04-02-2022, 21:31
04.02.2022
I.
Krajobraz miejski, ścisłe centrum Polski. Wsiadam do pojazdu prowadzonego przez koleżankę koleżanki, niegdyś (na jawie) rozpoznawalną blogerkę, teraz również moją koleżankę.
Siedzę z tyłu, w prowizorycznej przyczepie. Pojazd wlecze się po beznadziejnie nierównej nawierzchni w bliżej nieokreślonym mieście. Za pojazdem biegnie chłopiec. Filigranowy blondynek. Koleżanka zwalnia. Dzieciak wsiada, zajmuje miejsce po mojej lewej. Jedziemy. Mały sadzi teksty w stylu Kevina McCallistera. Przytacza sytuacje z filmu, w pierwszej osobie, z manierą małego protaginisty. I nie, poza kolorem włosów w niczym nie przypomina młodego Maculaya Culkina. Jedziemy na policję. Tamże zajmą się małym, nas dorosłych nawet nie przesłuchają, nie spiszą protokołu. Jesteśmy wolne. Przyjmujący zgłoszenie policjant jest śniadym, urodziwym brunetem z modnie wytrymowanym zarostem. Ma niesamowite oczy o dużych, niebieskich źrenicach w kształcie +.
II.
Kurort w szczycie sezonu. Wszystko co najgorsze - spiekota i dzikie tłumy. W ramach atrakcji turystycznej tekturowy stand - kilka dziwnych postaci o żółtych twarzach (tuż po wybudzeniu olśni mnie, że to OSGEMEOS). Jedna z postaci ma wycięty otwór na oczy (otóż nie na całą twarz, jak to w przypadku tych tekturowych atrakcji bywa, a na same oczy!). Staję za tym standem, wyglądam przez wspomniany otwór. Lewą rekę z telefonem wysuwam przed obrazek i próbuję zrobić selfie. Nic z tego. Nie udaje mi się uchwycić własnych oczu. Z pomocą przychodzi moja dobra znajoma, będąca kimś w rodzaju kierowniczki tego zakątka. Jest nerwowa i nieprzyjemna.
Pora śniadania. Czas coś wszamać. Przekraczam próg baru, pierwszego lepszego. Brzydki ale całkiem urokliwy przybytek. Na każdym stoliku jajecznica. Ze szczypiorkiem i innymi dodatkami. To bar samoobsługowy, jajecznicę nakłada się samemu bezpośrednio z ogromnej patelni i choć zostało jej całkiem sporo... nie uśmiecha mi się trwonić hajsu na coś co mam w hotelu, wliczone w cenę. Wracam zatem do hotelu. Tamże... PRL w najlepszym a zarazem najgorszym wydaniu. Zadymiona sala, ciężki stół skromnie zastawiony zakąskami do wódki. Na menu śniadaniowe mi to nie wygląda. Jakieś pikle, ogóreczki konserwowe, trochę wędlin, kilka jajek na twardo, pokrojonych na ćwiartki. Wszystko podane na półmiskach z grubego szkła. Tak to ja się nie bawię...
Wracam do baru. Kiedy wrócę, nie zostanie dla mnie ani grama jajecznicy. Trudno, wezmę coś innego. Ustawię się karnie w kolejce i wybiorę coś z resztek menu śniadaniowego. Tylko co? Gówniarzeria pcha się przede mnie i tłoczy, niepomna pandemii i obostrzeń sanitarnych. Biorą się za "kotleciki" w panierce, robiąc przy tym niezły syf. Blat uwalony kawałkami tychże kotlecików i brudnymi sztućcami. To ja podziękuję. Intryguje mnie zielony deser z bezbarwną górką bitej śmietany na wierzchu, w klasycznym szklanym pucharku na cienkiej nóżce. Bezbarwna bita śmietana to w istocie galaretka. Ugryzam wierzchołek w drodze do kasy. Smakuje... nijak. Zielona baza, którą wzięłam za galaretkę jest rzadka i wodnista. Jak sok.
Przepraszam, można płacić kartą? - upewniam się. W takim miejscu to w sumie nigdy nic nie wiadomo.
Można - odpowiada milutkim tonem młoda barmanka, blondynka o pełnych, umalowanych na czerwono ustach.
To dobrze. Zamówię jeszcze cappuccino. Nie mają cappuccino. Dziewczyna podaje mi menu na pojedynczej laminowanej kartce.
