Sny Darlene
#1
18.01.2022

Koleżanka, pracująca w charakterze niani, w dużym domu nad wodą gdzieś w słonecznej Kalifornii, zostawia mnie na chwilę ze swoim podopiecznym - grubym chłopcem latynoskiego pochodzenia. 
Mały nie ma dziesięciu lat, jest karykaturalnie gruby i za nic w świecie nie tknie warzyw (brokuły z fasolką szparagową i marchewką pokrojoną w talarki), zostawionych tu specjalnie dla niego w plastikowym pojemniku. Jedzenie warzyw jest rasistowskie. Nie wiem, czy mówiąc rasistowskie, ma na myśli kraj pochodzenia warzyw czy cokolwiek innego. Opłukuję zieleninę pod bieżącą wodą, zdaniem Dzieciaka niedokładnie. Spoko, opłuczę jeszcze raz. Młody i tak jej nie tknie bo to rasistowskie. Whatever. Zjadam kilka fasolek, w nozdrzach czując rozkoszną woń pizzki, którą zamierzam zamówić. Oczywiście, podzielę się z Młodym, pod warunkiem, że zje trochę warzyw, czego konsekwentnie odmawia ze znanego wszem wobec a sobie tylko wiadomego powodu (głupek). 
Wraca koleżanka z okolicznościowym prezentem dla pani domu, lalką-Meksykanką (ups, rasizm?). Politpoprawna, bo wykonana w etycznych warunkach, w dodatku na rzecz UNICEF-u czy innej organizacji non-profit, figurka z nieproporcjonalnie dużą, lekko przechyloną na bok głową o długich blond włosach i ogromnych modrych oczach, bardziej przypomina aniołka z jakiejś krakowskiej rękodzielni niż (stereo)typową Meksykankę.
Mały męczy bułę o rasistowskie warzywa, na co koleżanka, bardziej roztropna i biegła w naukach ekonomicznych ode mnie, wykłada mu sytuację imigrantów zarobkowych, otrzymujących (domyślnie uczciwe) wynagrodzenie w walucie kraju, w którym pracują. Dzieciak nie da się łatwo zbyć:
- Moją walutą jest pizza!
To włoskie danie nie jest rasistowskie, ale gotowane warzywa już tak, hm? Whatever.
Wraca gospodyni, szykowna blondynka po trzydziestce. Wychodzimy na patio jej dużego białego domu. Przed domem aż po horyzont rozciąga się wielkie jezioro. Otóż to, nie ocean a ogromne prywatne jezioro! Woda wydaje się mętna - taka jej uroda. Na pewno jest czysta i zdatna do kąpieli. Co kilka metrów wyrasta z niej rząd tataraku. Osobliwy widok, wart uwiecznienia. Pytanie, czy wolno mi sfotografować ten prywatny akwen?
Gospodyni zaprasza nas (nas czyli mnie plus moich znajomych a jej miłych gości; wszyscy jesteśmy turystami) do pamiątkowego zdjęcia. Każe ustawić się wzdłuż brzegu, tyłem do jeziora, przodem do jej pięknego domu. Uwieczni nas z góry, ze swojego tarasu.
Czuję, że muszę... podładować telefon i posmarować się kremem z filtrem, niezwłocznie, nim kalifornijskie Słońce całkiem wypali mi skórę. Nie byłabym sobą, gdybym nie wstydziła się spytać, czy mogę pobiec na górę po to i owo i wtedy z szeregu wychyla się ON, piękny jak nordyckie bóstwo...
Alexander Z TYCH Skarsgårdów.
- Wezmę z domu jakieś patyczki czy coś do rysowania po piasku.
Świetny pomysł. Przypomina mi ostatni pobyt nad Bałtykiem z koleżankami i morskie fale zmywające nasze zabawne napisy. Wszyscy przytakują. Skarsgård spadł mi z nieba. Nim znajdzie patyczki, zdążę pobiec na górę i posmarować się kremem (opalone uda już zaczynają mnie piec). Jak postanawiam tak robię. Wysmarowawszy, wracam na plan. Ze mną Alexander, z patyczkami czy bez. Olśniewająco piękny i ujmujący z tą inicjatywą rysowania po piasku (myślę o Znajomej, którą rozczuliłby pomysł). Jestem oczarowana zjawiskowym i nieosiągalnym Szwedem. Nie okazuje mi szczególnych względów a ja - cóż - nie robię sobie na owe nadziei. Z tą aparycją nie dla kota spyrka. W myślach tworzę mem: Jak ja widzę Alexa (cyk, wizerunek Alexa) vs. jak Alex widzi mnie (cyk, pusta plaża). Śmieszne i frustrujące zarazem. Dwoje znajomych z liceum zaprasza mnie do zdjęcia. To ja się schowam w drugim rzędzie, byle nie było widać moich tłustych nóg!
Skarsgård z chodzi z naręczem papierosów w dłoni, wtykając w usta po papierosie wybranym osobom. Intuicyjnie wie, kogo poczęstować. Sam nie pali, ja też nie.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#2
20.01.2022

