05-07-2015, 21:22
Ostatnio mam mały problem. Budzę się po prawie każdym śnie i przez to rano nie pamiętam ich wszystkich, albo nie do końca wiem co się w nich działo.
Tutaj będzie zapis snów z dzisiejszego dnia i paru poprzednich. O boże, to ja nic nie zapisywałem od 29 czerwca?
Biegłem przez tunel, korytarz. Możliwe że ze mną były jeszcze 2 dziewczyny. Po prawej stronie wisiały rury. Na końcu były schody na górę i drzwi. Przeszliśmy przez nie i znaleźliśmy się w mieście. Biegła ulica z kostki brukowej, po jej dwóch bokach były chodniki. Deszczowa pogoda, wszystko było ponure. Przy chodniku stały szarawe budynki, nie było nawet przerwy pomiędzy nimi. Wydawało mi się, że stoimy w bramie, ale nie takiej zwykłej. Jakby nad nami wznosił się jeszcze jeden budynek, połączony z tymi obok nas, na dole. Spojrzawszy w prawo zauważyłem dalej biegnącą ulicę i bloki, ale na jej końcu, na skrzyżowaniu, które było oddalone o jakieś 200m było więcej miejsca. Było tam na pewno jaśniej. Pobiegliśmy w lewo, gdzie ulica lekko się wznosiła. W głowie mam prześwity, że nas zaatakowali, ale terroryści? Najprawdopodobniej tak. Widziałem ludzi z bronią i kamizelkami kuloodpornymi. Dobiegliśmy do skrzyżowania. Pobiegliśmy w prawo i znaleźliśmy się pod budynkiem, w bramie, takiej kwadratowej. Zmierzałem w stronę gdzie byliśmy na początku, ale oczywiście w innym miejscu. W bramie ominąłem parę kartonów. Na jej końcu stał malutki murek, na wysokość uda, coś takiego. Spojrzałem w dół, było dość wysoko. Jakieś 4 metry. Pod nami był 'plac' z ziemi. Zauważyłem, że można łatwo zejść, bo murek po drugiej stronie jest dość zniszczony i spokojnie można na nim ustać. Spuściłem się na dół, trzymając się rękami góry murku. Puściłem się i byłem na drugiej 'półce' i z niej już mogłem zeskoczyć. Zrobiłem to. Było tutaj dużo ziemi, piachu i tylko trochę trawy. Plac miał kształt prostokąta, jakieś 100 x 60m? Nie jestem dobry w wymiarach. Z każdej strony otaczał go budynek, podobnie jak na ulicy nie było nawet szpary pomiędzy nimi. Wszystkie połączone ze sobą. Na środku placyku było też miałem zbiorowisko płaskich kamieni. Pochodziłem po placyku i zauważyłem terrorystę idącego w naszą stronę w tym samym miejscu co my z niego przyszliśmy. Wystraszyłem się i schowałem za murkiem na dole. Dziewczyny pobiegły okrężną drogą, do kamieni. Trochę się scykałem, że je zobaczy. Pobiegłem prostą na koniec placyku, a dokładniej tam gdzie budynki tworzyły kąt prosty. Była tam brama, dość wysoka, znowu kwadratowa. Wlazłem w nią. Na końcu stała wielka brama wjazdowa, ze stali, dość ładnie przyzdobiona swoimi kształtami. I właśnie mam jakieś przebłyski, że pomyślałem, iż to sen, pamiętam też, że zrobiłem TR z nosem, który wyszedł pomyślnie, ale nie wiem w jakim momencie. Wskoczyłem na bramę, tzn. 'wskoczyłem'. Leciałem w powietrzu jakieś dobre parę metrów. Doleciałem do jakiegoś środka bramy, wtedy skoczyłem jeszcze raz i znalazłem się za bramą, na mieście. Magicznie pojawiłem się w swoim realnym mieście. Pogoda się zmieniła, świeciło ciepłe słoneczko. Rozglądałem się. Było dużo ludzi, strasznie dużo. Oglądałem ich. Pomyślałem, że gdzieś pobiegnę. Ruszyłem przed siebie. Głowę skierowałem w stronę lodziarnio cukierni, która stoi też w realu. Zatrzymałem się. Zauważyłem, że w środku coś się dzieje, chodzą jacyś ludzie. A co, może coś przekonszę Wbiegłem do lodziarni. Wyglądała trochę inaczej. Naokoło stała lada, a na niej kasa, wokół były szafki z ciastami itp. Podbiegłem do miejsca gdzie najprawdopodobniej zamawia się ciasta i płaci. Położyłem ręce na blacie jak prawdziwy luzak. W sklepie kręcił się same kobiety, no to ładnie trafiłem, hehe. Niektóre miały na sobie fartuszek. Zainteresowałem się jedną. Była bardzo miła, fajnie mi się z nią rozmawiało. Uśmiechała się. W międzyczasie zauważyłem ciasto, które stoi obok mnie. A się poczęstuje, pomyślałem i wbiłem rękę prosto w ciasto. Było całe z bitej śmietany, na górze miało różne kawałki owoców. Zjadłem całe, nikt się nie przyczepił. Potem pojawiło się drugie, bardziej wyrafinowane. Było kształtu walca. Obłożone milionem malutkich kółek, tzn. tych cukrowych, wiecie takie jadalne cukrowe kółeczka. Ciasto miało kolor niebieski, może fioletowoniebieski, ale bardziej niebieski. Znów wbiłem w nie rękę i posmakowałem. W środku było całe z bitej śmietany. I.. było przepyszne, ten smak, ah. Teraz już w ogóle go nie pamiętam, szkoda. Szkoda też, że w ogóle nie pamiętam dialogu z panią, która stała obok mnie, za ladą..bym wszystko opisał, wiem jedynie, że walnąłem jej suchy komplementów mówiąc 'jesteś bardzo ładna'. To tyle.
