02-04-2011, 13:45
Dzień drugi.
Poszedłem spać ~1.00, zasnąłem ~2.00, obudziłem się na budzik 0 10.30, wyłączyłem go i spałem do 11.35
Dzisiaj zapamiętałem tylko jeden sen, chyba, że uznacie z opisu że dwa (wciąż go pamiętam, bo wbrew słowom naszego guru nie zapisuje snów tylko je świetnie pamiętam). Prawdopodobnie spowodowane jest to tym, że sporo pracowałem w ciągu dnia i zakończyłem go bardzo zaawansowaną i filozoficzno-religijną, długą dyskusją, co mnie trochę wyczerpało. A więc:
Byłem na zewnątrz i czekałem na kogoś. Wiedziałem, że w środku jest przygotowana impreza. Nagle podjechał autobus (takim przegubowy jak ma MPK, tylko że ten był szary) i wysiadł z niej facet, który był rzekomo moim przyjacielem (rzekomo, ponieważ czułem, że to mój przyjaciel ale ja takowego nie mam, tym bardziej, że ten był czarny i do złudzenia przypominał Eddie'ego Murphy'ego
). Autobus zatrzymał się trochę dalej ode mnie, więc gdy on wysiadł rozglądał się gdzie jestem. Gwizdnąłem/krzyknąłem (nie pamiętam dokładnie) a on mnie zauważył - zaczęliśmy iść w swoim kierunku i się przywitaliśmy. W tym momencie już wszystko było dla mnie jasne - facet miał urodziny i mieliśmy je świętować. Poszliśmy do środka budynku a tam ładnie zastawione stoły przekąskami. Stoją też butelki z winem, ale... No właśnie, odwracam się do "przyjaciela" i mówię "Stary, czemu ku*** stoją tylko butelki z tanim winem? Nie ma żadnego piwa, wódki - nic!". Na co on odpowiada spokojnie: "No trudno, pijemy to co jest". Sięgnąłem po dwie, różne butelki taniego wina. Pamiętam, że jedna z nich miała etykietkę z beznadziejnym i tanim obrazkiem jabłek (
) a druga butelka miała bardziej "pozłacane" etykietki. Skosztowałem jednego (tego jabłkowego) i stwierdziłem, że jest dość mocno słodkie i delikatne. Wziąłem łyk drugiego, które z kolei było dość pikantne, znacznie ostrzejsze od poprzedniego. Pytam "przyjaciela" które chce, a on bierze jabłkowe. Popatrzyłem na to swoje pikantne i stwierdziłem, że jest beznadziejne
Więc mówię do "Eddie'ego" : "Stary, dawaj tamto
". Jakby za pomocą czarodziejskiej różdżki akcja przeniosła się na schody (raczej nie dlatego, że nie pamiętam - po prostu się przeniosła i tyle - być może pomiędzy dzwonił mi budzik, którego dzisiaj ... nie pamiętam
)
Schody były bardzo szerokie. Przypominało to jakiś stary budynek, może filharmonie, może teatr. Generalnie były duże i szerokie, sporo miejsca było (teraz jak to piszę, to wydaje mi się, że to schody strasznie podobne do schodów w muzeum w Bazylei, w którym byłem jakiś tydzień temu - na marginesie, jak jeszcze raz napisze słowo "schody", albo że były "duże" to mnie szlag trafi
Wybaczcie, piszę szybko by nie stracić wątku). Na dole schodów (
) stały dwie osoby (generalnie ja byłem obserwatorem, z jednym małym wyjątkiem - ale o tym za chwilę). Te dwie osoby to była kobieta o kolorze włosów ciemny blond, oraz stary facet - siwy, dość wysoki i szczupły, pełen zmarszczek. Wyglądało to, jakby byli razem. Na półpiętrze, w małej wnęce siedziała kobieta (włosy ciemne, w farbowanym kolorze ciemnej śliwki, twarz trochę przypominająca jedną znaną mi dziewczynę) a obok niej stał facet - młody, wysoki i dobrze zbudowany blondyn. Byli kolejną parą na tych schodach. Kobieta z półpiętra płakała