27-08-2022, 00:38
26.08.2022
I.
Prowadzimy z koleżanką prześmiewczego peja o tematyce społeczno-historycznej, o bardzo długiej nazwie, która - podkreślona, osobiście przeze mnie, taśmą samoprzylepną na wydrukowanej liście uczestników - ma nam zapewnić zwycięstwo w konkursie na najzabawniejszy fanpejdż w swojej kategorii. Za gablotką stoją nagrody, kiczowate acz urokliwe, kolorowe zakładki/proporczyki z nazwami zdobywców kolejnych miejsc. W półmroku nie widzę naszej. Czas na ogłoszenie wyników. Pewna wygranej zbiegam do sali, w której odbywa się uroczyste wręczanie nagród. Miejsce trzecie, drugie... Wygramy w cuglach - myślę. Nie wygrałyśmy! Kiczowaty acz urokliwy artefakt wraz z pięciocyfrową nagrodą pieniężną poszły... nieważne. Jakoś to przełknę. Siedzę teraz z kilkoma koleżankami w plenerze, przy stoliku, w centrum malowniczego miasteczka. Stare a zadbane kamieniczki, uliczki brukowane kocimi łbami. Siedzimy tak i gadamy wśród ostrzałów z karabinów, huku spadających bomb. Widzę czołgi, cywili uciekających w popłochu przed łapankami. Wciąż względnie spokojna chcę wtopić się w grupę uzbrojonych mężczyzn. Jedna z koleżanek, nie przebierając w słowach, prędko odwodzi mnie od tego pomysłu, argumentując: tu jest bezpieczniej niż wśród chłopaków. Ma rację. Druga proponuje podążać za strzałką (bardziej wyobrażoną niż widoczną) zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Tak dotrzemy do przyszłości. Do naszych czasów. Bo oto cofnęłyśmy się do lat 40. XX wieku. Podążając za strzałką (bardziej wyobrażoną niż widoczną) docieramy do pomieszczenia ze starą wanną wypełnioną wodą na wysokość pół łydki. Zdejmujemy ubrania, wchodzimy do wanny. Woda jest przyjemnie ciepła, nie za gorąca. Siadamy twarzami do środka. Jedna z dziewczyn oznajmia, niemal rozkazuje: jeśli przyjdą Niemcy, na 3/4 nabieramy powietrze i nurkujemy. Będziemy tak trwać plecami do góry, udając martwe aż sobie pójdą. Sorry, ale beze mnie - wyłączam się. Wolę dostać kulkę w łeb, niż męczyć się w tym bezdechu nie wiadomo ile. Zresztą... wystarczy otworzyć oczy by w trymiga przenieść się do czasów właściwych. Świat w odcieniach sepii nabierze właściwych barw. Tak też robię. Gdybym chociaż była ładna - wizualizuję sobie alternatywne zakończenie naszej przygody. Piękna urodą przedwojennych dziewczyn, o których pisano wiersze i śpiewano piosenki, mogłabym wyjść z tej wanny i kompletnie ubrana na modłę ówczesnej uczennicy, z burzą blond loków pod zawadiacko przechylonym berecikiem, bajerowałabym niemieckiego oficera, umożliwiając koleżankom dalszą ucieczkę. Panie Hans, jestem umówiona z chłopcem - kłamałabym jak z nut, siedząc na ławeczce obok jakiegoś esesmana - miałam pożyczyć mu ksiażki. W tornistrze istotnie miałabym książki. Polsko i niemieckojęzyczne.
II.
Nie myl prawdy z rzeczywistością - jedyne zdanie jakie zapamiętałam.
I.
Prowadzimy z koleżanką prześmiewczego peja o tematyce społeczno-historycznej, o bardzo długiej nazwie, która - podkreślona, osobiście przeze mnie, taśmą samoprzylepną na wydrukowanej liście uczestników - ma nam zapewnić zwycięstwo w konkursie na najzabawniejszy fanpejdż w swojej kategorii. Za gablotką stoją nagrody, kiczowate acz urokliwe, kolorowe zakładki/proporczyki z nazwami zdobywców kolejnych miejsc. W półmroku nie widzę naszej. Czas na ogłoszenie wyników. Pewna wygranej zbiegam do sali, w której odbywa się uroczyste wręczanie nagród. Miejsce trzecie, drugie... Wygramy w cuglach - myślę. Nie wygrałyśmy! Kiczowaty acz urokliwy artefakt wraz z pięciocyfrową nagrodą pieniężną poszły... nieważne. Jakoś to przełknę. Siedzę teraz z kilkoma koleżankami w plenerze, przy stoliku, w centrum malowniczego miasteczka. Stare a zadbane kamieniczki, uliczki brukowane kocimi łbami. Siedzimy tak i gadamy wśród ostrzałów z karabinów, huku spadających bomb. Widzę czołgi, cywili uciekających w popłochu przed łapankami. Wciąż względnie spokojna chcę wtopić się w grupę uzbrojonych mężczyzn. Jedna z koleżanek, nie przebierając w słowach, prędko odwodzi mnie od tego pomysłu, argumentując: tu jest bezpieczniej niż wśród chłopaków. Ma rację. Druga proponuje podążać za strzałką (bardziej wyobrażoną niż widoczną) zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Tak dotrzemy do przyszłości. Do naszych czasów. Bo oto cofnęłyśmy się do lat 40. XX wieku. Podążając za strzałką (bardziej wyobrażoną niż widoczną) docieramy do pomieszczenia ze starą wanną wypełnioną wodą na wysokość pół łydki. Zdejmujemy ubrania, wchodzimy do wanny. Woda jest przyjemnie ciepła, nie za gorąca. Siadamy twarzami do środka. Jedna z dziewczyn oznajmia, niemal rozkazuje: jeśli przyjdą Niemcy, na 3/4 nabieramy powietrze i nurkujemy. Będziemy tak trwać plecami do góry, udając martwe aż sobie pójdą. Sorry, ale beze mnie - wyłączam się. Wolę dostać kulkę w łeb, niż męczyć się w tym bezdechu nie wiadomo ile. Zresztą... wystarczy otworzyć oczy by w trymiga przenieść się do czasów właściwych. Świat w odcieniach sepii nabierze właściwych barw. Tak też robię. Gdybym chociaż była ładna - wizualizuję sobie alternatywne zakończenie naszej przygody. Piękna urodą przedwojennych dziewczyn, o których pisano wiersze i śpiewano piosenki, mogłabym wyjść z tej wanny i kompletnie ubrana na modłę ówczesnej uczennicy, z burzą blond loków pod zawadiacko przechylonym berecikiem, bajerowałabym niemieckiego oficera, umożliwiając koleżankom dalszą ucieczkę. Panie Hans, jestem umówiona z chłopcem - kłamałabym jak z nut, siedząc na ławeczce obok jakiegoś esesmana - miałam pożyczyć mu ksiażki. W tornistrze istotnie miałabym książki. Polsko i niemieckojęzyczne.
II.
Nie myl prawdy z rzeczywistością - jedyne zdanie jakie zapamiętałam.





