony?
Point of no return. Już nie uwolnię się od tej myśli. Mam do wyboru tylko krok w tył albo w przód, ale w tył nie zrobię. Bo jestem już za duża i za stara, i mi nie wolno. Wchodzę w rolę dziecka, bo dziecku można więcej wybaczyć niż dorosłemu. Moje deficyty są łatwiejsze do przyjęcia u dziecka niż u dorosłego. U starej baby są żałosne i pokraczne. Koniec z odwracaniem uwagi od moich problemów, do tej pory jedyną słuszną strategią. Nie jestem już dzieckiem, jestem uszkodzonym dorosłym. Nie mogę spojrzeć sobie w twarz. A byłabym jak oni, gdybym tylko nie miała wstrętu do udawania kogoś, kim nie jestem. Nie zakleję lekami pustej czarnej dziury w sobie. To było tymczasowe rozwiązanie, choć pomogło na inne dolegliwości.
Czasem ludzie wolą przyjąć swoją, wygodniejszą interpretację tego, co piszę, zamiast dopytać, o co mi tak naprawdę chodziło, czy dobrze mnie zrozumieli.
Podjara autyzmowa do grobu mnie wpędzi.
Mam karę. Nie mogę przestać myśleć o tym, czym jestem. Za chwilę znowu trafię w bezmamową próżnię.
Na FB: moje objawy vs twoje objawy, jakieś kurwa walki, licytacje, mam tego dość. I stado baranów, które domaga się, żeby uznano, że ich autyzm ma taką samą wagę jak kogoś ubezwłasnowolnionego. Precz z ‘LFA’, którzy nie reprezentują ‘HFA’. I vice versa kochani.