Chodzę na basen z niekłamaną przyjemnością.

Gdybym napisała powyższe na Fejsie do wyłącznego wglądu Znajomych, większość od razu wiedziałaby, że to zdanie otwierające opis snu. Otóż kto mnie zna, ten wie, że spośród najbardziej znienawidzonych rzeczy na świecie, kąpiel w publicznym akwenie, plasuje się w mojej ścisłej topce, gdzieś między dymem nikotynowym a pizzą hawajską. Tyle tytułem wstępu.

Otóż chodzę na ten basen z niekłamaną przyjemnością i zaangażowaniem. Nade mną widmo niezdanej matury. Olewam je (jedną maturę już mam, na co mi kolejna?). 
Szukam czegoś w portfelu (jest to czarny, potrójnie składany portfel z taniego sztywnego materiału, niegdyś modny model wśród nastolatków), prawdopodobnie karty wstępu na basen. Znajduję skromny artefakt, popisany czerwonymi literami, jakby znajomą czcionką. Czyżby... Rozkładam portfel a tam... kaseta magnetofonowa ze ścieżką dźwiękową serialu Mr. Robot
Kaseta, naprawdę? Ktoś chciał mi sprawić prezent i wyjątkowo nie trafił w me gusta. Kto mnie zna, ten wie, co myślę o powrocie do kaset magnetofonowych w dobie Spoti i YT. Podejrzewam kolegę z fandomu MR (ten akurat mógł nie wiedzieć). Przeglądam książeczkę. Zawiera groteskowe rysunki przedstawiające postacie z serialu. Wszystkie wyglądają jak zombie, niektórych nie rozpoznaję. 
Mimowolnie przenoszę się do jednego z moich ulubionych uniwersów.
Zaciemniony pub albo jakaś melina. Brudno tu i brzydko. Złowrogo. Tyrell Wellick (tu: nie Martin Wallström lecz Alexender Skarsgård!) zamierza uwieść kolejnego typa. Siedzą przy stole, vis a vis, raczej nieświadomi mojej obecności. Wellick-Skarsgård częstuje towarzysza alkoholem. Nalewa mu piwa, sobie czerwonego wina (albo odwrotnie), mówiąc coś o rocznikach, coś co ma podkreślać jego status bogola, a jednocześnie coś całkiem - jak to we śnie - alogicznego.
Podnoszę kieliszek z czerwonym winem. Brudny i zmatowiały (bogole nie piją z takiego szkła). Nie bacząc na higienę, biorę kilka łyków. Wino jest przepyszne. Wyborne! Nigdy w życiu nie piłam nic równie wspaniałego. Ani we śnie, ani na jawie!
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#3
21.02.2022

Sen krótki jak okamgnienie, afabularny, acz godny wzmianki, gdyż związany bezpośrednio z naszym Forum.

