27-07-2017, 13:17
Sen z 25.07.2017
Jestem ja z moim psem, we śnie był wciąż szczeniakiem, oraz jego matką. Ogród koło domu, większy niż normalnie, są na nim dwie frakcje, ludzie techniki i umysłu oraz biedni, z obszarpanymi ubraniami włóczędzy. Nie należałam do żadnej z frakcji, ale bywałam u każdej. W którymś momencie zabrakło wody pitnej, techniczni odnaleźli źródło problemu, które było w budynku ze zniszczonych sklejek i drewnianych podpórek biedniejszej części. Ruszyłam do nich z psami, nigdy mnie nie opuszczały na krok. Konstrukcja miała rampy zamiast schodów, była niestabilna oraz przegniła w niektórych miejscach. Przepychając się przez kolejkę ludzi dotarłam do 'wodza', który wyglądał jak Laurence Fishburne. Po rozmowie, która niosła przesłanie 'wzięliśmy wodę więc jest nasza a Ty masz kłopoty bo się tu zjawiłaś' dano mi kilka minut na ucieczkę, przez wzgląd na neutralne stosunki z nimi. Uciekając tylnim wyjściem zauważyłam, że padał deszcz. Kładki były bardzo śliskie, prowadziłam ostrożnie psy, byliśmy dość wysoko. Matka szczeniaka ześlizgnęła się powoli po wilgotnej kładce na grunt, bezpiecznie lądując. Szczeniak to widząc ruszył za matką, za szybko, poślizgnął się i wypadł w połowie wysokości na ziemię. Moje uszy wypełnił skowyt bólu. Zbiegłam z kładki, mało samej nie spadając i wzięłam szczeniaka na ręce. Nabił się na wystające z ziemi śruby, element obronny. Rany przy samym kręgosłupie, obudziłam się z bolącym sercem i strachem.
Jestem ja z moim psem, we śnie był wciąż szczeniakiem, oraz jego matką. Ogród koło domu, większy niż normalnie, są na nim dwie frakcje, ludzie techniki i umysłu oraz biedni, z obszarpanymi ubraniami włóczędzy. Nie należałam do żadnej z frakcji, ale bywałam u każdej. W którymś momencie zabrakło wody pitnej, techniczni odnaleźli źródło problemu, które było w budynku ze zniszczonych sklejek i drewnianych podpórek biedniejszej części. Ruszyłam do nich z psami, nigdy mnie nie opuszczały na krok. Konstrukcja miała rampy zamiast schodów, była niestabilna oraz przegniła w niektórych miejscach. Przepychając się przez kolejkę ludzi dotarłam do 'wodza', który wyglądał jak Laurence Fishburne. Po rozmowie, która niosła przesłanie 'wzięliśmy wodę więc jest nasza a Ty masz kłopoty bo się tu zjawiłaś' dano mi kilka minut na ucieczkę, przez wzgląd na neutralne stosunki z nimi. Uciekając tylnim wyjściem zauważyłam, że padał deszcz. Kładki były bardzo śliskie, prowadziłam ostrożnie psy, byliśmy dość wysoko. Matka szczeniaka ześlizgnęła się powoli po wilgotnej kładce na grunt, bezpiecznie lądując. Szczeniak to widząc ruszył za matką, za szybko, poślizgnął się i wypadł w połowie wysokości na ziemię. Moje uszy wypełnił skowyt bólu. Zbiegłam z kładki, mało samej nie spadając i wzięłam szczeniaka na ręce. Nabił się na wystające z ziemi śruby, element obronny. Rany przy samym kręgosłupie, obudziłam się z bolącym sercem i strachem.