Poszłam do gimnazjum. Starałam się, jak mogłam, żeby być NORMALNA. Nie wyszło? To z wściekłości, bezsilności poszłam w drugą stronę. Przestałam dążyć do kontaktu z rówieśnikami. To zemsta za to, że na moje dążenia nikt nie zwracał uwagi. Nie rozumiałam, że oni nie byli w stanie tych dążeń zauważyć… one istniały tylko w mojej głowie. Niewidzialne dla nikogo.
Odmienna budowa i praca mózgu, rozpoznana tylko na podstawie obserwacji zachowania jest jak skomplikowane złamanie, diagnozowane i leczone bez żadnego chociażby prześwietlenia. Tylko na podstawie wywiadu z pacjentem. Wyobrażacie sobie takie coś?
Inni ludzie „wiedzą lepiej” niż ja, do czego jest zdolny mój układ nerwowy. Próbują mnie przekonać, że znają jego możliwości lepiej niż ja. Skoro SKOŃCZYŁAM STUDIA, to przecież mogę wszystko, co nie?
Za mocno utrwaliły się smutne nawyki, które sobie wypracowałam. Teraz potrzeba ciężkiego sprzętu do wyburzenia moich murów. Leki nic już więcej nie zdziałają w moim przypadku.
„Zrób sobie dziecko, będziesz miała dla kogo żyć”
Tak, a potem samobójstwo rozszerzone. To nie wystarcza, by zachować sens życia.
Kurwa, te suki miały tyle razy okazję, by zetknąć się z pojęciem „autyzm” i co? Nawet, jak się zetknęły, to myślały, że to nie o nich. Kurwa, co za wyparcie. I potem cyk, diagnoza w dojrzałym wieku… Kurwa z dupy. Hejtuję te baby tak mocno, jak moi hejterzy mnie. Bo mi to przeszkadza, nie pasuje do mojego obrazu świata. Jak można tyle lat przeżyć bez świadomości własnego autyzmu? Jakim kurwa cudem? A są to kobiety nieraz niewiele młodsze ode mnie. Patrzę na moje pokolenie, które dopiero zaczyna odkrywać swoją tożsamość, fascynuje się przypinką z napisem „ASPIErdalaj”, hasłem, które stworzyłam po swojej samodiagnozie. Mentalna gimbaza. Ja ten poziom mam za sobą. Im też w końcu przejdzie, ale kiedy? Szczeniacka wulgarność. W kontrze do pieprzonych skretyniałych neurotypów. Ahahahaha. Ale im już nie wypada, dla nich jest już za późno, nie można ich tłumaczyć nastoletnim buntem tak jak mnie. Są opóźnione i tyle.
TO jest tylko pustym słowem, etykietką na określenie pewnego zbioru zachowań, który pojawia się we wczesnym okresie życia, ale poza tym, że umiemy TO nazwać, to nie umiemy z  TYM zrobić nic. Nie znamy TEGO przyczyny, ale możemy TO odróżnić od innych zaburzeń, psychicznych, neurologicznych, genetycznych… Jesteśmy wobec TEGO bezradni, nawet podejmując rozmaite interwencje terapeutyczne, behawioralne, eksperymenty z lekami, suplementami…
To bestia, która zawładnęła światem. A imię jego ef osiemdziesiąt i cztery.
żeglowanie w nicości
jak wydostać się na ląd?
Nie zostanę w łóżku do czasu, aż pojawi się ochota na cokolwiek. Nie mam takiej możliwości.
Jak silne mechanizmy obronne wykształciły moje świeżo zdiagnozowane rówieśniczki, które dowiedziały się o TYM dopiero teraz?
Dlaczego w sieci pełno jest filmików z nimi, na których żadnego autyzmu dopatrzyć się nie mogę, czy to jest ta perfekcyjna maska nie do przejrzenia? Zero wspólnoty z nimi czuję.
Jestem już zmęczona odkrywaniem siebie.
Przesypiam na jawie całe dnie.
Teraz musze zacząć obserwować WSZYSTKIE sytuacje, w których się znajduję w danej chwili, z minuty na minutę konfrontować je na bieżąco z pytaniem, czy na pewno robię dobrze? Co by zrobił dorosły człowiek w takiej sytuacji? Jak poradziłby sobie bez mamy? Dopóki żyję z mamą, nie jestem dorosła. Jestem dzidziuś.
Osiągnęłam wiek, w którym mama mnie zrobiła. To koniec.
Usunąć traumy, rozgadać mnie, oswobodzić.
W szkole życie jest proste. Masz dobre oceny – jesteś dobrym uczniem. Masz złe – jesteś złym uczniem. Nie uczniem niesamodzielnym, zaburzonym, upośledzonym komunikacyjnie. Po prostu złym i tyle, nikogo nie obchodzi, dlaczego, nikt się tym nie przejmuje… (Przynajmniej tak było za moich czasów. Może teraz jest inaczej.)
Jeśli rozwój stanął, czy można go wzbudzić?
Jeśli jest opóźniony, czy można go przyspieszyć?

