23-01-2022, 23:21
23.01.2022
Jestem w Warszawie, w siedzibie TVN. Błądząc po wąskim korytarzu na jednym z wyższych pięter (z okien widać panoramę miasta), odbieram telefon z zaproszeniem do gabinetu prezesostwa.
Wsiadam do jednej z dwóch wind o czerwonych drzwiach, tej prowadzącej bezpośrednio do strefy - nazwijmy ją - VIP, na 2. piętrze. Wciskam jeden z dwóch guzików. Czy w tym tefałanie, inaczej niż w każdym innym korpo, im wyższa hierarchia tym niższe piętro? - zastanawiam się, stojąc lewym bokiem do drzwi a przodem do panelu z przyciskami. Na to wygląda. Z mojej prawej strony i ku mojemu zdumieniu, otwierają się drugie drzwi, których istnienia nie byłam świadoma, wchodząc do kabiny. Prowadzą bezpośrednio do wspomnianej strefy.
WOW. Korytarz jest mały i niepozorny. W uchylonych drzwiach gabinetu stoi jeden ochroniarz - dryblas w garniturze, ze słuchawką przy uchu.
Podchodzi do mnie chłopiec, nie ma dwunastu lat. Grzecznie informuje, że tu, czyli na terenie TVN-u, bez mojej zgody i wiedzy, zrobił mi kilka zdjęć. Na każdym mam głupi wyraz twarzy. Zapowiada, że opublikuje je w Sieci i - wierzcie nie wierzcie - nie ma w tej groźbie żadnej wrogości, przeciwnie. Mówi tak, jakby publikacja mojego wizerunku, miała mi pomóc czy coś... Pokazuje jedno z tych zdjęć na ekranie swojego smartfonu. Istotnie, mam na nim dziwnie rozdziawioną jadaczkę, jednocześnie jestem tu - jak na moje standardy - absurdalnie ładna. Bez okularów (bez których nie funkcjonuję), z długimi włosami, jaśniejszymi o kilka tonów, upiętymi w niedbały koczek, wyglądam zupełnie jak nie ja! Uśmiecham się do tego wizerunku atrakcyjnej blondynki ze śmieszną miną. Weź zrób z tego mem - mówię do Dzieciaka.
Wchodzę do gabinetu. Białe ściany, duże okna. Żadnych mebli biurowych, same wypoczynkowe, wyłożone kolorowymi poduszkami. Rozpoznaję przytulny pokoik z programów telewizyjnych, teraz kilkukrotnie mniejszy niż na ekranie. W telewizji wszystko wydaje się większe - mówię, niepomna obecności niskiego starszego pana. Dziwnie skulony na wersalce, wygląda jak kukła Prezesa z satyr Klaudii Jachiry. Wymownie się krzywi, wyraźnie urażony.
Wychodzę z gabinetu na korytarz (cały czas jestem w strefie VIP). Tamże Bożena Walter zaprasza mnie przed kamerę. Jeśli uzna, że nadaję się na prezenterkę, dostanę pracę w jej stacji. Super? Super, ale... Kamera mnie nie kocha - wzbraniam się - Nigdy mnie nie kochała...
Walterowa naciska. Sadza mnie przy biurku (w tym samym korytarzu), sama siada naprzeciw mnie. Nad jej głową znajduje się kamera z czasomierzem. Mam mówić cokolwiek, co mi się żywnie podoba. Więc mówię. Staram się brzmieć składnie i ładnie, co - wierzcie nie wierzcie - proste i przyjemne nie jest. Kariery to ja w tym tefałenie nie zrobię. Mówię, żem singielka po trzydziestce, więc może znajdzie się dla mnie jakieś babskie pitu pitu w TVN Style. Pani Bożena z aprobatą wtrąca coś o programie dla pań 45 plus. Aha... Jestem skonsternowana, ale nawijam dalej.
Po mojej prawej siedzi teraz... Roman Giertych. Przyszedł do telewizji z tematem zbiórki na rewitalizację grobu jakiegoś prawicowego bohatera. Zastanawia się, czy z tą inicjatywą nie ośmiesza się i nie naraża na hejt w internecie. Czy nie zniża się do poziomu deja, żebrzącego o świeżaki dla horej curki?