Otóż, z każdym wpisem w Dzienniku Snów, w którym pojawia się nazwa handlowa produktu z dowolnej branży (spożywka, kosmetyka, elektronika, cokolwiek...), w Profilu Użytkownika po prawej stronie ekranu, automatycznie pojawia się ruchomy banner z reklamą tegoż. 
Odwiedzam swój profil a tu - cyk - 3-4 reklamy produktów wspomnianych na stronach mojego Dziennika (z czego pamiętam tylko popularną markę herbaty, której nie lubię i nie pijam).
Uczucia towarzyszące odkryciu? Zdumienie i irytacja. 
Wszak nie jestem tu po to, żeby nabijać kabzę korporacjom.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#4
23.01.2022

Jestem w Warszawie, w siedzibie TVN. Błądząc po wąskim korytarzu na jednym z wyższych pięter (z okien widać panoramę miasta), odbieram telefon z zaproszeniem do gabinetu prezesostwa. 
Wsiadam do jednej z dwóch wind o czerwonych drzwiach, tej prowadzącej bezpośrednio do strefy - nazwijmy ją - VIP, na 2. piętrze. Wciskam jeden z dwóch guzików. Czy w tym tefałanie, inaczej niż w każdym innym korpo, im wyższa hierarchia tym niższe piętro? - zastanawiam się, stojąc lewym bokiem do drzwi a przodem do panelu z przyciskami. Na to wygląda. Z mojej prawej strony i ku mojemu zdumieniu, otwierają się drugie drzwi, których istnienia nie byłam świadoma, wchodząc do kabiny. Prowadzą bezpośrednio do wspomnianej strefy. 
WOW. Korytarz jest mały i niepozorny. W uchylonych drzwiach gabinetu stoi jeden ochroniarz - dryblas w garniturze, ze słuchawką przy uchu. 
Podchodzi do mnie chłopiec, nie ma dwunastu lat. Grzecznie informuje, że tu, czyli na terenie TVN-u, bez mojej zgody i wiedzy, zrobił mi kilka zdjęć. Na każdym mam głupi wyraz twarzy. Zapowiada, że opublikuje je w Sieci i - wierzcie nie wierzcie - nie ma w tej groźbie żadnej wrogości, przeciwnie. Mówi tak, jakby publikacja mojego wizerunku, miała mi pomóc czy coś... Pokazuje jedno z tych zdjęć na ekranie swojego smartfonu. Istotnie, mam na nim dziwnie rozdziawioną jadaczkę, jednocześnie jestem tu - jak na moje standardy - absurdalnie ładna. Bez okularów (bez których nie funkcjonuję), z długimi włosami, jaśniejszymi o kilka tonów, upiętymi w niedbały koczek, wyglądam zupełnie jak nie ja! Uśmiecham się do tego wizerunku atrakcyjnej blondynki ze śmieszną miną. Weź zrób z tego mem - mówię do Dzieciaka.
Wchodzę do gabinetu. Białe ściany, duże okna. Żadnych mebli biurowych, same wypoczynkowe, wyłożone kolorowymi poduszkami. Rozpoznaję przytulny pokoik z programów telewizyjnych, teraz kilkukrotnie mniejszy niż na ekranie. W telewizji wszystko wydaje się większe - mówię, niepomna obecności niskiego starszego pana. Dziwnie skulony na wersalce, wygląda jak kukła Prezesa z satyr Klaudii Jachiry. Wymownie się krzywi, wyraźnie urażony. 
