26-11-2024, 11:53
Sen z 26.11.2024
Wizyta u przyjaciela z innego kontynentu. Jego dom był pół muzeum, pół ruiną zamku, którą część wyremontowano do użytku codziennego. Był bankiet, cała jego rodzina się zbierała raz do roku i mieli coś w rodzaju charytatywnej aukcji i obiadu rodzinnego w jednym. Zaprosili również mnie i moich rodziców. Większość czasu siedziałam z przyjacielem, bawiliśmy się, chodziliśmy po zamku, flirtowaliśmy. W jednym momencie zobaczyłam przy głównym holu wejście jak do jaskini. Było zablokowane bramą z metalowych prętów, za którą kamień podłogi zmieniał się w pomarańczowo-czerwoną skałe, chrapowatą, jak gąbka albo skała wulkaniczna/siarka. Sama jaskinia była oświetlona od wewnątrz, ale bez źródeł światła. Pamiętam jak przebiegł mnie dreszcz patrząc na to miejsce i nagłe wspomnienie. Byłam mała, bardzo mała gdy mnie przeniesiono przez tą brame, ale to nie było możliwe jako że moja rodzina nie mogła tu nigdy być - mieszkaliśmy za morzem. Pierwszy raz tu przyjechaliśmy, bo chciałam odwiedzić przyjaciela.
Siedzieliśmy w pomieszczeniu obok w pomieszczeniu, blisko jaskini na tyle by ją wciąż czuć, ale nie widzieć. Zrobiło się ciepło, mój przyjaciel próbował się zbliżyć do mnie i flirtować. Skończyło się siedzeniem obok siebie z nogami przed sobą i stykaniem jednej nogi razem, by czuć się blisko. Pamiętam bycie spragnioną, i wodę lecącą z bardzo wysokiego sufitu, prosto do nas. Napiłam się i było w porządku. Mama przyjaciela się krzątała w pomieszczeniu obok (w ścianie były dziury, gładkie na brzegach z tej samej naturalnej skały jaką tworzyła jaskinia) i gdy nas zobaczyła, dała dłuższe spojrzenie jej synowi i dała nam bezpośrednio do ręki kawałki smażonego kurczaka. Potem spojrzała na mnie i powiedziała, żebym 'nie nazywała ją mamo, tylko po xxxx' (nie pamiętam jej imienia). Było to dla mnie dziwne. Zapytałam czy zamiast obu czy mogę nazywać ją 'per pani'. Zatrzymała się na moment, cały czas patrząc na mnie, podeszła bliżej i urwała kawałek kurczaka z mojej dłoni i wyszła mrucząc 'może być'.
Wtedy moi rodzice się znaleźli. Dołączyłam do nich i siedzieliśmy przy balustradzie schodów, patrząc jak nowi goście przychodzą. Byli w fantastycznych strojach, jakby czas ich nigdy nie dotknął. Pamiętam trzymanie dużego pudełka po butach, wypełnionego po brzegi papierami, dokumentami.. Nigdzie nie było pokrywki. Mój przyjaciel siedział ze mną obok, jego obecność robiła za niemy katalog wiedzy. To że tam był, sprawiało, że znałam wszystkich gości. Do czasu gdy bardzo wysoka postać, w czarnej szacie i złotym obrzeżu usztywnionego, mocno zaokrąglonego kaptura, przeszła przez drzwi. Zapytałam go kto to jest. "Rodzinny lekarz". Mężczyzna był bez włosów, ze skórą tak białą, że wyglądał jak wampir. Pamiętam że zażartowałam o tym, śmiejąc się że Dracula przybył i mama mnie zganiła za zachowanie. Wtedy mój przyjaciel powiedział, że jego imie jest Finny. Znowu ten dreszcz i wspomnienie krat przeszło przeze mnie. Zerknęłam w stronę jaskini, była na końcu korytarza w którym siedzieliśmy. (Ojciec gdzieś zniknął w tym momencie snu) Zapytałam mame czy kiedykolwiek miała wspomnienie, ale brak połączenia do niego. "Jak zapis bez daty", gdy to powiedziałam pudełko z papierami w mojej dłoni było wyraźniejsze. Jakby, to były moje zapiski. Moje wspomnienia. Włożyłam rękę do środka i wyciągnęłam mniejsze pudełko z pośród papierów. Otworzyłam je i w środku byłą plecionka z koralików, taką jakie by zrobiło małe dziecko. Z imieniem 'Finny'. Wymieniliśmy spojrzenia z przyjacielem i wtedy przyszło kolejne wspomnienie.