Ni mnie to ziębi ni grzeje. Zbieraj se pan na co chcesz, od tego są internetowe zbiórki, czyż nie? Może i mógłby sfinansować tę rewitalizację z własnych, pieniędzy, ale co komu do tego?
Jesteś wolnorynkowcem? - pytam.
Jestem - potwierdza.
A zatem nie ma tematu. Wolni ludzie mogą zbierać na co chcą, finansować co im się żywnie podoba, w dowolnej kwocie w granicach prawa. Nikomu nic do tego.
Mówię coraz szybciej, coraz potoczyściej. Nie bez jęków namysłu, ale kto ich nie wydaje? Może coś z tego będzie?
Teraz muszę iść do ubikacji, bo mnie pęcherz ciśnie. W drodze do WC dopada mnie myśl: czy to moje słodkopierdzące żyćko, w którym jestem brana pod uwagę jako prezenterka mainstreamowej stacji telewizyjnej nie jest aby snem? Z tą zagwozdką zachodzę drogę tlenionej blondynce. Niekoniecznie urodziwej, acz zadbanej dziewczynie, w mniej więcej moim wieku. Zadaję jej pytanie w stylu: czy jestem teraz w twoim śnie? Patrzy na mnie z dezaprobatą po czym odchodzi, ewidentnie zniesmaczona.
Czy to sen czy nie sen? Na 99,9% wiem, że to sen. Wchodzę do ubikacji. Obie dłonie kładę na kafelkach. Spoglądam na nie. Nie zmienią kształtu nawet gdy mrugnę. To nie sen - mówię do siebie, podekscytowana perspektywą awansu społecznego - Jestem TU i TERAZ - zaklinam alternatywną rzeczywistość, wiedząc, że jestem we śnie, na sto pro, pomimo oblanego testu dłoni.
Sikając (sorry za dosłowność) dzwonię do Matki, pochwalić się TVN-owskim epizodem. Nie odbiera. Spróbuję później. Wysikawszy się, wybieram ręcznie swój własny numer. Zmieniające się ciągi cyfr, brak 0, zwiastują rychłe wybudzenie.
Jestem w Warszawie, w siedzibie TVN. Błądząc po wąskim korytarzu na jednym z wyższych pięter (z okien widać panoramę miasta), odbieram telefon z zaproszeniem do gabinetu prezesostwa.
Wsiadam do jednej z dwóch wind o czerwonych drzwiach, tej prowadzącej bezpośrednio do strefy - nazwijmy ją - VIP, na 2. piętrze. Wciskam jeden z dwóch guzików. Czy w tym tefałanie, inaczej niż w każdym innym korpo, im wyższa hierarchia tym niższe piętro? - zastanawiam się, stojąc lewym bokiem do drzwi a przodem do panelu z przyciskami. Na to wygląda. Z mojej prawej strony i ku mojemu zdumieniu, otwierają się drugie drzwi, których istnienia nie byłam świadoma, wchodząc do kabiny. Prowadzą bezpośrednio do wspomnianej strefy.
WOW. Korytarz jest mały i niepozorny. W uchylonych drzwiach gabinetu stoi jeden ochroniarz - dryblas w garniturze, ze słuchawką przy uchu.
Podchodzi do mnie chłopiec, nie ma dwunastu lat. Grzecznie informuje, że tu, czyli na terenie TVN-u, bez mojej zgody i wiedzy, zrobił mi kilka zdjęć. Na każdym mam głupi wyraz twarzy. Zapowiada, że opublikuje je w Sieci i - wierzcie nie wierzcie - nie ma w tej groźbie żadnej wrogości, przeciwnie. Mówi tak, jakby publikacja mojego wizerunku, miała mi pomóc czy coś... Pokazuje jedno z tych zdjęć na ekranie swojego smartfonu. Istotnie, mam na nim dziwnie rozdziawioną jadaczkę, jednocześnie jestem tu - jak na moje standardy - absurdalnie ładna. Bez okularów (bez których nie funkcjonuję), z długimi włosami, jaśniejszymi o kilka tonów, upiętymi w niedbały koczek, wyglądam zupełnie jak nie ja! Uśmiecham się do tego wizerunku atrakcyjnej blondynki ze śmieszną miną. Weź zrób z tego mem - mówię do Dzieciaka.