Czy to był LDek czy nie, sam nie wiem.
Jestem w swoim domu. Ponure kolory i w ogóle wszystko jakby martwe, oczywiście.. tak jest prawie w każdym śnie. Nie za bardzo pamiętam tego snu. Biegałem po mieszkaniu, po całym bloku jakbym czegoś szukał. Mam wrażenie, że to jakaś apokalipsa, ponownie. Pamiętam mojego psa, który miał na sobie bombę, która zdjąłem a potem wyrzuciłem. Wybuchła jakieś 50m od naszego bloku. Pamiętam ten wybuch. Zamknąłem nasz dom. Siedziałem w salonie razem z siostrą i mamą. Do domu weszli bandyci. Nie pamiętam ich wyglądu. Najpierw wszedł jeden. Skierował się na moją prawą stronę, ja stałem na łóżku. Miał coś w ręce, groził nam, jakiś kołowrotek. Potem weszło jeszcze dwóch, którzy stali po mojej lewej. Niewiele myśląc, działając pod adrenaliną zacząłem biec. Gdy już skakałem z łóżka rzuciłem czymś w pierwszego bandytę, który był po prawej. To go zatrzymało na parę sekund. Biegłem nadal przed siebie i ominąłem kolejnych dwóch bandytów. Wskoczyłem na okno i wyszedłem przez nie na parapet, byłem po drugiej stronie. Zbliżali się do mnie. Chyba będą chcieli wybić szybę, nie pozostało mi nic innego jak skoczyć. Na podwórku stała nasza drabina. Tylko trochę większa, wyższa od bloku i na pewno szersza, takie tam. Skoczyłem i jak w poprzednim się, jakbym leciał, do przodu. Serce podeszło mi do gardła, dziwne, że się nie obudziłem. Chciałem złapać się drabiny, ale nie udało m się. Czas się cofnął i znów stałem na kanapie obok bandytów. Po krótkim czasie stałem na parapecie. Drabina znów tam była, więc skoczyłem. Leciałem i nagle się obudziłem.
Było zakończenie roku szkolnego. Wszedłem do dziwnego budynku, który miał kształt litery 'L'. Wyglądał w środku trochę jak kościół. Sufit był strasznie wysoko. W środku było dużo okrągłych stolików z białym obrusem i krzesłami obok. Naprzeciwko zauważyłem koleżankę mojej mamy i jej syna, więc do nich podszedłem. Przywitałem się z nimi, ale nikt mi nie odpowiedział. Odszedłem od nich. Później spotkałem swojego kolegę z klasy, który stał z jakąś dziewczyną. Przywitałem się z nimi i porozmawiałem trochę. Zapytałem się ich jak lepiej wygląda. Byłem ubrany na galowo, ale miałem dylemat czy wsadzić biała koszulę do spodni czy zostawić na 'zewnątrz'. Pojawiła się znikąd kolejna koleżanka, która znam tak 2/10. Nie rozumiałem co mówi, ale coś o tym, że lepiej jakbym zostawił jeden guzik rozpięty pod szyją. Zakończenie się zaczęło. Wszyscy się skierowali do drzwi, było w uj ludzi. Na samej sali nawet nie widziałem pięciu osób. Postanowiłem napić się jeszcze w drodze na salkę. Korek od picia mi wypadł, musiałem go podnieść. Był czerwony. W końcu tam weszliśmy. Wyglądało trochę jak kościół. Pomieszczenie w miarę odległości się zniżało. Były kościelne ławki. Usiadłem koło kolegi, z którym rozmawiałem wcześniej. No i tyle.
