W trakcie przebywania na wspomnianej grupce dla "nadwydajnych" wrzuciłem tam 2 teksty oceniające koncepcję. Teksty są luźno powiązane z tematyką duchowości, ale szkoda na to osobny temat robić, więc wrzucam je tutaj.
Pierwszy tekst w miarę neutralnie podchodzący do koncepcji, drugi dosyć krytyczny. Powiedzmy, że ten drugi tekst to takie zwieńczenie mojego zainteresowania tym zjawiskiem. Musiałem wykrystalizować pogląd jak i przetrawić większość zniesmaczenia, które odczuwałem w kontakcie z tym kwiatkiem pop-psychologii. Myślę, że udało mi się napisać tekst bez ostrego tonu. Czy tak rzeczywiście było, nie wiem. Spotkałem się z samymi negatywnymi komentarzami (pierwszy tekst w miarę się spodobał), no ale spodziewałem się
Swoją drogą miałem ostatnio rozkminę - co się stało z modą na
introwertyzm? Czemu już nie piszą o tym książek. A zamiast tego jest WWO i od niedawna po części nadwydajność. Z tego co kojarzę, książki o introwersji głównie przemycały przekaz "Twoja introwersja ma zalety! Choć ma też wady". Być może ktoś poszedł w pewnym momencie krok dalej w zarabianiu na potrzebie dowartościowania i powiedział "Twoja wysoka wrażliwość/nadwydajność ma zalety! Ma też wady...ale wynikają one z zalet!

". Aż rączki świerzbią do książek i odkrywania swojej prawdziwej natury
------------------------------------------------------------------------------------------------------
Większość osób na grupie pewnie czytało książki Christel Petitcollin. Kojarzycie e-mail od Francois w książce "Jak mniej myśleć"? 21 Strona. Autor maila opisuje w nim autorce książki, swój dzień kiedy ją poznał, a dokładnie swój monolog wewnętrzny. Monolog ten najeżony jest pytaniami w oparciu o szczegóły, które Francois wyłapywał z otoczenia wszystkimi zmysłami. Ilość wychwytywanych szczegółów oraz liczba pytań jaką zdążał sobie zadawać może zaimponować czytelnikowi. Christel załączyła tą relację jako wyraźny przykład nadwydajności i hiperstezji wszystkich zmysłów naraz. Moim zdaniem to szkodzące ogromne uogólnienie.
Żeby przypisać takie zachowania po prostu do nadwydajności i wyczulenia zmysłów trzeba spojrzeć na mózg jak na coś co "bezmyślnie" trwoni energię na losowe działania. Biorąc pod uwagę do jakich złożonych zadań wyewoluował nasz mózg jest to raczej naiwne myślenie. Myślę, że każdy mózg stara się być "wydajny" w obrębie tego co uznaje za istotne. Procesy poznawcze obejmują nasze motywacje, tożsamość, światopogląd. Kwestie, które w większości leżą poza zasięgiem naszej świadomości. Każde działanie czy to zewnętrzne czy wewnętrzne, stara się spełnić jak największą liczbę "zadań" i być spójnym z naszym światoobrazem. Losowość nie wchodzi w grę, choć mogłoby się tak wydawać. Mamy jednak ograniczoną ilość zasobów dlatego percypując rzeczywistość pod jednym kątem, tracimy z oczu inny. Uwolnienie zasobów przez odciążenie umysłu z zadań, które są zbędne, albo niemożliwe do zrealizowania, jest konieczne jeśli chcemy dążyć do wydajności w praktycznym sensie.
Jeśli się wgłębić w relację Francois jest ona tego dobrym przykładem . Dostajemy wskazówkę od Christel - wspomina, że Francois doświadcza ciągłego poczucia nieufności. To co jeszcze możemy zauważyć w jego relacji to to, że niemal wszystkie pytania odnoszą się do świata zewnętrznego. Ponadto żadne z pytań, które sobie zadaje nie zostaje z nim na dłużej tylko przerzucę uwagę na inny obiekt.
Można więc wysunąć wniosek, że takie natarczywe analizowanie rzeczywistości jest dla Francois strategią ścisłej kontroli wydarzeń. Realizacji potrzeby, którą z jakiegoś powodu posiada, a którą można przepracować.
Petitcollin nie nasuwa za bardzo takiej perspektywy. Zamiast tego łączy ową nieufność bezpośrednio z nadwydajnością, co jest w moim odczuciu strzałem w kolano dla takiej osoby jak Francois jeśli chce zredukować swój natłok myśli.