Wchodzę do gabinetu. Białe ściany, duże okna. Żadnych mebli biurowych, same wypoczynkowe, wyłożone kolorowymi poduszkami. Rozpoznaję przytulny pokoik z programów telewizyjnych, teraz kilkukrotnie mniejszy niż na ekranie. W telewizji wszystko wydaje się większe - mówię, niepomna obecności niskiego starszego pana. Dziwnie skulony na wersalce, wygląda jak kukła Prezesa z satyr Klaudii Jachiry. Wymownie się krzywi, wyraźnie urażony.
Wychodzę z gabinetu na korytarz (cały czas jestem w strefie VIP). Tamże Bożena Walter zaprasza mnie przed kamerę. Jeśli uzna, że nadaję się na prezenterkę, dostanę pracę w jej stacji. Super? Super, ale... Kamera mnie nie kocha - wzbraniam się - Nigdy mnie nie kochała...
Walterowa naciska. Sadza mnie przy biurku (w tym samym korytarzu), sama siada naprzeciw mnie. Nad jej głową znajduje się kamera z czasomierzem. Mam mówić cokolwiek, co mi się żywnie podoba. Więc mówię. Staram się brzmieć składnie i ładnie, co - wierzcie nie wierzcie - proste i przyjemne nie jest. Kariery to ja w tym tefałenie nie zrobię. Mówię, żem singielka po trzydziestce, więc może znajdzie się dla mnie jakieś babskie pitu pitu w TVN Style. Pani Bożena z aprobatą wtrąca coś o programie dla pań 45 plus. Aha... Jestem skonsternowana, ale nawijam dalej.
Po mojej prawej siedzi teraz... Roman Giertych. Przyszedł do telewizji z tematem zbiórki na rewitalizację grobu jakiegoś prawicowego bohatera. Zastanawia się, czy z tą inicjatywą nie ośmiesza się i nie naraża na hejt w internecie. Czy nie zniża się do poziomu deja, żebrzącego o świeżaki dla horej curki?
Ni mnie to ziębi ni grzeje. Zbieraj se pan na co chcesz, od tego są internetowe zbiórki, czyż nie? Może i mógłby sfinansować tę rewitalizację z własnych, pieniędzy, ale co komu do tego?
Jesteś wolnorynkowcem? - pytam.
Jestem - potwierdza.
A zatem nie ma tematu. Wolni ludzie mogą zbierać na co chcą, finansować co im się żywnie podoba, w dowolnej kwocie w granicach prawa. Nikomu nic do tego.
Mówię coraz szybciej, coraz potoczyściej. Nie bez jęków namysłu, ale kto ich nie wydaje? Może coś z tego będzie?
Teraz muszę iść do ubikacji, bo mnie pęcherz ciśnie. W drodze do WC dopada mnie myśl: czy to moje słodkopierdzące żyćko, w którym jestem brana pod uwagę jako prezenterka mainstreamowej stacji telewizyjnej nie jest aby snem? Z tą zagwozdką zachodzę drogę tlenionej blondynce. Niekoniecznie urodziwej, acz zadbanej dziewczynie, w mniej więcej moim wieku. Zadaję jej pytanie w stylu: czy jestem teraz w twoim śnie? Patrzy na mnie z dezaprobatą po czym odchodzi, ewidentnie zniesmaczona.
Czy to sen czy nie sen? Na 99,9% wiem, że to sen. Wchodzę do ubikacji. Obie dłonie kładę na kafelkach. Spoglądam na nie. Nie zmienią kształtu nawet gdy mrugnę. To nie sen - mówię do siebie, podekscytowana perspektywą awansu społecznego - Jestem TU i TERAZ - zaklinam alternatywną rzeczywistość, wiedząc, że jestem we śnie, na sto pro, pomimo oblanego testu dłoni.
Sikając (sorry za dosłowność) dzwonię do Matki, pochwalić się TVN-owskim epizodem. Nie odbiera. Spróbuję później. Wysikawszy się, wybieram ręcznie swój własny numer. Zmieniające się ciągi cyfr, brak 0, zwiastują rychłe wybudzenie.