Tutaj będzie zapis snów z dzisiejszego dnia i paru poprzednich. O boże, to ja nic nie zapisywałem od 29 czerwca?
~~5 lipca~~
Biegłem przez tunel, korytarz. Możliwe że ze mną były jeszcze 2 dziewczyny. Po prawej stronie wisiały rury. Na końcu były schody na górę i drzwi. Przeszliśmy przez nie i znaleźliśmy się w mieście. Biegła ulica z kostki brukowej, po jej dwóch bokach były chodniki. Deszczowa pogoda, wszystko było ponure. Przy chodniku stały szarawe budynki, nie było nawet przerwy pomiędzy nimi. Wydawało mi się, że stoimy w bramie, ale nie takiej zwykłej. Jakby nad nami wznosił się jeszcze jeden budynek, połączony z tymi obok nas, na dole. Spojrzawszy w prawo zauważyłem dalej biegnącą ulicę i bloki, ale na jej końcu, na skrzyżowaniu, które było oddalone o jakieś 200m było więcej miejsca. Było tam na pewno jaśniej. Pobiegliśmy w lewo, gdzie ulica lekko się wznosiła. W głowie mam prześwity, że nas zaatakowali, ale terroryści? Najprawdopodobniej tak. Widziałem ludzi z bronią i kamizelkami kuloodpornymi. Dobiegliśmy do skrzyżowania. Pobiegliśmy w prawo i znaleźliśmy się pod budynkiem, w bramie, takiej kwadratowej. Zmierzałem w stronę gdzie byliśmy na początku, ale oczywiście w innym miejscu. W bramie ominąłem parę kartonów. Na jej końcu stał malutki murek, na wysokość uda, coś takiego. Spojrzałem w dół, było dość wysoko. Jakieś 4 metry. Pod nami był 'plac' z ziemi. Zauważyłem, że można łatwo zejść, bo murek po drugiej stronie jest dość zniszczony i spokojnie można na nim ustać. Spuściłem się na dół, trzymając się rękami góry murku. Puściłem się i byłem na drugiej 'półce' i z niej już mogłem zeskoczyć. Zrobiłem to. Było tutaj dużo ziemi, piachu i tylko trochę trawy. Plac miał kształt prostokąta, jakieś 100 x 60m? Nie jestem dobry w wymiarach. Z każdej strony otaczał go budynek, podobnie jak na ulicy nie było nawet szpary pomiędzy nimi. Wszystkie połączone ze sobą. Na środku placyku było też miałem zbiorowisko płaskich kamieni. Pochodziłem po placyku i zauważyłem terrorystę idącego w naszą stronę w tym samym miejscu co my z niego przyszliśmy. Wystraszyłem się i schowałem za murkiem na dole. Dziewczyny pobiegły okrężną drogą, do kamieni. Trochę się scykałem, że je zobaczy. Pobiegłem prostą na koniec placyku, a dokładniej tam gdzie budynki tworzyły kąt prosty. Była tam brama, dość wysoka, znowu kwadratowa. Wlazłem w nią. Na końcu stała wielka brama wjazdowa, ze stali, dość ładnie przyzdobiona swoimi kształtami. I właśnie mam jakieś przebłyski, że pomyślałem, iż to sen, pamiętam też, że zrobiłem TR z nosem, który wyszedł pomyślnie, ale nie wiem w jakim momencie. Wskoczyłem na bramę, tzn. 'wskoczyłem'. Leciałem w powietrzu jakieś dobre parę metrów. Doleciałem do jakiegoś środka bramy, wtedy skoczyłem jeszcze raz i znalazłem się za bramą, na mieście. Magicznie pojawiłem się w swoim realnym mieście. Pogoda się zmieniła, świeciło ciepłe słoneczko. Rozglądałem się. Było dużo ludzi, strasznie dużo. Oglądałem ich. Pomyślałem, że gdzieś pobiegnę. Ruszyłem przed siebie. Głowę skierowałem w stronę lodziarnio cukierni, która stoi też w realu. Zatrzymałem się. Zauważyłem, że w środku coś się dzieje, chodzą jacyś ludzie. A co, może coś przekonszę Wbiegłem do lodziarni. Wyglądała trochę inaczej. Naokoło stała lada, a na niej kasa, wokół były szafki z ciastami itp. Podbiegłem do miejsca gdzie najprawdopodobniej zamawia się ciasta i płaci. Położyłem ręce na blacie jak prawdziwy luzak. W sklepie kręcił się same kobiety, no to ładnie trafiłem, hehe. Niektóre miały na sobie fartuszek. Zainteresowałem się jedną. Była bardzo miła, fajnie mi się z nią rozmawiało. Uśmiechała się. W międzyczasie zauważyłem ciasto, które stoi obok mnie. A się poczęstuje, pomyślałem i wbiłem rękę prosto w ciasto. Było całe z bitej śmietany, na górze miało różne kawałki owoców. Zjadłem całe, nikt się nie przyczepił. Potem pojawiło się drugie, bardziej wyrafinowane. Było kształtu walca. Obłożone milionem malutkich kółek, tzn. tych cukrowych, wiecie takie jadalne cukrowe kółeczka. Ciasto miało kolor niebieski, może fioletowoniebieski, ale bardziej niebieski. Znów wbiłem w nie rękę i posmakowałem. W środku było całe z bitej śmietany. I.. było przepyszne, ten smak, ah. Teraz już w ogóle go nie pamiętam, szkoda. Szkoda też, że w ogóle nie pamiętam dialogu z panią, która stała obok mnie, za ladą..bym wszystko opisał, wiem jedynie, że walnąłem jej suchy komplementów mówiąc 'jesteś bardzo ładna'. To tyle.