Wychodzę z gabinetu na korytarz (cały czas jestem w strefie VIP). Tamże Bożena Walter zaprasza mnie przed kamerę. Jeśli uzna, że nadaję się na prezenterkę, dostanę pracę w jej stacji. Super? Super, ale... Kamera mnie nie kocha - wzbraniam się - Nigdy mnie nie kochała...
Walterowa naciska. Sadza mnie przy biurku (w tym samym korytarzu), sama siada naprzeciw mnie. Nad jej głową znajduje się kamera z czasomierzem. Mam mówić cokolwiek, co mi się żywnie podoba. Więc mówię. Staram się brzmieć składnie i ładnie, co - wierzcie nie wierzcie - proste i przyjemne nie jest. Kariery to ja w tym tefałenie nie zrobię. Mówię, żem singielka po trzydziestce, więc może znajdzie się dla mnie jakieś babskie pitu pitu w TVN Style. Pani Bożena z aprobatą wtrąca coś o programie dla pań 45 plus. Aha... Jestem skonsternowana, ale nawijam dalej.
Po mojej prawej siedzi teraz... Roman Giertych. Przyszedł do telewizji z tematem zbiórki na rewitalizację grobu jakiegoś prawicowego bohatera. Zastanawia się, czy z tą inicjatywą nie ośmiesza się i nie naraża na hejt w internecie. Czy nie zniża się do poziomu deja, żebrzącego o świeżaki dla horej curki
Ni mnie to ziębi ni grzeje. Zbieraj se pan na co chcesz, od tego są internetowe zbiórki, czyż nie? Może i mógłby sfinansować tę rewitalizację z własnych, pieniędzy, ale co komu do tego?
Jesteś wolnorynkowcem? - pytam.
Jestem - potwierdza.
A zatem nie ma tematu. Wolni ludzie mogą zbierać na co chcą, finansować co im się żywnie podoba, w dowolnej kwocie w granicach prawa. Nikomu nic do tego.
Mówię coraz szybciej, coraz potoczyściej. Nie bez jęków namysłu, ale kto ich nie wydaje? Może coś z tego będzie?
Teraz muszę iść do ubikacji, bo mnie pęcherz ciśnie. W drodze do WC dopada mnie myśl: czy to moje słodkopierdzące żyćko, w którym jestem brana pod uwagę jako prezenterka mainstreamowej stacji telewizyjnej nie jest aby snem? Z tą zagwozdką zachodzę drogę tlenionej blondynce. Niekoniecznie urodziwej, acz zadbanej dziewczynie, w mniej więcej moim wieku. Zadaję jej pytanie w stylu: czy jestem teraz w twoim śnie? Patrzy na mnie z dezaprobatą po czym odchodzi, ewidentnie zniesmaczona.
Czy to sen czy nie sen? Na 99,9% wiem, że to sen. Wchodzę do ubikacji. Obie dłonie kładę na kafelkach. Spoglądam na nie. Nie zmienią kształtu nawet gdy mrugnę. To nie sen - mówię do siebie, podekscytowana perspektywą awansu społecznego - Jestem TU i TERAZ - zaklinam alternatywną rzeczywistość, wiedząc, że jestem we śnie, na sto pro, pomimo oblanego testu dłoni. 
Sikając (sorry za dosłowność) dzwonię do Matki, pochwalić się TVN-owskim epizodem. Nie odbiera. Spróbuję później. Wysikawszy się, wybieram ręcznie swój własny numer. Zmieniające się ciągi cyfr, brak 0, zwiastują rychłe wybudzenie.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#5
26.01.2022

Pomieszanie z poplątaniem, bez większych walorów fabularnych.