- Twoje cierpienie… to nie jest cierpienie z teraz. To cierpienie z przeszłości, dziecka i nastolatki, którymi byłaś. Teraz mogło się ujawnić z pełną mocą. Przedtem uciekałaś od niego w zainteresowania. Analizowałaś swój przypadek z perspektywy trzeciej osoby. Klasyczna dysocjacja. Zanurzyłaś się w mrocznym jeziorze, teraz wspinasz się na górę. Dopiero, gdy cierpienie osiągnie szczyt, będziesz mogła z niego zejść.
- Mam wrażenie, że bez leków widzę świat w czarnych barwach, a na lekach – w różowych. Gdzie są realne bezbarwne szkła?
Zarówno żyjąc tu i teraz, jak i obsesyjnie zadręczając się przeszłością, nie robię postępów. W pierwszym przypadku nie przejmuję się przyszłością, a w drugim nawet nie jestem w stanie jej sobie wyobrazić. Nie chcę o niej myśleć. Wolę umrzeć, niż urodzić dziecko. Nie mam czego mu dać. Dziecko nie jest po to, żeby dać mi miłość, lecz po to, by ją ode mnie brać. Człowiek moim zdaniem może się rozmnażać dopiero wtedy, gdy dobrze się czuje za sobą, żyje w zgodzie ze swoimi potrzebami. Inaczej czego może nauczyć swoje dziecko?
- To dobre pytanie… Chyba nie życzysz sobie, żeby ktoś kontrolował twoje ciało. Boisz się tego. Że staniesz się instrumentem do spełniania ludzkich życzeń. A sama nie traktujesz ludzi inaczej. Żyją po to, by robić tobie dobrze, a jak nie, to ich nienawidzisz, odrzucasz…
- Chcę proszek ogłuszający emocje. Nie wytrzymam tego dłużej.
- To tylko tymczasowe rozwiązanie, przecież wiesz… Czy uświadamianie ciebie w temacie autyzmu musiało być tak traumatyczne? Pomyślmy nad tym.
- W gimnazjum, gdy to się stało, byłam emocjonalnie na poziomie kilkulatka. Choć gdy kończyłam przedszkole, intelektualnie byłam na poziomie gimbazy. Bałam się, że nikt mi nie uwierzy.
- Może nie chcieli wierzyć. Może to było dla nich zbyt trudne.
- Nawet, gdyby uwierzyli, nie umieliby mi pomóc.
- No, tak jak mówiłem. Bali się tej diagnozy. W tych czasach było nie do pomyślenia, że inteligentne dziecko może być chore. Jak chcesz, możemy stworzyć razem mapę twoich objawów. Przeżyjesz to jeszcze raz, ale ja będę przy tobie. Chcesz spróbować?
- No dobra.

   

Rozumie metafory… Rozpoznaje emocje… to wyklucza ZA.
- Które z tych cech są najbardziej uciążliwe? Widzę, że część jest pozytywna lub jak obosieczny miecz.
duszę się
wypuśćcie mnie
okradziono mnie z rutyny
oddajcie mi ją z powrotem
to jakiś koszmar
urodzisz dziecko i „ogarniesz się, bo będziesz musiała”
to tak nie działa
„przejdzie ci, dojrzejesz”
co się kurwa śmiejesz

- Doszukiwanie się w sobie cech autystycznych może uwznioślać.
- Bez żartów, proszę.
- Proszę pana, nie ma szans dokończyć tej sesji teraz.
- OK, jak chcesz. Nara.
aww tysm ;*
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
~13~


Zmartwychwstanie Matyldy

zrodzona z czerni i piekielnej piany

głośnego milczenia zza szklanej ściany

powraca potworne wcielenie chaosu

by w świecie autyzmu znów narobić bigosu

Spisała po kolei wszystkie swe objawy

Traktując to, kurwa, jak rodzaj zabawy

Finał jak Ukryta Prawda albo Trudne Sprawy.

Nikt inny nie ma w trollowaniu takiej wprawy.

Lecz zemsty czas nastąpi, wciąż jej wyczekuje

Ludzie ją pytają: czy dobrze się czuje?

Udawanie normalsa to powolna śmierć na raty

Tylko spróbuj mnie zmusić, a połamię ci gnaty.

Nie zbliżaj się do mnie, kiedy w furię wpadam

Na śniadanie jajca swoich wrogów zjadam.

Nie panuję nad agresją, ona nie jest z mojej winy

Przyczyną jest niski poziom serotoniny.

To mój wrodzony problem. Kto nie chce, niech nie wierzy.

Marnie kończą w tym kraju self-diagnozy pionierzy.


