10-08-2017, 12:42
Sen z 10.08.2017
Nowe mieszkanie, nowe życie. Na prośbę mamy, poszliśmy do kościoła całą rodziną by się obmyć święconą wodą w czasie jakiegoś święta. Wszyscy się tłoczyli (w ubraniach) pod jednym prysznicem by choć kawałek nogi zamoczyć i poczuć to 'boskie oczyszczenie'. Po powrocie do domu, jak zazwyczaj w paskudnych humorach przez kłótnie w kościele pod tytułem "możesz się zachowywać?" z elementami podtrzymującymi rozrywkę "niech sobie będzie, ale nie będę jego wyznawcą", każdy ruszył w swoją stronę. Rodzice w salonie, siedzieli metr od telewizora na podłodze oglądając programy, ja poszłam do pokoju, rozebrałam się do bielizny i położyłam się spać bo byłam zmęczona. Gdy już zasypiałam usłyszałam głos mamy oznajmiający, że mamy gości. Myślałam, że to moje niezbyt lubiane kuzynostwo, rozpieszczone dzieciaki, które uznają że nawet jeśli są w gościach to wszystko się im należy. Liczyłam, że nikt nie wejdzie do mojego pokoju. Po kilku błogich cichych minutach do mojego pokoju wszedł uchodźca. Rozglądał się po pokoju i podszedł do parapetu gdzie były moje ubrania. Wtedy się uniosłam z łóżka by usiąść i spojrzałam na obcego świdrującym spojrzeniem. Przysiadł na krawędzi łóżka i zaczął się tłumaczyć, kajać, że on nie chciał kraść tylko coś innego. Czułam, że kłamie. Wstałam i chciałam by zniknął, gdy się odwróciłam już go nie było. Tuż po tym opuściłam siebie i miałam widok na salon, rodzice dalej oglądali telewizję, ale z jakąś koleżanką. Telewizor nagle wybuchł im przed twarzami rozbryzgując ciała po całym pomieszczeniu. Policja przyszła do mnie mówiąc, że moi rodzice nie żyją. Poczułam potworny ból, który niemal natychmiast zniknął, jak gdybym zapomniała o tym. Na ten dzień była zaplanowana impreza w naszym domu z rówieśnikami. Gdy przyszli, ja siedziałam na kanapie, dopiero powoli do mnie docierało że wraz z bratem jesteśmy sierotami.. Dzieciarnia chciała muzyki, podeszłam do kolumn i szukałam jakiegoś dobrego utworu lub składanki. Chcieli czegoś żywego, puściłam składankę rock'ową. Wtedy wezbrała we mnie złość, gorycz po stracie rodziców, której moja głowa nie dawała rady już wypierać, ukrywać. Wybuchłam silnym niskim wrzaskiem, w którym wmieszane było wilcze wycie. Padłam na kolana a świat się rozpłynął, uciekając spode mnie. Pozostałam, ze swym bólem w pustce. Obudził mnie grzmot szalejącej za oknem burzy.
Nowe mieszkanie, nowe życie. Na prośbę mamy, poszliśmy do kościoła całą rodziną by się obmyć święconą wodą w czasie jakiegoś święta. Wszyscy się tłoczyli (w ubraniach) pod jednym prysznicem by choć kawałek nogi zamoczyć i poczuć to 'boskie oczyszczenie'. Po powrocie do domu, jak zazwyczaj w paskudnych humorach przez kłótnie w kościele pod tytułem "możesz się zachowywać?" z elementami podtrzymującymi rozrywkę "niech sobie będzie, ale nie będę jego wyznawcą", każdy ruszył w swoją stronę. Rodzice w salonie, siedzieli metr od telewizora na podłodze oglądając programy, ja poszłam do pokoju, rozebrałam się do bielizny i położyłam się spać bo byłam zmęczona. Gdy już zasypiałam usłyszałam głos mamy oznajmiający, że mamy gości. Myślałam, że to moje niezbyt lubiane kuzynostwo, rozpieszczone dzieciaki, które uznają że nawet jeśli są w gościach to wszystko się im należy. Liczyłam, że nikt nie wejdzie do mojego pokoju. Po kilku błogich cichych minutach do mojego pokoju wszedł uchodźca. Rozglądał się po pokoju i podszedł do parapetu gdzie były moje ubrania. Wtedy się uniosłam z łóżka by usiąść i spojrzałam na obcego świdrującym spojrzeniem. Przysiadł na krawędzi łóżka i zaczął się tłumaczyć, kajać, że on nie chciał kraść tylko coś innego. Czułam, że kłamie. Wstałam i chciałam by zniknął, gdy się odwróciłam już go nie było. Tuż po tym opuściłam siebie i miałam widok na salon, rodzice dalej oglądali telewizję, ale z jakąś koleżanką. Telewizor nagle wybuchł im przed twarzami rozbryzgując ciała po całym pomieszczeniu. Policja przyszła do mnie mówiąc, że moi rodzice nie żyją. Poczułam potworny ból, który niemal natychmiast zniknął, jak gdybym zapomniała o tym. Na ten dzień była zaplanowana impreza w naszym domu z rówieśnikami. Gdy przyszli, ja siedziałam na kanapie, dopiero powoli do mnie docierało że wraz z bratem jesteśmy sierotami.. Dzieciarnia chciała muzyki, podeszłam do kolumn i szukałam jakiegoś dobrego utworu lub składanki. Chcieli czegoś żywego, puściłam składankę rock'ową. Wtedy wezbrała we mnie złość, gorycz po stracie rodziców, której moja głowa nie dawała rady już wypierać, ukrywać. Wybuchłam silnym niskim wrzaskiem, w którym wmieszane było wilcze wycie. Padłam na kolana a świat się rozpłynął, uciekając spode mnie. Pozostałam, ze swym bólem w pustce. Obudził mnie grzmot szalejącej za oknem burzy.
Jest nas dwóch takich samych
Brutalnych, niespełna rozumu..
Brutalnych, niespełna rozumu..