Piszę to dlatego bo zauważyłem, że wiele osób pisze o jakichś problemach jako bezpośrednio wynikłych z nadwydajności pomijając całkiem aspekt potrzeby, jakie to działanie wewnętrzne bądź zewnętrzne spełnia. Nadwydajność jest raczej komponentem temperamentu, który zmienia dynamikę realizacji tej potrzeby, ale to zawsze potrzeba jest pierwszym ogniwem. Kwitując problem jako skutek po prostu nadwydajności już na starcie blokujemy sobie drogę do wglądu w przyczynę naszych reakcji, a w późniejszej kolejności - do jej zmiany. To nie jest tak, że taki umysł po prostu lubi dużo myśleć. Że lubi ciężko pracować. Potrzeba stymulacji owszem może być duża, ale kierunek tej stymulacji nie bierze się znikąd. Warto mieć to na uwadze
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Czy nadwydajność "istnieje"? Czy ta koncepcja jest sensowna i dobra? - Moja opinia.
Tekst odnosi się do nadwydajności, choć można w ten spoób spojrzeć też na koncepcję WWO. Moim zdaniem sposób w jaki wpływają one na osobę jest bardzo zbliżony.
Nadwydajność jest w mojej opinii swego rodzaju "pudełkiem". Osądzanie w kategoriach "istnieje", albo "nie istnieje" jest dosyć ograniczające, więc nie jest to moim zdaniem właściwe pytanie. Do tego pudełka osoba wrzuca różne rzeczy. Na pewno nie jest to według mnie jednoznacznie złe. I nie jest bez sensu. Wylądują tam rzeczy, dzięki którym ktoś spojrzy na siebie łagodniej jak i na krytykę ze strony otoczenia. To jest dobre, bo może kogoś zbliżyć do zdrowej łagodności wobec siebie, jak i dobre dlatego bo wiele osób, które utożsami się z osobą nadwydajną, ma układ nerwowy rzeczywiście mocno odmienny od typowego rysu (celowo unikam słów neurotypowy i nieneurotypowy, ponieważ nie ma jakiejś jednej budowy układu nerwowego, który podziela większość osób. Poza tym te słowa niosą już dosyć silne konotacje kulturowe). Z racji tej nietypowości niektóre umiejętności społeczne czy poznawcze mogą być dla niej po prostu cięższe i "poprawka" na to, przy słuchaniu opinii czy ocenie siebie powinna być brana.
Ta poprawka jednak bardzo łatwo może stać się masywnym usprawiedliwianiem. No i tutaj dochodzimy do "złych" rzeczy, które lądują w tym pudełku. Ponieważ praktycznie zawsze w jakimś stopniu w tej całej gamie szeroko pojętych utrudnień których doświadczamy, "winę" ponoszą po części nasze biologiczne predyspozycje i po części nasze przekonania, nawyki, zasoby (czyli uwarunkowania społeczne). Pierwszego nie zmienimy za bardzo. Drugie natomiast tak. Są tam kwestie do przepracowania, najlepiej na psychoterapii. Te dwa czynniki się jednak silnie ze sobą splatają i nie da się postawić wyraźnej granicy. Nie wiemy co jest do zmiany, a co nie jest (choć na pewno coś jest). Stwierdzając, że konkretne zachowanie, postawa, nawyk jest niezmienny czy nawet charakterystyczny dla nas, prawdopodobnie utrudniamy sobie zmianę, bo pod tym "czymś" jest coś bardzo ogólnego co prawdopodobnie odnosi się też do tego co jest zmienne (choć przez nasze przekonanie o niezmienności, staje się mniej podatne na zmianę).
Inaczej mówiąc, gdy doświadczamy różnych trudności w związku z naszą "nadwydajnością", mamy mniej motywacji do skierowania się na terapię czy chociaż spojrzenia na siebie samokrytycznie. Co więcej, nawet gdy już zaczniemy chodzić na terapię to możemy utrudnić skorzystanie sobie z niej, bo w momencie gdy terapeuta zacznie nieco podważać nasze bardzo "własne" cechy, jakoby były czymś na co warto spojrzeć z dystansem, to szybko może odpalić się nam obrona w postaci "Ty mnie nie rozumiesz", bowiem na koncepcji nadwydajności zbudowaliśmy nasze poczucie wartości. Boimy się więc, że to się zawali i ponownie będziemy musieli się skonfrontować z naszymi kompleksami bez znieczulenia.
Jest też opcja, że dostaniemy diagnozę konkretnego zaburzenia, lub choroby psychicznej. No tutaj różnie może być. Diagnozy nie powinny być stawiane pochopnie i bardzo możliwe, że trafiliśmy na kiepskiego lekarza. Jest też opcja, że rzeczywiście kwalifikujemy się pod dane zaburzenie. Może być też tak, że terapeuta sam entuzjastycznie podchodzi do koncepcji typu nadwydajność czy WWO i proces terapii będzie w obrębie tej narracji. Nie mam najlepszego zdania o takich terapeutach, no ale ok. Na pewno jest to lepsze niż ograniczanie się do książek i "własnych wniosków"

Bo w zasadzie czytanie książek nie wprowadza głębokich i długotrwałych zmian.
