23-06-2016, 21:46
Pomyślałam, że podzielę się swoim pierwszym świadomym snem, który wyszedł mi... przypadkiem.
Sen w którym zmartwychwstałam
Na początku sen był jak najbardziej zwyczajny. Byłam w supermarkecie, coś kupowałam. W pewnym momencie do środka wbiegło kilku młodych mężczyzn, którzy zaczęli krzyczeć coś o napadzie. Ktoś rzucił komendę: "Na ziemię!". Większość rzuciła zakupy i położyła się na podłodze - ja nie. Grupka się rozdzieliła, każdy z chłopaków trzymał jakąś broń. Ten, który przechodził obok mnie, kiedy zobaczył, że nie leżę, wpadł w szał. Twarz przybrała mu kolor jego flanelowej, krwistoczerwonej koszuli. Przystawił mi glocka do czoła. Wrzeszczał, że jakim prawem go nie szanuję. W jakimś idiotycznym przypływie dumy odszczeknęłam mu, że najwyraźniej nie zasługuje. Pociągnął za spust.
Wszystko zwolniło tempo, poczułam, jak upadam na kafelki w alejce z mrożonkami. I... koniec. Ciemność. Nagle jednak zdałam sobie sprawę, że w tej ciemności stoję i jak najbardziej istnieję. Byłam tak oburzona rozwojem wydarzeń i poczuciem niesprawiedliwości, że... obudziłam się we śnie. "To idiotyzm, ten sen nie może się tak skończyć", stwierdziłam.
Wróciłam do momentu, w którym stoję naprzeciwko chłopaka z glockiem. Zamiast się odzywać, podnoszę ręce do góry i powoli kładę się na ziemi. Kiedy gość odchodzi, zadowolony, wyciągam telefon i dzwonię po policję. Najwyraźniej nie jestem w polskim supermarkecie, bo policja zjawia się dość szybko i sprawnie zgarnia młodych terrorystów.
Sen w którym zmartwychwstałam
Na początku sen był jak najbardziej zwyczajny. Byłam w supermarkecie, coś kupowałam. W pewnym momencie do środka wbiegło kilku młodych mężczyzn, którzy zaczęli krzyczeć coś o napadzie. Ktoś rzucił komendę: "Na ziemię!". Większość rzuciła zakupy i położyła się na podłodze - ja nie. Grupka się rozdzieliła, każdy z chłopaków trzymał jakąś broń. Ten, który przechodził obok mnie, kiedy zobaczył, że nie leżę, wpadł w szał. Twarz przybrała mu kolor jego flanelowej, krwistoczerwonej koszuli. Przystawił mi glocka do czoła. Wrzeszczał, że jakim prawem go nie szanuję. W jakimś idiotycznym przypływie dumy odszczeknęłam mu, że najwyraźniej nie zasługuje. Pociągnął za spust.
Wszystko zwolniło tempo, poczułam, jak upadam na kafelki w alejce z mrożonkami. I... koniec. Ciemność. Nagle jednak zdałam sobie sprawę, że w tej ciemności stoję i jak najbardziej istnieję. Byłam tak oburzona rozwojem wydarzeń i poczuciem niesprawiedliwości, że... obudziłam się we śnie. "To idiotyzm, ten sen nie może się tak skończyć", stwierdziłam.
Wróciłam do momentu, w którym stoję naprzeciwko chłopaka z glockiem. Zamiast się odzywać, podnoszę ręce do góry i powoli kładę się na ziemi. Kiedy gość odchodzi, zadowolony, wyciągam telefon i dzwonię po policję. Najwyraźniej nie jestem w polskim supermarkecie, bo policja zjawia się dość szybko i sprawnie zgarnia młodych terrorystów.