- Proszę pani, czy jest pani ze mną? Halo. Proszę wrócić. Utknęła Pani w tym konflikcie z przeszłości.
- Co ja mam z nim zrobić TERAZ?
- Ależ to nie jest pytanie do mnie. Skąd mam wiedzieć.
- Niech mi pan pomoże, błagam.
- Cały czas pomagam. Na litość boską, ci ludzie nie wiedzieli, co z tobą zrobić. Zareagowali tak, żeby się bronić przed czymś, co nie pasowało do ich obrazu świata… „Mój autyzm jest najmojszy”, parafrazując znane powiedzenie. A twój sposób wyrażania siebie niczego nie wyklucza, oni nie są od tego, żeby ciebie diagnozować. Obalasz autorytety, nie pasowałaś do żadnej znanej im szufladki, więc zrobili z ciebie wariatkę i psycholkę. A teraz przyszedł czas na zaspokojenie tej potrzeby, której oni nie mogli zaspokoić. Zasługujesz na to, Izabelo, i nie daj sobie wmówić, że jest inaczej.
- Tak, ale ja nadal nie wiem, po co mi diagnoza. Moi wrogowie na pewno nie są nią zainteresowani. Dlaczego miałaby ich obchodzić?
- Choćby dlatego, że potwierdza, jak bardzo się mylili. A prawdopodobnie część uwierzyła w twoją historię, lecz z jakiegoś powodu chciała być złośliwa wobec ciebie.
- Mogło chodzić o kompensację moich deficytów, o niewidzialność autyzmu…
- Tak, a oni mogli nawet nie zdawać sobie sprawy z tego. Reagowali nieświadomie, odruchowo, taki mieli mechanizm obronny.
- Sześć imion na zawsze wyryte w mej pamięci. Katja, Anna, Kira, Magda, Bogdan i Adam.
- Kiedyś żyłaś bez nich, więc jest to możliwe, byś żyła bez nich dalej… Uwolnij się od nich.
Wpatruję się w podłogę w milczeniu. Tyle razy próbowałam to zrobić. Pozbyć się ich z mojej głowy.
- Każda z tych osób reprezentuje jakąś niewysłuchaną część ciebie. Archetypowa mama... archetypowy tata… expert… złe siostry… Zastanów się nad tym. Czego oni chcą od ciebie. Czego ty chcesz od nich.
Co? Serio mam to wszystko w sobie? To moja wina. Tak?
- Co my tu mamy… Na przykład: Kira jako skrzywdzone dziecko. Zacznijmy od niej. Jest najłatwiejsza.
- Najbardziej prymitywna w swoich emocjach.
- Adama zostawiam na koniec. Niech idzie do diabła. Nie obraził mnie wprost, lecz szydził ze mnie.
Nadal robię to, co kocham, mimo, że tracę wiarę w tego sens. Nigdy tego sensu nie pojmowałam… Nie wiedziałam, DLACZEGO to robię. To był chory przymus. Niewytłumaczalny. Nieprzytomne zatracenie. No bo na litość boską, JAK można kochać autyzm? Jak można się nim jarać???
- Obawiam się, że znasz odpowiedź na to pytanie. Ale ona jest niejasna, rozmyta… Dlatego musisz się cofnąć do punktu, kiedy to wszystko się zaczęło. 12 lat i 11 miesięcy. Wtedy będziesz mogła sobie wybaczyć swoją fascynację autyzmem… a wraz z sobą wybaczyć także im. Twoim „hejterom”. Miałaś powód.
- Mam wybaczyć sobie swoją ucieczkę w częściowo psychogenny autyzm.
- Opuścić autystyczne schronienie.
- Przydałaby się psychoanaliza.
- A więc DO DZIEŁA! Co spowodowało twoje rozczarowanie światem jako dwunastolatki?
- Mam 12 lat. Mówią o mnie niedorozwinięta… Nie wolno mi jeździć na wycieczki… Nikt mnie nie lubi… a jednocześnie mam mnóstwo talentów… Chciałabym, żeby to była wina choroby.
- Nie akceptujesz tego. Nie podoba ci się twoje życie.