W każdym razie nie warto się zniechęcać i jeśli coś nas będzie mocno razić to próbować różnych terapeutów. Ryzyko usprawiedliwiania problemów nadających się na profesjonalne leczenie to jedna z wad koncepcji nadwydajności. Raczej najcięższa.
Inne ryzyko to idealizacja swoich dobrych cech w przypływie zachwytu nad własną "wyjątkowością". Może się to wydawać nieszkodliwe, ale w rzeczywistości taka idealizacja napędza wahania samooceny i przyczynia się do naszych ogólnych problemów. Bowiem idealizacja nie istnieje bez dewaluacji. Jeśli nie nas samych (w innym okresie), to innych ludzi. Ciężko zbudować koherentną osobowość wraz z takim poczuciem wyjątkowości.
Poza tym możemy tracić nieco naszej rzeczywistej wydajności na zbędne zachwycanie się sobą. Jest też ryzyko u osób predysponowanych do popadnięcia od takiej sodówki w stany hipomaniakalne, albo nawet maniakalne.
Co do samej "wyjątkowości". Nie każdy musi w takie poczucie wpaść jednak myślę, że dotyczy to większości z racji charakterystyki koncepcji nadwydajności jak i sposobu w jaki pisane są książki Christel Petitcollin (często autorka buduje bądź podbudowuje w nas coś co określiłbym jako fałszywą skromność). Dotyczy większości, jednak wiele osób się do tego nie przyzna ponieważ kłóci się to choćby z przekonaniem o swojej empatii. Nie przyzna też często dlatego, ponieważ okresy zaniżonej samooceny świadczą według niej o czymś innym. Poczucie wyjątkowości jednak bardzo często przeplata się z niską samooceną. Powiedziałbym nawet, że to poczucie JEST w istocie niejawną niską samooceną. W każdym razie to się nie wyklucza i nie jest to powód, aby nie rozpatrywać poczucia "bycia lepszym" u siebie. Wyparte poczucie własnej wyższości/niższości to jedna z podstawowych blokad utrudniających autentyczny kontakt z sobą i wgląd.
Do innych wad koncepcji zaliczyłbym umacnianie wiary w to, że ludzi da się zaszufladkować i podzielić na grupy. W tym przypadku na ludzi nadwydajnych i "normalnych". Nasza ocena zawsze będzie w jakimś stopniu generalizacją i kiedy będziemy mieli silne przekonanie, że z osobami "zwyczajnymi" się nie dogadamy, to potencjalnie izolujemy się od dużego grona osób. Zamiast uczyć się, że nie musimy mieć poczucia "połączenia dusz", żeby mieć satysfakcjonujące relacje z innymi ludźmi, że poczucie dysharmonii jest w dużej mierze uwarunkowane szeroko pojętym stresem i blokadami u obu osób i może zaniknąć wraz z rozwojem relacji, czekamy na idealną harmonię kultywując przekonanie, że bardzo ciężko nas zrozumieć, jesteśmy skomplikowani, otaczają nas ludzie z innego świata.
Skupiłem się na wadach używania koncepcji nadwydajności (nie nadwydajności samej w sobie), bo o zaletach już i tak się dużo mówi. Wrzucam więc ten post jako zdrową myślę przeciwwagę.
Uważam ogólnie, że potraktowanie siebie jako osoby nadwydajnej może być pomocne, ale raczej jako przystanek na drodze rozwoju osobowości. Pomaga nam pójść do przodu, ale jednocześnie obniża próg rezyliencji jaką mamy możliwość osiągnąć w całym życiu, a także...wydajności

Rezyliencja oznacza umiejętność dostosowywania się, naszą psychiczną odporność. Domyślam się, że niektórzy teraz pomyślą, że nie chcą się dostosowywać. Nie chodzi jednak o konformizm, ale o elastyczność, która jest fundamentem zdrowej psychiki. W im więcej "twardych" narracji wtoczymy swój umysł tym trudniej mu być elastycznym i tym bardziej ograniczamy rozwój naszej osobowości. Wytaczamy mu sztywne ramy, choć może nam się tak nie wydawać.
Opisałem ryzyka koncepcji w moim odczuciu, jednak pewne kwestie myślę są nierozerwalnie połączone z utożsamieniem, bowiem nasz umysł uznaje pewne rzeczy za "prawdziwe" i "istniejące" i to ma dalekosiężny wpływ na nasz światopogląd. W końcu stara się być z tym jak najbardziej spójny.
Jeśli przeczytałeś/aś cały tekst - zachęcam do napisania opinii albo/i dyskusji