01-08-2019, 19:28
Zainspirowany wpisem nowej koleżanki @senioritta83 postanowiłem pojeździć windą.
Pierwszy kurs w górę.
Przyjemnie odczuwam zwiększoną siłę grawitacji podczas jazdy ku wyższym kondygnacją. Światła mijanych pięter mrugają jak podczas jazdy na filmową salę operacyjną (tutaj powiem, że na prawdziwą wygląda podobnie). Ziuum, ziuum, ziuum.
Dotarłem do skraju szybu, winda wyleciała w przestrzeń. Szybuje w kosmicznej pustce, sam bez windy. Dostrzegam błysk, zbliżam się ku niemu. Okazuję się, że mam przyjemność obserwować akt kreacji, z kosmicznego pyłu tworzą się planety, gwiazdy i inne ciała niebieskie. Z fascynacją obserwuje przepiękne widoki, zdumiewający proces. Wśród migoczącego gwiezdnego pyłu, fuzji atomowych i niszczycielskiej siły grawitacji dostrzegam węża. To uroboros, król wszechrzeczy, kręci się w koło gryząc swój ogon. Stworzyciel i niszczyciel.
Wszechmogący wąż zaczyna kształtować postacie podobne do ludzkich, rozpoznaję w nich greckie, mitologiczne bóstwa.
Jedyna myśl jaka urodziła się w mojej głowie podczas obserwacji tych przepięknych scen to fakt, że właśnie oglądam narodziny wszechświata i wszystkich kultur. Jestem jedyny, jeden, który to widział.
Po przebudzeniu, po poprzednich szokujących doświadczeniach postanawiam sprawdzić drugą stronę medalu.
Kurs w dół
Nie odczuwam jakichś specjalnych, fizycznych zmian w związku z jazdą windą na dół. Po prostu wiem, że jadę. Docieram na miejsce, wysiadam. Wchodzę do ogromnej, mrocznej hali, na podłodze jest wielka, czarno-biała kafelkowa szachownica. Czuję się nieswojo, jeżą mi się włosy na karku. Dziwny niepokój nie trwa długo, z ciemności zaczynają wyłaniać się twory mroku. Dawno umarłe bestie, skorpiony o pustych martwych oczach, wije z setkami nóg i ociekającymi jadem czułkami, ogromne pająkopodobne hybrydy tarantuli z ludźmi. Wszystkie są przerażające i kilkukrotnie większe od przeciętnego człowieka. W rogu sali zauważam meduzę ślizgającą się na wężowym tułowiu.
Wyrzutki ciemności zajmują miejsca na szachownicy.
Rozpoczyna się wielka bitwa otchłani.
Obserwuję pełen przerażenia jak bestie tak straszne, że niewielu ludzi widuje je w koszmarach rozpoczynają walkę. Rzucają się na siebie, szarpiąc, kłapiąc żuwaczkami i szczypcami, rozrywają się na strzępy. W okół latają urwane odwłoki i odnóża, zachlapując wszystko zielono-niebieską wydzieliną ze swoich ciał.
Pierwszy kurs w górę.
Przyjemnie odczuwam zwiększoną siłę grawitacji podczas jazdy ku wyższym kondygnacją. Światła mijanych pięter mrugają jak podczas jazdy na filmową salę operacyjną (tutaj powiem, że na prawdziwą wygląda podobnie). Ziuum, ziuum, ziuum.
Dotarłem do skraju szybu, winda wyleciała w przestrzeń. Szybuje w kosmicznej pustce, sam bez windy. Dostrzegam błysk, zbliżam się ku niemu. Okazuję się, że mam przyjemność obserwować akt kreacji, z kosmicznego pyłu tworzą się planety, gwiazdy i inne ciała niebieskie. Z fascynacją obserwuje przepiękne widoki, zdumiewający proces. Wśród migoczącego gwiezdnego pyłu, fuzji atomowych i niszczycielskiej siły grawitacji dostrzegam węża. To uroboros, król wszechrzeczy, kręci się w koło gryząc swój ogon. Stworzyciel i niszczyciel.
Wszechmogący wąż zaczyna kształtować postacie podobne do ludzkich, rozpoznaję w nich greckie, mitologiczne bóstwa.
Jedyna myśl jaka urodziła się w mojej głowie podczas obserwacji tych przepięknych scen to fakt, że właśnie oglądam narodziny wszechświata i wszystkich kultur. Jestem jedyny, jeden, który to widział.
Po przebudzeniu, po poprzednich szokujących doświadczeniach postanawiam sprawdzić drugą stronę medalu.
Kurs w dół
Nie odczuwam jakichś specjalnych, fizycznych zmian w związku z jazdą windą na dół. Po prostu wiem, że jadę. Docieram na miejsce, wysiadam. Wchodzę do ogromnej, mrocznej hali, na podłodze jest wielka, czarno-biała kafelkowa szachownica. Czuję się nieswojo, jeżą mi się włosy na karku. Dziwny niepokój nie trwa długo, z ciemności zaczynają wyłaniać się twory mroku. Dawno umarłe bestie, skorpiony o pustych martwych oczach, wije z setkami nóg i ociekającymi jadem czułkami, ogromne pająkopodobne hybrydy tarantuli z ludźmi. Wszystkie są przerażające i kilkukrotnie większe od przeciętnego człowieka. W rogu sali zauważam meduzę ślizgającą się na wężowym tułowiu.
Wyrzutki ciemności zajmują miejsca na szachownicy.
Rozpoczyna się wielka bitwa otchłani.
Obserwuję pełen przerażenia jak bestie tak straszne, że niewielu ludzi widuje je w koszmarach rozpoczynają walkę. Rzucają się na siebie, szarpiąc, kłapiąc żuwaczkami i szczypcami, rozrywają się na strzępy. W okół latają urwane odwłoki i odnóża, zachlapując wszystko zielono-niebieską wydzieliną ze swoich ciał.
Nie jest sztuką wpływać na bieg wydarzeń, manipulować sennym światem, a nawet tworzyć własne rzeczywistości.
Świętym graalem LD jest trafić do świata, którego nie chcesz zmienić, pragniesz jedynie napawać się jego pięknem.
Kiedy czujesz sen całym sobą, każdym pojedyńczym neuronem.
Świętym graalem LD jest trafić do świata, którego nie chcesz zmienić, pragniesz jedynie napawać się jego pięknem.
Kiedy czujesz sen całym sobą, każdym pojedyńczym neuronem.