- Wstydzę się go, nie chcę, żeby to była moja wina. Moje próby wpasowania się w grupę rówieśniczą zawiodły. Były dziwne i głupie. Tak bardzo wstydzę się siebie. Ta choroba tak bardzo pasuje do mnie… choć jestem na nią ZBYT normalna.
- Rozumiem. Czy na pewno chcesz być chora?
- Nie. Fantazjuję o tym… nie mogę się zdecydować. Chcę być chora i normalna jednocześnie. Choroba nie pomoże mi w zdobyciu akceptacji innych. Boję się jej. Chcę, żeby była na niby, żeby nikt w nią nie wierzył. W środku jestem normalna, tylko nie potraficie do tego dotrzeć.
- Aha…
- Babcia mówi, że mogłabym zachowywać się normalnie, gdybym tylko chciała… Ale ja nie chcę i nie wiem, dlaczego. To jest dla mnie za trudne. Mogę się tylko zachowywać tak, jak teraz albo jeszcze bardziej nienormalnie. Nie potrafię bardziej normalnie.
- Czujesz, że za dużo od ciebie oczekują?
- Tak, nie jestem w stanie zapanować nad swoją nienormalnością w takim stopniu, jaki jest ode mnie wymagany. Nie umiem być jak moje koleżanki z klasy. Są bardzo różne, ale żadna nie jest podobna do mnie.
- Ale masz jakiś wybór odnośnie swojego zachowania.
- Tak. Mogę zachowywać się jak ja albo jak dziecko autystyczne. Nie zachowuję się jak normalne dziecko. Jestem gdzieś pośrodku. I nikt nie potrafi wytłumaczyć dlaczego. Nikt z otoczenia tego nie rozumie.
- Jesteś sama, zdana na siebie, skazana na samotność.
- Tak. Tak się czuję. Jestem blisko innych dziewczynek, ale one mnie nie lubią. Chcę być taka jak one. Może w gimnazjum będzie ktoś miły, do kogo będzie mi się chciało mówić.
- Część ciebie chce być normalna, a część jak dziecko z autyzmem. Te części walczą ze sobą. To musi być trudne.
- Tak. Mają sprzeczne potrzeby. Ludzie nie akceptują mojej dwoistej natury. Nawet mama, z którą dogaduję się najlepiej.
- Czujesz, że jeśli mama nie akceptuje tej części ciebie, to tobie również nie wolno tej części akceptować.
- Och…tak.
- Wolno ci być sobą, ale nie do końca. Są pewne granice, tak?
- No… tak właśnie jest. Jest mi przykro. Czuję się odrzucona, niekochana. Czuję, że nawet w domu muszę grać jakąś rolę, kogoś kim nie jestem. Jest limit swobody w byciu sobą, spontanicznym zachowaniu. Czuję się sobą tylko wtedy, gdy nikt nie próbuje wejść w kontakt ze mną.
- Czujesz się sobą tylko w swoim świecie.
- Och tak, i nikt mi tego nie zabierze. Nie pozwolę na to.
- Och, i stąd ucieczka w psychogenny autyzm, który stopniowo się pogłębiał.
- Tak. „Lekki” autyzm był niekochany, więc świadomie wybrałam ten cięższy. Pokazywałam to innym swoim zachowaniem. To był krzyk o pomoc. Pani od wuefu w gimnazjum wysłuchała go, szukała pomocy dla mnie. Straszyła mnie, że jeśli się nie otworzę, to bez mamy zostanę sama… ale to nie pomogło. Nie zmieniłam się. Nie umiałam myśleć o przyszłości. Ten argument do mnie nie przemawiał.
- Nie trafiał do tej części, która nie podlegała wszelkim wyborom.
- Tak. Ani mój zwykły codzienny poziom autyzmu, ani ten przejaskrawiony, „atencyjny”, nie poddawały się manipulacjom tego typu. Nie dały się zastraszyć. Mogę tylko pogorszyć swoje zachowanie, ale nie mogę go polepszyć. Poruszam się tylko pomiędzy zerem a minusem, plus jest poza moim zasięgiem. Im wyższe wartości osiągam, tym bardziej czuję się pusta, martwa środku, sztuczna, fałszywa… To obrzydliwe. To nie jestem prawdziwa ja. Tak strasznie mnie ciągnie do głębszej choroby. A skoro świadomie odpuszczam kontrolę nad sobą, to znaczy, że UDAJĘ. Udaję zarówno głęboki autyzm, jak i normalność. Ale normalność trudniej jest mi udawać niż autyzm.