I.
Krajobraz miejski, ścisłe centrum Polski. Wsiadam do pojazdu prowadzonego przez koleżankę koleżanki, niegdyś (na jawie) rozpoznawalną blogerkę, teraz również moją koleżankę.
Siedzę z tyłu, w prowizorycznej przyczepie. Pojazd wlecze się po beznadziejnie nierównej nawierzchni w bliżej nieokreślonym mieście. Za pojazdem biegnie chłopiec. Filigranowy blondynek. Koleżanka zwalnia. Dzieciak wsiada, zajmuje miejsce po mojej lewej. Jedziemy. Mały sadzi teksty w stylu Kevina McCallistera. Przytacza sytuacje z filmu, w pierwszej osobie, z manierą małego protaginisty. I nie, poza kolorem włosów w niczym nie przypomina młodego Maculaya Culkina. Jedziemy na policję. Tamże zajmą się małym, nas dorosłych nawet nie przesłuchają, nie spiszą protokołu. Jesteśmy wolne. Przyjmujący zgłoszenie policjant jest śniadym, urodziwym brunetem z modnie wytrymowanym zarostem. Ma niesamowite oczy o dużych, niebieskich źrenicach w kształcie +.
II.
Kurort w szczycie sezonu. Wszystko co najgorsze - spiekota i dzikie tłumy. W ramach atrakcji turystycznej tekturowy stand - kilka dziwnych postaci o żółtych twarzach (tuż po wybudzeniu olśni mnie, że to OSGEMEOS). Jedna z postaci ma wycięty otwór na oczy (otóż nie na całą twarz, jak to w przypadku tych tekturowych atrakcji bywa, a na same oczy!). Staję za tym standem, wyglądam przez wspomniany otwór. Lewą rekę z telefonem wysuwam przed obrazek i próbuję zrobić selfie. Nic z tego. Nie udaje mi się uchwycić własnych oczu. Z pomocą przychodzi moja dobra znajoma, będąca kimś w rodzaju kierowniczki tego zakątka. Jest nerwowa i nieprzyjemna.
Pora śniadania. Czas coś wszamać. Przekraczam próg baru, pierwszego lepszego. Brzydki ale całkiem urokliwy przybytek. Na każdym stoliku jajecznica. Ze szczypiorkiem i innymi dodatkami. To bar samoobsługowy, jajecznicę nakłada się samemu bezpośrednio z ogromnej patelni i choć zostało jej całkiem sporo... nie uśmiecha mi się trwonić hajsu na coś co mam w hotelu, wliczone w cenę. Wracam zatem do hotelu. Tamże... PRL w najlepszym a zarazem najgorszym wydaniu. Zadymiona sala, ciężki stół skromnie zastawiony zakąskami do wódki. Na menu śniadaniowe mi to nie wygląda. Jakieś pikle, ogóreczki konserwowe, trochę wędlin, kilka jajek na twardo, pokrojonych na ćwiartki. Wszystko podane na półmiskach z grubego szkła. Tak to ja się nie bawię...
Wracam do baru. Kiedy wrócę, nie zostanie dla mnie ani grama jajecznicy. Trudno, wezmę coś innego. Ustawię się karnie w kolejce i wybiorę coś z resztek menu śniadaniowego. Tylko co? Gówniarzeria pcha się przede mnie i tłoczy, niepomna pandemii i obostrzeń sanitarnych. Biorą się za "kotleciki" w panierce, robiąc przy tym niezły syf. Blat uwalony kawałkami tychże kotlecików i brudnymi sztućcami. To ja podziękuję. Intryguje mnie zielony deser z bezbarwną górką bitej śmietany na wierzchu, w klasycznym szklanym pucharku na cienkiej nóżce. Bezbarwna bita śmietana to w istocie galaretka. Ugryzam wierzchołek w drodze do kasy. Smakuje... nijak. Zielona baza, którą wzięłam za galaretkę jest rzadka i wodnista. Jak sok.
Przepraszam, można płacić kartą? - upewniam się. W takim miejscu to w sumie nigdy nic nie wiadomo.
Można - odpowiada milutkim tonem młoda barmanka, blondynka o pełnych, umalowanych na czerwono ustach.
To dobrze. Zamówię jeszcze cappuccino. Nie mają cappuccino. Dziewczyna podaje mi menu na pojedynczej laminowanej kartce.