Obejrzawszy wieczorem pierwszy odcinek Dereka wyśniłam całkiem logiczny ciąg dalszy serialu, z czego po wybudzeniu pamiętałam tylko, że ktoś umarł. A kto, na co i dlaczego, pozostanie tajemnicą skitraną głęboko na dnie mojej podświadomości. 
Potem jakaś historia, krótka i zamglona, z Michaelem Douglasem w roli zaburzonego typa, który wpierw osacza a potem morduje kobiety. I niby-ja w roli osaczonej, świadoma chorych zagrywek mojego niedoszłego zabójcy, wylękniona, jednak gotowa bronić się i wołać o pomoc. 
Jestem w hali sportowej, pośród tłumu ćwiczącej młodzieży, głównie dziewczyn. Trener siatkówki opowiada coś o skuteczności stretchingu, a jego podopieczna, bardzo wysoka dziewczyna, ubrana w bordowy kostium do jogi, z dwoma śliskimi przedmiotami pod stopami, przemierza salę, rozjeżdżając się to na jedną to na drugą nogę (nigdy do pełnego szpagatu). Sunie tak, robiąc imponujące wykroki z jednego końca hali na drugi, podczas gdy pan trener tłumaczy, jak ważne jest regularne rozciąganie (zapobieganie kontuzjom itepe). 
Znajduję negatywy zdjęć z wczesnych lat 90. - najmilszych lat mojego życia. Wspaniałe uczucie. Do gustu przypada mi jeden obrazek (patrząc na kliszę, nie widzę negatywu, lecz obraz właściwy). Ja, Mama, Brat, prawdopodobnie synowie sąsiadów i osoba przebrana za mojego ówczesnego idola - Michaela Jacksona z czasów Dangerous Tour. Czarny kapelusz, spod którego wystają pasma czarnych włosów, okulary przeciwsłoneczne, alabastrowa cera, koszula w czerwono-czarną kratę. Jacko jak malowany. Wszyscy prócz MJ uśmiechamy się do obiektywu. Intryguje mnie ten przebieraniec. Kto to jest? Obstawiam naszego śp. sąsiada. Mówię Matce o moim odkryciu - wysokim na metr stosie kopert z negatywami. Chcę je czym prędzej wywołać. Mama nie podziela mojego entuzjazmu. Wywal je - mówi. Ależ mamo... Wywal je - powtarza jeszcze raz albo dwa. OK. Co jak co, na pewno ich nie wywalę...
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#6
28.01.2022

Mój blok, moja klatka schodowa, wszystko jak na jawie, 1:1 oprócz skrzynki na listy, teraz zamontowanej bliżej wejścia (nie zważam na to). Zaglądam do swojej skrzynki i widzę dwie grube koperty. Jedna, podobnych gabarytów znajduje się w skrzynce sąsiadów. 
Wyjmuję swoją korespondencję - palcami, bez większego wysiłku. Firmowe koperty z zakładu fotograficznego przywołują wspomnienie snu z 26.11.2022 (stos kopert z negatywami). A zatem... jestem we śnie? - zastanawiam się, idąc do domu. Nie jestem pewna, na którym piętrze się zatrzymać. W sumie, gdzie się nie zatrzymam będzie OK, wszak to tylko sen, czyż nie? 
Zatrzymuję się na swoim-nie-swoim piętrze, pod właściwym numerem, który - umieszczony na drzwiach - zmienia się z każdym mrugnięciem. Irytuje mnie to o tyle, że nie mam ochoty się budzić, czując, że tam, za drzwiami mojego-nie-mojego mieszkania czeka mnie wspaniała przygoda (klatka schodowa, niczym na jawie, jest dojmująco brzydka). 
Wtem na piętrze pojawia się mężczyzna, niski, niepozorny facet, nieco młodszy ode mnie. Z twarzy podobny zarówno do mojego ojca groteskowo odmłodzonego w appce "upiększającej" (tato w tym wieku tak nie wyglądał), do Toma z Sukcesji jak i do mojego dalszego znajomego. Na lewym policzku ma czarny pieprzyk. Zagaduje.
Oesu, jak mi się nie chce z nim gadać! Chcę do domu! Tam za drzwiami czeka na mnie coś fajnego a ten tu mnie od tego odciąga! Myślicie, że asertywnie przerwę to nieoczekiwane spotkanie? Otóż w tym śnie jestem bardziej sobą niż na jawie. Niestety.
Wręcza mi list. Napisany odręcznie WIELKIMI LITERAMI (nie bez znaczenia jest tu fakt, że jestem w połowie serialu, w którym motyw listów ma istotne znaczenie). 
Bez entuzjazmu biorę ten list. Treść jest nieczytelna i/lub alogiczna. Lada chwila się wybudzę. Cholera. A mogłam olać typa i iść do domu. Rychłą pobudkę zwalam na mój wybór - nieasertywnie dałam się zagadać miast działać wg intuicji.