i mówiła coś w stylu: "ja już nie mogę tak dłużej, mam dość". Wtedy, stary facet "z dołu" zaczął do niej iść. Ważne są tu moje odczucia: kobieta o śliwkowych włosach kochała starca, starzec ją, ale ona była z blondynem, który z resztą kochał ciemną blondynkę - co ciekawe, ze wzajemnością. Czyli innymi słowy - nie byli z tymi, których kochali, ale coś ich powstrzymywało przed zmianą. Wyglądało na to, że płacz kobiety i jej słowa wreszcie to mogą zmienić. Starzec podszedł do "śliwkowej kobiety" i zaczęli się całować. Blondyn ochoczo podbiegł do blondynki i... to ten moment, gdy zmieniłem się z obserwatora w tego blondyna. Cieszyłem się strasznie, że jestem z blondynką i gdy pochwyciwszy ją za rękę już miałem ją stamtąd zabrać ... kobieta o śliwkowych włosach stwierdziła, iż mimo że bardzo kocha starca nie mogą być razem. Ponownie stałem się obserwatorem a oni wrócili do "starego układu". Akcja jak gdyby się skończyła (chyba powoli się wybudzałem) i zamiast obserwować, poszedłem w górę schodów. Doszedłem do piętra i spojrzałem na nich - byli w "nowej konfiguracji", czyli stali obok tych, których kochali. To było dość dziwne, a ja (wciąż w śnie) wpadłem w baaaardzo ironiczny nastrój. Czułem, jak ironia mnie przepełnia. Zobaczyłem na piętrze swoja mamę, która spytała: "Co ty robisz?". Ja zaś nic nie odpowiadając, skoczyłem z piętra przez balustradę na schody (nie wiem jak to wytłumaczyć, na te schody co zaczynają drogę na górę z poprzedniego piętra, nie te co już do niego dochodzą) i zrobiwszy fikołka przy lądowaniu (taki parkour hahaha) obudziłem się 
Ciekaw jestem komu się to będzie chciało czytać, no ale cóż
Poszedłem spać ~1.00, zasnąłem ~2.00, obudziłem się na budzik 0 10.30, wyłączyłem go i spałem do 11.35
Dzisiaj zapamiętałem tylko jeden sen, chyba, że uznacie z opisu że dwa (wciąż go pamiętam, bo wbrew słowom naszego guru nie zapisuje snów tylko je świetnie pamiętam). Prawdopodobnie spowodowane jest to tym, że sporo pracowałem w ciągu dnia i zakończyłem go bardzo zaawansowaną i filozoficzno-religijną, długą dyskusją, co mnie trochę wyczerpało. A więc:
Byłem na zewnątrz i czekałem na kogoś. Wiedziałem, że w środku jest przygotowana impreza. Nagle podjechał autobus (takim przegubowy jak ma MPK, tylko że ten był szary) i wysiadł z niej facet, który był rzekomo moim przyjacielem (rzekomo, ponieważ czułem, że to mój przyjaciel ale ja takowego nie mam, tym bardziej, że ten był czarny i do złudzenia przypominał Eddie'ego Murphy'ego
). Autobus zatrzymał się trochę dalej ode mnie, więc gdy on wysiadł rozglądał się gdzie jestem. Gwizdnąłem/krzyknąłem (nie pamiętam dokładnie) a on mnie zauważył - zaczęliśmy iść w swoim kierunku i się przywitaliśmy. W tym momencie już wszystko było dla mnie jasne - facet miał urodziny i mieliśmy je świętować. Poszliśmy do środka budynku a tam ładnie zastawione stoły przekąskami. Stoją też butelki z winem, ale... No właśnie, odwracam się do "przyjaciela" i mówię "Stary, czemu ku*** stoją tylko butelki z tanim winem? Nie ma żadnego piwa, wódki - nic!". Na co on odpowiada spokojnie: "No trudno, pijemy to co jest". Sięgnąłem po dwie, różne butelki taniego wina. Pamiętam, że jedna z nich miała etykietkę z beznadziejnym i tanim obrazkiem jabłek (
