14-01-2019, 02:21
11/12.01
Byłem w kościele, byłem przed ołtażem ale musiałem wrócić do zachrysti ponieważ podczas mszy miałem coś jeszcze zrobić. Wyszedłem na zewnątrz chwilę później dołączył do mnie brat który od razu wybrał się do domu ponieważ msza się już skończyła. Kolega z bursy(ten sam co pobierał krew) wjechał pustym dużym szarym autobusem przez boczną bramę która znajdowała się za dzwonnicą i podjechał pod prawie sam kościół pomachał do mnie ręką i zaczął wycofywać. Przed bramą kościelną spał wcześniejszy wikariusz który wyglądał jakby się spił i zesrał się w fioletową(i jej odcienie) z kontelacjami gwiezdnymi(coś jakby droga mleczna) piżamę. Mósiałem się zawrócić... kiedy wróciłem z powrotem pod bramą obok księdza mówił że ktoś tu leży i strasznie śmierdzi. Zdziwiłem się że ksiądz nadal tu jest, wujek wziął go za fraki tak że był o rownolegle do ziemi ze zwisającymi nogami ku ziemi.
Chciałem udowodnić coś rodzinie. Zabrałem się z bratem oglądaniem pszczół. Po chwili pojechaliśmy rowerami przez chwilę popisywałem się jeżdrząc na jednym kółku (było to lato). Jechaliśmy ścieżkami na których były zdeformowane bobro-borsuki które zastygały w bezruchu jak nas zauważyły, a gdy obok nich przejeżdrzaliśmy to niektóre niewytrzymywały i uciekały. Po chwili jazdy na drodze spotkaliśmy 2 bobro-borsuki, brat przejechał spkojnie obok nich, a ja zwątpiłem i w tej chwili bobro-borsuki zamias uciekać zaczeły podchodzić w moim kierunku tak jakby chiały mnie zaatakować. Pojawiła się pszczoła, która latała obok mojej głowy, chciałem ją odpędzić odemnie ale tylko mnie użądliła. Zapytałem brata czy to pszczoła czy osa? Nad głową brata zauważyłe pszczołę i dziną jasno zieloną ważkę z okrągłością przed odwłokiem. Bobry znikneły a ja pojawiłem się obok domu. Broniłem się przed nimi zaciekle ale tylko ich przybywało, wlatywały mi we włosy przez co jedna użądliła mnie w głowę. Przez co jeszcze bardziej wzmociniłem swoją obronę a jedna z pszczół podleciała do gniazda które znajdowało się w łączeniu dachu z domem tak jakby w szczelinie belki i zawołała reszte swoich toważyszy.
Byłem w kościele, byłem przed ołtażem ale musiałem wrócić do zachrysti ponieważ podczas mszy miałem coś jeszcze zrobić. Wyszedłem na zewnątrz chwilę później dołączył do mnie brat który od razu wybrał się do domu ponieważ msza się już skończyła. Kolega z bursy(ten sam co pobierał krew) wjechał pustym dużym szarym autobusem przez boczną bramę która znajdowała się za dzwonnicą i podjechał pod prawie sam kościół pomachał do mnie ręką i zaczął wycofywać. Przed bramą kościelną spał wcześniejszy wikariusz który wyglądał jakby się spił i zesrał się w fioletową(i jej odcienie) z kontelacjami gwiezdnymi(coś jakby droga mleczna) piżamę. Mósiałem się zawrócić... kiedy wróciłem z powrotem pod bramą obok księdza mówił że ktoś tu leży i strasznie śmierdzi. Zdziwiłem się że ksiądz nadal tu jest, wujek wziął go za fraki tak że był o rownolegle do ziemi ze zwisającymi nogami ku ziemi.
Chciałem udowodnić coś rodzinie. Zabrałem się z bratem oglądaniem pszczół. Po chwili pojechaliśmy rowerami przez chwilę popisywałem się jeżdrząc na jednym kółku (było to lato). Jechaliśmy ścieżkami na których były zdeformowane bobro-borsuki które zastygały w bezruchu jak nas zauważyły, a gdy obok nich przejeżdrzaliśmy to niektóre niewytrzymywały i uciekały. Po chwili jazdy na drodze spotkaliśmy 2 bobro-borsuki, brat przejechał spkojnie obok nich, a ja zwątpiłem i w tej chwili bobro-borsuki zamias uciekać zaczeły podchodzić w moim kierunku tak jakby chiały mnie zaatakować. Pojawiła się pszczoła, która latała obok mojej głowy, chciałem ją odpędzić odemnie ale tylko mnie użądliła. Zapytałem brata czy to pszczoła czy osa? Nad głową brata zauważyłe pszczołę i dziną jasno zieloną ważkę z okrągłością przed odwłokiem. Bobry znikneły a ja pojawiłem się obok domu. Broniłem się przed nimi zaciekle ale tylko ich przybywało, wlatywały mi we włosy przez co jedna użądliła mnie w głowę. Przez co jeszcze bardziej wzmociniłem swoją obronę a jedna z pszczół podleciała do gniazda które znajdowało się w łączeniu dachu z domem tak jakby w szczelinie belki i zawołała reszte swoich toważyszy.