Było więcej ludzi, szamotanie. Czułam pośpiech wokół, gdy jako prawie niemowle byłam przekazywana z rąk do rąk, do póki.. nie trafiłam pod kraty jaskini. W progu stał rodzinny lekarz. Finny. Wziął mnie w ręce i wszedł do środka. Było ciemno, pamiętam smugi kobiet, których tylko dłonie były wyraźne. Miały ciemno czerwoną skóre i tańczyły. Unosiły się w powietrzu i tańczyły zmysłowo. Gdy wszystko się skończyło i wróciłam do rąk matki szczęście było w powietrzu. Pamiętam ostatnim obrazem byłam j idca do Finnego z tą plecionką, by mu podziękować za uratowanie mi życia gdy byłam chora.
Zobaczyłam jak moja mama zauważa, że coś jest nie tak i chciała wziąć ode mnie pudełko. Zerwałam się z miejsca i pobiegłam z przyjacielem do jaskini. Nie wiem czy mama nas goniła. Przyjaciel myślał, że to zabawa. Dotknął guzika, które podnosiło krate byśmy się schowali w środku i przebiegł przez wrota bez problemu. Machał do mnie bym podążyła. Widziałam więcej ludzi czekających przed wejściem, widocznie jaskinia była atrakcją dla niektórych gości i hcieli spacer z przewodnikiem po wnętrzu. Gdy zrobiłam krok, zaczęłam widzieć tańczące w powietrzu rozmazane kobiety. Miały skrzydła jak nietoperze i skórę piękną, czerwoną, z drobną łuską. Kolejny krok, mogłam stwierdzić stąd że to demonice a ich skóra była cudownie miękka i lśniąca, jak mokra. Wtedy usłyszałam kogoś za sobą, nie wiem kto to był, ale próbował mnie złapać. Ruszyłam biegiem do jaskini i w momencie gdy moja stopa dotknęła tej pomarańczowej skały, padłam na podłożę. Byłam oddzielona, jak w innym wymiarze. Nikogo nie było w zasięgu, przyjaciel zniknął, żadnych ludzi przed bramą. Pomarańczowa mgła była wokoło mnie. Nie mogłam się ruszyć, moje ciało potrzebowało wody. Czułam jak moja skóra pęka bez wilgoci i moje ciało się zmienia na kształt demonic. Moje dłonie zrobiły się czerwone, pokryte łuską, suche. Moje skrzydła były tak słabe że opadły na skały i prawie zlały się z chrapowatą powierzchnią. Pamiętam, że rozpoznałam to uczucie jako zbliżającą się śmierć..
I w tym momencie obudziłam przez dzwoniący telefon.
Wizyta u przyjaciela z innego kontynentu. Jego dom był pół muzeum, pół ruiną zamku, którą część wyremontowano do użytku codziennego. Był bankiet, cała jego rodzina się zbierała raz do roku i mieli coś w rodzaju charytatywnej aukcji i obiadu rodzinnego w jednym. Zaprosili również mnie i moich rodziców. Większość czasu siedziałam z przyjacielem, bawiliśmy się, chodziliśmy po zamku, flirtowaliśmy. W jednym momencie zobaczyłam przy głównym holu wejście jak do jaskini. Było zablokowane bramą z metalowych prętów, za którą kamień podłogi zmieniał się w pomarańczowo-czerwoną skałe, chrapowatą, jak gąbka albo skała wulkaniczna/siarka. Sama jaskinia była oświetlona od wewnątrz, ale bez źródeł światła. Pamiętam jak przebiegł mnie dreszcz patrząc na to miejsce i nagłe wspomnienie. Byłam mała, bardzo mała gdy mnie przeniesiono przez tą brame, ale to nie było możliwe jako że moja rodzina nie mogła tu nigdy być - mieszkaliśmy za morzem. Pierwszy raz tu przyjechaliśmy, bo chciałam odwiedzić przyjaciela.
Siedzieliśmy w pomieszczeniu obok w pomieszczeniu, blisko jaskini na tyle by ją wciąż czuć, ale nie widzieć. Zrobiło się ciepło, mój przyjaciel próbował się zbliżyć do mnie i flirtować. Skończyło się siedzeniem obok siebie z nogami przed sobą i stykaniem jednej nogi razem, by czuć się blisko. Pamiętam bycie spragnioną, i wodę lecącą z bardzo wysokiego sufitu, prosto do nas. Napiłam się i było w porządku. Mama przyjaciela się krzątała w pomieszczeniu obok (w ścianie były dziury, gładkie na brzegach z tej samej naturalnej skały jaką tworzyła jaskinia) i gdy nas zobaczyła, dała dłuższe spojrzenie jej synowi i dała nam bezpośrednio do ręki kawałki smażonego kurczaka. Potem spojrzała na mnie i powiedziała, żebym 'nie nazywała ją mamo, tylko po xxxx' (nie pamiętam jej imienia). Było to dla mnie dziwne. Zapytałam czy zamiast obu czy mogę nazywać ją 'per pani'. Zatrzymała się na moment, cały czas patrząc na mnie, podeszła bliżej i urwała kawałek kurczaka z mojej dłoni i wyszła mrucząc 'może być'.