- Teraz masz 13 lat. Nie jesteś ani normalna, ani wedle obecnych kryteriów autystyczna.
- Jestem nikim nigdzie. Szukam swojej tożsamości.
- Jak każdy nastolatek.
- Och, to samo mówili ci experci.
- Wszak to popularny banał i frazes. Masz niezaspokojoną potrzebę przynależności, ale nie należysz do żadnego ze światów, ani zdrowego, ani chorego. I wtedy pojawia się on: książę na białym koniu z bajki, Asperger.
- Tak. Zakochałam się w nim. Miał mowę i inteligencję, czyli to, czego brakło autyzmowi. Pod tym względem bardziej pasował do mnie. Ale… im bardziej go poznaję, tym bardziej tęsknię za prawdziwym autyzmem… Czuję niedosyt. Smutek, tęsknotę. Niby go kocham, ale jest taki płytki… Nie mogę mieć ich obu naraz. Żyjemy w dziwnej relacji. Trójkąt jest niemożliwy. Do tego nikt nie może się o nas dowiedzieć. Zniszczą nasz związek. Dorośli są mu przeciwni. Przez lata zdążyłam poznać obu bardzo dobrze, ale nie potrafiłam się zdecydować na jednego z nich. A potem odrzuciłam obu, bo dalsze życie w ten sposób było niemożliwe. Po kilkuletniej nieobecności w moim życiu odezwali się ponownie. „Wróć do nas, Izabelo”. A potem stali się jednością.
- Jak jest teraz, po tych siedemnastu latach waszej wspólnej drogi?
- Jest mi wygodniej, łatwiej, odkąd się zjednoczyli, ale normalność nadal jest moim wrogiem. Nie chciałam być nieśmiałą, neurotypową kujonką. Ale tak by pewnie pozostało, gdyby moi kochankowie nie zjawili się w moim życiu…
- Czyli podsumowując: mama cię nie kocha, więc nie będziesz się starać ani dla niej, ani dla obcych ludzi poza domem, którym jest jeszcze trudniej dogodzić niż wspaniałej, najukochańszej, bezwarunkowo akceptującej matce. Boisz się odrzucenia, skoro regularnie doznajesz go od rodziny, a utrzymanie pozorów „kochanej Ciebie” jest tak trudne, że poza domem nie masz już na to siły. Mam rację?
- Hm…
- A najgorsze jest to, że boisz się przyznać sama przed sobą, że masz w sobie jakąś część nieakceptowaną przez mamę. Idealizujesz mamę, okłamując siebie, że jej miłość jest czysta i święta. A twoje autyzmowe ja nie ma prawa istnieć. Nie wolno mu, nie przy mamie.
- Boże. „Nie przy mamie, tylko nie przy mamie”… Ta myśl zapoczątkowała moje PTSD.
Mam 14 i pół roku. Siedzimy razem w salonie, a w TV jest przypadkiem wieczorny film o autystycznym dziecku. Nie wolno mi… Ach, Boże, czego właściwie mi nie wolno?
Jest 21 listopada 2006, godzina dwudziesta pierwsza. Czego mi nie wolno?
Mamo, nie możesz zobaczyć nas razem. Ale my będziemy razem. Na zawsze, ja i on. Dlaczego?
Nie wolno mi być sobą. Nie wolno mi kochać siebie. Muszę być normalna, bo inaczej nie poradzę sobie w życiu. Moja mama musi mieć zdrowe dziecko. Musi powstrzymać je przed nienormalnością.
Tak jak ją kiedyś powstrzymano.
aww tysm ;*
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post


Skocz do:

UA-88656808-1