Nie powiem, żebym była zawiedziona po wybudzeniu. Przeciwnie, jestem całkiem rozbawiona.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#7
04.02.2022

I.

Krajobraz miejski, ścisłe centrum Polski. Wsiadam do pojazdu prowadzonego przez koleżankę koleżanki, niegdyś (na jawie) rozpoznawalną blogerkę, teraz również moją koleżankę. 
Siedzę z tyłu, w prowizorycznej przyczepie. Pojazd wlecze się po beznadziejnie nierównej nawierzchni w bliżej nieokreślonym mieście. Za pojazdem biegnie chłopiec. Filigranowy blondynek. Koleżanka zwalnia. Dzieciak wsiada, zajmuje miejsce po mojej lewej. Jedziemy. Mały sadzi teksty w stylu Kevina McCallistera. Przytacza sytuacje z filmu, w pierwszej osobie, z manierą małego protaginisty. I nie, poza kolorem włosów w niczym nie przypomina młodego Maculaya Culkina. Jedziemy na policję. Tamże zajmą się małym, nas dorosłych nawet nie przesłuchają, nie spiszą protokołu. Jesteśmy wolne. Przyjmujący zgłoszenie policjant jest śniadym, urodziwym brunetem z modnie wytrymowanym zarostem. Ma niesamowite oczy o dużych, niebieskich źrenicach w kształcie +.

II.

Kurort w szczycie sezonu. Wszystko co najgorsze - spiekota i dzikie tłumy. W ramach atrakcji turystycznej tekturowy stand - kilka dziwnych postaci o żółtych twarzach (tuż po wybudzeniu olśni mnie, że to OSGEMEOS). Jedna z postaci ma wycięty otwór na oczy (otóż nie na całą twarz, jak to w przypadku tych tekturowych atrakcji bywa, a na same oczy!). Staję za tym standem, wyglądam przez wspomniany otwór. Lewą rekę z telefonem wysuwam przed obrazek i próbuję zrobić selfie. Nic z tego. Nie udaje mi się uchwycić własnych oczu. Z pomocą przychodzi moja dobra znajoma, będąca kimś w rodzaju kierowniczki tego zakątka. Jest nerwowa i nieprzyjemna.
Pora śniadania. Czas coś wszamać. Przekraczam próg baru, pierwszego lepszego. Brzydki ale całkiem urokliwy przybytek. Na każdym stoliku jajecznica. Ze szczypiorkiem i innymi dodatkami. To bar samoobsługowy, jajecznicę nakłada się samemu bezpośrednio z ogromnej patelni i choć zostało jej całkiem sporo... nie uśmiecha mi się trwonić hajsu na coś co mam w hotelu, wliczone w cenę. Wracam zatem do hotelu. Tamże... PRL w najlepszym a zarazem najgorszym wydaniu. Zadymiona sala, ciężki stół skromnie zastawiony zakąskami do wódki. Na menu śniadaniowe mi to nie wygląda. Jakieś pikle, ogóreczki konserwowe, trochę wędlin, kilka jajek na twardo, pokrojonych na ćwiartki. Wszystko podane na półmiskach z grubego szkła. Tak to ja się nie bawię...
Wracam do baru. Kiedy wrócę, nie zostanie dla mnie ani grama jajecznicy. Trudno, wezmę coś innego. Ustawię się karnie w kolejce i wybiorę coś z resztek menu śniadaniowego. Tylko co? Gówniarzeria pcha się przede mnie i tłoczy, niepomna pandemii i obostrzeń sanitarnych. Biorą się za "kotleciki" w panierce, robiąc przy tym niezły syf. Blat uwalony kawałkami tychże kotlecików i brudnymi sztućcami. To ja podziękuję. Intryguje mnie zielony deser z bezbarwną górką bitej śmietany na wierzchu, w klasycznym szklanym pucharku na cienkiej nóżce. Bezbarwna bita śmietana to w istocie galaretka. Ugryzam wierzchołek w drodze do kasy. Smakuje... nijak. Zielona baza, którą wzięłam za galaretkę jest rzadka i wodnista. Jak sok.
Przepraszam, można płacić kartą? - upewniam się. W takim miejscu to w sumie nigdy nic nie wiadomo.
Można - odpowiada milutkim tonem młoda barmanka, blondynka o pełnych, umalowanych na czerwono ustach.
To dobrze. Zamówię jeszcze cappuccino. Nie mają cappuccino. Dziewczyna podaje mi menu na pojedynczej laminowanej kartce.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#8
06.02.2022