) a druga butelka miała bardziej "pozłacane" etykietki. Skosztowałem jednego (tego jabłkowego) i stwierdziłem, że jest dość mocno słodkie i delikatne. Wziąłem łyk drugiego, które z kolei było dość pikantne, znacznie ostrzejsze od poprzedniego. Pytam "przyjaciela" które chce, a on bierze jabłkowe. Popatrzyłem na to swoje pikantne i stwierdziłem, że jest beznadziejne
Więc mówię do "Eddie'ego" : "Stary, dawaj tamto
". Jakby za pomocą czarodziejskiej różdżki akcja przeniosła się na schody (raczej nie dlatego, że nie pamiętam - po prostu się przeniosła i tyle - być może pomiędzy dzwonił mi budzik, którego dzisiaj ... nie pamiętam
)Schody były bardzo szerokie. Przypominało to jakiś stary budynek, może filharmonie, może teatr. Generalnie były duże i szerokie, sporo miejsca było (teraz jak to piszę, to wydaje mi się, że to schody strasznie podobne do schodów w muzeum w Bazylei, w którym byłem jakiś tydzień temu - na marginesie, jak jeszcze raz napisze słowo "schody", albo że były "duże" to mnie szlag trafi
Wybaczcie, piszę szybko by nie stracić wątku). Na dole schodów (
) stały dwie osoby (generalnie ja byłem obserwatorem, z jednym małym wyjątkiem - ale o tym za chwilę). Te dwie osoby to była kobieta o kolorze włosów ciemny blond, oraz stary facet - siwy, dość wysoki i szczupły, pełen zmarszczek. Wyglądało to, jakby byli razem. Na półpiętrze, w małej wnęce siedziała kobieta (włosy ciemne, w farbowanym kolorze ciemnej śliwki, twarz trochę przypominająca jedną znaną mi dziewczynę) a obok niej stał facet - młody, wysoki i dobrze zbudowany blondyn. Byli kolejną parą na tych schodach. Kobieta z półpiętra płakała i mówiła coś w stylu: "ja już nie mogę tak dłużej, mam dość". Wtedy, stary facet "z dołu" zaczął do niej iść. Ważne są tu moje odczucia: kobieta o śliwkowych włosach kochała starca, starzec ją, ale ona była z blondynem, który z resztą kochał ciemną blondynkę - co ciekawe, ze wzajemnością. Czyli innymi słowy - nie byli z tymi, których kochali, ale coś ich powstrzymywało przed zmianą. Wyglądało na to, że płacz kobiety i jej słowa wreszcie to mogą zmienić. Starzec podszedł do "śliwkowej kobiety" i zaczęli się całować. Blondyn ochoczo podbiegł do blondynki i... to ten moment, gdy zmieniłem się z obserwatora w tego blondyna. Cieszyłem się strasznie, że jestem z blondynką i gdy pochwyciwszy ją za rękę już miałem ją stamtąd zabrać ... kobieta o śliwkowych włosach stwierdziła, iż mimo że bardzo kocha starca nie mogą być razem. Ponownie stałem się obserwatorem a oni wrócili do "starego układu". Akcja jak gdyby się skończyła (chyba powoli się wybudzałem) i zamiast obserwować, poszedłem w górę schodów. Doszedłem do piętra i spojrzałem na nich - byli w "nowej konfiguracji", czyli stali obok tych, których kochali. To było dość dziwne, a ja (wciąż w śnie) wpadłem w baaaardzo ironiczny nastrój. Czułem, jak ironia mnie przepełnia. Zobaczyłem na piętrze swoja mamę, która spytała: "Co ty robisz?". Ja zaś nic nie odpowiadając, skoczyłem z piętra przez balustradę na schody (nie wiem jak to wytłumaczyć, na te schody co zaczynają drogę na górę z poprzedniego piętra, nie te co już do niego dochodzą) i zrobiwszy fikołka przy lądowaniu (taki parkour hahaha) obudziłem się 
Ciekaw jestem komu się to będzie chciało czytać, no ale cóż