Wtedy moi rodzice się znaleźli. Dołączyłam do nich i siedzieliśmy przy balustradzie schodów, patrząc jak nowi goście przychodzą. Byli w fantastycznych strojach, jakby czas ich nigdy nie dotknął. Pamiętam trzymanie dużego pudełka po butach, wypełnionego po brzegi papierami, dokumentami.. Nigdzie nie było pokrywki. Mój przyjaciel siedział ze mną obok, jego obecność robiła za niemy katalog wiedzy. To że tam był, sprawiało, że znałam wszystkich gości. Do czasu gdy bardzo wysoka postać, w czarnej szacie i złotym obrzeżu usztywnionego, mocno zaokrąglonego kaptura, przeszła przez drzwi. Zapytałam go kto to jest. "Rodzinny lekarz". Mężczyzna był bez włosów, ze skórą tak białą, że wyglądał jak wampir. Pamiętam że zażartowałam o tym, śmiejąc się że Dracula przybył i mama mnie zganiła za zachowanie. Wtedy mój przyjaciel powiedział, że jego imie jest Finny. Znowu ten dreszcz i wspomnienie krat przeszło przeze mnie. Zerknęłam w stronę jaskini, była na końcu korytarza w którym siedzieliśmy. (Ojciec gdzieś zniknął w tym momencie snu) Zapytałam mame czy kiedykolwiek miała wspomnienie, ale brak połączenia do niego. "Jak zapis bez daty", gdy to powiedziałam pudełko z papierami w mojej dłoni było wyraźniejsze. Jakby, to były moje zapiski. Moje wspomnienia. Włożyłam rękę do środka i wyciągnęłam mniejsze pudełko z pośród papierów. Otworzyłam je i w środku byłą plecionka z koralików, taką jakie by zrobiło małe dziecko. Z imieniem 'Finny'. Wymieniliśmy spojrzenia z przyjacielem i wtedy przyszło kolejne wspomnienie.
Było więcej ludzi, szamotanie. Czułam pośpiech wokół, gdy jako prawie niemowle byłam przekazywana z rąk do rąk, do póki.. nie trafiłam pod kraty jaskini. W progu stał rodzinny lekarz. Finny. Wziął mnie w ręce i wszedł do środka. Było ciemno, pamiętam smugi kobiet, których tylko dłonie były wyraźne. Miały ciemno czerwoną skóre i tańczyły. Unosiły się w powietrzu i tańczyły zmysłowo. Gdy wszystko się skończyło i wróciłam do rąk matki szczęście było w powietrzu. Pamiętam ostatnim obrazem byłam j idca do Finnego z tą plecionką, by mu podziękować za uratowanie mi życia gdy byłam chora.
Zobaczyłam jak moja mama zauważa, że coś jest nie tak i chciała wziąć ode mnie pudełko. Zerwałam się z miejsca i pobiegłam z przyjacielem do jaskini. Nie wiem czy mama nas goniła. Przyjaciel myślał, że to zabawa. Dotknął guzika, które podnosiło krate byśmy się schowali w środku i przebiegł przez wrota bez problemu. Machał do mnie bym podążyła. Widziałam więcej ludzi czekających przed wejściem, widocznie jaskinia była atrakcją dla niektórych gości i hcieli spacer z przewodnikiem po wnętrzu. Gdy zrobiłam krok, zaczęłam widzieć tańczące w powietrzu rozmazane kobiety. Miały skrzydła jak nietoperze i skórę piękną, czerwoną, z drobną łuską. Kolejny krok, mogłam stwierdzić stąd że to demonice a ich skóra była cudownie miękka i lśniąca, jak mokra. Wtedy usłyszałam kogoś za sobą, nie wiem kto to był, ale próbował mnie złapać. Ruszyłam biegiem do jaskini i w momencie gdy moja stopa dotknęła tej pomarańczowej skały, padłam na podłożę. Byłam oddzielona, jak w innym wymiarze. Nikogo nie było w zasięgu, przyjaciel zniknął, żadnych ludzi przed bramą. Pomarańczowa mgła była wokoło mnie. Nie mogłam się ruszyć, moje ciało potrzebowało wody. Czułam jak moja skóra pęka bez wilgoci i moje ciało się zmienia na kształt demonic. Moje dłonie zrobiły się czerwone, pokryte łuską, suche. Moje skrzydła były tak słabe że opadły na skały i prawie zlały się z chrapowatą powierzchnią. Pamiętam, że rozpoznałam to uczucie jako zbliżającą się śmierć..
I w tym momencie obudziłam przez dzwoniący telefon.
Jest nas dwóch takich samych
Brutalnych, niespełna rozumu..
Brutalnych, niespełna rozumu..





