20-02-2021, 15:36
Mama zagląda do pokoju. Mówi "ty śpij, a nie machasz rękami". Patrzę i rzeczywiście widzę, że mam ręce wyciągnięte w powietrze. Gdy wyszła, próbuję zapalić światło. Nie działa, więc to sen. Chociaż dziwię się że to wszystko tak realistyczne, ja przecież dopiero co się kładłem (albo obudziłem?). Wstaję. Myślę sobie, że będę musiał się bronić przed jakimiś sennymi potworami. Biorę z podłogi przy łóżku pistolet. Na przedpokoju naciągam cyngiel i strzelam w szafę. Słabo, bo to zabawkowy pistolet na plastikowe kulki, ale zapewne na senne straszydła wystarczy. To było słoneczne lato. W kuchni nalewam dwie duże szklanki wody mineralnej. Piję, tak aby się nie zakrztusić, bo pamiętam, że przecież leżę na plecach. Jakoś nie mogę przełknąć. Wypluwam razem ze śliną. We śnie chyba nie można niczego pić. Ze śliną tego nie będę potem pił, to wylewam to do jakiegoś kwiatka. Słyszę, że mama się myje w łazience albo coś pierze. Wychodzę przez balkon furtką. Płotek balkonu był cały w śniegu. Dziwne, przecież to nie zima. Idę trawnikiem w prawą stronę. Przed wewnętrznym żywopłotem ustawione ogrodzenie, którego nie było. Wiedziałem, że jak będę przeskakiwał, to się w tym zaplączę i to mnie spowolni. Kładę się na brzuchu na trawie, aby się ukryć. Mama i tak mnie widzi z balkonu. Słyszę rżenie konia. Widzę, że na pobliskim placu zabaw z drabinkami, stoi przeogromny biały koń na tylnych kopytach. Przednie ma w powietrzu i nimi porusza. Chciałem tam pójść i się lepiej przypatrzeć z bliska, ale sen się nagle bez powodu wyłączył.