Czy to był LDek czy nie, sam nie wiem. ~~4 lipca~~
Jestem w swoim domu. Ponure kolory i w ogóle wszystko jakby martwe, oczywiście.. tak jest prawie w każdym śnie. Nie za bardzo pamiętam tego snu. Biegałem po mieszkaniu, po całym bloku jakbym czegoś szukał. Mam wrażenie, że to jakaś apokalipsa, ponownie. Pamiętam mojego psa, który miał na sobie bombę, która zdjąłem a potem wyrzuciłem. Wybuchła jakieś 50m od naszego bloku. Pamiętam ten wybuch. Zamknąłem nasz dom. Siedziałem w salonie razem z siostrą i mamą. Do domu weszli bandyci. Nie pamiętam ich wyglądu. Najpierw wszedł jeden. Skierował się na moją prawą stronę, ja stałem na łóżku. Miał coś w ręce, groził nam, jakiś kołowrotek. Potem weszło jeszcze dwóch, którzy stali po mojej lewej. Niewiele myśląc, działając pod adrenaliną zacząłem biec. Gdy już skakałem z łóżka rzuciłem czymś w pierwszego bandytę, który był po prawej. To go zatrzymało na parę sekund. Biegłem nadal przed siebie i ominąłem kolejnych dwóch bandytów. Wskoczyłem na okno i wyszedłem przez nie na parapet, byłem po drugiej stronie. Zbliżali się do mnie. Chyba będą chcieli wybić szybę, nie pozostało mi nic innego jak skoczyć. Na podwórku stała nasza drabina. Tylko trochę większa, wyższa od bloku i na pewno szersza, takie tam. Skoczyłem i jak w poprzednim się, jakbym leciał, do przodu. Serce podeszło mi do gardła, dziwne, że się nie obudziłem. Chciałem złapać się drabiny, ale nie udało m się. Czas się cofnął i znów stałem na kanapie obok bandytów. Po krótkim czasie stałem na parapecie. Drabina znów tam była, więc skoczyłem. Leciałem i nagle się obudziłem.
~~3 lipca~~
Było zakończenie roku szkolnego. Wszedłem do dziwnego budynku, który miał kształt litery 'L'. Wyglądał w środku trochę jak kościół. Sufit był strasznie wysoko. W środku było dużo okrągłych stolików z białym obrusem i krzesłami obok. Naprzeciwko zauważyłem koleżankę mojej mamy i jej syna, więc do nich podszedłem. Przywitałem się z nimi, ale nikt mi nie odpowiedział. Odszedłem od nich. Później spotkałem swojego kolegę z klasy, który stał z jakąś dziewczyną. Przywitałem się z nimi i porozmawiałem trochę. Zapytałem się ich jak lepiej wygląda. Byłem ubrany na galowo, ale miałem dylemat czy wsadzić biała koszulę do spodni czy zostawić na 'zewnątrz'. Pojawiła się znikąd kolejna koleżanka, która znam tak 2/10. Nie rozumiałem co mówi, ale coś o tym, że lepiej jakbym zostawił jeden guzik rozpięty pod szyją. Zakończenie się zaczęło. Wszyscy się skierowali do drzwi, było w uj ludzi. Na samej sali nawet nie widziałem pięciu osób. Postanowiłem napić się jeszcze w drodze na salkę. Korek od picia mi wypadł, musiałem go podnieść. Był czerwony. W końcu tam weszliśmy. Wyglądało trochę jak kościół. Pomieszczenie w miarę odległości się zniżało. Były kościelne ławki. Usiadłem koło kolegi, z którym rozmawiałem wcześniej. No i tyle.
"Lets suppose that you were able every night to dream any dream you wanted to dream, and you would naturally as you began on this adventure of dreams, you would fulfill all your wishes. "





