19-03-2026, 10:08
Dzisiejszy sen:
Śniło mi się, że w moim mieszkaniu pojawiła się kobieta, która miała wykonać profesjonalną usługę sprzątania. Adrian chyba też wtedy tam był. Ona sprzątała bardzo dokładnie — odsuwała wszystkie szafki, szafy, zaglądała wszędzie. Moje mieszkanie w tym śnie było bardzo duże. Zauważyłam jednak, że wyrzuca bardzo dużo roślin. Co chwilę w kuchennym śmietniku pojawiały się nowe — niektóre (te uratowane) miały poprzycinane końcówki liści i wyglądały pokracznie, inne były zupełnie bez liści. Trochę nad tym ubolewałam, ale jednocześnie myślałam, że najwyżej kupię nowe. Najbardziej było mi szkoda zamiokulkasów, bo zawsze wydawało mi się, że mają u mnie świetne warunki, a w tym śnie po prostu „klapły”. Zaczęłam się zastanawiać, czy ta kobieta nie przesadza — może niektóre rośliny dało się jeszcze uratować. Miałam też jedną roślinę w korytarzu i zapytałam się w duchu, trochę retorycznie, o co chodzi z tym wszystkim, że te rośliny obumierają. Odpowiedziałam sobie, że problemem jest brak światła w tym miejscu. Powiedziałam tej kobiecie wtedy, że kiedyś przyniosłam do domu dużą jukę, która była pełna robaków i roztoczy, a mimo to udało mi się ją odratować. Wspomniałam o tym, bo jedna z roślin w śnie też była cała zainfekowana. Kobieta zaproponowała, żeby odchylić ziemię i sprawdzić stan korzeni. Ta roślina miała ogromne bulwy korzeniowe, bardzo się rozrosła. Zanim jednak zdążyłam to zrobić, ona zrobiła to sama. I wtedy nagle całe mieszkanie zaczęło roić się od małych muszek — pojawiły się też osy i różne roztocza. Latały wszędzie. Osa natomiast była przyjazna i nie gryzła mnie. Ona powiedziała spokojnie, że to normalne i że się przyzwyczaję. Ja odpowiedziałam stanowczo, że nie ma takiej opcji — nigdy się do tego nie przyzwyczaję i te roztocza mają zniknąć. Zaczęłam szukać w swoich rzeczach do roślin sprayu na pasożyty. Najpierw znalazłam jakiś żel, który zmieszałam z wodą, ale nie miał odpowiedniego spryskiwacza. Poszłam więc do łazienki i znalazłam inny spray — to była już końcówka, a ja nie wiedziałam, gdzie jest butelka, żeby go przelać. W końcu dałam wszystko tej kobiecie. I wtedy nagle uświadomiłam sobie, że to sen. Podeszłam do okna w kuchni i pomyślałam, że wyjdę przez nie i polecę. Powiedziałam tej kobiecie, żeby dalej sprzątała — że ja muszę na chwilę wyjść polatać, a jak wrócę, to jej zapłacę i się rozliczymy. Ona podała mi cenę 700 zł za usługę, że za sprzątanie chce 700 zł i zapytała, jak długo tu mieszkam. Odpowiedziałam, że dwa lata. I, że na początku przy remoncie dokładnie sprzątałam wszędzie. Zastanawiałam się też o płatności na raty. Później Jednocześnie wiedziałam, że jeśli wylecę, sen może się rozmyć i nie będę umiała wrócić do mieszkania, a przecież chciałam sprawdzić, co z tymi roztoczami. W końcu jednak wyleciałam — nie przez okno w kuchni, tylko przez okno w salonie. Wzbiłam się w powietrze i nagle okazało się, że jestem smokiem. Leciałam i bardzo wyraźnie czułam swoje smocze ciało. Nie ziałam ogniem, ale czułam tę formę bardzo realnie. Po chwili wróciłam chyba do mieszkania i zaczęłam się zastanawiać, co jeszcze mogę zrobić w świadomym śnie. Pomyślałam, że mogę spojrzeć w niebo — bo przecież w snach wygląda niesamowicie. Spojrzałam… ale nic szczególnego tam nie było. Zwyczajne niebo, lekko błękitne, trochę różowawe. Bez żadnych fajerwerków. Potem znalazłam się jakby w mieszkaniu jakiegoś faceta, a zaraz potem znowu wróciłam do swojego. Chciałam sprawdzić, czy ta kobieta dalej sprząta. W międzyczasie ona napisała mi SMS-a, że mieszkanie trzeba posprzątać od zera. Pomyślałam: „Ja pierdolę… przecież sprzątam co tydzień, a przy remoncie też wszystko dokładnie ogarnęłam. Skąd tyle kurzu, syfu i roztoczy?”. Po chwili doczytałam kolejną wiadomość — że to sprzątanie „od zera” jest już zrobione i że możemy się umówić na kolejną wizytę dopiero za parę lat. Poczułam ogromną ulgę. Zaczęłam się zastanawiać, czy mogłabym zapłacić jej w ratach, bo już spłacam swoją książkę (redakcję, etc.). Nie zastałam jej jednak w mieszkaniu — był tam chyba mój mąż i jakiś inny facet. Myślałam, że to kobieta prząta pod prysznicem, ale to był Adrian. Potem wyszłam na zewnątrz i pojawił się inny facet. Zapytałam tego faceta, czy chciałby polecieć na smoku. Zamieniłam się w smoka, on usiadł na moim grzbiecie (czułam jak wspina się po moim skrzydle, Adrian mu pomagał) i polecieliśmy. Latałam, ryczałam, ziałam ogniem w różne losowe miejsca, ale starałam się nie trafiać w budynki, żeby nikogo nie skrzywdzić. Miałam momenty, w których wyobrażałam sobie wszystko z perspektywy smoka, ale też z perspektywy jeźdźca — zastanawiałam się, co on czuje, siedząc na moich plecach. Starałam się lecieć spokojnie, żeby nie spadł. W pewnym momencie pojawiło się jezioro i wynurzył się z niego potwór z Loch Ness. Widziałam też jakieś dinozaury. Potem znowu byłam na ziemi, obok mieszkania. Przy stoliku siedzieli mężczyźni z telefonami, wyglądający zupełnie współcześnie. I wtedy pomyślałam: jak to możliwe, że tu są jakieś dinozaury i potwory, a jednocześnie obok stoją normalni ludzie, jakby z dzisiejszego świata? O co tu chodzi?