Jestem w swoim pokoju z małym zestawem do baniek mydlanych. Płyn w tubce jest gęsty i lepki, wręcz galaretowaty. Powstałe z niego bańki są grube i trwałe. Lubię przebijać je palcem, na wylot. Wydają wtedy przyjemny dźwięk, przypominający dźwięk strzelającego popcornu. Fajnie to wygląda - te spłaszczone bańki z otworkiem pośrodku. Jak przezroczyste fruwające donuty.
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#9
07.02.2022

I znowu nie było mi dane napić się wybornej kapucziny z pysznie spienionym mlekiem (patrz: notka z 04.02.2022). Świadomość rychłej pobudki dostała się do mojego urokliwego uniwersum akurat wtedy, gdy stałam przy barze w oczekiwaniu na swoją kawusię. 

Fajny sen - pomyślałam, najmilej wspominając śmiesznego terrorystę, który mierząc do mnie z giwery kazał mi ułożyć się na podłodze w pozycji supta-virasana (nie użył tej nazwy, po prostu w nerwach poinstruował mnie jak mam się ułożyć). Nie bałam się go. Ani trochę! Przeciwnie. Wiedziałam, że postraszy, postraszy i pójdzie. A wszystko to działo się w domu spokojnej starości gdzieś we Włoszech. Dom ów miał znacznie wyższy standard od tego z serialu Derek, który oglądam od paru wieczorów (niebezpośrednio) przed snem.
Terrorysta postraszył, postraszył i wyszedł, a ja... boso, z podeszwami stóp ubabranymi czarną mazią, weszłam w rozsypany na podłodze biały proszek przypominający mąkę. W tej "panierce" na stopach udałam się do baru, jednego z dwóch w tym miejscu, tego serwującego kawę i ciasta. Przede mną stała dziewczyna z kubkiem pysznie spienionego cappuccino. Ja też chcę - pomyślałam. Co pani poleca? Baba za barem proponuje ciasto, kakaowe z kawałkiem pomarańczowej galaretki w środku. To najbardziej pomarańczowa galaretka na świecie - zapewnia pani za barem. Najbardziej pomarańczowa w sensie smaku, koloru czy ilości pomarańczy w pomarańczy? Tego nie sprecyzuje a mi się chce wybornej włoskiej kawuchy z pienistym mlekiem. Oj, czuję że się nie doczekam... 

I doznam fałszywego wybudzenia, w którym miast na karteluszku notuję wyżej opisany sen długopisem na własnej skórze!
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post
#10
Duży plus za wspomnianą pozycję.
jaja LaBerge
Znajdź wszystkie posty użytkownika
Odpowiedz cytując ten post


Skocz do:

UA-88656808-1